fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta
Aleksandra Przegalińska listopad 2019

Wyobraźni Lema tu brak

O ile mogę zachwycić się stylem książek Harariego, o tyle z pewnością nie jest to autor obdarzony taką wyobraźnią, by stworzyć oryginalną wizję przyszłości. Zamiast wielu scenariuszy jutra czytelnik otrzymuje od niego jedynie ekstrapolację teraźniejszości.

Artykuł z numeru

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Harari. Czy możemy mu zaufać?

Yuval Noah Harari to autor, którego nie sposób dziś pomijać. Niezależnie, co się na jego temat myśli, czy się go lubi czy nie, trzeba się do niego odnosić. Jego książki są dyskutowane zarówno wśród znajomych, jak i przez słynnych biznesmenów (Bill Gates i Mark Zuckerberg) czy znanych filozofów (Roger Scruton). Trzeba przyznać, że to ogromne dyskursywne zwycięstwo – patent, który nie byle komu udaje się zdobyć. Dlatego też, nawet jeśli w tym, co mówi, jest wiele skrótów, a jego koncepcje zataczają czasem zbyt szerokie łuki, to jego książki wymagają lektury.

Sięgałam po trzy jego tytuły wiedziona takim właśnie przekonaniem. Zawodowo bowiem interesuje mnie tylko część jego prac – ta wychylona ku przyszłości. Homo deusSapiens przeczytałam już dawno. Ostatnio zaś natrafiłam na 21 lekcji na XXI wiek i przekonałam się, że to nie jest książka dla mnie. To vademecum. Nie szukam przepisów na to, jak żyć i odnaleźć się w XXI w. Mnie interesuje, jak Harari buduje fundamenty swoich koncepcji, i to znajdowałam we wcześniejszych pracach. Zdaję sobie jednak sprawę, że istnieje dziś grupa myślicieli, do których z pytaniami i komentarzami zwraca się szeroka publiczność, a oni czują się zobligowani, by im odpowiadać. Kimś takim jest np. Jordan B. Peterson. Taki mądry pan z telewizji, osoba, która objaśnia świat, daje ludziom wskazówki. Mam wrażenie, że Harari, nolens volens, też w tę rolę teraz wchodzi.

Pracując w Stanach Zjednoczonych, widzę różnice w odbiorze Harariego – tam i tu, w Polsce czy szerzej: w Europie. Za oceanem tzw. public speaking, czyli zobowiązanie naukowca do tego, by publicznie i w sposób najbardziej przystępny dystrybuował swoją wiedzę, jest naturalne. Amerykańscy profesorowie często angażują się w dyskusje nie tylko stricte akademickie. Harari ma więc tam znacznie większą konkurencję. Ludzi, którzy piszą swoje opus magnum, a następnie robią z niego bardzo przystępną książkę, jest tam całkiem sporo. Sukces Harariego polegał na tym, że zauważyli go Zuckerberg i Gates, dzięki czemu stał się autorem, którego czyta się w Dolinie Krzemowej.

W tym kontekście wydaje mi się, że o ile Harari jest myślicielem globalnym, o tyle status guru intelektualnego początku XXI w. posiada przede wszystkim w Europie. Tutaj miał niewątpliwie mniejszą konkurencję.

***

Cenię pracę historyczną, jaką Harari wykonał w Sapiens. Pokazał, jak człowiek doszedł do miejsca, w którym jest. Były po drodze momenty nieplanowane i losowe, nakładały się i zderzały ze sobą różne procesy. Takie poprowadzenie narracji stanowiło dla mnie swego rodzaju zanegowanie heglizmu (czy też dyskusję z nim) w tym sensie, że wizja Harariego jest mocno zanurzona w biologii, czerpie wiele z Darwina, udowadnia, że dzieje człowieka to żaden racjonalny proces. Z częścią projektu Harariego, która zwrócona jest ku przyszłości, mam problem. A polega on właśnie na tym, że w Homo deus autor porzucił swoją wcześniejszą perspektywę. Jakby zapomniał o wielu zmiennych oraz losowości i zaczął po prostu mówić, jak będzie. Czytelnik nie dostaje od niego wielu scenariuszy. Jedyną propozycją Harariego jest wszechobecny dataizm, czyli algorytmiczne ewolucji biologicznej, okazuje się nie do powstrzymania. Przy okazji wychodzi na jaw nędza naszej kondycji, bo takie pojęcia jak wolna wola, podmiotowość, świadomość tracą sens. Problem w tym, że to w zasadzie ekstrapolacja tego, co jest, bez jakiegokolwiek uwzględnienia czynników zaburzających, pojawiających się nie wiadomo skąd i przestawiających nas na zupełnie inny kierunek.

Tego mi brakuje. O ile więc mogę się zachwycać jego stylem pisania, o tyle z pewnością nie jest to autor obdarzony taką wyobraźnią, by stworzyć oryginalną wizję przyszłości. Ze Stanisławem Lemem nie ma go nawet co porównywać.

Lem potrafił generować przeróżne warianty przyszłości dla odmiennych systemów społeczno-ekonomicznych. Taką futurologiczną zdolność tworzenia wizji przyszłych światów miał oczywiście także Philip K. Dick, choć jego pisanie zostało z pewnością zaburzone manią, której doświadczał Harari to nie ten typ; jest on raczej osobą, która ekstrapoluje teraźniejszość.

Widzi np., że banki coraz częściej wykorzystują systemy sztucznej inteligencji w procesie przyznawania kredytów oraz że lekarze diagności wspierają się sztuczną inteligencją w swojej praktyce medycznej, i te obserwacje stara się pociągnąć do samego końca. A na końcu jest pełnia zarządzania algorytmicznego i zanikający człowiek.

Brakuje więc komponentów zaburzających innowacje – łącznie z katastrofą klimatyczną pojawiającą się na horyzoncie Harariego dopiero w 21 lekcjach… Ponadto w jego książkach technologii przypisuje się sprawczość, której ona jeszcze nie ma. Eksperci od sztucznej inteligencji przekonują, że szybko mieć jej nie będzie. Harari nie uwzględnia też stanowisk spod znaku postwzrostu, a przecież już nie raz się wydawało, że pędzimy ku przyszłości, po czym następowało kompletne załamanie. Starsi badacze sztucznej inteligencji pamiętają „zimy” (np. w 1974 r., w połowie lat 80. i we wczesnych latach 90.) – czas, gdy nic nie działało, projekty nie były realizowane, a technologia nie funkcjonowała skutecznie. Autor Homo deus nie bierze też po uwagę niewspółmierności rozwoju technologii – fakt, że może ona odmiennie oddziaływać w różnych miejscach. Jego perspektywa jest szalenie zachodniocentryczna. Harari lansuje więc pewną wizję przyszłości z taką pewnością, jakby już w niej był. To bardzo jednokierunkowa futurologia.

Przyjrzyjmy się, co Harari pisze na temat przyszłości pracy. Przywołuje szacunki, które zakładają, że do 2033 r. zniknie wiele zawodów, np. telemarketerzy i agenci ubezpieczeniowi (na 99%), kasjerzy (na 97%), kierowcy autobusów (na 89%), barmani (na 77%). To właściwie replika koncepcji Martina Forda z książki Świt robotów. Czy sztuczna inteligencja pozbawi nas pracy?, ale co ważniejsze, to znów prosta ekstrapolacja, przedstawienie sprawy w taki sposób, jakby nic nie można już było zrobić. Po pierwsze więc, trzeba zapytać, czy żyjemy w świecie, w którym nie istnieją polityki publiczne, nie ma jakichkolwiek regulacji, a pracą nie można zarządzać. Przecież czym innym jest gotowość technologiczna, a czym innym jej wdrożenie (samochód autonomiczny jest gotowy i mógłby jeździć po naszych ulicach, ale nie ma regulacji i to powstrzymuje producentów).

Po drugie, należy założyć, że nawet jeśli pewne zawody będą znikać, to pojawi się cały pakiet nowych, ciekawych profesji powstałych wokół technologii. Tak też przecież było przy poprzednich falach postępu technologicznego. Zresztą coraz więcej mówi się o rozwiązaniach kobotyzacyjnych, czyli takich, w jakich dochodzi do współpracy człowieka i maszyny przy stanowisku pracy.

Po trzecie w końcu, z tą wspomnianą gotowością technologiczną też nie jest wcale tak dobrze, jak chciałby Harari. Wiemy, że tam gdzie w grę wchodzi czynnik społeczny i emocjonalny, pracę człowieka bardzo trudno zastąpić. Tak samo jest zresztą w przypadkach prac stosunkowo nieskomplikowanych, jak np. sprzątanie. Roboty mogą wykonywać proste iterowane czynności, natomiast dodanie im bardzo wielu modułów robienia różnych czynności – a sprzątanie tego wymaga – jest bardzo trudne i kosztowne. Tanią pracę człowieka trudno więc zastąpić równie tanią pracą robota. Zatem zastępowanie człowieka to póki co technologiczna obietnica bez pokrycia. Mamy rok 2019 i sztuczna inteligencja naprawdę raczkuje – mówię to jako praktyk tej dziedziny. Jestem w związku z tym ostrożna w prognozach na temat jej sukcesów. Wystarczy sobie wyobrazić, że aby zasilić sieć neuronową (strukturę matematyczną lub odzwierciedlający ją program komputerowy, w którym kluczowymi elementami są sztuczne neurony połączone synapsami), która może się uczyć, zbudować trzeba potężną farmę serwerów. To ogromne ilości energii. Jak wielka musiałaby być serwerownia, by pokusić się o symulację działania ludzkiego mózgu? Oczywiście można założyć, że nastąpią przełomy w materiałach albo nawet, że nastąpi moment zwany osobliwością, co robi sam Harari. Jestem jednak wobec tego sceptyczna.

***

Na koniec powiem jeszcze rzecz być może banalną, ale zazębiająca się z uwagą Harariego, który stwierdził, że skończył się tradycyjny podział życia na dwie części: okres edukacji i pracy. Uczymy się cały czas i uważam, że nawet jeśli skończyliśmy już szkolną edukację, to warto, abyśmy poznali języki programowania. Choć być może w przyszłości maszyny będą się programować same, to dzięki tej umiejętności będziemy wiedzieć mniej więcej, jak one myślą o świecie. To uczy pokory, ale też daje oddech, gdyż pozwala zobaczyć, jak proste jest myślenie maszyn w porównaniu z naszą kompleksowością. Jestem przekonana, że wiedza o tym, jak technologia funkcjonuje, wyzwala człowieka, daje poczucie sprawstwa i kontroli. Gdy wie się, jak wykryć bota w sieci, to można czuć się w niej znacznie bezpieczniej. Prócz kompetencji cyfrowych trzeba rozwijać to, czego nie ma maszyna: umiejętności społeczne, negocjowanie, szukanie kompromisu, podejście nastawione na synergiczne efekty czy tzw. konkuperację (współpracę między konkurentami). W tych sprawach człowiek jest całkiem niezły i powinien to wzmacniać.

Wysłuchał MB

Kup numer