70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ciała życie wieczne

Wieczne życie wpisuje się w nurt posthumanizmu nawołującego do przekroczenia granic człowieczeństwa, do zrozumienia, że bez Innego Nie-Ludzkiego człowiek nie istnieje, bo nie da się go wyizolować spośród reszty przyrody, a zaburzając ekosystem, doprowadza do zagłady wielu gatunków i w konsekwencji zaczyna zagrażać sam sobie.

Jesteśmy częścią wielkiej uczty i staramy się z niej wyłączyć, chociaż zjadamy miliardy zwierząt. Jednocześnie odmawiamy siebie wszystkim zwierzętom, nawet po naszej śmierci. Nawet robakom. Dlatego potrzebujemy nowej opowieści o stworzeniu, która połączy nas z przyrodą”. Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci zaczęło się od pewnego listu, w którym chory przyjaciel zapytał Bernda Heinricha – emerytowanego prof. biologii na uniwersytecie w Vermont, autora kilkunastu książek przyrodniczych – czy nie wyprawiłby mu w swojej posiadłości w lasach Maine zielonego pogrzebu. Nie chce bowiem być skremowany ani pochowany na cmentarzu, wolałby oddać ciało naturze. Doczesna powłoka nie będzie mu już potrzebna, mogłaby więc wrócić do pierwotnego obiegu.

Niebiański pogrzeb

Idea green funeral pojawiła się w Wielkiej Brytanii wiele lat temu i zyskuje na Zachodzie coraz większą popularność. Do pochówku używa się materiałów z recyklingu oraz gliny, wikliny, a także ubrań z biodegradowalnych materiałów. I, rzecz jasna, nie buduje się betonowych mogił, ale chowa ciało prosto do ziemi w ekologicznych trumnach ze sklejki czy sprasowanej tektury. W ten sposób zmarli znów stają się częścią środowiska naturalnego. Jednak przyjaciel Bernda Heinricha miał na myśli bardziej radykalny gest. Chciał, by jego śmierć szybko przemieniła się w inny rodzaj życia. „Na łonie przyrody zwierzę spoczywa tam, gdzie zdechło, i tym samym trafia od razu do systemu przetwarzania resztek. Dzięki temu skondensowane zwierzęce substancje odżywcze zostają szeroko rozprzestrzenione przez rzesze much, chrząszczy itd. Natomiast pogrzeb opieczętowuje nas w jamie. Pogrzeb w trumnie, internowanie w grobie, pozbawia przyrodę substancji odżywczych zawartych w ludzkim ciele, co ze względu na liczebność naszego gatunku, około sześciu i pół miliarda osobników, oznacza istne głodzenie Ziemi”. Przyjaciel poprosił o taki zielony pogrzeb, by padlinożercy od razu mogli się jego ciałem pokrzepić, prosił o wyłożenie nagich ludzkich zwłok w środku lasu.

Może to brzmieć zdumiewająco albo nawet przerażająco, bowiem niepogrzebanie zwłok kojarzy się z poniżeniem umarłego, z hańbą, na jaką Kreon skazuje Polinejkesa, gdy ten ginie w pojedynku o tron. Jego trup ma być pozostawiony na pastwę losu, wydany na żer drapieżnikom. Zainspirowany mitem weimarski artysta Edmund Kanoldt w 1883 r. namalował Antygonę przy zwłokach Polinejkesa. Ona jedna przeciwstawia się rozkazowi Kreona i grzebie brata w ziemi. Na płótnie Kanoldta widać, jak Antygona załamuje ręce nad ciałem umarłego i jest to jednocześnie gest chronienia, odpędzania ścierwojadów, krwiożerczych ptaków, które po wyrywaniu wnętrzności ofiary oraz posileniu się nimi odleciałyby z zakrwawioną głową i szyją.

Jakby w opozycji do tego obrazu Bernd Heinrich i jego przyjaciel marzą o niebiańskim pogrzebie, mają wizję skrzydlatej przyszłości ich doczesnych szczątków, chcieliby ulecieć w górę w ptasim ciele. „Z upodobaniem wyobrażamy sobie życie pozagrobowe, jako szybowanie w przestworzach za sprawą ptaków takich jak kruki i sępy, owych szczególnie ujmujących grabarzy w świecie przyrody. Rozczłonkowane i szeroko przez nie rozprzestrzenione martwe zwierzęta przemieniają się potem we wszelkiego rodzaju inne cudowne istoty żywe w całym ekosystemie”.

Czyściciele

Wieczne życie może stać się przyczynkiem do rozważań nad rytuałami pogrzebowymi w świecie przyrody. Uświadamia czytelnikom, iż zwierzęcy zmarli są mniej egoistyczni od ludzi i oddają swoje ciało innym organizmom, a żerujące na padlinie osobniki pochłaniają je od razu albo odprawiają im pochówek. Czarne jak smoła chrząszcze grabarze przenoszą truchło ptaków i gryzoni, z rozmysłem grzebią je w wykopanej przez siebie komorze, na koniec spryskują substancją antybiotyczną, która ma zapobiec gniciu. Następnie samice składają jaja blisko padliny, a gdy wylęgną się larwy, zdechła mysz czy ptak stają się dla nich cennym pożywieniem. Z kolei kruki, orły, sępniki czerwonogłowe, wrony, sroki, sójki, sikory, gdy zauważą zwłoki, krążą nad nimi i upewniwszy się, że czeka je uczta, przystępują do wydłubania padlinie oczu i mózgu, wyrywania strzępów mięsa, skubania futra. Reszty, przemiany życia po śmierci w dalej trwające życie, dokonują wilki, duże koty, kojoty, szakale, lisy, kuny, łasice, wiewiórki, ryjówki, a potem destruenty: owady, larwy i bakterie. W świecie przyrody każda z tych pozycji obsadzona jest przez kilka gatunków, ostatecznych recyklerów, jak nazywa je autor książki. I tak oto, w zbiorowym metabolizmie, przebiega każdy pogrzeb w świecie zwierząt.

Ale Wieczne życie nie jest tylko zapisem badań żerowania na padlinie, choć Heinrich dokładnie wylicza np., że przy truchle, które obserwował, przewinęło się ponad 500 zwierzęcych biesiadników. Książka staje się pretekstem do dociekań eschatologicznych i ontologicznych. Do rozważań o ciele wyzutym z życia, a jednak dalej żyjącym w innych ciałach, o tej mieszaninie minionego życia. Jest też manifestem humanisty i wpisuje się w nurt posthumanizmu nawołującego do przekroczenia granic człowieczeństwa, do zrozumienia, że bez Innego Nie-Ludzkiego człowiek nie istnieje, bo nie da się go wyizolować spośród reszty przyrody, a zaburzając ekosystem, doprowadza do zagłady wielu gatunków i w konsekwencji zaczyna zagrażać sam sobie.

Zanim rodzina autora przybyła po II wojnie światowej do Ameryki, żyła w północnych Niemczech, a uciekając przed nadciągającą Armią Czerwoną, zamieszkała w opuszczonej chacie i żywiła się tym, co las jej ofiarował. Heinrich podkreśla niegdysiejsze własne powinowactwo z padlinożercami. Niejednokrotnie walczył wówczas wraz z ojcem z drapieżnikami, które musieli odganiać od zdechłych łosi czy postrzelonych przez brytyjskich żołnierzy dzików albo saren. I nie gardzili wcale częściowo nadjedzonymi zwłokami, bo dla głodującej rodziny były cennym pożywieniem i oznaczały syty posiłek. I to z powodu tamtych praktyk bycia czyścicielem w przyrodzie dziś Heinrich apeluje do ludzi o proekologiczną postawę, nazywając współczesne obrzędy pogrzebowe zaśmiecaniem świata. Jak inaczej określić bowiem zużywanie litrów trującego formaldehydu, którym pompowane są zwłoki, by zapobiec ich rozkładowi, trumny produkowane z metalu i ogromnych ilości drewna, krematoria zatruwające powietrze rtęcią i zwiększające emisję gazów cieplarnianych, bo proces spalania ciała ludzkiego trwa co najmniej trzy godziny i pochłania znaczne ilości paliwa…

***

„Widzę cały świat jako jeden organizm, który nie ma oddzielnych części (…) i pragnę uczestniczyć w największym święcie na Ziemi – wiecznym życiu” – pisze Bernd Heinrich i przekonuje do bezczasowej transformacji, do przemieniania naszych ciał w inne ciała. Chyba to wciąż zbyt problematyczny koncept dla Kościoła katolickiego. Choć kiedyś również i kremacji nie dopuszczano, a teraz spalenie ciała bywa już aprobowane. Może więc za jakiś czas nastanie era zielonych pogrzebów. I może przechodząc na drugą stronę, będziemy żyć po śmierci nie tylko w sposób symboliczny.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata