70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Soborowe reformy między bytem a niebytem

Mimo upływu lat soborowa wizja Kościoła pozostaje jeszcze daleka od urzeczywistnienia. (…) Wiele pozostawia do życzenia stan współdziałania duchowieństwa i laikatu. Współodpowiedzialność wszak to prawo głosu i udział w procesie decyzyjnym. Nie jest to w pełni możliwe, dopóki wewnętrzna, czyli wspólnotowa, natura Kościoła nie utrwali się wyraziście w świadomości tych, z których Kościół się składa. (…) Podział na Kościół nauczający i słuchający jest przecież nadal silniejszy niż życie prawdą, że jest to przede wszystkim społeczność braterska odrodzonych „z wody i Ducha Świętego”, której głową jest Chrystus.

Tak brzmi opinia jednego z ojców soboru, bp. Edwarda Schicka. Jego ocenę można uzupełniać lub tonować, niemniej i tak trudno − dokonawszy przeglądu dzisiejszego stanu Kościoła − uznać, że jest to pełna realizacja nadziei soboru. Pozostawiając na boku łatwe zestawianie dokumentów soborowych z bieżącą rzeczywistością eklezjalną, skupmy się na przyczynach ich faktycznie słabej obecności w kościelnym myśleniu i praktyce.

Kiedy ktoś zapytał Jana XXIII, czego spodziewa się po soborze, papież otworzył ponoć okno i powiedział: „Świeżego powietrza”. Uświadomił on sobie i biskupom, że dotychczasowa strategia wobec współczesności, polegająca głównie na obronie i potępianiu, straciła siłę oddziaływania. Żywił mocne przekonanie, że głoszenie Ewangelii wymaga dziś wyzbycia się nagromadzonej nieufności wobec świata i zastąpienia jej otwartością, której fundament stanowi zasada dialogu. Skoro posłużył się nią sam Bóg w historii zbawienia, (…) dlaczego kościelne nauczanie, szukanie prawdy, podejmowanie decyzji miałyby przypominać jedynie zarządzenia i dekrety? Czy katolicka prawowierność wymaga dystansu wobec innych religii, a nawet wyznań chrześcijańskich? Dopuszczenie zaś w Kościele do głosu opinii i wsłuchanie się w nią czy niweczy autorytet głoszących i kierujących? Czy świeccy mają ciągle działać w Kościele tylko z mandatu duchownych?

Na te i wiele innych pytań padła odpowiedź odmienna od tej, jaką dawano przez wieki. I tak oto kościelna czołówka (…) dopędziła wehikuł świata, poprawiając komunikację z nim, a wpierw odnawiając własną świadomość eklezjalną. A co z resztą Kościoła, z jego wiernymi i księżmi? Jaka ich część i jak głęboko żyła soborem, czytała jego dokumenty, rozumiała je i akceptowała? Wszak sami ich autorzy uchwalali je po długich nieraz dyskusjach i nie wyłącznie jednogłośnie. Ile czasu, sił i środków poświęcono promocji i uprzystępnieniu soborowych treści? W jakim stopniu przewidywano możliwe opory i dbano o ich uprzedzające rozładowywanie, w jakim zaś zaniedbano perswazji, nie doceniwszy ludzkich przyzwyczajeń?

Jak często i w jakiej postaci w polskich listach pasterskich i kazaniach pojawiała się tematyka soborowa w latach 1962–1965? Wówczas to wspierano rzymskie prace pasterzy Kościoła nie tyle poprzez poznawanie i komentowanie uchwalanych przez nich konstytucji, co poprzez nabożeństwa, pielgrzymki, dobre uczynki, różańce i oddawanie się w niewolę Maryi. Zresztą już pod koniec soboru niezbyt urozmaicony sposób prezentowania go zaczynał nużyć ludzi pod amboną. „Dużo trudniej teraz mówić o soborze. Minął już ten okres, kiedy sobór był wielkim wydarzeniem Kościoła, a może i ludzkości całej” − stwierdził abp Wojtyła przed wyjazdem na końcową sesję Vaticanum II. Proboszczom − którzy nie znali soboru z autopsji − było jeszcze trudniej. Zwłaszcza gdy obrady się skończyły i przyszła pora, by nabożeństwa w ich intencji zastąpił wysiłek przyswajania dokumentów (…). Jak pisał bp Pieronek: „Reformy soborowe były u nas realizowane wolno. Na szybkie ich tempo nie pozwalała sytuacja wewnętrzna kraju ani świadomość eklezjalna wiernych. Większość wysiłku duszpasterskiego włożono w Wielką Nowennę (…) i dopiero w połowie lat 70. rozpoczął się poważniejszy wysiłek w kierunku przyswojenia sobie dorobku soboru. Wysiłek ten skupiał się głównie na synodach diecezjalnych”.

Do wspomnianej świadomości eklezjalnej wiernych należałoby dopisać pytanie o stan tejże świadomości u duszpasterzy (…). Wielowiekowych standardów pastoralnych, urobionych i zasiedziałych modeli wzajemnych relacji księży i świeckich nie był w stanie szybko zmienić nawet sobór. A przecież losy jego recepcji rozegrać się miały na dole, na poziomie parafii. Największą i do dziś częściowo tylko pokonaną barierą soborowej reformy były i są stare przyzwyczajenia, które przebijają się ciągle przez nowe opakowanie, a których nie da się zmienić zarządzeniem, (…) lecz jedynie długotrwałą perswazją i przykładem płynącym szczególnie z kościelnej góry. Tejże górze łatwiej jednak było zebrać się i wykonać olbrzymią pracę zwaną soborem, niż potem − wróciwszy do siebie, do swoich kurii i księży − wytrwać w urabianiu duchowieństwa na niezmordowanych promotorów nowego, które nie tylko wymaga od nich dodatkowego wysiłku, ale prowadzi do utrudnienia życia, jako że paternalizm jest łatwiejszy od partnerstwa, a monolog od dialogu.

Niejeden z ojców soboru (…) doznawał zapewne niejakiej frustracji, gdy po powrocie do diecezji był zapraszany przez parafie nie do wzięcia udziału na przykład w komentowaniu tekstów soborowych, lecz po dawnemu: by poświęcił dzwon czy baldachim. Oczywiście, nawet przy takiej okazji nawiązać można do soborowych treści, z tym że głos dzwonu raczej je wtedy przytłumi, niż podkreśli. Podobnie było z nakładaniem się w czasie tematyki soborowej i uroczystości Wielkiej Nowenny. Losy pilnowanego przez milicję obrazu i „teologia” jego ram obwożonych po kraju absorbowała niektórych pasterzy bardziej niż konstytucja Gaudium et spes i próby jej realizacji. (…)

Sobór nie stworzył struktur i norm prawnych zabezpieczających skutecznie wykonanie całości jego postanowień, choćby przewidzianej decentralizacji − od kolegialności po uprawnienia świeckich. Wyższa instancja, począwszy od kurii rzymskiej, a skończywszy na plebanii, postawiona oto została w roli głównego promotora pomniejszania swoich dotychczasowych kompetencji. Czy wobec tego należało oczekiwać tendencji do poszerzającej czy zawężającej interpretacji soborowej linii cedowania uprawnień w dół, czyli ich powrotu na należne miejsce? Niejeden tedy z kościelnych dygnitarzy (…), zaniedbawszy konsultacji i innych form dialogu, poprzestaje tradycyjnie na pouczeniach, kazań słucha jedynie we własnym wykonaniu, wystarcza sam sobie za doradcę, a swą życzliwość rezerwuje dla ugrupowań, które choć werbalnie opowiadają się za soborem, nieufnie patrzą na wolność i samodzielność, pokładając największe nadzieje w porządku, kontroli i posłuszeństwie. Osłabła też wyrażana przez sobór wola rzeczowej dyskusji z coraz to nowymi nurtami myślowymi, a wzmocnieniu uległy stare kościelne nawyki globalnego ich odrzucania, bez wystarczających rozróżnień. Sobór dystansował się wobec tego, co odbiega od chrześcijaństwa, w stylu bliższym Ewangelii, niż czyni się to dziś w niejednej miarodajnej wypowiedzi kościelnej.

Pewne impulsy soboru zakorzeniły się jednak w eklezjalnej glebie wystarczająco głęboko, by nie zmogła ich przejściowa posucha, zrozumiała poniekąd, jak faza między deszczami, (…) jak sprawdzające się przy każdej śmiałej reformie prawo wahadła. Te osadzone już mocno pojęcia, których nie stłamsi ani lękliwość jednych, ani obojętność wielu, to: lud Boży, ekumenizm, wolność religijna, równość w podstawowej godności ochrzczonych, samorządność Kościołów lokalnych, dialog. Żyjące tymi treściami ruchy i środowiska niekiedy przekraczają kościelnie dopuszczalne granice, niekiedy zaś są o to zbyt pochopnie posądzane. Stąd tu i ówdzie ich i hierarchii, nierzadko wzajemne, kryzysy zaufania. Droga do jego odbudowania i powrotu do wzajemnego respektowania cudzych kompetencji prowadzi tylko poprzez dialog. (…)

Przyszłość należy nie do tych, co patrzą wstecz. Sobór wciąż daje przekonującą odpowiedź na problemy teraźniejszości, od której ta przyszłość ciągle się zaczyna. A stary biskup Schick, ubolewając, że sobór przeszedł obecnie z fazy allegro na ritardando, cieszy się, że w zbiornikach Kościoła jest jednak sok z soborowych winogron, który chociaż na swą fermentację potrzebuje dużo czasu, to przecież dzięki cierpliwej staranności przemieni się stopniowo w wyborne wino.

.

Skrócona wersja tekstu, który ukazał się w 524 numerze „Znaku” (1999).

.

Ks. Jan Kracik (1941–2014) – prof. dr hab., historyk Kościoła, wykładowca UPJPII, publicysta, członek zespołu redakcyjnego „Znaku”. Wydał m.in.: Święty Kościół grzesznych ludzi, Chrześcijaństwo kontra magia, Historia Kościoła katolickiego w Polsce

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter