70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Barbarzyńcy w ogrodzie

Liberalni przywódcy lubią powtarzać, że należy wspierać umiarkowany islam. To najgorsze, co można powiedzieć młodym ludziom. Oni nie chcą być umiarkowani – przeciwnie, chcą być bohaterami, potrzebują idei, chwały i wartości. Ale co może być dla nich taką wartością, inną niż radykalny dżihad?

Karen Armstrong, badaczka religii, próbująca w swoich pracach pokazywać przede wszystkim jej pozytywne aspekty, w najnowszej książce Fields of Blood: Religion and the History of Violence z pasją opisuje bojowników z Państwa Islamskiego. Przypominają jej „barbarzyńskie plemiona wdzierające się w Imperium Rzymskie” i „mongolskie hordy Czyngis-chana niszczące całe miasta i dokonujące rzezi ich mieszkańców”. Czym wyróżnia się Państwo Islamskie, że wywołuje aż tak gwałtowne reakcje?

Od upadku Imperium Rzymskiego i czasów Czyngis- -chana nasza cywilizacja nieco się zmieniła. Szczególnie od II wojny światowej idea masowego zabijania cywilów w imię jakiejkolwiek ideologii nie jest już w świecie powszechnie akceptowana. Oczywiście brutalna przemoc jako narzędzie polityki była wykorzystywana także w ostatnich dziesięcioleciach: w latach 60. w Wietnamie czy w latach 90. w Rwandzie. We współczesnych społeczeństwach, w których wartością jest życie w komforcie i bezpieczeństwie, nic nie daje się jednak porównać do brutalnych praktyk bojowników Państwa Islamskiego: obcinania głów, ukrzyżowań, kamienowania i grzebania ludzi żywcem.

Zacznijmy naszą opowieść od politycznego i historycznego tła Państwa Islamskiego. Zrobiło się o nim głośno w czerwcu 2014 r., gdy jego przywódcy ogłosili powstanie kalifatu w północnym Iraku i Syrii.

Rozwój Państwa Islamskiego był możliwy dzięki niestabilnej sytuacji w całym regionie po amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 r. oraz trwającej od 2011 r. wojnie domowej w Syrii. Konflikty, które stoją u podstaw jego sukcesów, są jednak znacznie głębiej zakorzenione w historii Bliskiego Wschodu. Pierwszy aspekt, o którym należy wspomnieć, to religijna i kulturowa różnorodność Iraku, wynikająca z brytyjskich decyzji po I wojnie światowej. Ustanowione wówczas granice Iraku objęły szyitów, sunnitów i Kurdów, rozdzielając jednocześnie tych ostatnich pomiędzy kilka państw. Połączenie trzech różnych grup religijnych w obrębie jednego państwa było gwarancją niekończących się napięć. Dzisiaj ta koncepcja państwa, wyrastająca z brytyjskich decyzji kolonialnych, jest poważnie kwestionowana.

Drugi czynnik historyczny to upadek Związku Radzieckiego, który pozostawił dużą lukę, jeśli chodzi o sposoby artykulacji, o język ideowy dla antysystemowych czy antyzachodnich ruchów politycznych na świecie. Amerykański model liberalnej demokracji przez pewien czas po upadku ZSRR nie miał żadnej poważnej konkurencji. Wielu ludzi zostało jednak wyrzuconych za burtę amerykańskiego snu i szukało idei, która mogłaby go zastąpić. Część z nich znalazło ją właśnie w dżihadzie. Dynamiczny rozwój grup dżihadystów nastąpił wraz z sowiecką inwazją na Afganistan, ale przyspieszył spektakularnie po atakach z 11 września. Warto zauważyć, że organizacja zamachu kosztowała Al-Kaidę ok. 450 tys. dolarów, podczas gdy Stany Zjednoczone na walkę z terroryzmem wydały już ponad 4 bln dolarów, a doprowadziły jedynie do pogorszenia sytuacji. Dowodem jest m.in. wzrost znaczenia pakistańskich talibów (znacznie groźniejszych od tych z Afganistanu) czy ekspansja, potężniejszego od Al-Kaidy, Państwa Islamskiego.

Amerykańska inwazja na Irak wzmocniła obydwa czynniki: rozbudziła religijne konflikty w Iraku i stworzyła przestrzeń dla dżihadystów. W Iraku można było obserwować, jak demokracja nie radzi sobie w kraju o silnych więzach religijnych, plemiennych czy rodowych, pozbawionym wspólnej tożsamości narodowej.

Kiedy szyici przejęli władzę po latach ucisku ze strony reżimu Saddama Husajna, wielu sunnitów utraciło swoje przywileje, a ich dotychczasowy standard życia dramatycznie się obniżył. Arabski świecki nacjonalizm sunnitów znalazł ujście w globalnej misji dżihadu dzięki poprzednikom Państwa Islamskiego – organizacji nazywanej „Al-Kaidą w Mezopotamii”. Jej pierwszym dowódcą był Abu Musab az-Zarkawi, współpracujący z Osamą bin Ladenem. Błyskawiczny rozwój tej grupy terrorystycznej (znanej wówczas jako Państwo Islamskie w Iraku) nastąpił od 2010 r., dzięki nowemu liderowi Abu Bakr al-Baghdadiemu. Wykorzystał on sytuację w Syrii, która w wyniku wojny domowej stała się ziemią niczyją, przegrupował swoich żołnierzy i stworzył nowe ekonomiczne i społeczne zaplecze dla przyszłych sukcesów w Iraku.

Obecnie Państwo Islamskie jest jedną z najsilniejszych organizacji terrorystycznych na świecie. Kontroluje rozległe terytorium w północnym Iraku i wschodniej Syrii, dysponuje ok. 30 tys. bojowników w samym tylko Iraku i uzyskuje – jak się przypuszcza – 2 mln dolarów wpływów każdego dnia ze sprzedaży ropy, z podatków i wymuszeń, z przemytu i z wpłat pochodzących od krajów Zatoki Perskiej. W jaki sposób al-Baghdadi osiągnął tak spektakularny sukces?

Al-Baghdadi jest urodzonym liderem – wyjątkowo inteligentnym i oddanym sprawie bojownikiem. Nie wiemy o nim zbyt wiele – on sam twierdzi, że na uniwersytecie w Bagdadzie uzyskał doktorat w zakresie studiów islamskich. Rozmawiałem z gen. Douglasem Stonem, który przesłuchiwał al-Baghdadiego, gdy był on przetrzymywany przez Amerykanów w Camp Bucca w Iraku w 2004 r. Zapamiętał go jako najgorszego z najgorszych. Mimo przestróg Stone’a Amerykanie pozwolili mu jednak wyjść na wolność.

Al-Baghdadi ma dwie istotne cechy skutecznego lidera. Po pierwsze, jest doskonałym menedżerem. Uczynił z Państwa Islamskiego dobrze zorganizowany i samowystarczalny finansowo system. W Syrii rozpoczął od ataków na rafinerie oraz przejmowania szlaków przemytu paliwa, ale zorganizował też system opieki społecznej oraz usług zdrowotnych dla bojowników i ich rodzin. Po drugie, jest charyzmatycznym przywódcą, szczerze zaangażowanym, niezgadzającym się na żadne kompromisy. Potrafił zbudować wokół siebie grupę oddanych ludzi i podporządkować sobie byłych oficerów Partii Baas, sunnickich nacjonalistów stanowiących elitę w państwie Husajna. Niektórzy amerykańscy politycy twierdzą, że oficerowie ci stanowią zarówno siłę Państwa Islamskiego, jak i najpoważniejsze zagrożenie dla jego istnienia, ponieważ nie są w pełni oddani idei globalnego dżihadu. Nie zgadzam się z taką oceną. Sądzę, że al-Baghdadi zdołał przekonać ich do swojej wizji i z każdym dniem rośnie ich zaangażowanie w tę niezwykłą przygodę, jaką jest Państwo Islamskie. Al-Baghdadi mawia, że marginalizacja stanowi klucz do siły: porażka i upokorzenie sunnitów już niedługo, dzięki idei kalifatu, mogą się obrócić w prawdziwą potęgę. „Popatrzcie w przeszłość, w czasy pierwszych kalifów – mówi – a zobaczycie największe imperium świata!” To niezwykle mocny i pociągający przekaz.

Jakie są najistotniejsze cele Państwa Islamskiego?

Podobnie jak w przypadku wielu innych ruchów narodowych czy ponadnarodowych, celem jest przywrócenie złotego wieku dla ludzi, którzy obecnie czują się słabi i zmarginalizowani. Pojęcie kalifatu odnosi się do czasów po śmierci proroka Mahometa, kiedy islam stanowił podstawę światowego imperium, mogącego pochwalić się wybitnymi osiągnięciami w dziedzinie matematyki, nauki i medycyny i cieszącego się względnym pokojem od Maroka aż po Indie. Bojownicy Państwa Islamskiego nazywają siebie salafitami, naśladowcami Salaf – „przodków”, pierwszych pokoleń po Mahomecie. Ostatnim z tych przodków był Tarik, który podbił Hiszpanię na początku VIII stulecia (od jego imienia wywodzi się nazwa Gibraltar – Dżabal al-Tarik, góra Tarika). Członkowie Państwa Islamskiego pragną przywrócić czasy Salaf poprzez surową interpretację szariatu, prawa religijnego z czasów Mahometa. To ma być droga powrotu do złotej ery.

Jakie są ich dążenia terytorialne? Syria i Irak czy raczej granice kalifatu z VIII w.?

To drugie. Obecnie głównym celem jest zdobycie Bagdadu i marsz na Mekkę i Medynę. Byliby wówczas z powrotem u siebie, w kolebce Mahometa i stamtąd mogliby ruszyć na dalszy podbój świata arabskiego.

Mówi się, że celem terrorystów jest budzenie strachu. Czy jest to wystarczające wytłumaczenie dla tak skrajnej brutalności, jaką prezentuje Państwo Islamskie?

Jeśli rozważymy jako przykład ścięcie amerykańskich dziennikarzy, zobaczymy dwa aspekty tego aktu. Pierwszy to sterroryzowanie wrogów, przede wszystkim poprzez spektakularne nagrania pokazywane w stacjach telewizyjnych na całym świecie. Publiczność dla terroryzmu jest jak tlen, bez niej ginie. To strategia wzięta z zasad jiu-jitsu: używać atutów przeciwnika do osiągania własnych celów. Z powodu jednego „zwykłego” ścięcia amerykańskiego obywatela zachodnie media działają na korzyść Państwa Islamskiego, promując je na cały świat.

Drugi aspekt to budowanie specyficznych krwawych więzów pomiędzy członkami wspólnoty, pomiędzy terrorystami. Zabijanie potrafi budzić bardzo pozytywne i inspirujące emocje. Oczywiście nie w ofiarach i nie wśród członków naszego społeczeństwa, które ceni sobie ludzi miłych i serdecznych. Jednakże dla morderców, którzy zabijają z powodów ideologicznych, może to być niezwykle pobudzający, przejmujący i jednoczący akt.

By zobrazować to zjawisko, proponuję wykorzystać pojęcie wzniosłości (sublime). Edmund Burke, brytyjski filozof z XVIII w., opisał je w swoim eseju dotyczącym różnicy pomiędzy pięknem a wzniosłością. Wzniosłość jest ciemna, mroczna, związana ze śmiercią i namiętnością, zakorzeniona w grozie świata. W liberalnej demokracji wzniosłość nie jest już elementem ideologii, nie kultywuje się jej. Nasze społeczeństwa są w o wiele większym stopniu nastawione na rozum, tłumi się natomiast mroczne pasje i pociąg do przemocy.

W artykule o Państwie Islamskim opublikowanym na łamach „The Guardian” wspomniał Pan spostrzeżenia George’a Orwella, że nazizm, faszyzm i stalinizm były ideologiami, które dawały silne poczucie zaangażowania i dostarczały ekstatycznych uczuć. Czy dżihad w swojej najbardziej ekstremistycznej wersji ma podobne cechy?

Wszystkie te ideologie oferowały coś więcej niż nasza ideologia liberalnej demokracji, oparta na wygodzie, bezpieczeństwie i obietnicy dobrego życia. Te wartości są dla wielu ludzi niewystarczające. Oni potrzebują czegoś wspaniałego – iluzji bycia niczym Bóg, przynoszący i kontrolujący śmierć. Państwo Islamskie zapewnia takie przeżycia.

Przypominam sobie anegdotę o dwóch wielkich twórcach kina, Charliem Chaplinie i René Clairze. Obydwaj obejrzeli Triumf woli – słynny nazistowski film propagandowy, przedstawiający rozentuzjazmowane tłumy mężczyzn, kobiet i dzieci całkowicie oddanych Führerowi. Chaplin się śmiał – uznał, że to tak głupie, że aż zabawne, i w ten sposób wpadł na pomysł nakręcenia swojego znakomitego filmu Dyktator. René Clair był natomiast zupełnie przerażony i powtarzał wciąż, że jeśli młodzież zobaczy ten film, to będziemy zgubieni. Tajemnicze doświadczenie wzniosłości, wiązane ze śmiercią i przemocą, może pozostawić obojętnym, może nawet być przedmiotem karykatury, jak u Chaplina. Równocześnie jednak wciąż przemawia do wielu ludzi.

Czy to właśnie poczucie wzniosłości i potrzeba silnych więzów we wspólnocie przyciągają ochotników z Europy? Szacuje się, że szeregi Państwa Islamskiego zasiliło przynajmniej 3 tys. młodych bojowników z krajów zachodnich. Część z nich zachowuje się tak, jak gdyby przyjechała na wakacje, i chwali się swoimi przygodami w mediach społecznościowych. Kojarzy nam się to z tezą o banalności zła – oni zachowują się tak, jak gdyby nie mieli poczucia, w czym uczestniczą.

W mojej ocenie teza o banalności zła nie ma tutaj zastosowania. Owszem, być może jest w tych ochotnikach jakaś podatność na wpływ autorytetu, czyniąca ich zdolnymi do działań, o które sami by się nie posądzali. Ale w koncepcji Hannah Arendt istotniejsze było to, że zwykły urzędnik, wykonując swoją codzienną pracę, może dokonać niewyobrażalnego zła. W przypadku dżihadystów istotą jest nie banalne zło biurokracji, lecz świadome poszukiwanie przygody, znaczenia i chwały.

Ci ochotnicy to młodzi ludzie, pomiędzy 18. a 26. rokiem życia, często w przejściowych momentach swojego życia: jeden opuścił rodzinny dom, inny bezskutecznie poszukuje pracy, jeszcze inny szuka kobiety, z którą mógłby założyć rodzinę. To etap, w którym najważniejszą potrzebą jest odnalezienie sensu swojego życia.

Oczywiście tło decyzji o dołączeniu do bojowników Państwa Islamskiego stanowi też sytuacja muzułmanów w Europie. Młodzi ludzie o arabskim pochodzeniu mogą zapomnieć o zrobieniu wielkiej kariery w mediach czy w polityce – dla nich czasem problemem jest znalezienie jakiejkolwiek godnej pracy, co wynika z braku akceptacji w społeczeństwie. Niedawno rozmawiałem z imigrantem, który pod amerykańską ambasadą w Paryżu protestował przeciwko złemu traktowaniu muzułmanów. Zapytałem go, co jemu osobiście przeszkadza w życiu we Francji. Odpowiedział krótką opowieścią o tym, jak razem ze swoją siostrą, noszącą hidżab, spacerował wzdłuż witryn sklepowych, oglądając wystawione w gablotach ubrania. Pewien starszy Francuz podszedł do niego, splunął na ziemię, przezwał „brudnym Arabem” i poszedł dalej. Mój rozmówca powiedział, że właśnie wtedy zrozumiał, że tylko dżihad jest właściwą odpowiedzią. To ciekawe: agresja oparta na stereotypach istniała przecież od zawsze, także we Francji, ale dopiero teraz wynikająca z tego frustracja może zostać skanalizowana w postaci wsparcia dla dżihadu.

Podsumowując, atrakcyjność Państwa Islamskiego na Zachodzie wynika z dwóch źródeł. Pierwszym jest upokorzenie i frustracja muzułmanów w Europie, którzy dzięki dżihadowi mają możliwość odzyskania utraconej godności. Drugim jest dążenie do chwały, potrzeba, by zostać bohaterem i zmieniać świat. To trafia nie tylko do muzułmanów: sondaż z lipca 2014 r. pokazał, że 27% młodych Francuzów – nie tylko muzułmanów – popiera Państwo Islamskie. A mniej więcej co dziesiąty ochotnik przyjeżdżający do Syrii i Iraku, by wspierać bojowników, przeszedł na islam z chrześcijaństwa.

Co jeszcze wiemy o tych ochotnikach? Wspomniał Pan w książce Talking to the Enemy: Faith, Brotherhood, and the (Un)Making of Terrorists (2010), że zachodni komentatorzy często przeceniają rolę religijnych przywódców. Jeśli nie w meczecie, to gdzie zostaje się fundamentalistą?

W restauracji, na spotkaniu przy grillu albo po prostu przez Internet. Większe znaczenie niż lokalny duchowny ma grupa rówieśnicza. Czasem do wyjazdu zachęcają znajomi, którzy już byli w Państwie Islamskim i teraz osobiście lub na odległość poszukują nowych osób. Śledzenie takich rozmów na forach internetowych jest fascynujące. Poza poszukiwaniem chwały i sensu życia przewija się tam mnóstwo bardzo praktycznych kwestii. Kandydaci pytają o to, jaką odzież wziąć ze sobą, ile potrzebują pieniędzy, jaka jest pogoda. Rekruterzy Państwa Islamskie przekonują, że zapewnią bojownikom wygodne zakwaterowanie i dobry standard życia. Pomoc w znalezieniu odpowiedniej kobiety też może być zachętą do wyjazdu.

Czy czują się oni potrzebni lokalnej społeczności w Iraku i w Syrii?

W tej kwestii wiele się zmieniło w ciągu ostatniego roku. Początkowo ochotnicyprzyjeżdżali z myślą o tym, by pomagać sunnickim muzułmanom w Syrii, by uwolnić ich od tyranii Asada. Na miejscu jednak czekało na nich rozczarowanie, ponieważ ci, którym chcieli pomóc, wcale nie witali ich z otwartymi rękami. Od jesieni 2013 r. przyjeżdżają już z innym celem: chcą budować kalifat. W tej sytuacji nie ma już dla nich większego znaczenia, czy wróg atakuje mieszkańców miasta.

To, co najbardziej zwróciło moją uwagę, to fakt, że Państwo Islamskie potrafiło przetrwać na obcym terytorium, i to dzięki armii przyjezdnych bojowników (mają więcej zagranicznych żołnierzy niż jakakolwiek grupa od czasów II wojny światowej). Kiedy inna organizacja islamska, Al-Dżama’a al-Islamija, zorganizowała w 1997 r. masakrę turystów w Luksorze, lokalna społeczność w Egipcie postanowiła położyć kres takim działaniom. Mieszkańcy przestraszyli się odpływu turystów i załamania się lokalnej gospodarki. Powiedzieli terrorystom – często swoim znajomym lub krewnym: „Nie, nie chcemy zostać męczennikami. Chcemy mieć co jeść”. Okazali się w tym skuteczni. Obcość wobec lokalnych społeczności pozwala bojownikom Państwa Islamskiego na działanie pomimo sprzeciwów jej przedstawicieli.

Powróćmy do kontekstu europejskiego. W jaki sposób zachodnie społeczeństwa mogłyby zareagować na atrakcyjność fundamentalizmu?

Przede wszystkim nie powinniśmy określać tych ludzi mianem wariatów czy ofiar prania mózgu. Oni szukają odpowiedzi na bardzo konkretne problemy i ze strony Państwa Islamskiego otrzymują pozytywny przekaz. Dla części ochotników wyjazd jest tylko czymś w rodzaju wakacyjnej przygody z radykalnym islamem. Jaki my mamy przekaz dla nich, kiedy wracają? Potrafimy im zaoferować tylko więzienie.

Gdzie, Pana zdaniem, powinniśmy szukać przyczyn trudności, jakie europejskie społeczeństwa mają w relacjach z imigrantami?

W tej kwestii widoczna jest uderzająca różnica pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Europą. Stany Zjednoczone budują imigranci, którzy są stosunkowo łatwo akceptowani i mogą dołączyć do amerykańskiego snu. Amerykańskie rozumienie narodu jest oparte na wspólnie wyznawanych wartościach, otwarte dla tych, którzy te wartości podzielają, którzy chcą cieszyć się wolnością i możliwościami Ameryki. Europa ma zupełnie inny model narodu, oparty na krwi i wspólnej historii. W takiej strukturze nie ma miejsca dla imigrantów. Co więcej, w Ameryce imigracja ma długą, już kilkusetletnią historię. W Europie to ciągle nowe zjawisko, obecne dopiero od II wojny światowej, a jeśli chodzi o Europę Wschodnią – często dopiero od upadku Związku Radzieckiego.

Problem z asymilacją wynika z tego, że osoby z innych regionów nie są w stanie w pełni uczestniczyć w historii i kulturze krajów europejskich. Nikt tutaj nie powie, że islam ma Europejczykom cokolwiek do zaoferowania. Przeciwnie – kultura muzułmańska jest przedstawiana tylko jako zagrożenie, jako piąta kolumna, a samych muzułmanów wini się za wszystko, co złe w Europie, od zajmowania miejsc pracy zaczynając.

Do nurtu przeciwników islamu dołączają także intelektualiści. Kilka lat temu dyskutował Pan z Samem Harrisem, należącym do kręgu tzw. nowych ateistów, o związkach pomiędzy religią a przemocą. Harris przekonywał, że pewne doktrynalne elementy w islamie powodują, że religijnie motywowana przemoc pojawia się tam częściej niż w innych religiach. Jak by Pan odpowiedział na taką hipotezę?

Myślę, że w każdej religii można znaleźć uzasadnienie dla heroicznych starań o pokój i dla brutalnej przemocy – również w akceptowanym przez Harrisa buddyzmie (przykładem są choćby japońscy militaryści z czasów II wojny wyznający buddyzm zen). Religie nie oferują zestawu konkretnych instrukcji, tylko teksty, które mogą być na różny sposób interpretowane. Weźmy jako przykład wojnę secesyjną, najbardziej krwawą w historii Ameryki: bracia walczyli przeciwko braciom z tą samą Biblią i tą samą Deklaracją Niepodległości w ręce. Nie sądzę, aby z samych tych dokumentów w sposób konieczny wypływało wezwanie do przemocy. Ta sama prawidłowość dotyczy Koranu. Poza tym nie uważam, by nurt krytyki reprezentowany przez nowych ateistów wnosił coś istotnego do rozwiązania naszych dylematów.

Jaka jest więc Pana odpowiedź na wyzwania związane z obecnością muzułmanów w Europie?

Podstawowym błędem jest założenie, że odpowiedź na te wyzwania powinna przyjść ze strony liderów europejskich liberalnych demokracji. Alternatywa musi wypłynąć od społeczności muzułmańskiej, z ich serc. A naszym zadaniem jest oddać im głos.

Należy oczywiście zrobić wszystko, aby zapewnić muzułmanom takie szanse na zrobienie kariery i bezpieczne życie, jakie mają pozostali obywatele. Myślę jednak, że dużym wyzwaniem pozostaje dla zachodnich demokracji brak wartości, dla których bylibyśmy gotowi do poświęceń. Liberalni przywódcy lubią powtarzać, że należy wspierać umiarkowany islam. To najgorsze, co można powiedzieć młodym ludziom. Oni nie chcą być umiarkowani – przeciwnie, chcą być bohaterami, potrzebują idei, chwały i wartości. Ale co może być dla nich taką wartością, inną niż radykalny dżihad? Na to pytanie nie mam prostej odpowiedzi.

Na koniec chcielibyśmy zapytać o możliwe scenariusze dla Iraku i Syrii. Jaka może być przyszłość Państwa Islamskiego? Jak oceniłby Pan zachodnie reakcje i plan Baracka Obamy, by bombardować cele Państwa Islamskiego i stworzyć koalicję państw arabskich przeciwko dżihadystom?

Naloty Stanów Zjednoczonych to powierzchowne rozwiązanie, które jest w stanie tylko chwilowo powstrzymać dalszą ekspansję dżihadystów. Problemem koalicji są poważne napięcia pomiędzy partnerami, zwłaszcza między Arabią Saudyjską i Turcją. W mojej opinii, Państwo Islamskie będzie się dalej rozwijać, ale wolniej niż dotąd.

Kto w takim razie może stawić im czoła?

Możemy wiązać pewne nadzieje zarówno z oporem lokalnych grup Kurdów i sunnitów represjonowanych przez dżihadystów, jak i z możliwością reorganizacji armii sąsiednich państw muzułmańskich, które mogłyby pokonać Państwo Islamskie nawet w ciągu dwóch lat. Lokalne społeczności nie oczekują jednak bezpośredniego zaangażowania Zachodu. Moja grupa badawcza pracuje w Mosulu z Kurdami i wszystkie frakcje zgodnie twierdzą, iż potrzebują naszej broni i wsparcia wywiadowczego, ale nie obecności samych żołnierzy. Musimy pamiętać, że trwałym dziedzictwem Państwa Islamskiego jest ożywienie idei kalifatu, pociągającej dziś wielu muzułmanów. Nawet jeśli surowo krytykują oni brutalne metody al-Baghdadiego, to przemawia do nich wizja wielkiej federacji państw muzułmańskich. Myślę, że na naszych oczach fundamentalnie zmienia się społeczna, kulturalna i geopolityczna rama muzułmańskiego świata. Pytanie brzmi zatem nie: „Jak możemy pokonać kalifat?”, lecz raczej: „Jak możemy współistnieć z kalifatem, współkształtując jego charakter tak, aby nie był on dla nas zagrożeniem?”. To istotne pytanie, które jak dotąd nie zostało nawet wyraźnie postawione przez badaczy i polityków.

_

Scott Atran – prof., amerykańsko-francuski antropolog. Pracuje w Centre National de Scientifique w Paryżu, na Uniwersytecie Oksfordzkim pełni funkcję senior research fellow. W Polsce wydana została jego książka Ewolucyjny krajobraz religii (NO MOS, 2013)

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter