70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Śmieć

Gospodarka społeczeństwa konsumentów żyje i kwitnie przyśpieszaniem rotacji towarów: wypadaniem z użytku nabytych poprzednio przedmiotów i ich zastępowaniem przez nowe, świeżo na rynek rzucone i dopiero zabiegające o stworzenie na siebie popytu.

Śmieć, jak wszyscy dzięki epokowemu studium Mary Douglas jesteśmy świadomi, to rzecz „nie na swoim miejscu”1. Milczącym założeniem, bez jakiego zdanie to nie miałoby sensu, jest istnienie ładu lub wyobrażenia o ładzie, lub intencji zaprowadzenia ładu. Ładu, czyli takiego stanu, w którym rzeczom – wszelkim rzeczom – przydzielono zawczasu określone miejsce albo miejsca odmówiono. Ład ma granice i strukturę. Granice, bo nie dla wszystkich bytów jest w nim miejsce. Strukturę, bo byty, które do ładu należą, są przypisane do określonego miejsca. Mieszczą się one w ładzie o tyle, o ile trzymają się wyznaczonych im miejsc. W przeciwnym razie stają się śmieciem. Śmieć jest zatem odpadem ładotwórstwa. Ład jest ładem o tyle, o ile zdolny jest oczyszczać się ze śmieci. Znakiem rozpoznawczym, a może nawet atrybutem definiującym ład są zakłady asenizacyjne oraz wysypiska lub palarnie śmieci.

Gajowy a ogrodnik

Śmieć jest wynalazkiem nowoczesnym. O ile idea porządku i sprzęgnięty z nią antonim (innymi słowy,opozycja między comme il faut i comme il n’est faut pas – „jak trzeba” i „nie jak trzeba”) są w dziejach ludzkości zjawiskami ponadczasowymi, o tyle świat nowoczesny jest ładotwórstwem (zwanym inaczej „modernizacją”) par excellence – nieustającym, obsesyjnym i kompulsywnym. Oznacza to, że jest on również nieprzerwanym i nieuchronnie mu towarzyszącym wytwórstwem odpadów i odrzutów. Ponadto – co bodaj najważniejsze – poczynając od decyzji o przejęciu natury pod zarząd ludzki i postulatu poddania jej ludzkiej kontroli, prerogatywę czy też obowiązek definiowania ładu i jego zaprowadzania (a więc również usuwania nieładu) nowoczesność złożyła na barki człowieka. Innymi słowy, początek ery nowoczesnej zbiega się z przejściem od „zachowawczej” postawy gajowego (którego zadaniem jest strzeżenie przedustawnego porządku rzeczy i jego ochrona przed naruszycielami) do „twórczej” – a ściślej mówiąc, „twórczo-niszczycielskiej” – postawy ogrodnika (którego zadaniem jest planowanie pożądanego porządku rzeczy i jego wdrażanie, głównie przez tępienie chwastów, czyli intruzów zakłócających swą obecnością zamierzoną harmonię i udaremniających jej realizację; chwasty to rośliny, jakie sieją się czy plenią z własnej niejako inicjatywy i nie oglądając się na zezwolenie ogrodnika – nadzorcy i stróża porządku).

Śmieć, krótko mówiąc, jest więc skutkiem ubocznym popędu do porządkowania i zastępowania jednego rodzaju ładu innym. Jest nieodłącznym towarzyszem nowoczesnego sposobu bycia we wszystkich jego odmianach. Intensywnie postępujące, cechujące „płynną” fazę nowoczesności, skracanie przewidywalności życia każdego z kolejno zaprowadzanych porządków skutkuje – musi skutkować – gwałtownym wzrostem produkcji odpadów i odrzutów.

Nowym a specyficznym i zapewne najobfitszym źródłem śmieci w „płynnej” fazie nowoczesności jest proces indywidualizacji społeczeństwa i stopniowe, lecz nieustające przesuwanie zadań ładotwórczych z obszaru publicznego, objętego jedną polityką społeczną, do nowo powstałej strefy „polityki życiowej” (by użyć terminologii Anthony’ego Giddensa), czyli uczynienia przedmiotem indywidualnej odpowiedzialności z rzeczy, które objęte były uprzednio kontrolą państwa. Wedle Ulricha Becka to jednostka ludzka obarczona jest dziś obowiązkiem znajdowania (z pomocą prywatnie posiadanych i zawiadywanych zasobów) indywidualnych rozwiązań dla społecznie wytwarzanych problemów. To od jednostki ludzkiej oczekuje się obecnie wysiłku niezbędnego do uniknięcia „życia na przemiał”2 i bycia przeznaczonym „na złom”.

Urynkowienie życia

W sposobie przednowoczesnego życia, nacechowanym wtórnym przerabianiem (czyli swoistym „recyklingiem” avant la lettre) wszystkiego, co po wykonaniu zamierzonej czynności pozostawało niewykorzystane, pojęcie odpadu czy odrzutu właściwie nie istniało – zarówno w gospodarce materiałami, jak i ludźmi. Niczego na śmietnik starano się nie wyrzucać – a samo pojęcie śmietnika zajmowało w przednowoczesnym bytowaniu miejsce jedynie marginalne. Odpady ze stołu wykorzystywano do karmienia trzody. Nowo narodzeni członkowie rodziny mieli „z natury rzeczy” zagwarantowane miejsce przy rodzinnym stole (niezależnie od tego, jak skąpo ów stół byłby zastawiony), a także udział w pracach na rodzinnym gospodarstwie, na zagrodzie czy polu. Póki praca nie miała ceny rynkowej, zawsze znajdowało się coś do zrobienia i nikt nie pozostawał „bez przydziału”. Ekonomiści w międzywojennej Polsce szacowali „ukryte bezrobocie” na 8 mln ludzi.

Zaliczali do ich grona mieszkańców wsi wchłoniętych, zatrudnionych i utrzymywanych przy życiu – choćby i nędznym – przez gospodarstwa chłopskie. Gdyby „modernizacja” kraju postępowała szybciej i gdyby dotarł wówczas do polskiej wsi nowoczesny rynek pracy (czyli gdyby praca ludzka stała się towarem w poszukiwaniu nabywców i pojawili się nabywcy gotowi za nią płacić), „ukryci bezrobotni” wystawaliby w kolejkach do urzędów pracy, daremnie wyczekując zarobku. Jedyną ich alternatywą – nie dla wszystkich zresztą do osiągnięcia – była wyprawa „na saksy” do krajów bardziej w nowoczesnym sposobie bycia zaawansowanych. Kraje te mogły ich jednak zaabsorbować dzięki temu, że własne „chwasty” – ludzi, jakich nowy przemysłowy ład uczynił zbędnymi – potrafiły „recyklingować” w armie ekspedycyjne, kolonistów osadzanych na podbitych ziemiach czy też urzędników kolonialnej administracji. Tuż po wojnie, gdy wprowadzano w PRL pierwsze pralnie publiczne, jeszcze przed rozpowszechnieniem pralek domowych, ich inicjatorów zaskoczyła niechęć gospodyń domowych do korzystania z usług zakładów pralniczych. Przepytywane o przyczyny tej niechęci i preferowania pracochłonnej i czasochłonnej harówki ręcznego prania domowego, tłumaczyły one swój wybór oszczędnością: pranie domowe, powiadały, znacznie mniej kosztuje niż maszynowe… Taka opinia, wyraźnie sprzeczna z „rachunkiem ekonomicznym”, nie była bezpodstawna: skazane na rolę gospodyń domowych i nienawykłe do poszukiwania pracy zarobkowej poza domem kobiety liczyły skrzętnie wartość potrzebnego do prania mydła i proszków, ale nie wliczały w rachunek strat opłaty, jaką mogłyby otrzymać za czas pracy zużyty na inne cele niż domowe pranie. Ślęcząc godzinami nad balią, zarobku nie traciły; nie wpadłoby im nawet do głowy, że mogłyby go zdobyć. Potrzeba było jeszcze paru lat modernizacji i uprzemysłowienia kraju, aby ręczne pranie i prasowanie bielizny uznane zostało za marnotrawstwo sił i czasu. W tamtym czasie owe siły i czas nie uzyskały jeszcze – w każdym razie nie w świadomości wyłączonych z rynku pracy kobiet – rynkowej ceny.

Rzeczywistość Leonii

Z tego, co dotąd powiedziano, wynika, iż pojęcie śmiecia (rzeczy pozbawionej wartości i nadającej się do wyrzucenia czy wręcz się go domagającej, rzeczy – co jeszcze ważniejsze – której unicestwienie nie zalicza się do strat, ale – przeciwnie – stanowi przejaw właściwego jej potraktowania) jest kulturowo uwarunkowane i wraz z kulturą się zmienia. Coś jest „śmieciem” nie ze względu na swoje właściwości, lecz ze względu na przyjęty porządek rzeczy odnotowany w kulturowo kształtowanej świadomości. „Tępiąc brud – pisała Mary Douglas – tapetując, dekorując, sprzątając, nie kierujemy się pragnieniem uniknięcia choroby, lecz pozytywnie reorganizujemy nasze otoczenie, tak by odpowiadało naszym wyobrażeniom. Nasze unikanie brudu nie wynika ze strachu czy bezmyślności – to twórcza aktywność, wysiłek mający na celu dostosowanie formy do funkcji i ujednolicenie doświadczenia”3.

Natury owych klasyfikacji nie zawsze potrafią ludzie je stosujący wyartykułować, a zdarza się nawet, że ich sobie nie uświadamiają. Gdyby spytano mieszkańców Leonii, jednego z alegorycznych miast opisanych przez znakomitego pisarza i filozofa Italo Calvino, co jest namiętnością ich życia, odpowiedzieliby pewnie, jak to zauważył w opisie swej wizyty Marco Polo, porte- -parole autora, że stanowi ją „radość z nowych i odmiennych przedmiotów”4. I rzeczywiście – powiada Marco Polo – co rano ludność wkłada tam „nowiuteńkie szlafroki, wyjmuje z najnowocześniejszej lodówki nieotwarte jeszcze puszki, słuchając z ostatniego modelu radia najświeższych bzdur” (s. 89). Ale – co budzi wątpliwości sprawozdawcy – każdego ranka „resztki wczorajszej Leonii czekają na wóz śmieciarza” (s. 89). Pyta więc Marco Polo, czy prawdziwą namiętnością jej mieszkańców nie jest raczej „odrzucanie, wydalanie, obmywanie się z nawracającej nieczystości” (s. 90). Bo przecież dlaczego wita się w Leonii zamiataczy „jak aniołów”, otaczając równocześnie ich misję „milczącym szacunkiem”? Podczas gdy mieszkańcy prześcigają się w pogoni za nowościami, „forteca niezniszczalnych resztek otacza Leonię, piętrzy się nad nią ze wszystkich stron jak zespół płaskowyży” (s. 90).

Jeśli uświadomimy sobie, że wedle badań brytyjskich 1/3 wszystkich zakupów żywnościowych ląduje na śmietniku, to Leonia okaże się doskonałą metaforą naszego świata. Nie trzeba nawet przytaczać porównawczych danych o zakupach innych niż żywnościowe, by wiedzieć, że wywóz wszelkiego typu śmieci, wydzielanie dla nich zsypisk, konstrukcja palarni, ochrona środowiska i mieszkańców przed ich trującymi wyziewami zajmuje coraz więcej miejsca wśród kłopotów nękających władze municypalne licznych miast Europy (i nie tylko jej). Ilość śmieci – produktów, na jakie brak zapotrzebowania i dla jakich nie ma zastosowania – rośnie niepowstrzymanie, a wraz z nią potęguje się marnotrawstwo wbudowane w gospodarkę dzisiejszego „społeczeństwa konsumentów”. Marnotrawstwa nie da się z tej gospodarki wytrzebić. Przynajmniej tak długo, jak rozmach i powodzenie gospodarcze kraju i jakość życia jego mieszkańców mierzy się szybkością starzenia się nowości i skracaniem drogi ze sklepu do śmietnika. Gospodarka społeczeństwa konsumentów żyje i kwitnie przyspieszaniem rotacji towarów: wypadaniem z użytku nabytych poprzednio przedmiotów i ich zastępowaniem przez nowe, świeżo na rynek rzucone i dopiero zabiegające o stworzenie na siebie popytu. Kult nowości może być przy tym przejawem fałszywej świadomości przesłaniającej prawdę o kierowaniu się nie tyle pragnieniem rzeczy nowych, ile popędem do „oczyszczania pola” – pozbywania się rzeczy dotąd posiadanych, krępujących ruchy swego właściciela, biorących go we władanie. Ta fałszywa świadomość jest jednak niezbędna dla samoodtwarzania się gospodarki opartej na szybkiej cyrkulacji towarów i wzroście ilości pieniędzy przechodzących z rąk do rąk. Nie ma więc sposobu, by wysypiska śmieci przestały wkrótce rosnąć… Gospodarce społeczeństwa konsumentów towarzyszy nieodłącznie złudne przekonanie, że celem rynków konsumpcyjnych jest zaspokojenie ludzkich potrzeb. Prawdziwym ich celem (lub tym, co Robert Merton określił mianem „funkcji ukrytej” w przeciwieństwie do jawnej, zadeklarowanej) jest wytwarzanie wciąż nowych potrzeb, a wraz z nimi – także i nowych klientów. W sumie stwarzanie zapotrzebowania na przedmioty czy usługi, z których potrzeby ich przyszli nabywcy nie zdawali sobie dotąd sprawy, a ich istnienia nie byli nawet – bo i być nie mogli – świadomi. Tym, co motywuje i napędza poczynania wytwórni i rynku towarów konsumpcyjnych, nie jest zaspokojenie potrzeb klienta, lecz utrzymywanie go w stanie nieustannego niezaspokojenia. Klient zaspokojony, zadowolony ze swego stanu posiadania byłby zmorą rynków towarowych. Sztuka marketingu sprowadza się dziś do burzenia jego spokoju, zachwalając zalety nowo wprowadzonego na rynek towaru w taki sposób, by zbladła przy nich wypróbowana już atrakcyjność dawniej nabytego produktu.

Tresura konsumenta skoncentrowana jest więc głównie nie tyle na wyrobieniu nawyku nabywania towarów, ile szybkiego i pozbawionego skrupułów pozbywania się ich. Jeśli rynki służą już zaspokojeniu jakiejś potrzeby, to jest nią właśnie potrzeba zastępowania wyrzucanych na śmietnik przedmiotów konsumpcji. A w sztuce marketingu idzie o to, by ową potrzebę zastępowania uniezależnić od stopnia użyteczności zastępowanej rzeczy czy usługi, czyli od zdolności do spełniania funkcji, dla jakiej ją nabyto. Gdy nowa partia towaru znajdzie się na rynku i przejmie rolę ostatniego krzyku mody, to trwająca wciąż funkcjonalność w pełni zdatnego jeszcze do użytku narzędzia czy przyrządu nie może być powodem powstrzymania się przed jego zastąpieniem.

Ludzie na przemiał

Gospodarka konsumencka nastawiona na szybkie tempo wymiany zawartości magazynów sklepowych, tudzież spichrzów i szaf domowych ma też swoje – zamierzone czy nie – niefortunne skutki społeczne. Wypracowany w społeczeństwie konsumentów, usilnie wdrażany i w wyniku skutecznej indoktrynacji masowo stosowany wzór relacji klient–towar (nabywca–nabytek) skłonni jesteśmy przenosić na stosunki międzyludzkie. Pod względem łatwości stosowania i wolności od sprzężonych kłopotów już w przedbiegach wygrywa ten wzór ze skomplikowaniem i ryzykiem, którym najeżone są procedury montowania i odtwarzania ludzkiego partnerstwa. Wzór ten obiecuje spełnienie Kartezjuszowej asymetrii wszechwładnego podmiotu i potulnego przedmiotu, co w spotkaniu „dwu podmiotów” jest praktycznie nieosiągalne. Dobra konsumpcyjne do nabycia w sklepach, w odróżnieniu od upatrzonych partnerów, nie stawiają nas przed okrutnie nużącym i pełnym zasadzek wyzwaniem ciągnących się w nieskończoność negocjacji, przykrych ustępstw, kompromisów i poświęceń. Nie do uniknięcia są zaś one w zawieraniu i utrzymywaniu międzyludzkich związków. Nie skarżą się też dobra konsumpcyjne i nie awanturują, gdy się nimi znudzimy, wypowiemy im gościnę i postanawiamy się z nimi rozstać. Nie wymagają przyrzeczeń wiekuistej wierności i bez szemrania pozwalają się odprawić na wysypisko śmieci, gdy tylko wysłać je tam przyjdzie nam ochota. Krótko mówiąc, towary konsumpcyjne są niemal doskonałym wcieleniem nieostateczności i zasadniczej odwracalności wyborów, a także powszechnej zastępowalności przedmiotów wyboru – jakości nader pożądanych, gdy utrzymywać się trzeba na powierzchni płynnego żywiołu. A co najważniejsze, oferują nam one błogie poczucie kontroli: to my, konsumenci (i jako konsumenci właśnie), decydujemy o zaliczeniu przedmiotu do kategorii rzeczy użytecznych albo śmiecia. My również określamy moment jego przeklasyfikowania. Gdybyśmy za partnerów mieli towary konsumpcyjne (lub partnerów mieli za towary do konsumpcji…), nie musielibyśmy się obawiać, że sami też skończyć możemy w koszu na śmieci… Pokusa, by wzory konsumenckiego zachowania rozciągnąć na stosunki międzyludzkie, jest zaiste trudna do odparcia i nie dziwi, że tak wielu z nas, i po tylekroć, jej ulega.

W płynnienowoczesnym świecie konsumentów ludzkie odrzuty i odpady przemian „społecznych” (ludzie skazani na zbędność w wyniku procesów ładotwórczych i tzw. postępu gospodarczego), których dzieje i losy starałem się przedstawić w Życiu na przemiał, nie są w doświadczaniu grozy wykluczenia nieliczni – a tym bardziej w lęku przed jej możliwością. Dołączyły do nich, i to masowo, ofiary współbieżne wspomnianego powyżej procesu indywidualizacji uprawnień i obowiązków ładotwórstwa. Ogromne już, a i nadal rosnące w liczebność, jest grono ludzi, którym przy tej czy innej okazji, z tego czy innego powodu przyszło pokosztować gorzkiego, bo upokarzającego, losu zbędności lub ściskania się gardła i paraliżu woli na myśl o jej możliwości.

Zgubne dla moralności i solidarności międzyludzkiej konsekwencje tej nowej sytuacji odsłoniły milionom (przypuszczam, iż mimo woli raczej niż z zamierzenia) widowiska telewizyjne typu Wielki Brat, Najsłabsze ogniwo czy Agent, przyciągające parę lat temu, jak świat długi i szeroki, tłumy widzów zafascynowanych odgrywanym na szklanym ekranie dramatem ich najskrytszych strachów i najkoszmarniejszych przeczuć. Lekcja poglądowa, jaką te widowiska wbijały (i chyba całkiem skutecznie) w miliony głów, składała się, z grubsza biorąc, z następujących twierdzeń: (1) nikt poza garstką zwycięzców w zaciekłej konkurencji gry o sumie zerowej nie jest tak naprawdę niezbędny, a na niczyją lojalność nie można tak do końca liczyć; (2) spisywanie do kategorii odrzutów odbywa się regularnie, w twardo i nieodwołalnie określonych terminach (co tydzień jak w Wielkim Bracie lub co parę minut jak w Najsłabszym ogniwie) i ktoś musi być za każdym razem odrzucony bez względu na swe osobiste cnoty i zasługi; (3) człowiek potrzebny jest innym ludziom jedynie tak długo, jak długo potrzebują korzyści, jakie może im on przynieść; (4) wysypisko śmieci (ostateczne przeznaczenie wszystkich wykluczonych) jest naturalnym miejscem wygnania dla tych, których wykorzystać do swych celów już się nie da albo nie opłaca lub którzy na wykorzystywanie się już nie godzą.

Lekcja trafiła na podatny grunt. Liczni widzowie rozpoznawali własny los w przygodach bohaterów telewizyjnych widowisk – i z radością skorzystaliby z okazji, by w grze „wart-niewart” być graczem, a nie fanem. Dowodem jest zadziwiająca liczba telewizyjnych widzów uczestniczących w rytualnym głosowaniu, kogo z uczestników gry wyrzucić w ramach oczyszczania jej z „misfitów” (nieprzystosowanych). Przerastała ona niejednokrotnie ilość wyborców uczestniczących we współbieżnych wyborach parlamentarnych czy municypalnych…

***

Korzenie dzisiejszej postaci marnotrawstwa tkwią w kulturze konsumpcjonizmu, kulturze insynuującej, iż wszystkie drogi do rozwiązania życiowych kłopotów i do osiągnięcia szczęścia wiodą przez sklepy. Przekonanie to, wdrażane w codzienną praktykę i wrośnięte w nawyki, ma też skutek uboczny: wypadają z użytku inne (uznane za staromodne lub zgoła zapomniane bądź też nigdy nawet niepoznane) sposoby na życie sensowne, godne i przynoszące zadowolenie (jak choćby radość z dobrze wykonanej pracy, z owocności pospólnego wysiłku czy – by się na Henryka Elzenberga powołać – z cudzego istnienia…). Im bardziej zaś owe alternatywne drogi wiodące do życia szczęśliwego zarastają chaszczami, tym bardziej wzdragamy się przed wstępowaniem na nie. Zważywszy na zwątlenie naszych umiejętności, zbyt wielki wydaje się nam trud, jakiego od nas wymagają. O ileż prościej i szybciej iść na skróty, czyli do sklepu. Cokolwiek by sklepy wystawiały dziś na sprzedaż, są one aptekami pełnymi lekarstw na wszelkie odmiany życiowych frasunków. Lekarstw – co istotne – do natychmiastowego spożycia i jednorazowego użytku – z krótkim do tego terminem używalności. Tego przynajmniej, świadomie czy nie, w nich szukamy podczas naszych samotnych lub towarzyskich, spontanicznych czy rytualnych wędrówkach po handlowych deptakach.


1 Por. M. Douglas, Czystość i zmaza, tłum. M. Bucholc, wstęp J. Tokarska-Bakir, Warszawa 2007.

2 Por. Z. Bauman, Życie na przemiał, tłum. T. Kunz, Kraków 2004.

3 M. Douglas, Czystość i zmaza, dz. cyt., s. 46.

4 I. Calvino, Niewidzialne miasta, tłum. A. Kreisberg, Warszawa 2013, s. 90 (dalej numery strony podawane za tym wydaniem bezpośrednio w tekście).

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata