70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Najemnictwo, misja czy przygoda? Czyli kim jest żołnierz początku XXI w.

„Jak wrócę do domu, ludzie będą mnie pytać: dlaczego to robisz? Wojna cię kręci? Nie powiem ani słowa. Dlaczego? Bo tego nie zrozumieją, nie zrozumieją, dlaczego to robimy, nie zrozumieją, że tu chodzi o kolegę – tylko to się liczy…” – mówi bohater filmu Ridleya Scotta Helikopter w ogniu. To jeden z ulubionych cytatów współczesnych polskich żołnierzy. Jestem zresztą przekonany, że gdyby nie to poczucie odpowiedzialności za kolegów, dowództwu kontyngentu trudno byłoby prowadzić jakąkolwiek działalność operacyjną.

Nasi żołnierze w Afganistanie wzruszają się piosenkami poświęconymi radzieckim weteranom „pierwszej inwazji” z lat 1979–1989. Duszoszczypatielne kawałki takich zespołów jak Lube powodują, że Polacy wręcz utożsamiają się z losem sołdatów. W klipach tak chętnie odtwarzanych w Ghazni co rusz przewijają się twarze młodych chłopców, wysłanych pod Hindukusz, by bronić interesów imperium – poborowych, przymusowo wcielonych do wojska, z których większość wolałaby znaleźć się gdzie indziej, byle dalej od azjatyckiego piekła.

Znam wielu żołnierzy Wojska Polskiego, którzy z Afganistanu (a wcześniej z Iraku) wynieśli swoje najgorsze wspomnienia. Są one w pewnym sensie konsekwencją ich własnych wyborów – w przeciwieństwie do Związku Radzieckiego, do Azji nie wysyłamy bowiem poborowych, lecz odziały w pełni zawodowej, a zatem i ochotniczej, armii. Owo zawodowstwo powoduje wyraźny zamęt w publicznej debacie na temat roli i statusu żołnierza. Wiele osób nie potrafi wyobrazić sobie, dlaczego ktoś, kto nie jest do tego prawnie zmuszony, chciałby służyć w wojsku, szczególnie poza granicami własnego kraju. O ile można jeszcze zaakceptować konieczność walki z wrogiem atakującym bezpośrednio nasze granice, o tyle – bądź co bądź – dobrowolny udział w misjach zagranicznych, podczas których giną ludzie po jednej i po drugiej stronie, wydaje się już zupełnie niezrozumiały. A to niezrozumienie wyrażane jest wielokrotnie w wypowiedziach pełnych pogardy dla żołnierzy. Przykładem niech będzie tu komentarz, jaki pojawił się pod artykułem na temat sprowadzenia do Polski ciała chorążego Jana Kiepury, który w czerwcu zeszłego roku zginął w Afganistanie: „Dla mnie to jest dziad a nie żołnierz!!! Nie potrafił sobie znaleźć normalnej pracy w Polsce!!! Nie chciało mu się pracować to wybrał sobie wojsko i kamasze za naszą kasę! Powinnigo zostawić tam w Afganistanie niech głodne psy rozszarpią na to zasługuje! Dzieciom i żonie jego teraz dadzą renty i tak uczą od dziecka lenistwa w Polsce. Dzieci będą udawać że się uczą i pociągną te renty do 24 roku życia zgodnie z ustawą. A ja się pytam co w zamian ten morderca w białych rękawiczkach pod przykrywką żołnierza wniósł do Polski?! NIC!!! Jest zwykłym darmozjadem którego utrzymują polscy podatnicy, wiążący ledwo koniec z końcem miesiąca w imię tego najemnika. Afganistan nie jest żadnym dla nas zagrożeniem. Nie mamy z tego żadnego interesu tam wojować. W imię czego tam pojechał? – tylko dla kasy troszku większej ale w zamian nic nie zrobił dla Polski!!! A oni mu tu awanse jeszcze dają żeby renty były wyższe dla dzieci darmozjada. Skoro go tu już wleką to niech go zrzucą nad Bieszczadami przynajmniej wilki sobie pojedzą i nie będą atakować stada owiec” – tak napisał na jednym z lokalnych portali internetowych „myślący po podstawówce” (nick i pisownia oryginalne).

Można wprawdzie stwierdzić, że zacytowany komentarz jest ze względu na poziom zawartej w nim agresji i liczbę inwektyw wyjątkowy, jednak trudno zaprzeczyć, że jego delikatniejsze odmiany są codziennością polskiego Internetu, a prawdziwy ich wysyp obserwujemy za każdym razem, gdy w sieci pojawiają się artykuły o śmierci polskich żołnierzy. Jeszcze kilka lat temu wojskowych miały boleć słowa „najemnik” i „okupant” – teraz, w ocenie tych, którzy żołnierzami pogardzają, oba wyrazy straciły wiele ze swojej mocy. Dziś trzeba apelować o zbezczeszczenie zwłok i zelżyć rodzinę poległego żołnierza.

Powodów takiej sytuacji jest kilka. Na pewno nie bez znaczenia jest ogólny niski poziom debaty publicznej w Polsce. W codziennej już wymianie ciosów nie ma tabu ani świętości, rozumianej jako szacunek dla państwowych instytucji. Zaufanie do publicznych urzędów topnieje, w oczach obywateli traci także państwo jako byt symboliczny, stając się czymś „ich”, „nie moim”, czasem wręcz wrogim. A przecież podstawą szacunku dla żołnierzy jest przekonanie, że walczą oni „w moim imieniu”.

Warto tu odwołać się do doświadczeń innych państw, w których obywatele nie mieli poczucia, że walki toczą się w ich interesie. W Stanach Zjednoczonych podczas wojny wietnamskiej ukonstytuował się potężny ruch antywojenny. Jednak głównym wrogiem był dla aktywistów rząd, nie zaś wracający z Azji zwykli żołnierze (co nie wykluczało agresywnych aktów wobec weteranów, które też się zdarzały). U nas takich pacyfistów jest niewielu. Nienawiść do żołnierzy zaś jest jak najbardziej realna i staje się coraz bardziej powszechna.

„Chodzi o kolegę – tylko to się liczy”

Kilka lat temu byłem świadkiem rozmowy jednego z wiceministrów obrony z rzecznikiem tego resortu. Niższy rangą urzędnik referował sprawę podoficera ze Szczecina, który zaczął zgłaszać do prokuratury doniesienia na autorów internetowych komentarzy obrażających żołnierzy (jedno z późniejszych doniesień dotyczyło zacytowanego tu wpisu). O Jacku Żebryku czytałem już wcześniej, w lokalnych gazetach. Wiedziałem więc, że początkowo jego doniesienia odrzucano, lecz za którymś razem podoficer trafił na właściwego prokuratora. Gdy sprawę podchwyciły media ogólnopolskie, w MON zaczęto się zastanawiać nad wsparciem prawnym dla Żebryka. Ostatecznie dzięki inicjatywie „O honor polskiego żołnierza” udało się skazać kilkudziesięciu hejterów na stosunkowo drobne, finansowe kary. Nie odstraszyło to większości internetowych nienawistników, niemniej dało dowód, że wojskowi nie godzą się na wizerunek cynicznych najemników. Nie chodzi tu jednak o żadne wymuszenie podziwu i uznania, ale o zwykły szacunek dla człowieka w obliczu tragedii. Jak powiedział Żebryk w rozmowie z „Głosem Koszalińskim”, cytowanej w materiale z maja zeszłego roku: „My nie prosimy o nic, nie żądamy niczego oprócz zrozumienia naszego zawodu, tego że jesteśmy młodymi weteranami, którzy często mają problemy na skutek odniesionych ran. Tych widocznych gołym okiem i tych, które zostały w głowie” (Jacek Żebryk twarzą kampanii przeciw obrażaniu żołnierzy w sieci, www.gk25.pl, 20 maja 2013).

Nasuwa się w tym kontekście pytanie, czym więc kierują się młodzi ludzie w swoich decyzjach o wstąpieniu do armii, a później o wyjechaniu na zagraniczną misję. Sami przyznają, że pewną rolę odgrywa element finansowej kalkulacji. Bo wojsko to pewny i niezły pracodawca, co ma znaczenie zwłaszcza w północno-wschodnich regionach Polski dotkniętych strukturalnym bezrobociem. Gdy zimą 2012 r. przebywałem w Afganistanie, trzon kontyngentu stanowiła 15. Brygada Zmechanizowana. Jej żołnierze – chłopcy z Warmii i Mazur – w dużej części mieli za sobą doświadczenie bezrobocia, nim włożyli mundur. Mówili uczciwie o tym, że wyjazd do Afganistanu pozwala im się „odkuć”.

„Mamy z żoną mieszkanie po teściach, do generalnego remontu. Myśleliśmy o jakimś samochodzie, który nie rozsypie się po kilku miesiącach…” – oto jedna z wypowiedzi, które wówczas zarejestrowałem. Tego typu rozmowy niemal zawsze kończyły się zastrzeżeniem, że wojskowym płaci rząd Rzeczypospolitej, co rzeczywiście nijak ma się do definicji najemnictwa.

Płaci zaś dobrze – zakładając maksymalne stawki, od 10 tys. miesięcznie w przypadku szeregowca do ponad 21 tys. zł dla generała. Do tego pensja w kraju oraz darmowy wikt, opierunek i kwaterunek. Z drugiej jednak strony nie zapominajmy, z czym wiąże się ryzyko zarabiana tych pieniędzy. Widmo śmierci – paradoksalnie – napawa wojskowych mniejszą obawą niż perspektywa trwałego kalectwa. Zapewne ma to jakiś związek z relatywnie wysoką, wynoszącą ćwierć miliona złotych, sumą ubezpieczenia wypłacanego rodzinie poległego. Rannemu żołnierzowi przysługują zaś pieniądze z ubezpieczenia w wysokości zależnej od stopnia uszkodzenia ciała, tzw. uszczerbku. Nawet jeśli są to niemałe kwoty, i tak większość z nich przeznaczana jest na rehabilitację i zakup lekarstw, ponieważ Narodowy Fundusz Zdrowia nie jest zobligowany do pełnej refundacji kosztów leczenia weteranów. Już po wszystkim większość z nich – z orzeczoną niezdolnością do pełnienia służby – zostaje z rentami w wysokości 1200–1700 zł.

„Gdyby chodziło tylko o pieniądze, nikt o zdrowych zmysłach by się na Irak czy Afganistan nie pisał” – owa deklaracja, w moim przekonaniu, najlepiej oddaje istotę zjawiska, bo ważne są również inne motywacje kierujące żołnierskimi wyborami. Jak choćby rozkaz – od kilku lat zagraniczne kontyngenty formuje się na bazie konkretnych związków taktycznych, co oznacza, że wojskowi ze wskazanej brygady po prostu muszą stawić się na misję. Co prawda, łatwiej im niż wspomnianym na wstępie radzieckim poborowym wymigać się od obowiązku, mogłoby to jednak zrujnować ich dalszą karierę. Ta z kolei z misyjnymi epizodami może nabrać tempa, choć gwoli rzetelności dodać trzeba, że nie brakuje mundurowych, którzy – wręcz przeciwnie – po powrocie z Afganistanu nie mają szans na awans. Będąc pół roku poza jednostką, wypadają z obiegu, a ich miejsca zajmują bardziej zapobiegliwi koledzy, którzy postanowili nie tracić czasu na misje.

Wojsko od zawsze przyciągało ludzi o nieco awanturniczym charakterze, stąd zapewne deklaracje o chęci przeżycia „męskiej przygody”, z którymi także się spotkałem, badając żołnierskie motywacje. Jednak dla pełnego obrazu brakuje nam jeszcze jednej, niezwykle istotnej zmiennej.

„Jak wrócę do domu, ludzie będą mnie pytać: dlaczego to robisz? Wojna cię kręci? Nie powiem ani słowa. Dlaczego? Bo tego nie zrozumieją, nie zrozumieją, dlaczego to robimy, nie zrozumieją, że tu chodzi o kolegę – tylko to się liczy…” – mówi bohater filmu Ridleya Scotta Helikopter w ogniu. To jeden z ulubionych cytatów współczesnych polskich żołnierzy (i chyba całej mundurowej międzynarodówki). Trąci tanim sentymentalizmem, niemniej takim właśnie emocjom ulegają wojskowi – i są w ich przeżywaniu jak najbardziej autentyczni. Jestem zresztą przekonany, iż owa więź ma znaczenie kluczowe – gdyby nie poczucie odpowiedzialności za kolegów, dowództwu kontyngentu trudno byłoby prowadzić jakąkolwiek działalność operacyjną.

Znam wiele historii o ludziach, którzy mimo ran i urazów wracali na pierwszą linię – zarówno w Iraku, jak i w Afganistanie. Część z tych żołnierzy poznałem osobiście – gdy dociekałem powodów takich decyzji, odpowiedź zwykle kryła się w pytaniu brzmiącym mniej więcej tak: „Kumple zapierdalają w Afganie, a ja mam się obijać w Polsce?”.

Co prawda, szkolenie wojskowe kładzie duży nacisk na budowanie więzi między żołnierzami, lecz wydaje się, że tak istotna rola koleżeństwa wśród polskich żołnierzy wynika również z czegoś jeszcze innego: interwencjom naszych wojsk w Iraku i Afganistanie brakuje mocnego, ideologicznego uzasadnienia. Nie jest to wojna w obronie własnego terytorium, tymczasem żołnierz – podświadomie – chciałby, aby temu, co robi, przyświecał jakiś większy sens. Zdaje się, iż deklaracja „tu chodzi o kolegę” – choć w istocie jest to ersatz- -ideologia – spełnia owo kryterium.

Stając na rzęsach, chodząc na „wąsach”

Jeśli chcielibyśmy lepiej zrozumieć, co to koleżeństwo może w ogóle dla żołnierzy znaczyć, trzeba przyjrzeć się warunkom, w jakich pracują, i zadaniom, jakie są przed nimi stawiane na misjach. W Afganistanie np. rebelianci nie działają w zwartych i dużych formacjach, co przekłada się na relatywnie niską intensywność walk, ale oznacza również, że bojownicy mogą być wszędzie i nigdzie. Zwłaszcza że sprzyja im teren – wysokie góry, a w dolinach karezy, czyli tunele irygacyjne, znajdujące się pod niemal każdą osadą (łączące się w gęstą, pod ziemną sieć). No i fakt, że nie będąc regularną armią, w zasadzie nie odróżniają się od cywilów.

Brak klasycznie rozumianej linii frontu oraz wspomniane cechy przeciwnika nałożyły na NATO obowiązek szczególnej ostrożności. Stąd pojawiają się opinie, że w Afganistanie potencjalne zagrożenie życia ludności cywilnej wielokrotnie przesłaniało taktyczne czy wręcz strategiczne korzyści mogące płynąć z jakiejś operacji. W efekcie największy na świecie i uzbrojony po zęby sojusz nie poradził sobie z kilkudziesięciotysięczną partyzantką – bo padł ofiarą własnej filozofii, hołubiącej powściągliwość, a nawet wycofanie, za grzech uznając brutalną determinację.

Dziś żaden zachodni kontyngent w Afganistanie nie prowadzi już operacji ofensywnych, których celem byłoby wyparcie rebeliantów z większych niż pojedynczy dystrykt regionów administracyjnych. Siły NATO skupiają się na zabezpieczeniu własnych baz oraz kluczowych szlaków komunikacyjnych – wszystko w celu sprawnego przeprowadzenia ewakuacji wojsk, która ma się zakończyć wraz z upływem 2014 r.

Takie same zadania mają również Polacy stacjonujący w bazie Ghazni. Strategiczny szlak to w ich przypadku kilkudziesięciokilometrowy odcinek drogi Highway One, prowadzącej z Kandaharu do Kabulu. I choć sama baza często staje się celem ostrzałów rakietowych i moździerzowych, co wymusza częste patrole po okolicznych osadach, istotę tej dziwnej wojny najłatwiej dostrzec na „hajłeju”.

W latach 2008–2010 niemal dwie trzecie spośród poległych zachodnich żołnierzy stacjonujących w Afganistanie padło ofiarą eksplozji min-pułapek, określanych mianem IED (ang. Improvised Explosive Device). „Ajdiki”, jak nazwali je Polacy, stały się największą zmorą koalicjantów, a ich wyszukiwanie i niszczenie – jednym z głównych zadań ISAF (ang. International Security Assistance Force). To w takich okolicznościach pod Hindukusz trafiły zespoły rozminowania dróg (w skrócie RCP od ang. Route Clearance Patrol) – każdy składający się z kilku pojazdów wyposażonych w sprzęt pozwalający wykryć i zneutralizować ukryty nawet kilka metrów pod ziemią ładunek.

RCP nie czynią cudów. Zdarza się, że georadar przeoczy zakamuflowaną bombę. Dlatego nawet sprawdzona droga nie daje całkowitej gwarancji bezpieczeństwa. Ba, samo RCP wymaga wsparcia – pojazdy z zestawów też wylatują w powietrze. Niedoskonałość technologii starają się niwelować saperzy. Gdy patrol wjeżdża w rejon wzmożonej aktywności „kopaczy”, to oczy i doświadczenie żołnierzy tej specjalności decydują o życiu i śmierci pozostałych. Wyposażeni w ręczne wykrywacze i noże saperzy opuszczają wozy, sprawdzając przepusty pod jezdniami, gdzie najprościej ukryć IED. A ponieważ szukają też odciągów – drutów łączących „ajdiki” z zapalnikami – o ich robocie mówi się: „chodzenie na wąsach”.

Rebelianci już dawno zorientowali się, że saperzy krzyżują im szyki. Zaczęli więc na nich polować. Np. ostrzeliwując z broni ręcznej. To dlatego saperzy działają w obstawie, zawsze towarzyszy im co najmniej kilku żołnierzy piechoty. Ale i na to znalazł się sposób – „naciskówki”. Bojownicy zakopują je na chybił trafił, w miejscach, przez które będą szli zachodni żołnierze. Z nadzieją, że któryś wdepnie. Postawienie stopy na zamaskowanej cienką warstwą ziemi deseczce zamyka elektryczny obwód. W ułamku sekundy dochodzi do eksplozji niewielkiego ładunku. Wybuch nie musi zabić. Pechowiec może stracić stopę, czasem większą część nogi. Bywa, że obu nóg…

Walka o przejezdność Highway One to jedno z głównych zadań „zwyczajnych” grup bojowych. Ale w Afganistanie prowadzone są również operacje specjalne, w które angażują się polscy komandosi z jednostki GROM i pułku specjalnego z Lublińca. Ich wspólnym mianownikiem jest tak zwana JPEL (ang. Join Priority Effects List), „priorytetowa lista celów” ISAF, która wyznacza ramy operacji typu „dopaść lub zabić” (ang. capture or kill). W praktyce oznacza to zwykle nocne rajdy na zidentyfikowane wcześniej kryjówki rebelianckich dowódców.

Nie jest to nowa koncepcja – amerykańskie siły specjalne przetestowały ją wcześniej w Iraku. U jej podstaw leży przekonanie, że likwidacja bądź uwięzienie lokalnych szefów podziemnych struktur z czasem doprowadzi do ich całkowitego paraliżu, bo miejsca dotychczasowych komendantów będą zajmować coraz mniej doświadczeni ludzie. Taka argumentacja brzmi logicznie, choć po kilku latach stosowania taktyki capture or kill trudno mówić o wymiernych, pozytywnych z perspektywy koalicjantów efektach – rebelia ma się bowiem nie najgorzej. Sama idea zaś wciąż budzi liczne kontrowersje. Nie wiem nic o wpadce Polaków, jednak zachodnie media co jakiś czas donoszą o zabijaniu cywilów, przez pomyłkę wciągniętych na JPEL. Co bardziej radykalne tytuły określają nawet przeznaczone do realizacji tych zadań oddziały mianem „szwadronów śmierci”.

Misje odbiją się nam czkawką

To, co się dzieje „na teatrze” – jak wedle wojskowej nomenklatury nazywa się region, w którym prowadzone są działania wojenne – nigdy nie pozostaje bez wpływu na psychikę żołnierzy. Zwłaszcza tych bezpośrednio zaangażowanych w operacje bojowe. Jednym ze skutków jest zobojętnienie. Można je opisać, tak jak zrobił to autor listu, który niegdyś otrzymałem: „Pamiętam, że na pierwszej misji w Iraku widok spalonego ciała zamachowca-samobójcy, czy też innych zwłok, których notabene było wiele w przydrożnych rowach, budził we mnie wstręt, obrzydzenie, a w nocy powodował koszmary i pobudki. Teraz spoglądam na to jak na coś całkiem normalnego, codziennego, nie odczuwam jakichś negatywnych wrażeń. Po prostu stało się i już” – przyznał wielokrotny „misjonarz”.

Żołnierze w strefie działań wojennych często zmagają się z zespołem ostrego stresu (ASD od ang. Acute Stress Disorder), typowym u osób wyczerpanych walką. Objawy ASD zwykle ustępują po kilku dniach, dlatego tak ważne są cykliczne przerwy od najcięższych zajęć, przysługujące pododdziałom liniowym.

Nie wszyscy jednak mają tyle szczęścia – ASD może się bowiem przerodzić w zespół stresu pourazowego (PTSD od ang. Post-traumatic Stress Disorder), ciężkie schorzenie, którego diagnoza oznacza ewakuację medyczną do kraju. Amerykanie, którzy problemem PTSD zajmują się od lat, wskazują na jego trzy podstawowe przyczyny: śmierć kolegów, widok zabitych (bądź zabijanych) cywilów oraz urazy własne. Z prowadzonych za oceanem badań wynika, że zespół stresu pourazowego dotyka nawet jedną czwartą żołnierzy. Weteranów trawią lęki, depresje, myśli samobójcze napędzane bezsennością czy zbytnią pobudliwością. Albo alkoholizmem, który zwykle jest jednym z objawów klinicznych.

Taki jej przebieg sprawia, że choroba nabiera cech społecznych, na co wskazują wypowiedzi partnerek żołnierzy. „(…) Trzasnął moją głową o podłogę, prawie złamał mi nos…” – dzieliła się swoimi doświadczeniami jedna z czytelniczek mojego bloga, była już żona „misjonarza”. – „Dzieci patrzyły, płakały, a on był w amoku. Najmłodszy ugryzł go do krwi. Krzyczał: »nie zabijaj mojej mamusi!«. Jego [byłego męża] rodzina nie zauważa problemu. A on bierze leki na spanie – kiedyś powiedział mi, że po tym nie ma snów… Błagałam go, by poszedł na terapię – bezskutecznie. Któregoś dnia, po wojnie w naszym domu, uciekłam do ośrodka interwencji kryzysowej. Opłaty na dwa domy nie pozwoliły mi tam zostać, ale rozpoczęłam terapię swoją i dzieci. Pewnie nigdy nie dojdziemy do równowagi psychicznej, ale wiem, że jutro może być tylko lepiej… Teraz jestem silniejsza, jeśli tknie mnie czy dzieci, składam zawiadomienia na policję i prokuraturę”.

„No cóż, cieszę się, że w końcu jakiś mężczyzna dostrzegł, że misja to trauma nie tylko dla mężczyzny” – napisała mi Milena, również czytelniczka bloga, sprowokowana wpisem o skutkach PTSD. – „Nie chcę opowiadać o szczegółach współżycia, by nie wystraszyć młodych kobiet, pragnących związać swoją przyszłość z oficerem WP. Przyznam tylko, że chciałabym już liczyć sobie 90 lat i mieć mało do końca”.

Z kolei Anna, również dotknięta PTSD swojego partnera, dodała: „I jeszcze jedna rzecz, o której raczej ludzie nie piszą, ze względu na wstyd. Seks to obrazki przeniesione chyba z filmów porno. Siła dominowała przy każdym naszym zbliżeniu”.

Jeszcze kilka lat temu w Ministerstwie Obrony bagatelizowano problem PTSD. Nie brakowało wręcz opinii, że to tylko jakaś fanaberia. Dziś przy Wojskowym Instytucie Medycznym funkcjonuje oddział zajmujący się leczeniem weteranów. Ci jednak niezbyt chętnie zgłaszają się do WIM-u, obawiając się, że łatka „świra” spowoduje wyrzucenie ich z armii. Nawet jeśli oficjalne zapewnienia temu przeczą, żołnierze nie dają im wiary. I dlatego wielu spośród tych, na których psychice wojna brutalnie odcisnęła piętno, woli ukrywać się ze swoimi problemami. Pół biedy, jeśli leczą się prywatnie, gorzej, jeśli nie robią ze swoją chorobą nic. Jak szacuje Victor Montgomery, autor książki Healing Suicidal Veterans, do tej pory samobójstwo popełniło 100 tys. byłych żołnierzy armii amerykańskiej biorących udział w wietnamskim konflikcie. To niemal dwa razy więcej niż wynosi liczba Amerykanów bezpośrednio poległych w walce.

A skoro jesteśmy przy liczbach – warto zobrazować skalę zjawiska, o którym mowa, wśród Polaków. Do tej pory przez Irak i Afganistan przewinęło się niemal 45 tys. polskich żołnierzy. Zagrożonych PTSD – który czasem ujawnia się dopiero po wielu latach – jest więc kilkanaście tysięcy weteranów. A niemal każdy z nich ma jakąś rodzinę. Jak ujął to jeden z wojskowych psychiatrów, z którym miałem okazję rozmawiać: „Jeszcze nam się te misje odbiją czkawką”.

Stara natura nowej wojny

Na koniec tego portretu polskich żołnierzy na misjach warto wspomnieć o zapleczu technologicznym naszej armii, które z jednej strony wpływa na poczucie bezpieczeństwa wojskowych podczas wykonywania różnych zadań, a z drugiej – kształtuje charakter ich pracy. Przez ostatnich 10 lat zaszły na tym polu znaczące zmiany.

W 2003 r. Polska wysłała żołnierzy na wojnę w samochodach rolniczych i ciężarówkach dostatecznie chroniących co najwyżej przed kamieniami. Jako usprawiedliwienie tego zaniedbania można podać fakt, że nikt nie spodziewał się wówczas tak olbrzymiej eskalacji przemocy w kraju, który zdawał się spacyfikowany przez amerykańską inwazję. Z poczciwych honkerów – złośliwie nazywanych „honekerami” bądź „mad-maksami” – regularnie się naśmiewano, choć doceniano przy tym, że pozwalały nie upodabniać się zbytnio do armii amerykańskiej, która w znacznie większym stopniu skupiała na sobie zainteresowanie i wściekłość irackich rebeliantów. Jednak problem grubości blach rzeczywiście istniał, o czym świadczyły płyty dospawane do kabin dżipów czy wypełnione workami z piaskiem burty ciężarówek. Gwoli rzetelności dodać trzeba, że Amerykanie też się wtedy naprędce dopancerzali, choć częściej po prostu wymieniali pojazdy na nowe, o lepszych parametrach.

Dziś polscy żołnierze w Afganistanie używają jednych z najlepszych na świecie kołowych transporterów opancerzonych Rosomak, wyposażonych w 30-milimetrowe działko Bushmaster – wiedza na temat jego celności i szybkostrzelności sieje grozę pośród rebeliantów. Jeżdżą też pojazdami MRAP (ang. Mine-Resistant Ambush Protected), których podwozie wyprofilowane na kształt litery V pozwala rozproszyć na boki energię wybuchu miny-pułapki. Przed największymi „ajdikami” taki wóz nikogo nie uchroni, co nie zmienia faktu, że jego używanie znacząco poprawiło wskaźniki przeżywalności załóg. Na obu samochodach montowane są urządzenia typu „duke”, czyli zagłuszarki, utrudniające odpalenie „ajdików” za pomocą radia czy telefonu. W pojazdach dowódczych zainstalowano terminale systemu BFT (ang. Blue Force Tracker). Działa on podobnie jak cywilne nawigacje, pozwalając na śledzenie ruchu własnych pododdziałów w czasie rzeczywistym. Wszystko to spięte w sieć, dzięki czemu informacja dociera również do innych formacji znajdujących się w polu.

Koordynacją działań zajmują się tzw. TOC (ang. Tactical Operation Centers). Cechą charakterystyczną owych centrów – popularnie zwanych „tokami” – są rzędy wielkich monitorów. Wyświetlane na nich obrazy pochodzą z kamer zamontowanych na balonach, które wiszą nad każdą większą natowską bazą w Afganistanie. Ów system pozwala kontrolować sytuację w promieniu kilkunastu kilometrów. Dane z dalszej odległości dostarczają samoloty bezzałogowe.

I tu właśnie dochodzimy do kluczowej informacji dotyczącej technologicznych aspektów wojny afgańskiej. Patrząc z perspektywy technologii, nie jest to konflikt, za sprawą którego dokonał się jakiś istotny przełom. Żołnierze nie mają do dyspozycji egzoszkieletów – do dźwigania kamizelek kuloodpornych, kevlarowych hełmów i reszty wyposażenia używają siły własnych mięśni. Nie latają futurystycznymi maszynami – transport, także w przypadku Amerykanów, zapewniają śmigłowce skonstruowane przed kilkudziesięciu laty. I długo by tak można było wymieniać poza jednym wyjątkiem. Właśnie bezzałogowców.

Jeszcze 10 lat temu nie było pewności, że taka technologia w ogóle się przyjmie, tymczasem dziś trudno sobie wyobrazić bez niej „afgański teatr”. Niewielkich samolocików używa się na szczeblu taktycznym: sterowane przez żołnierzy konkretnych pododdziałów, pozwalają z wyprzedzeniem „zajrzeć” np. do wioski, która znajduje się na trasie patrolu. Drony wykorzystywane na poziomie operacyjnym są już znacznie większe, mają też większy zasięg i możliwość wielogodzinnego przebywania w powietrzu. Choć zadaniuje się je w Afganistanie, ich operatorzy – można też określić ich mianem pilotów – pracują w Stanach Zjednoczonych. Niegdyś służące wyłącznie do obserwacji, od kilku lat przenoszą też rakiety. Tego typu aparaty nie znajdują się na wyposażeniu polskiego kontyngentu (i Wojska Polskiego w ogóle), jednak jego dowódca ma możliwość użycia amerykańskich maszyn.

Uzbrojone bezzałogowce wykorzystywane są w akcjach przeciwko osobom z listy JEPL, gdy nie sposób użyć komandosów. Głównie jednak zajmują się tropieniem i zabijaniem „kopaczy”, czy też ogólniej rzecz ujmując – bojowników przygotowujących zasadzki. O skali tego procederu w jakiejś mierze świadczą nacięcia na pewnej balustradzie w bazie Ghazni. Zaczęto je wykonywać w maju zeszłego roku, obejmują więc wyłącznie okres działalności XIII zmiany polskiego kontyngentu. Nie są oczywiście żadnym oficjalnym zestawieniem, jednak osoba, która je wykonała, miała na bieżąco dostęp do informacji na temat skutków działalności dronów. Gdy wyjeżdżałem z Afganistanu w drugiej połowie października zeszłego roku, owych nacięć było tam 80.

Z jednej strony mamy więc supertechnologię, z drugiej – atawistyczne odruchy. Stara natura nowej wojny, chciałoby się rzec.

***

Kim zatem jest współczesny polski żołnierz? Odpowiedź zapewne rozczaruje pięknoduchów, z nabożną czcią wypowiadających słowo „ojczyzna”. Większość mundurowych ma do swojej profesji podejście pragmatyczne – jak sami mówią: „to robota”. Symbole wciąż mają w niej znaczenie, bardziej jednak służą jako element grupowej niż narodowej identyfikacji. Nie zmienia to jednak faktu, że dla spójności tej grupy ważne jest też przekonanie o społecznej użyteczności wykonywanego zawodu. „Nie podobają się wam nasze misje w Iraku i Afganistanie? Macie do tego prawo. Ale nie zapominajcie, że w razie czego to my będziemy was bronić” – to jeden z częściej pojawiających się komentarzy w odpowiedzi na ataki internautów. Przy takim ujęciu określenie „misjonarz” nabiera dodatkowego znaczenia.

Nie zapominajmy również, że to nie armia definiuje cele polityczne państwa – i oby tak pozostało. Zatem to nie wojskowi są właściwymi adwersarzami przeciwników zagranicznych interwencji. I owszem, swoją pracę wykonują dobrowolnie, jednak jej specyfika – co mam nadzieję udało się pokazać – sprawia, że na szali stawiają całe swoje życie, które mogą bezpowrotnie zniszczyć lub stracić. O tym, tak po ludzku, zawsze warto pamiętać.

W tekście wykorzystałem cytaty z książek własnego autorstwa, znalazły się w nim również fragmenty wpisów i komentarzy z bloga zAfganistanu.pl

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter