70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Białoruś. Pobyt tymczasowy

Niespodziewana rosyjska inwazja na Ukrainę mocno zaskoczyła białoruskie społeczeństwo. Wygląda na to, że nikt na Białorusi nie był gotowy na taki rozwój wypadków. Moskwa za jednym zamachem storpedowała najważniejsze i najsilniejsze w tej przestrzeni, a do tego swoje własne ideologemy o „trójjedności” „narodu ruskiego”, o prawosławnym i wszechsłowiańskim braterstwie.

Ukraina trafiła na listę wrogów Rosji obok Ameryki, Gruzji, Mołdawii, krajów bałtyckich i w ogóle całego tzw. Zachodu. Rozsypał się nie tylko cały powojenny porządek w Europie, ale też wszelkie próby stworzenia specjalnej przestrzeni pomiędzy Zachodem a Wschodem. Strefa wpływu Kremla to Wspólnota Niepodległych Państw, jednakże po pakiecie gospodarczych i politycznych sankcji, retorsji oraz spadku cen ropy i gazu przyjaźń z Moskwą, pozbawiona  maski „słowiańskiego braterstwa”, stała się w oczach Białorusinów… niepraktyczna i pozbawiona większych perspektyw. Rosyjska agresja na Ukrainę wniosła konkretne korekty do światopoglądu Białorusinów. Z badań przeprowadzonych w ubiegłym roku wynika, że co czwarty z moich współobywateli jest obecnie gotów zbrojnie walczyć z Rosją.

Białoruś nie tylko nie zaczęła przejawiać jakiejkolwiek solidarności z Rosją, ale wręcz przeciwnie, usiłowała zyskać na kryzysie ukraińskim ile się da. Jak wprost powiedział Łukaszenka: „Musimy działać, wykorzystać sytuację i zarobić pieniądze!”. Tak otwarta wypowiedź szefa państwa wywołuje dysonans poznawczy u większości Białorusinów, którzy wciąż wierzą bardziej mediom rosyjskim niż krajowym. Przeciętny Białorusin czuje przecież sympatię do Ukrainy i bardzo się denerwuje, kiedy w obliczu moskiewskiej propagandy prosi się go o prostą i jednoznaczną odpowiedź na pytanie: po czyjej jesteś stronie?

 

Demonstracyjnie neutralni

Z psychologicznego punktu widzenia jest to reakcja całkiem zrozumiała. W każdej epoce transformacji i rozpadu starych instytucji oraz utraty poczucia bezpieczeństwa ludzie instynktownie zwracają się ku temu, co może zagłuszyć uczucie niepewności, dać grunt pod nogami.

A Rosjan bardzo dziwi demonstracyjna białoruska neutralność wobec kryzysu ukraińskiego i oburza szczera chęć Białorusi, żeby zbić interes na kłopotach Rosji. Znają nas tak samo kiepsko jak Ukraińców. To znaczy kompletnie nie rozumieją naszych pragnień.

Pozostaje zastanowić się, czego właściwie pragną Białorusini.

Co najbardziej odróżnia nas od innych? Moim zdaniem nieprzepracowane traumy, jakich doznawaliśmy od wielu pokoleń. Właśnie trauma jest kluczem do zrozumienia naszych kodów kulturowych, unikalnych cech odziedziczonych po przodkach.

Wychowywali mnie rodzice urodzeni w latach 30.; ich dzieciństwo przypadło na epokę stalinistów i nazistów. Moich rodziców wychowali ich rodzice, świadkowie rewolucji i dwu okupacji, pod którymi przyszło im żyć. Moich dziadków wychowali ich rodzice, ludzie epoki pańszczyzny i powstania styczniowego… Jakie doświadczenie wyniosła z tego wszystkiego moja rodzina? Przede wszystkim umiejętność przeżycia pod dowolną władzą, przystosowania się do każdych warunków, patrzenia w przyszłość z ostrożnym pesymizmem, nieafiszowania swoich poglądów, nieodróżniania się od innych i niewybiegania przed szereg.

Za cara, za Niemców i za stalinistów inaczej nie dało się przeżyć. Dla ostatnich trzech pokoleń moich przodków takie metafizyczne pojęcia jak własna Wiara, własna Ojczyzna czy własna Kultura nie były czymś, dla czego warto się poświęcać.

Uczono nas nawet nie, jak żyć, ale jak przeżyć, a dokładniej – jak urządzić się w dowolnej rzeczywistości, jak się przystosować. Dlatego większość Białorusinów jest gotowa poświęcić zwycięstwo dla osobistego spokoju. Tej cechy potrzebowali moi przodkowie, żeby przeżyć!

Dlatego wcale nie dziwi mnie, że według danych Niezależnego Instytutu Badań Społecznych, Gospodarczych i Politycznych (NISEPD) 39,7% Białorusinów wybrała odpowiedź „Spróbowałbym przystosować się do nowej sytuacji” w przypadku okupacji rosyjskiej, a jednocześnie 40% zrobiłoby to samo w razie okupacji przez kraje należące do NATO. Oznacza to, że Białorusini, budując swoją europejską tożsamość, szukają dla niej miejsca. Taki wybór, jeśli bierzemy pod uwagę wydarzenia na Ukrainie, może stać się rzeczywistością. I większość Białorusinów już z góry zakłada kapitulację, bo tak podpowiada im wielopokoleniowe doświadczenie przodków, ich kody kulturowe.

Kody, szyfry, języki

Kod kulturowy dyktuje zbiór obrazów, scalonych w świadomości społecznej z kompleksem stereotypów. To kolektywne nieświadome – nie to, o czym mówimy albo co wyraźnie sobie uświadamiamy, ale to, co na zewnątrz ukryte przed zrozumieniem, ale przejawia się w czynach. Kod kulturowy określa psychologię narodową i pomaga zrozumieć wspólne zachowania, reakcje i stereotypy.

Jakie doświadczenie starsi Białorusini podświadomie, niespiesznie, na przykładzie własnych zachowań przekazywali następnym pokoleniom? Zgodność, oportunizm, gotowość do kolaboracji. To nasze wspólne cechy, naturalna reakcja obronna na otrzymane i dopiero oczekiwane traumy. Należę do zaledwie pierwszego pokolenia Białorusinów, które nie zaznało strachu przed głodem. Ale i moje pokolenie dotknął choćby Czarnobyl z niezagojonym promieniowaniem i raptowny rozpad imperium radzieckiego, który do dzisiaj boli wielu naszych rodaków. Nie zaznaliśmy, jak na razie, narodowych triumfów, ale też nie ponieśliśmy klęsk. Bo wszystko, co wydarzyło się w XX w., podobnie zresztą jak w wiekach wcześniejszych, działo się bez naszej woli. Okupacje, podziały Białorusi, rewolucje i wreszcie – Kuropaty. Również obecną państwowość otrzymaliśmy bez walki. Do dziś większość Białorusinów nie ma jasnej wizji tego, jak powinniśmy urządzić życie już we własnym państwie. Wciąż nie odczuliśmy granic swojej podmiotowości. Białoruś buduje najnowszą tożsamość, kompilując wyłącznie z mitów powojennej epoki radzieckiej. W dodatku, na przekór zdrowemu rozsądkowi, przekonuje się nas, że Litwa i Łotwa to „daleka zagranica”, a Kirgizja i Tadżykistan – „bliska”.

Kod kulturowy określa mentalność narodu. Wszyscy np. doznajemy traumy podczas rozmów o języku. Nie ma znaczenia, czy odnosimy się do niego z pogardą, kategorycznie odrzucając go w nihilistycznym zapale, czy też, na odwrót, z sentymentem albo entuzjazmem neofity – tak czy inaczej, los języka tkwi jak drzazga w naszej świadomości, w kodzie kulturowym. I każdy z nas musiał o tym myśleć! Wielokrotnie odpowiadać na pytania cudzoziemców albo dyskutować przy rodzinnym stole. I wreszcie – wielu Białorusinów ranią pytania o język podczas spisów powszechnych. Przy tym wszyscy unikają odpowiedzi na najważniejsze pytanie: jak wyobrażamy sobie los naszego języka za 25 albo 50 lat? Bo takie domysły również stają się traumatyczne.

Nie tworzymy planów na całe pokolenia, oduczyliśmy się nawet marzyć np. o tym, jak będą żyć nasze wnuki.

Swój jest obcy

Nie wystarcza nam własne zdanie. Nie szanujemy np. naszej wielkiej kultury artystycznej, bo jak na razie nie doczekaliśmy się uznania dla niej z zewnątrz. A jeśli coś wypadło z pola widzenia obcych, wypada również z białoruskiego. Uznajemy za wybitnych tylko tych rodzimych artystów, których uważają za takich inni, np. Chagalla, Soutine’a, Strzemińskiego, Ruszczyca… Ale i wtedy nie potrafimy twardo postawić pytań: co wygnało ich z Białorusi i jaki los spotkałby ich tutaj? A bez odpowiedzi na te pytania gigantyczny dorobek ojczystych twórców nadal pozostanie poza narodowym kontekstem kulturowym.

Na drodze do prawdziwego, a nie iluzorycznego przepracowania traum, przezwyciężania kompleksu skrzywdzonych, opuszczonych i poranionych musimy dostrzec, skąd w każdym z nas wzięły się te fobie. Dopiero kiedy zrozumiemy ich naturę i krytycznie ocenimy przekazane nam negatywne doświadczenie minionych pokoleń, zdołamy zacząć myśleć pozytywnie. Musimy poczuć się sobą, wysłowić nasze pragnienia. Ważne, żebyśmy byli szczerzy sami ze sobą, oceniając to, co odbywa się obecnie  w naszym wspólnym życiu. Jeżeli dziś na warunki życia wpływają trudne wspomnienia, cudze zachowania i tok myślenia, chorobliwe emocje, które zostały nam w spadku po przeszłości, to bardzo istotne, żeby uczciwie zaznaczyć ich obecność i szukać sposobów, żeby się ich pozbyć.

Na pewno pomysł zbudowania rosyjsko-chińskiej elektrowni atomowej na Białorusi, gdzie wciąż jeszcze nie zagoiły się czarnobylskie rany, to gwałt na naszej świadomości, kolejna trauma psychologiczna. Naciski i propagowanie energetyki jądrowej to nie tylko kpina z uczuć milionów ludzi, ale też absolutnie amoralne wizjonerstwo. Na ludzi ewakuowanych z powodu promieniowania z rodzinnych okolic, na tych, którzy wiedzą, co to nowotwory, nie działają pocieszające bajki o legendarnych bohaterach średniowiecza ani iluzoryczne widoki na rozkwit chińskiego „zaplecza technologicznego”.

Odkrywając, w jaki sposób wpłynęły na nas traumy, zrozumiemy, że wyzwolenie się z nich to proces indywidualny, obejmujący całe nasze życie. A to oznacza, że nie może się on sprowadzać wyłącznie do wyboru kulturowego, adaptacji społecznej ani normalizacji politycznej. Chcesz być taki czy inny – po prostu odpowiedz samemu sobie na bolesne pytania. I wyciągaj wnioski…

Białorusin, czyli kto?

Rozważając latami problemy białoruskiej tożsamości i specyfikę mentalności, gotów jestem stwierdzić, że najbardziej charakterystyczna cecha większości Białorusinów to merkantylność ludzi na cudzym utrzymaniu. Pomyślałem o tym, kiedy podsłuchałem w trolejbusie, jak pasażerowie oburzają się na niezadowolenie emigrantów w Europie. Zdaniem niektórych Białorusinów tamtejsi emigranci to same lenie i obiboki, pasożytujące na Europejczykach, do których oczywiście Białorusini również jednoznacznie zaliczają sami siebie. Przy czym oczekują od państwa, którego nie zamierzali stwarzać i w przyszłość którego nie wierzą, wszelkich możliwych dobrodziejstw – pełnego zabezpieczenia dla dzieci i rodziców, a dla samych siebie nieustannie rosnącego dobrobytu w zamian za brak udziału w życiu politycznym i kulturalnym… Jednocześnie Białorusini nie zamierzają opłacać działań inteligencji twórczej ani duszpasterzy, pracy tych, którzy przekształcają otaczające ich środowisko, nadając mu jakikolwiek sens. Cecha bynajmniej nie nowa, wręcz znana od wieków. „I Litwin, i Łotysz starają się według możności wynagrodzić pracę swego kapłana – Białorusin o tym nigdy nie pomyśli. On zawsze chce i stara się wszystko mieć darmo. I dlatego »Bóg zapłać« często jest tu jedynem wynagrodzeniem kapłana za jego pracę. Czy to nędza, czy brak ziemi uczynił Białorusina takim, czy też wprost brak chęci coś na kościół ofiarować, trudno powiedzieć, ale fakt istnieje…” (Jozafat Żyskar, Nasze kościoły, Warszawa–Petersburg 1912). Dzisiaj nie chodzi już o życie religijne, w którym bierze udział – z powodu wspomnianej merkantylności – absolutna mniejszość Białorusinów, ale o całą obywatelską i niematerialną sferę życia… Większość Białorusinów unika jakiejkolwiek odpowiedzialności, za cokolwiek – za kwiatki pod swoim blokiem, za swoje miasto, za swoją kulturę narodową, za swoich emerytów, za środowisko naturalne, wreszcie za swój własny los… Jak władza powie – tak niech będzie. Przy tym Białorusin będzie żarliwie, uparcie żądał dla siebie choćby niewielkiej, ale obowiązkowej, gwarantowanej właśnie materialnej, właśnie nagrody, właśnie za to! Kiedy „ludzi na cudzym utrzymaniu” oburzają emigranci w Europie, to nic innego, jak tylko wściekła zawiść wobec tych emigrantów, którzy – zdaniem trolejbusowych „polityków” – konsumują znacznie więcej od nich, Białorusinów –„Europejczyków”, i przy tym nie ponoszą odpowiedzialności za los kraju zamieszkania…

Ani jedno państwo na świecie nie radzi sobie z wyzwaniami współczesności: z międzynarodowymi kartelami, nielegalną migracją, przestępczością międzynarodową czy choćby nawet zapewnieniem sobie bezpieczeństwa własnymi siłami. Państwo musi delegować wiele swoich pełnomocnictw na organizacje między narodowe, żeby zachować przynajmniej część władzy. Białoruś nie należy dziś nawet do Światowej Organizacji Handlu (WTO), nie mówiąc o NATO czy Unii Europejskiej. Ale zrządzeniem losu, przez kryzys Rosji oraz spadek cen ropy i gazu, Białorusini zmuszeni są dokonać wyboru, jak zwykle merkantylnego i cynicznego. Za 100 lat, w epoce Internetu i powszechnej wzajemnej zależności, przyjdzie nam przeformułować stare wyobrażenia o społeczeństwie i państwie. Próba nakreślenia przyszłości Białorusi według przestarzałych szablonów niemieckiej produkcji z początku ubiegłego wieku doprowadzi nas nie do przyszłości, ale do ostatecznej utraty podmiotowości, kiedy to o naszym losie będzie decydował każdy, tylko nie my sami. To, co dziś irytuje lub nie podoba się w nas naszym bliskim zachodnim sąsiadom, nie świadczy o naszym spowodowanym przez władze Rosji i komunistów zapóźnieniu, lecz właśnie o braku podmiotowości, wizji siebie nie w historii, ale w przyszłości.

W miastach Białorusi wychowały się już trzy powojenne pokolenia. Jednak większość ludzi wciąż jeszcze żyje jak na wojnie, w wiecznej prowizorce. Ilu z nas jest zadowolonych ze swoich mieszkań? Ilu mieszka w takich domach, w jakich chciałoby mieszkać? Najpierw dawano nam miejsca w internatach, później mieszkania w blokach, których nikt nie starał się sensownie zagospodarować, bo od początku było to lokum „tylko na jakiś czas”. Później setki tysięcy ludzi przeprowadziły się do betonowych sypialni na peryferiach, też myśląc, że to przecież nie na zawsze. Następnie rodziny pączkowały, przeprowadzały się, zamieniały i tasowały jak karty swoje „metry kwadratowe” w tymczasowym, zastępczym, „nie na zawsze” mieście. W ten sposób nasze życie w tym mieście stało się nieugruntowane, tymczasowe, chybotliwe i niezobowiązujące. Zmienił się doszczętnie krajobraz, zamiast jednych budynków pojawiły się inne, zamiast starych ulic – nowe, zamiast sadzonych przez dziadów drzew zieje pustka. A właściwy, stabilny czas i godne życie jakoś nie nadchodzą. I setki tysięcy rodzin wciąż jeszcze marzą o swoim kącie, o lepszym domu, o tym, jak kiedyś wreszcie zaczną żyć. W nadziei, że to wszystko tylko na chwilę, nie zauważyliśmy, że żyjemy tak już 70 lat. I tak samo czekamy, co będzie z naszym krajem, kiedy wreszcie stanie się taki, jakim chcielibyśmy go widzieć. A to może zdarzyć się bardzo szybko, bo Białoruski Dom został już niemal dokończony – mamy przede wszystkim własne interesy i jesteśmy gotowi na różne geszefty. Epoka anachronicznych konserwatywnych ideologii minęła szybciej, niż ktokolwiek myślał. Dzisiaj tolerancyjna i liberalna w marzeniach młodego pokolenia obywateli Białoruś mocno kontrastuje z Rosją. Rosją, gdzie pali się najlepsze europejskie produkty w krematoriach i gdzie popi święcą broń balistyczną.

Tak, my, Białorusini, nie poznaliśmy jeszcze smaku zwycięstw. Ale nie doświadczyliśmy też goryczy narodowych klęsk. I dopiero dobudowujemy nasz tymczasowy kraj.

Tłumaczyła: Małgorzata Buchalik

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata