70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Los cywilów jest sprawą świata

Czy wspólnota międzynarodowa może skutecznie przeciwdziałać naruszaniu praw człowieka? Jakie znaczenie ma dzisiaj dziedzictwo dwóch Polaków – Jana Karskiego, który alarmował aliantów o Zagładzie, oraz Rafała Lemkina, twórcy pojęcia ludobójstwo?

Eugeniusz Smolar: Kluczem do dziedzictwa Karskiego i Lemkina jest ukonstytuowana stosunkowo niedawno doktryna ONZ nakładająca na państwa członkowskie i na wspólnotę międzynarodową obowiązek ochrony ludności cywilnej i niesienia pomocy ofiarom ludobójstw, wojen i czystek etnicznych. Akty prawne, które miały zapobiegać tym zbrodniom, uchwalane tuż po II wojnie światowej, były początkiem drogi ku stworzeniu odpowiednich mechanizmów prawa międzynarodowego. Niestety, wciąż pojawiają się elementarne wątpliwości – dlaczego w Libii społeczność międzynarodowa interweniuje, a w Syrii już nie? Jak to możliwe, że dopuszczono do ludobójstwa w Rwandzie?

Anthony Dworkin: Zasada odpowiedzialności za ochronę [przyjęta w dokumencie końcowym Światowego Szczytu ONZ w 2005 r. – red.] opiera się na założeniu, że los cywilów jest sprawą całego świata. Doktryna ta odwołuje się do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela oraz do konwencji genewskiej, w której po raz pierwszy społeczność międzynarodowa napiętnowała zbrodnie wojenne. Te idee znacząco rozwinęły się po zakończeniu zimnej wojny – wspomniano tu o ludobójstwie w Rwandzie, istotne były także wydarzenia, które miały miejsce w byłej Jugosławii. Wszystko to zjednoczyło społeczność międzynarodową i zmobilizowało ją do działania. Opracowano szczegółowe normy prawne, utworzono odpowiednie trybunały.

Ostatnio na zasadę odpowiedzialności powoływano się wielokrotnie, choćby w odniesieniu do Libii. Pozostają jednak napięcia i problemy, które należy rozwiązać, i przede wszystkim jest to kwestia suwerenności. Jakie prawo państwa zewnętrzne mają do interwencji w poszczególnych krajach? Zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych wykorzystanie siły może przecież nastąpić tylko w samoobronie. Rada Bezpieczeństwa jest ciałem politycznym, a nie moralnym. Porozumienie między Baszarem al-Asadem a Władimirem Putinem sprawiło, że w Syrii, inaczej niż w Libii, nie doszło do interwencji. Ci, którzy by do niej dążyli, nie posiadaliby legitymizacji ONZ. Choć taki przebieg wypadków może się nam nie podobać, pamiętajmy, że zaangażowanie militarne Zachodu wywołuje często skutki odmienne od pożądanych. Zręby zasady odpowiedzialności powstały jeszcze w epoce optymizmu – po zimnej wojnie wydawało się, że implementacja demokracji jest łatwa. Przypadek Iraku i Afganistanu pokazuje, jak bardzo się myliliśmy. Doświadczenia ostatnich lat sprawiły, że również Stany Zjednoczone były tak naprawdę niechętne interwencji w Syrii, co od początku czyniło ten projekt nieprawdopodobnym.

Kolejne zagadnienie to pojawiający się czasem konflikt między różnymi ideałami humanitarnymi. Z jednej strony, należy dążyć do położenia kresu cierpieniom ludności cywilnej i taki impuls pchał Karskiego do działania. Z drugiej strony, jest to, co inspirowało Lemkina, czyli pociągnięcie sprawców do odpowiedzialności. Czasem te zasady wspierają się wzajemnie. Ale świat jest niedoskonały i twierdzenie, że nie ma pokoju bez sprawiedliwości, w wielu przypadkach okazuje się przeciwskuteczne. Nieraz musimy sobie zadawać pytanie, czy będziemy za wszelką cenę dążyć do likwidacji zbrodniczego reżimu, czy więcej uda się uzyskać na drodze kompromisu politycznego.

Wróćmy jeszcze do kwestii suwerenności. W zasadzie każda interwencja wiąże się ze zmianą rządu w danym kraju, istnieje więc niebezpieczeństwo, że ewentualne zaangażowanie militarne społeczności międzynarodowej będzie podyktowane politycznym interesem mocarstw, a nie względami humanitarnymi. Poza tym nawet dobrze pojęta ochrona ludności cywilnej w naturalny sposób skutkuje często uprzywilejowaniem jakiejś grupy, która uzyskuje polityczną przewagę. Nagle przeprowadzone zmiany tego typu wielokrotnie okazywały się nietrwałe, prowadząc do destabilizacji w danym regionie.

E.S.: Dziękuję za wprowadzenie, które tłumaczy, jak bardzo skomplikowany jest proces podejmowania decyzji o zaangażowaniu się ONZ w obronę ludności jakiegoś kraju. Brak woli politycznej, odmienne priorytety, także chęć rozważenia wszystkich racji, niestety, skutkują często skłonnością do odkładania ewentualnej interwencji – to właśnie przyczyniło się do braku odpowiednio wczesnej reakcji na narastającą agresję w Rwandzie. Proszę osobę, która była świadkiem, a jej niemal cała rodzina ofiarą tych wydarzeń, aby opowiedziała, jak to wygląda z jej perspektywy.

Assumpta Mugiraneza: Wspomniał Pan o Janie Karskim, i bardzo słusznie, bo ten człowiek w swoim myśleniu wykraczał poza granice własnej wspólnoty narodowej. To dla mnie istotne o tyle, że historia, o której mówię, jest w oczywisty sposób także moją historią, niemniej staram się wyjść poza partykularną perspektywę, aby móc te wydarzenia analizować. Jednocześnie uważam, że refleksja nad ludobójstwem czyniona zupełnie z zewnątrz nie jest produktywna. Ktoś, kto nie mówi po niemiecku, francusku, angielsku lub polsku – należałoby pewnie tę listę jeszcze rozszerzyć – nie może twierdzić, że specjalizuje się w tematyce Holokaustu czy II wojny światowej. Nie odbieram naukowcom prawa do prowadzenia badań nad tym, co się stało w Rwandzie, ale chcę podkreślić przepaść, która dzieli większość z nich od Afryki Centralnej.

Na początku lat 90. w Rwandzie trwała wojna domowa. Po krótkim uspokojeniu sytuacji nastąpiło jej ponowne zaognienie, w 1994 r. regularnie widywałam wtedy milicję – tę samą, która później atakowała Tutsi – trenowała i tańczyła, śpiewając, że zmasakruje milion ludzi w trzy miesiące. Wkrótce funkcjonariusze spełnili tę groźbę, zabijając średnio 10 tys. ludzi dziennie. Nie chciałam im jednak wierzyć, choć to samo pisali w swojej gazecie. Nazywała się „Kangura”, co znaczy: „Obudź innych”. Tam zamieszczono dziesięć przykazań Hutu, które miały sankcjonować ich wyższość nad Tutsi. Widziałam też zdjęcia, na których widać było pierwsze masakry, ale chyba niedostatecznie uświadamiałam sobie, co się działo. Po trzech tygodniach wyjechałam do pracy w organizacji pozarządowej w Kamerunie. 8 kwietnia 1994 r. zadzwoniono do mnie, aby powiedzieć, że moi bliscy zostali zabici. To zdanie może się wydawać banalne i chyba takie jest. Tym bardziej że nie sposób sobie wyobrazić, co to znaczy. Nie byłam nawet w stanie płakać.

Nazajutrz, kiedy usłyszałam, jak wszyscy dyskutują o Rwandzie, czułam, że nie mają pojęcia, o czym mówią. Ale ja sama także nie potrafiłam zrozumieć tamtych wydarzeń. Wtedy spróbowałam się nad nimi zastanowić w odniesieniu do tego, co napisano o Szoah. To dawało mi odpowiedni dystans intelektualny. Pozwalało także przekroczyć przekonanie, że Rwanda to po prostu dziki świat, że dokonywane w nim rzezie są czymś normalnym, a ludzi Zachodu nie powinno to niepokoić. Pojechałam do Paryża, do stolicy praw człowieka. Tam zaczęłam się zastanawiać, dlaczego cywilizowani Niemcy w tak wielkiej masie poszli za namową Hitlera i Goebbelsa. Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, ale myślę, że historia Niemiec pozwoliła mi zrozumieć nasze tchórzostwo. Ja na pewno byłam zbyt przestraszona, by działać. Komu miałam powiedzieć, że w Rwandzie dzieje się coś potwornego? Nie słuchano mnie chętnie na międzynarodowych konferencjach, kiedy starałam się tłumaczyć, jak sprawy wyglądają – bo przecież wielu Tutsi było torturowanych i siedziało w więzieniach na długo przed rozpoczęciem kulminacyjnej fazy masakr. To jednak nie zdejmuje ze mnie współodpowiedzialności za historię mojego narodu.

Podobną rolę jak Karski odegrał pół wieku później generał armii kanadyjskiej Romeo Dallaire. W 1994 r. dowodził siłami ONZ przysłanymi do Rwandy po to, by dopilnować wprowadzenia w życie porozumień z 4 sierpnia 1993 r., kończących wojnę domową. W szczytowym momencie było to 2,5 tys. żołnierzy – dużo, biorąc pod uwagę, że Rwanda jest znacznie mniejsza od Polski. Wielu z nas uznało, że to okazja do świętowania, ale wkrótce sytuacja w kraju uległa pogorszeniu. Dellaire już wcześniej ostrzegał ONZ, że Hutu zgromadzili znaczną ilość broni. Ignorowano nawet niepokojące informacje dostarczane przez członków grup dokonujących rzezi. Kofi Annan, wtedy zastępca sekretarza generalnego ONZ, jeszcze przed główną falą ludobójstwa otrzymywał alarmujące dokumenty – przyznał to podczas późniejszej wizyty w Rwandzie. Niemniej nie pozwolono Dellaire’owi na użycie broni do ochrony cywilów. Błękitnym hełmom wydawano kontrowersyjne polecenia, ograniczając ich możliwości działania. W końcu padł zupełnie nieracjonalny rozkaz – w Rwandzie ma odtąd pozostawać tylko 200–500 żołnierzy sił pokojowych, resztę odesłano z powrotem do ich krajów. Dellaire przez kolejne trzy miesiące negocjował ze zwierzchnikami, próbując utrzymać jak najwięcej żołnierzy na miejscu. Nie był Francuzem ani Belgiem, historia jego narodu nie zobowiązywała go w szczególny sposób do zaangażowania na rzecz byłej kolonii. Nie był też młodym, niedoświadczonym dowódcą. Jego słowa jednak nie wystarczyły. Kiedy było po wszystkim, ludzie z Zachodu zaczęli go słuchać z większą chęcią, ale na ogół tylko po to, by przekonać się, że nie wypełnił właściwie swojej misji.

4 lipca 1994 r. ludzie z Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego, ubrani w łachmany, obalili ówczesny rząd i powstrzymali ludobójstwo. Następnie ONZ uruchomiła oczywiście Trybunał dla Rwandy, ale te wszystkie wspaniałe idee, jak ochrona praw człowieka, straciły na wiarygodności ze względu na ignorancję i nieudolność wspólnoty międzynarodowej. Czy to jednak oznacza, że powinniśmy z nich zrezygnować? Chyba nie – i dlatego właśnie zgodziłam się tu przyjechać.

E.S: Ta historia nie działa się w odległej przeszłości jak Holokaust, ale wczoraj. Dotyka nas wszystkich, dzisiaj też młodych ludzi. Dla nas, Europejczyków, szokiem były wydarzenia w Bośni. Powtarzaliśmy sobie, że po 1945 r. nic podobnego się na Starym Kontynencie wydarzyć nie może. Aż przyszły wojny na Bałkanach, które nam uświadomiły, że ochrona praw człowieka wciąż pozostaje kluczowym wyzwaniem nie tylko w krajach rozwijających się. Czy jednak potrafimy temu sprostać?

Payam Akhavan: Zacząłbym od przywołania słynnego stwierdzenia Edmunda Burke’a – żeby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobrzy ludzie niczego nie robili. W tym przypadku to się sprawdza. Świat po zimnej wojnie to okres, kiedy Fukuyama napisał Koniec historii. Później doszło do czystek etnicznych na Bałkanach. Niedługo potem nastąpiło ludobójstwo w Rwandzie. Do nowych idei należy się odnosić sceptycznie. Historia się nie skończyła i wciąż musimy osądzać jej bohaterów. Przychodzi mi na myśl Lemkin, który poświęcił życie pracy nad sprawiedliwością międzynarodową. Należy się jednak zastanowić, na ile to rozwiązuje nasze problemy. Jak mówił jeden z prokuratorów będący oskarżycielem podczas procesów norymberskich, tworzenie iluzji postępu ludzkości to unikanie zmiany. Uświadommy sobie, że w 1994 r. w centralnej Afryce, przy użyciu prymitywnych metod, mordowano pięciokrotnie szybciej niż w czasie II wojny światowej robili to naziści. Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy to rodzaj substytutu dla interwencji, której nie podjęto.

Powiedziano kiedyś, że Holokaust nie zaczął się od komór gazowych, ale od słów. To samo dotyczyło rzezi Tutsi. Ludobójstwo nie jest klęską żywiołową, to wybór polityczny, wymagający planu i odpowiedniego zaplecza. Można je więc przewidzieć, zapewne nie z matematyczną precyzją, ale i tak w większości przypadków jesteśmy w stanie mu przeciwdziałać. Przeceniliśmy natomiast słowo „ludobójstwo”, w tym sensie, że jego istnienie uznaliśmy za gwarancję powstania skutecznego wymiaru sprawiedliwości. Tymczasem trybunałom powoływanym do osądzenia poszczególnych zbrodni nadawano niedostateczne prerogatywy. Ale skuteczność międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości jest kwestią drugorzędną w stosunku do prewencji. Kiedy sprawa trafia do trybunału, oznacza to, że przepadły już tysiące istnień ludzkich.

Byłem prokuratorem w Hadze. Zajmowałem się zbrodnią w Srebrenicy, a także niektórymi przypadkami z Rwandy. Jeden z nich trafnie pokazuje, na ile jesteśmy godni zaufania. Kiedy zaczęły się rzezie, setki, może nawet tysiące Tutsi zgromadziły się w pewnej szkole, gdzie belgijscy żołnierze chronili ich przed bandytami uzbrojonymi w maczety i kamienie, którzy bali się zaatakować świetnie wyszkolone oddziały. Wtedy jednak Rada Bezpieczeństwa podejmuje całkowicie absurdalną decyzję o wycofaniu sił ONZ z Rwandy. Kiedy belgijscy żołnierze wyjeżdżali, kilku członków plemienia Tutsi biegło za nimi, błagając o zastrzelenie, bo wiedzieli, że taka śmierć będzie o wiele lepsza od tego, co ich spotka. Wkrótce wszyscy zginęli, oprócz dwóch osób, które zeznawały podczas procesu. Świata niewiele jednak obchodzi los Afryki.

Warto się zastanowić, ile osób można było uratować. To pytanie o empatię. Stale dyskutujemy o Holokauście, a co z dniem dzisiejszym? Assumpta Mugiraneza wspomniała o raporcie dostarczonym Annanowi w styczniu 1994 r. Wówczas już od kilku miesięcy funkcjonowała radiostacja Libre des Mille Collins, którą nazywaliśmy Radiem Śmierci, wykorzystano ją bowiem jako narzędzie ludobójstwa – istotniejsze niż pałki, maczety i broń palna. Niemal cała ludność Rwandy mieszkała na wsiach, gdzie piśmienność sięgała maksymalnie 50%. Radio Śmierci, będące potężnym medium, dzień po dniu nadawało przyjemną muzykę i rozrywkowe audycje, powodując zjawisko nazwane przez Hannah Arendt banalizacją zła. Stale puszczano komunikaty o tym, że należy zniszczyć Tutsi, pozbyć się karaluchów, usunąć chwasty. Dokonywana za pomocą słów dehumanizacja przygotowała miejsce dla rzezi, przedstawiając przemoc jako normalne działanie. Eksterminacja blisko miliona przedstawicieli danej grupy wymaga mobilizacji wielu osób, to nie jest spontaniczny wybuch nienawiści.

Na ile prewencja jest jednak możliwa? Przywołam kilka przykładów sukcesu takich działań. Zapewne większość z państwa nigdy o nich nie słyszała, bo przecież o tym, że nie doszło do masakry, nie informują dzienniki telewizyjne. W 1972 r., podczas niepokojów w Rwandzie, istniało poważne zagrożenie, że również sąsiednie Burundi pogrąży się w długotrwałym konflikcie wewnętrznym. Amerykańscy dyplomaci podjęli jednak kroki, które doprowadziły do zorganizowania szkoleń z negocjacji w Kenii, w Nairobi. Dzięki tej inicjatywie napięcia w Burundi nie wywarły skutków podobnych jak te w Rwandzie. Przejdźmy do Macedonii. Tam nie doszło do czystek etnicznych, inaczej niż w innych krajach regionu. Dlaczego? Ponieważ amerykańscy i skandynawscy żołnierze, w sile jednego tysiąca, przeprowadzili w tym miejscu najnudniejszą w historii misję pokojową, skutecznie zapobiegając rozlewowi krwi.

Chciałbym też wspomnieć o Bliskim Wschodzie, z którego pochodzę. To, co dziś się tam dzieje, ma długą historię. Niedawno wstrząsnęła nami wieść o zdekapitowaniu amerykańskiego dziennikarza przez dżihadystów. Musimy sobie uświadomić, że do tej tragedii doprowadziły dziesięciolecia cynicznej, krótkowzrocznej polityki przyzwolenia wobec autorytarnych reżimów. Bliskowschodni dyktatorzy z wyrachowaniem rozgrywali problem religijnego ekstremizmu, aby zawiązywać instrumentalnie traktowane sojusze z Zachodem. Chaos, który obserwujemy dzisiaj, jak eksterminacja chrześcijan i jezydów w Iraku, jest reakcją na procesy, w których Zachód partycypował. To samo dotyczy Afganistanu. Podczas sowieckiej inwazji na ten kraj zginęło 1,5 mln jego mieszkańców. Zachód wsparł wówczas mudżahedinów, poważnie pomagając im osiągnąć zwycięstwo. Ale co wydarzyło się potem? Świat porzucił głęboko straumatyzowany Afganistan, który nagle przestał być istotny. Skutkiem były wydarzenia 11 września 2001 r. Dopiero wtedy Afganistan znowu stał się ważny – oczywiście do czasu – obecnie problem powraca raz jeszcze. Podobnie jest z Iranem, moją ojczyzną. W latach 80. zgładzono tam dziesiątki tysięcy więźniów politycznych. W tym samym czasie w Europie – m.in. w Paryżu i Wiedniu – tajne służby zamordowały 250 dysydentów, w tym rodziców moich przyjaciół, ale śledztwa pospiesznie zamykano. Kraje europejskie były bowiem bardzo zadowolone z taniej ropy dostarczanej przez ówczesny reżim. Kiedy natomiast w 1988 r., podczas wojny Iranu z Irakiem, wspierany przez Zachód Saddam Husajn gazował tysiące cywilów, nikt nie protestował. Następnie doszło do inwazji na Kuwejt, co było konsekwencją poprzednich wydarzeń.

Mógłbym takie przykłady mnożyć. Decyzje podejmowane ad hoc i realizowane w sposób krótkowzroczny są nieskuteczne – oto lekcja, którą należy wyciągnąć z historii. Musimy całkowicie przekształcić ramy polityki i definicję równowagi sił. W przeciwnym razie nadejdzie następna katastrofa – której dziś nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić.

E.S.: Panie Profesorze, Panie Ministrze – odwołuję się do obu tych funkcji – czy stanowisko, które właśnie nam zaprezentowano daje nam poczucie możliwości znalezienia wyjścia? Wola polityczna podlega przecież bieżącym ciśnieniom, wynikającym z opinii publicznej, roli mediów, popularności tematu, wreszcie zaangażowania któregoś z potężnych krajów Zachodu.

Adam Daniel Rotfeld: Przede wszystkim stosowane tu kilkakrotnie określenie „doktryna ONZ” jest bardzo nieprecyzyjne, ponieważ organizacja skupiająca 193 państwa posiadające różne możliwości działania i sprzeczne interesy nie może tak naprawdę mieć doktryny. Często powtarza się tezę, że wszystkie państwa w ONZ są równe. Tak, ale niektóre są równiejsze. Powiedzmy sobie szczerze, stali członkowie Rady Bezpieczeństwa mają nieporównanie większą możliwość działania i wspierają akcje ONZ o charakterze zbrojnym tylko wtedy, gdy sprzyja to ich strategii.

Mówiono tu o brzemiennym w skutki błędzie Kofiego Annana. Czuję się zobowiązany przypomnieć, że kiedy został on sekretarzem generalnym ONZ, odważnie podniósł tę właśnie sprawę, przekonując, że nie może dochodzić do sytuacji, gdy świat przygląda się zbrodni ludobójstwa i nie reaguje. Wtedy rząd Kanady zaproponował utworzenie międzynarodowej grupy o charakterze pozarządowym, złożonej z 12 wybitnych ekspertów prawa międzynarodowego. Na jej czele stanęli były minister spraw zagranicznych Australii Gareth Evans i wybitny angielski dyplomata Mahmud Sahnun. Przygotowano raport podejmujący zagadnienie obowiązku ochrony. To jeden z wielu raportów, jakie są w ONZ prezentowane, ale wyjątkowy, ponieważ zawarte w nim koncepcje spotkały się z poparciem wszystkich państw członkowskich w czasie jubileuszowej sesji w 2005 r. Do dokumentu końcowego weszły więc główne idee zawarte w tym raporcie. Ale do utworzenia odpowiedniego prawa pozostaje daleka droga, niech nikt nie ma co do tego złudzeń.

Jeden z problemów polega na tym, że podstawowym celem tego raportu jest ochrona jednostek. Chcielibyśmy, aby właśnie jednostka stała w centrum uwagi świata. Ale podmiotem prawa międzynarodowego są państwa, w których suwerenność nie wolno było ingerować. Obecnie nie jesteśmy już całkiem bezradni wobec łamania praw człowieka, ale nie ma jeszcze instrumentów, które pozwalałyby w zadowalający sposób zapobiegać zbrodniczej polityce wewnętrznej danego kraju. I dotyczy to nie tylko zbrodni ludobójstwa, ale również innych aktów agresji, uzasadnianych na rozmaite sposoby. Żyjemy w czasie, kiedy istnieje pilna potrzeba wypracowania fundamentów nowego porządku globalnego. Władimir Putin nie miał jednak racji 24 października, gdy mówił w Soczi, że ład międzynarodowy, obowiązujący do tej pory, już się wyczerpał. Owszem, ten porządek jest niepełny, jeszcze nie odpowiada na nowe potrzeby. Ale to nie jest tak, że Rosja nie musi pytać nikogo o zgodę co do realizacji swoich interesów. A dokładnie coś takiego powiedział Putin. Otóż Rosja ma obowiązek respektować normy prawa międzynarodowego. Powiedziawszy to, trzeba się skoncentrować na wypracowaniu nowych mechanizmów, nowych zasad, które będą adekwatne do potrzeb dzisiejszego świata.

Słuchając uważnie przedmówców, doszedłem do wniosku, że absolutnie fundamentalna jest sprawa odpowiedzialności – nie tylko państw, ale też jednostek. Karski może służyć za przykład. Przywołam tu słynną maksymę Władysława Bartoszewskiego – „Warto być przyzwoitym”. Minęły lata, a my wciąż pamiętamy o tym, że Karski w trudnych czasach okazał się właśnie przyzwoitym człowiekiem. Powiedzmy sobie szczerze, nie wszyscy są bohaterami, nie wszyscy są święci, choć w Kościele katolickim obowiązuje nakaz dążenia do tego stanu. Uważam zresztą, że Karski zasługuje na to, by wynieść go na ołtarze. Byłby to ważny sygnał dla katolików – można być przyzwoitym człowiekiem, nie będąc papieżem ani nawet kardynałem. Czekam na moment, kiedy ta idea dojrzeje. Bo główną motywacją Karskiego była głęboka wiara, jego chrześcijaństwo, które traktował serio. W świecie postnowoczesnym takie podejście nie jest bardzo częste.

Chciałbym przypomnieć jeszcze myśl osoby nieco zapomnianej – chodzi mi o wybitnego filozofa węgierskiego István Bibó. Swego czasu napisał, że niezbędne jest, aby każdy uczynił przed sobą rachunek sumienia – i by nie kładł przy tym nacisku na swoje zasługi, ale na to, za co ponosi odpowiedzialność. Warto zestawić to zalecenie z tezą Karola Modzelewskiego, zawartą w jego wydanych ostatnio wspomnieniach. Według niego wspólnotę narodową cementuje nie tylko tradycja i chwalebne czyny, ale i wspólny wstyd za haniebne, podłe zdarzenia z przeszłości.

Element osobistej odpowiedzialności i odpowiedzialności państwa jest kluczowy w debacie nad prawami człowieka. Jednostka musi być chroniona przez prawo międzynarodowe, czyli przez państwa. Praktyka jednak pokazuje, że w tym celu potrzebujemy determinacji ludzi przyzwoitych, o integralnej moralności. Takich jak Karski, który potraktował swoją rolę jako coś więcej niż tylko urzędnicze zadanie do wykonania. Ten element moralności w polityce międzynarodowej jest niezwykle ważnym przesłaniem i dziedzictwem na przyszłość.

E.S.: Ciągle odwołujemy się do języka wypracowanego w odniesieniu do Holokaustu. Ten dominujący aparat pojęciowy bywa jednak postrzegany jako element przemocy symbolicznej Zachodu, narzucający innym częściom świata nasze euroamerykańskie spojrzenie na rzeczywistość. Na ile język odnoszący się do Zagłady może być użyteczny w innych kontekstach, zwłaszcza tych, które wydają się pod wieloma względami odległe?

A.M.: Podjęłabym jeszcze temat naszego tchórzostwa, które powinno ustąpić miejsca inteligencji, odwadze myślenia. Ludobójstwo jest procesem, który zawsze ma konkretną historię i kontekst socjologiczny, a nawet swego rodzaju ekonomię, o czym wspomniał Payam Akhavan. Zbrodnicze działanie na masową skalę jest możliwe wtedy, gdy pozostała część społeczności – nie tylko lokalnej, ale też międzynarodowej – kapituluje, godząc się z myślą, że część z nas może za sprawą czyjejś nienawiści po prostu zniknąć z kuli ziemskiej. Ludobójstwo Żydów nie było kwestią tylko tych narodów, których dotyczyło bezpośrednio, a przeciwstawne stanowisko wszyscy chyba uznalibyśmy za niemożliwe do przyjęcia. To dość oczywiste, w innym przypadku trzeba byłoby przyjąć, że Żydzi pozostają poza ludzkością, tak jak chcieli naziści.

Wobec tego typu zbrodni trzeba wykroczyć poza potoczne postrzeganie świata. Tu bowiem nie chodzi tylko o konkretny, posiadający jasno określone ramy problem XX-wiecznego antysemityzmu niemieckiego. Należy zrozumieć, że Holokaust ma głębokie korzenie m.in. w dziedzictwie oświecenia. Szersza perspektywa wydaje się niezbędna do zrozumienia tak niecodziennych i niepokojących zjawisk. Dlatego nie chcę, aby ktoś mi mówił, że nie powinnam opierać moich rozważań na tej czy innej koncepcji, bo jej autorzy nie odnosili się bezpośrednio do Rwandy. Jak mówiłam wcześniej, trzeba zrozumieć miejscowy kontekst danego wydarzenia, poznać język i uwarunkowania, ale to nie jest sprzeczne z podejściem o charakterze ogólniejszym, filozoficznym. Chciałabym mocno podkreślić, że kategoryzowanie wydarzeń z 1994 r. jako sprawy lokalnej, dotyczącej wyłącznie jakichś plemion, które się wzajemnie nienawidzą, nie ma uzasadnienia. Refleksja nad ludobójstwem jest zadaniem dla nas wszystkich, trzeba na te wydarzenia spojrzeć globalnie.

Dla mnie analizowanie rwandyjskiej tragedii było też kołem ratunkowym. Gdybym jednak nie mogła się oprzeć na posiadającej tak bogate osiągnięcia dziedzinie jak badania nad II wojną światową, wątpię, czy byłabym w stanie dobrze zrozumieć tę historię, która mnie zajmuje najbardziej. Namysł nad Szoah pozwolił mi dowiedzieć się czegoś całkowicie dla mnie nowego, zetknął mnie z ciemną stroną ludzkiej natury. Łatwo jest mówić o przepaści, zawsze wolelibyśmy wskazać kogoś palcem i powiedzieć, że to on jest tutaj winny. Ja jednak dowiedziałam się, że to mnie samej dotyczy. Wszyscy jesteśmy współodpowiedzialni za dobro i za zło dokonywane przez kolejne pokolenia.

Bardzo wysoko cenię obecny stan badań odnoszących się do Szoah. Z jednej strony mamy empatię, z drugiej – dystans. Poszczególne publikacje wywołują żywe dyskusje. Zdajemy sobie też sprawę, że gdy książka ukazuje się w Stanach Zjednoczonych, to z zasady nie jest tym samym co praca wydana we Francji. Mamy na podorędziu niewyobrażalną mnogość materiałów. Jest to bogactwo, do którego nikt nie może zabronić innym dostępu. Bez tej spuścizny bylibyśmy po prostu ubożsi.

E.S.: Rozmawialiśmy o kompromitacji idei odpowiedzialności za ochronę ze względu na brak woli politycznej, ale można też zauważyć kompromitację interwencji humanitarnych. W mediach od kilku lat krąży satyryczna grafika, przedstawiająca uzbrojonego żołnierza amerykańskiego, który wybija kopniakiem drzwi. Pod nią podpis: „– Knock, knock. – Who’s there? – Freedom and democracy”. Jeden z amerykańskich dyplomatów przyznał swego czasu, że trudno jest zaprowadzić demokrację z wysokości 12 tys. metrów za pomocą setek ton bomb. Te żarty i bon moty mają tak naprawdę wydźwięk dramatyczny, ponieważ bez woli politycznej Stanów Zjednoczonych trudno sobie dziś wyobrazić jakąkolwiek skuteczną akcję militarną wspólnoty międzynarodowej. Tylko ten kraj, poza dwoma znacznie słabszymi – Wielką Brytanią i Francją – ma kulturę interwencji humanitarnych i poważnego zaangażowania w regionach odległych od własnych granic. Zdarzało się, że ONZ była w takich sytuacjach wykorzystywana do legitymizacji przeprowadzanej przez Amerykanów zmiany władz (regime change). Czy sceptycyzm niektórych państw wobec ewentualnych interwencji wynika właśnie z tego kryzysu zaufania do Stanów Zjednoczonych, spowodowanego zwłaszcza przypadkiem Iraku bądź Libii, czy też przyczyny są szersze?

A.D.: W angielszczyźnie Stanów Zjednoczonych funkcjonuje fraza „demokracja na muszce pistoletu”. Niestety, nie jest to problem, który dotyczy tylko Amerykanów – interwencja w Iraku to nasza wspólna spuścizna. Była reakcją na potworności, do których doszło w tym regionie, miała swoje uzasadnienie. Nie ma wątpliwości, że reżim Husajna pogwałcił prawo międzynarodowe. Militarne zaangażowanie Zachodu doprowadziło jednak do śmierci tysięcy Irakijczyków i pozostawiło ich kraj w opłakanym stanie, czego zastraszające skutki obserwujemy obecnie. Ale jest jeszcze druga strona medalu. Rzeczywiście pojawiło się poczucie winy, które rzuciło cień na interwencje humanitarne. Przekonaliśmy się, że sytuacja zawsze jest bardziej skomplikowana, niż sądzimy, w związku z czym o wiele trudniej jest znaleźć poparcie dla zastosowania przemocy w celu ochrony praw człowieka. Orędownicy odpowiedzialności za ochronę znaleźli się w bardzo trudnym położeniu.

Niektórzy chcieliby widzieć kolejne interwencje podejmowane nawet bez przyzwolenia ONZ. Podobnie można było zapewne uczynić w przypadku Rwandy. Zdarzają się sytuacje, gdy wspólnota międzynarodowa jest podzielona, a mimo to chcielibyśmy, aby doszło do interwencji. Jednak należy pamiętać o ograniczeniach akcji militarnej. Zazwyczaj tego typu działania przedstawia się jako bardziej zaawansowaną formę pomocy humanitarnej i oczywiście chcieliśmy, aby tak było w Iraku. Sprawy jednak wymknęły się spod kontroli. Ostatecznie każda interwencja zbrojna niesie ze sobą podobny bagaż problemów. Czy sytuacja w Libii nie powinna nas skłaniać do głębokiej refleksji? Mnie się początkowo wydawało, że należy tę interwencję przeprowadzić możliwie szybko. Teraz jednak sytuacja w tym kraju się skomplikowała. Powinniśmy byli przewidzieć następstwa akcji militarnej. Dziś widzimy, że warunki w Libii, kiedy przystąpiono do interwencji, raczej nie sprzyjały zewnętrznemu zaangażowaniu. Być może zbrojna ingerencja nastąpiła zbyt szybko. Należy te kwestie gruntownie przeanalizować. Jak wiadomo, Berlin był przeciwko tamtej interwencji i prawdopodobnie wiele osób w Niemczech teraz cieszy się z ówczesnego stanowiska swojego rządu.

E.S.: Sformułowanie norm, nawet jeśli panuje co do nich zgoda, nie oznacza zatem, że jesteśmy w stanie skutecznie je wprowadzać w życie. Pojawiają się ludzie, którzy twierdzą, ze należy pójść krok dalej – nie wystarczy imperatyw ochrony, responsibility to protect, potrzebna jest jeszcze zasada wsparcia, responsibility to assist. Muszę powiedzieć, jako były opozycjonista, że mnie się to nawet podoba, bo my chcieliśmy w Polsce, w latach 70. i 80., żeby Zachód nam pomagał. Nie widzę jednak kontekstu prawnego, który by pozwalał coś takiego wprowadzać w życie.

P.A.: Nasze możliwości działania są do tego stopnia ograniczone, że nie będzie przesadą, gdy nazwę ONZ instytucją godną pióra Kafki. Mamy do czynienia ze światem, który niekoniecznie wygląda tak, jak byśmy chcieli. Na temat odpowiedniej reakcji na masakry w Bośni pojawiały się bardzo różne opinie. Potrzebujemy dobrze wykształconych elit, które ciągle będą sobie zadawały pytanie, co należy w konkretnej sprawie uczynić. Obowiązek ochrony ludności cywilnej jest koncepcją rewolucyjną, ponieważ zmienia sposób postrzegania suwerenności, będącej dotąd wartością niemal niekwestionowaną. Nie oznacza to, że ta zasada nakłania do lekceważenia praw niepodległego państwa, ale zakłada nade wszystko odpowiedzialność za życie każdego człowieka. Zastosowanie siły wymaga jednak poparcia Rady Bezpieczeństwa ONZ, nikt bowiem nie twierdzi, że obowiązek ochrony oznacza zgodę na samodzielną interwencję. Pierwszą tego typu akcją zbrojną była dopiero ta dokonana przez Rosję w Gruzji i nie chcemy, aby ten precedens znalazł kontynuację. Zasada odpowiedzialności za ochronę to po prostu bardzo ważny instrument, jaki nam udostępniono, aby mobilizować polityków oraz opinię publiczną.

Warto jeszcze coś dodać na temat oddziaływania Holokaustu. W Iranie mieliśmy do czynienia z negowaniem tej zbrodni, co jest dla mnie zjawiskiem zadziwiającym. Moja ojczyzna była domem także dla Żydów, i to przez 4 tys. lat, o czym zaświadcza Biblia. Skąd się wzięło negowanie tragedii tego narodu, jawnie sprzeczne z ustaleniami historyków? Otóż Holokaust stał się punktem odniesienia i swego rodzaju trofeum. Jeśli cierpisz, to możesz się porównać z ofiarami nazistowskich zbrodni, co niemal gwarantuje oddziaływanie na opinię publiczną. W 1994 r. mieliśmy zresztą do czynienia z odwrotną sytuacją. Madeleine Albright, która wówczas była ambasadorką Stanów Zjednoczonych przy ONZ, przekonywała, że wydarzeń z Rwandy nie należy nazywać ludobójstwem, co uspokoiło elity polityczne.

Oczywiście skierowanie uwagi opinii publicznej na jakiś temat nie musi pociągnąć za sobą działań prowadzących do rozwiązania problemu. Kiedy kilka lat później sekretarz stanu Colin Powell przemawiał przed Radą Bezpieczeństwa ONZ, twierdząc, że to, co się dzieje w Darfurze, jest ludobójstwem, niewiele osiągnął. To jest iluzja, że coś robimy w sprawie wojny w Sudanie. Tak naprawdę niewiele nam się udało zdziałać, ale przynajmniej nazwaliśmy tamtejsze wydarzenia ludobójstwem. Ekscytowali się tym George Clooney i inni celebryci, ale nie zapobiegliśmy masakrom w Sudanie i innych regionach Afryki. Dlatego musimy być raczej krytyczni, zamiast pokładać ufność w nowych koncepcjach pojawiających się na gruncie prawa międzynarodowego.

Zresztą stosowane w nim pojęcia okazują się czasem zbyt sztywne. Byłem niedawno w Kambodży, gdzie musiałem tłumaczyć, że masowe morderstwa polityczne, które miały tam miejsce, nie mieszczą się w definicji ludobójstwa, stanowią oddzielny problem. Oczywiście moim rozmówcom bardzo się to nie spodobało. Może mieli rację. Dopiero słysząc historie ludzi, którzy przeżyli tragedie, potrafimy wejść na odpowiedni poziom empatii. Wtedy jesteśmy w stanie zrozumieć, skąd się bierze imperatyw ochrony.

E.S.: Kończąc naszą, nienapawającą optymizmem dyskusję, przywołam wskazówkę moralną – drogowskaz: „Nawet jeśli nie możemy ich wszystkich uratować – trzeba choćby ratować niektórych…”.

Dyskusja odbyła się podczas konferencji Jan Karski – pamięć i odpowiedzialność, zorganizowanej przez Fundację Edukacyjną Jana Karskiego i Muzeum Historii Polski w listopadzie 2014 r. Całą konferencję można obejrzeć na stronie: www.konferencjakarskiego.pl Ilustracje: Barbara Sadowska

.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata