70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rozbite lustro Papuszy

Jest takie przekleństwo: „Obyś wiedział pierwszy”. Papusza wiedziała pierwsza. Wiedziała, że losy Romów trzeba zapisać, inaczej ulegną zapomnieniu. Miała odwagę być sobą, przemówić własnym głosem. W patriarchalnym romskim społeczeństwie był to akt wielkiej odwagi.

„Zawsze szukamy z Joanną czegoś, czemu będzie można oddać parę lat życia i tego nie żałować” – tak mówił pan Krzysztof po premierze filmu Mój Nikifor. Teraz, po obejrzeniu filmu Papusza, nie mam wątpliwości, że taki temat Państwo znaleźliście. Kiedy po raz pierwszy przyszła do Was Papusza?

Joanna Kos-Krauze: Już dość dawno temu. Uczyłam się w liceum w klasie humanistycznej i miałam bardzo dobrych polonistów. Analizowaliśmy wiersze Papuszy, sięgnęłam wtedy także po książki Jerzego Ficowskiego i tak Papusza została we mnie na lata. Podobnie było z Nikiforem, którego poznałam dzięki książkom Andrzeja Banacha. A skoro kino publicystyczne, doraźne nie bardzo nas już interesuje, takie tematy powracają. Papusza jest chyba naszym najtrudniejszym filmem. Także dlatego, że przy jego realizacji poszliśmy na najmniejszą liczbę kompromisów, i to zarówno wobec materii filmowej, scenariusza, jak i stosunku do bohaterów. To był film trudny, ale mam nadzieję, że nie okazał się niemożliwy. Mam wrażenie, że udało nam się zapisać i przywrócić do życia pewien nieistniejący już świat. Głęboko wierzę, że Papusza, Ficowski i Tuwim to osoby, które będziemy jeszcze nie raz przywoływać. Może zabrzmi to banalnie, ale poezja się ocala.

Pana Krzysztofa Papusza ukąsiła, ugryzła zębami Jerzego Ficowskiego.

Krzysztof Krauze: To sytuacja trochę jak z mitologii greckiej. U Roberta Gravesa na pewno znalazłby się właściwy mit. Ficowski strawił Papuszę i ją „wypluł”. Powstały książki, poemat muzyczny i film fabularny. Dzięki realizacji takich filmów jak Papusza coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że tak naprawdę to bohaterowie wybierają sobie autorów. Papusza dotarła do nas i wymusiła tę opowieść. Obsadziła film, wybrała właściwe plenery, nastroje, formę, a nawet muzykę. To Papusza wybrała odtwórczynię swojej roli, bo Jowita Budnik musiała spełniać pewne charakterologiczne cechy. Z tego by wynikało, że autorzy, twórcy nie do końca decydują o wyborze tematów. Oczywiście, żyjemy w określony sposób, na pewne tematy się otwieramy, a potem to już one same nas niosą. Tym bardziej kiedy dotyczy to takich filmów jak Papusza i Mój Nikifor, których antropologiczny rys wymaga wkroczenia w nieznane rejony. Trzeba coś zrekonstruować, odszukać i przeczytać. Papusza to cały regał książek, filmów, muzyki, to samo dotyczy zresztą także naszego kolejnego filmu Ptaki śpiewają w Kigali.

Jak ścierały się Państwa poglądy w kwestii artystycznych wyborów i ostatecznego kształtu filmu? Czy pojawiły się między Wami jakieś zasadnicze różnice zdań?

J. K.-K.: Zdarza nam się ze sobą nie zgadzać, nie kłócimy się jednak o głupoty, ale o rzeczy ważne. W tym filmie nie ma ani jednego kadru, który nie byłby wspólną decyzją i nie wynikał z siły woli naszej i operatorów. W czasie dokumentacji wykonaliśmy kilka tysięcy zdjęć. Od strony operatorskiej świat filmu zawdzięczamy Krzysztofowi Ptakowi, który był z nami od początku. Światło i postprodukcja są także jego dziełem. Później dołączył do nas Wojciech Staroń.

K. K.: Jeżeli wybór jest trafny, to konsensus następuje natychmiast. Joanna jest osobą wrażliwą, ma świetne wyczucie, jeżeli chodzi o ludzi, i dobrą wewnętrzną busolę. Dyskusje zaczynają się wtedy, gdy pojawiają się wątpliwości dotyczące jakiegoś pomysłu. Ale jeśli ma on poetycką siłę i dramaturgię, dyskusji nie ma. Czasami kontrowersje pojawiają się na etapie montażu, kiedy trzeba powiedzieć: film będzie wyglądał w ten sposób, taki będzie miał rytm i styl. Papusza w jakimś sensie kontynuuje styl Mojego Nikifora, choć poprzednio mieliśmy opowieść linearną, a tym razem mamy do czynienia z freskiem rozrzuconym w czasie. Nazywam to strukturą białego wiersza, rozbitym lustrem, które widzowie muszą sobie poskładać w całość.

J. K.-K.: Dość długo szukaliśmy formuły dla tego filmu, bo nie chcieliśmy robić klasycznej biografii, która sprowadzałaby się do pokazania Cyganki piszącej wiersze. Szukaliśmy właściwego klucza estetycznego, a przede wszystkim języka dla tej opowieści. Nie jesteśmy zwolennikami lecących z offu w głowie artysty wierszy. Właściwym kluczem do Papuszy okazała się muzyka Jana Kantego Pawluśkiewicza, który 20 lat temu na kanwie jej poezji skomponował poemat symfoniczny Harfy Papuszy. Kiedy pojechaliśmy do niego, aby odkupić prawa do muzyki, Janek już nie komponował. Od kilku lat z powodzeniem maluje obrazy opracowaną przez siebie techniką żel-art. Kiedy nas zobaczył, chciał nam sprzedać obraz. Teraz jednak wrócił do muzyki, zaprzyjaźnił się z muzykami cygańskimi, z którymi nagrał muzykę do filmu i razem koncertują.

K. K.: Jan Kanty Pawluśkiewicz jest bardzo inspirującym kompozytorem. To Harfy Papuszy ośmieliły nas, aby zakraść się do świata Romów. W pewnym sensie zawdzięczamy mu styl filmu. Wziął się on z poszukiwania wizualnego ekwiwalentu Harf.

Kiedy pojawiła się pewność, że ten film musi być czarno-biały?

K. K.: Ta pewność pojawiła się w zasadzie na trzy miesiące przed rozpoczęciem zdjęć. Nie jesteśmy reżyserami, którzy idą za jakimiś popkulturowymi wzorami. Styl tworzy się poprzez ograniczenia. Postanowiliśmy wyłączyć kolor, zrezygnować ze zbliżeń i unieruchomić kamerę. Aby zrekonstruować ten dawny świat, wykorzystaliśmy w niektórych przypadkach stuletnie negatywy i zdjęcia. Pierwszym, otwierającym kadrem jest ożywione zdjęcie z Kamieńca Podolskiego z 1900 r., do którego dokręciliśmy żywy plan, a dalej swoje musieli zrobić ludzie od animacji. Ale chyba najważniejszym powodem, dla którego podjęliśmy taką decyzję, było przekonanie, że zdjęcie czarno-białe, które ma mniej bitów niż kolorowe, pozwala łatwiej się widzowi skupić. Wszyscy mamy bowiem coraz więcej problemów z koncentracją.

O wizualnej sile tego filmu decyduje z pewnością sposób fotografowania.

J. K.-K.: To, aby w filmie nie było ani jednego bliskiego kadru, nie było dla nas łatwą decyzją. Niektórym może to nawet sprawić trudność w odbiorze. Nasza decyzja wynikała jednak z przyjęcia pewnego psychologicznego założenia. Poszczególne kadry są trochę jak kartki z albumu uruchamianego mechanizmem pamięci. A pamięć ożywia zazwyczaj logika emocji, która jest czymś innym niż logika linearnej opowieści.

K. K.: Wielcy fotograficy posługują się kolorem z ostrożnością. Czarno-białe zdjęcie to kolor w domyśle. To niemal podmiot liryczny. Poza tym był jeszcze całkiem prozaiczny powód. Czas. Ze względów produkcyjnych nie mogliśmy sobie pozwolić na fotografowanie wszystkich pór roku. Film powstawał jesienią i zimą, a w czarno-białym filmie jesień może nie różnić się od wiosny i lata. Trzeba tylko zadbać o kontrasty.

Wyzwaniem dla Państwa była praca z Romami, którzy de facto są drugim po Papuszy bohaterem filmu, bohaterem zbiorowym.

J. K.-K.: Z bohaterem zbiorowym wiąże się pewna trudność natury emocjonalnej. Bohater zbiorowy jest trudniejszy od bohatera indywidualnego, do którego gotowi jesteśmy się przywiązać i z nim utożsamiać. W tym filmie jest pięciu zawodowych aktorów, a reszta to naturszczycy. Gdy patrzyliśmy po raz pierwszy na niektóre z tych materiałów, które udało nam się zarejestrować, byliśmy oszołomieni. A przecież na początku mieliśmy wiele obaw. Czasami myślę, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Zdolność improwizacji, a przede wszystkim inteligencja emocjonalna Romów jest niesamowita. Udało nam się nakręcić coś, czego wcześniej nigdy nie pokazywano. Romowie zgodzili się odtworzyć sceny sądów cygańskich, co w kodeksie wewnętrznym było dla „gadziów” zakazane. Kluczem do zdobycia ich zaufania było to, że film w 80% powstał w języku romskim. Mało tego, w dialekcie Polskiej Romy, który nie istnieje już w tym kształcie. Ten język w dużej mierze został zrekonstruowany przez naszego konsultanta Jacka Milewskiego, dlatego że dziś nie występuje już w czystej postaci. Pojawiają się polskie końcówki fleksyjne. Jacek musiał odtworzyć język z lat 20. i 50.

K. K.: Romowie są obdarzeni wielkim talentem scenicznym, być może przez swój temperament. Wystarczyło rzucić hasło, a oni od razu szukali dla niego sytuacji, gestu, słowa. Charlie Chaplin był Cyganem, lepszej rekomendacji chyba nie potrzeba. Nigdy nas nie zawiedli, byli zdyscyplinowani i cierpliwi. Czuli, że ten film to także ich sprawa. Jesteśmy im bardzo wdzięczni za zaufanie.

Nikifor był wolny od świata, a od czego była wolna Papusza?

K. K.: Papusza była wolna od własnego „ja”. Nikifor uważał siebie za najwybitniejszego malarza na świecie, a Papusza była zdziwiona, gdy Ficowski nazwał ją poetką. Za swoje wiersze brała tyle, co za wróżbę. Nikifor wypisywał na rysunkach milionowe kwoty.

Mówi się, że była „poetką wyklętą”…

K. K.: Romowie uznali jej wiersze za zdradę romskich tajemnic. Jest takie przekleństwo: „Obyś wiedział pierwszy”. Papusza wiedziała pierwsza. Wiedziała, że losy Romów trzeba zapisać, inaczej ulegną zapomnieniu. Była pierwszą romską poetką, która zapisała swoje wiersze. Te wiersze przetłumaczył i opublikował, za jej wiedzą zresztą, Jerzy Ficowski. Romowie dowiedzieli się o tym i to był początek dramatu. Papusza miała odwagę być sobą, przemówić własnym głosem. W patriarchalnym romskim społeczeństwie był to akt szacunek. Zresztą nie tylko artyści – odkrywcy, filozofowie. Odwaga i wielkość tworzą nierozerwalny związek.

Papusza, oskarżana o zdradę, osamotniona, w którymś momencie mówi, że gdyby nie nauczyła się czytać, byłaby szczęśliwa.

J. K.-K.: Jej dramat osobisty był w jakiejś mierze wynikiem dramatu historycznego Romów. Spotkała ich przecież nieprawdopodobna tragedia. Najpierw była zagłada, kiedy wymordowano większość narodu, po czym w bardzo krótkim czasie tę garstkę, która przeżyła, nawiedził kolejny kataklizm, jakim było przymusowe osadnictwo. Uderzenie w ich niezależność, tożsamość spowodowało zniszczenie ich kultury. W pewnym sensie złamało ich to bardziej niż wojna, bo wojna dawała imperatyw do odrodzenia się. A w tym przypadku potraktowani zostali jak Indianie, których zamknięto w rezerwatach.

„Nie obcięła sobie języka, a teraz język zetnie nam głowę” – mówi o Papuszy starszyzna cygańska, gdy dowiaduje się o wydaniu jej wierszy i o książce Ficowskiego pt. Cyganie polscy.

K. K.: Postawę Romów daje się w pewnym stopniu wytłumaczyć. Był to czas nasilonych prześladowań, przymusowego osiedlania, asymilacji na siłę. Cygańskie tabory zostały zastąpione przez zagrzybione baraki. Odebrano im wolność i nic nie dano w zamian. Schronili się więc we własnym języku, który dawał im pozór bezpieczeństwa. Dlatego naruszenie tabu językowego uznali za ciężkie przewinienie, potępili Papuszę w imię społecznej solidarności. W tym bardzo trudnym czasie potrzebowali szczególnej lojalności i nie mogli czynić dla niej wyjątku. Rozumiem ich, chociaż jeszcze lepiej rozumiem Papuszę.

J. K.-K.: Nieszczęściem okazało się to, że Ficowski zamieścił w swojej książce pierwszy słownik polskoromski, który mógł zostać wykorzystany jako materiał operacyjny przy okazji przymusowego osadnictwa. Mogła z niego przecież korzystać milicja. O jednym z wierszy, który napisała Papusza, mówi się, że mógł być agitką do osiedlania się. Ona przeczuwała nieuchronność osadnictwa, ale większość Romów nie zdawała sobie z tego jeszcze sprawy. Dla Papuszy mogło to być o tyle łatwe do zaakceptowania, że ona marzyła o edukacji. Nie do końca wiadomo, skąd wzięła się w niej ta potrzeba. Dzięki swojej sile woli nauczyła się czytać i pisać, co otworzyło jej pewien kosmos. Chciała też, żeby jej adoptowany syn Tarzanek mógł się uczyć.

W filmie Papusza wypowiada w rozmowie z Jerzym Ficowskim charakterystyczne słowa: „Gdyby Cyganie mieli pamięć, pomarliby ze zgryzoty”.

J. K.-K.: Coś w tym jest. Na nas te słowa zrobiły ogromne wrażenie. Jej dramatem wewnętrznym, którego nie potrafiła zwerbalizować w sposób zintelektualizowany, było poczucie odpowiedzialności społecznej i tego, że jest jedną z niewielu osób, które są w stanie pozostawić świadectwo materialne. Trzeba pamiętać, że niewiele jest materialnych świadectw zagłady Romów. Kiedyś była wielka bitwa o akwarele wykonane przez więźniarkę Auschwitz, Czeszkę Dinę Gottliebovą, której Mengele zlecił rysowanie Cyganów. To było jedno z niewielu materialnych świadectw zagłady Romów. Dlatego poemat Papuszy o rzezi Romów na Wołyniu jest czymś unikalnym w skali światowej. Książka Jerzego Ficowskiego być może mogła poczekać, ale to przecież był ostatni moment, aby uchwycić ten rozpadający się świat. Trudno się dziwić, że ją opublikował.

K. K.: Historia Romów w Europie to niekończące się szykany i prześladowania. W XIX w. Cyganie na Węgrzech mieli status niewolników. Podczas ostatniej wojny spośród wszystkich narodów zginęło ich procentowo najwięcej. A z drugiej strony jest pamięć dzieciństwa, młodości, kiedy świat się otwiera – jak mówi Papusza – jednym kluczem. Potrafiła zdobyć się na gorzką refleksję, ale w gruncie rzeczy chciała Romom przywrócić pamięć, zachować coś z tego czasu wolności i taborów. Życie Cyganów było bardzo trudne, coraz bardziej ograniczano im możliwości zarobkowania. Bito ich, przepędzano i rabowano. A jeśli dodamy do tego mroźne zimy, chore dzieci, brak dostępu do lekarza, możemy uzmysłowić sobie dramatyczny wymiar ich losu. Jednak kiedy jest się młodym, na świat patrzy się z nadzieją. Taki też ten świat widziała Papusza. Na to, że Romowie mają dzisiaj pamięć i że można mówić o kulturze romskiej, złożyły się działania wielu ludzi. To już nie tylko Jerzy Ficowski, ale także wybitny etnograf i cyganolog Adam Bartosz, Jacek Milewski, założyciel szkoły romskiej w Suwałkach i konsultant naszego filmu, Lidia Ostałowska, wybitna reporterka. Pisarze, filmowcy, fotografowie, muzykolodzy, kompozytorzy. Długi łańcuch ludzi dobrej woli, przyjaciół Romów. Dziś już także sami Romowie, świadomi, wykształceni, stowarzyszeni w światowych organizacjach starają się zadbać o tę pamięć.

W Papuszy wychodzą Państwo poza stereotypowe wyobrażenia o Romach. Wydaje się to ważne również ze względu na przejawy rasizmu, do jakich dochodzi w Polsce, a także w innych krajach Europy.

J. K.-K.: Cała dramatyczna historia postrzegania Cyganów bierze się stąd, że znany nam wizerunek Romów rozpięty jest na dwóch skrajnych i w gruncie rzeczy absurdalnych biegunach. Jeden z nich, wywodzący się jeszcze z romantyzmu – przynajmniej jeśli chodzi o kulturę polską – stanowi wizerunek kolorowych Cyganek, wolnych i niepokornych grajków. Drugi z kolei mówi o przestępczości, nieprzystosowaniu do nowoczesnych standardów nowoczesności, ostrzega przed kimś nam obcym. I nic pomiędzy. To, co wydaje się ważne, a wynika także z percepcji międzynarodowej filmu – sygnałem tego są liczne zaproszenia na festiwale – jest podkreślanie, że nasz film jest takim historycznym freskiem, jakiego jeszcze w kinie nie było. Pokazuje Cyganów w kontekście kulturowym i społecznym. Mówi, że ich kultura i odrębność są wartością. Przy okazji pojawia się ważne pytanie o integrację. W moim odczuciu integracja jest wielką porażką mechanizmu demokratycznego, dlatego że oznacza ona wyrównanie wszystkiego popkulturowym walcem. To nie jest ścieżka dla Romów. Z kim oni mieliby się integrować, z ludźmi, którzy nimi pogardzają? Wydaje się, że właściwym kluczem mogłaby być mądra edukacja.

K. K.: Chcemy pojechać z naszym filmem do Andrychowa, pokazać go i porozmawiać z mieszkańcami miasta (przedpremierowy pokaz filmu odbył się w Andrychowie 15 października – przyp. red.). Agresja wobec Romów bierze się często z braku elementarnej wiedzy o nich. Z lęku przed nieznanym. Poznajmy się więc. Nasz film może, mam nadzieję, odegrać taką rolę.

J. K.-K.: Gdy patrzymy na Romów także z perspektywy przemian, jakie miały miejsce po 1989 r. w Europie Wschodniej, to widzimy, że oni także nie załapali się na kapitalizm. Są ostatni do zatrudnienia, a pierwsi do zwolnienia. Komuna dawała im przynajmniej złudzenie, że mają pracę, edukację, ochronę zdrowia. A ponieważ niczego nie posiadali, to w ramach restytucji niczego też nie odzyskali. Europa nie ma rzekomo granic, ale wobec Romów nierzadko dochodzi do różnego rodzaju restrykcji i represji. Rząd brytyjski podpisuje ze Słowacją umowy, przeznaczając specjalne fundusze na to, aby nie wpuszczać Romów do swojego kraju i odsyłać ich w ramach deportacji. W tym kontekście hasło „nigdy więcej” brzmi szyderczo. Ciągle budzą się te same upiory.

Po raz kolejny zrobiliście Państwo film o bohaterze, którego można rozpatrywać w kategoriach samorodnego talentu, który musi zderzyć się z niezrozumieniem świata. Wcześniej był Mój Nikifor, teraz Papusza, a myślicie także o realizacji filmu o Czesławie Niemenie.

J. K.-K.: Może warto zadać sobie pytanie, co to jest samorodny talent? Czy każdy talent nie jest samorodny? A co ze zmarnowanymi talentami? Dla mnie opowieść o tych ludziach jest opowieścią o konsekwencji. Każdy z nich wszedł w pewnym momencie na jakąś ścieżkę, a potem konsekwentnie nią podążał. Można tu mówić o wielkim uporze, ponoszeniu odpowiedzialności za własne wybory. Wiele jest takich samorodnych talentów, które w pewnym momencie gdzieś się zatraciły. Bardzo często spotykamy w życiu utalentowanych, wrażliwych ludzi, którzy zostają przy swoich wyborach, ale bywa też, że je porzucają.

Wszystkie te postacie są w dużej mierze bardzo samotne.

K. K.: Na szczycie każdy jest samotny. Można tam rozmawiać tylko z samym sobą albo z Bogiem. Na szczycie panuje temperatura „wiecznej samotności”. Osip Mandelsztam twierdził, że każdy wielki poeta musi zostać odrzucony, bo przynosi zbyt bolesne prawdy.

J. K.-K.: Dla twórcy nie ma nic bardziej obrzydliwego niż koniunkturalizm. Szukamy pomysłu na Niemena, muszę przyznać, że mam tu dylemat natury etycznej. Kiedy pozna się jego losy z pamiętników, notatek Czesława, relacji rodziny i bliskich mu ludzi, wyłania nam się obraz przeraźliwie samotnego i bardzo zranionego człowieka. I tu jest ta tragiczna sprzeczność, bo ten film miałby jednocześnie potężny potencjał komercyjny. Dzisiaj każdy mówi, że Niemen był geniuszem, nawet ci, którzy pisali na niego donosy. Teczka artysty jest wstrząsająca. Pozostaje pytanie, czy nie powinien to być film polityczny. To są bardzo skomplikowane kwestie. Dla niego życie codzienne i twórczość były czymś nierozdzielnym. Skomercjalizować to wszystko, zrobić film, w którym będą fajne kolorowe piosenki? Trzeba jeszcze trochę czasu, aby znaleźć klucz do tej opowieści.

Czym dla Państwa jest ten czas po zakończeniu filmu? Podobno sukces potrafi tak samo odebrać talent, jak źle przyjęta porażka.

J. K.-K.: Myślę, że sukcesy są gorsze niż porażki. Bo o ile porażka rodzi pytanie, jak z niej wyjść, to po sukcesie czasami bardzo trudno jest się podnieść. Każdy przy zdrowych zmysłach wie, że trzeba mieć następny projekt i zwykle tych projektów ma się kilka. Ktoś nawet wyliczył, że na siedem projektów udaje się zrealizować jeden. Są okresy gorsze, lepsze, jak w życiu. Nie powinno się robić rzeczy, co do których mamy podejrzenia, że mogą nas jakoś uszkadzać.

K. K.: Sukces przypina nam skrzydła Ikara. Trzeba być ostrożnym. Ale na pocieszenie mogę dodać, że wszystko mija. Najwięksi bohaterowie potrafią na koniec okryć się śmiesznością, a największe błazny dożywają powagi Stańczyka.

.

JOANNA KOS-KRAUZE I KRZYSZTOF KRAUZE – scenarzyści i reżyserzy. Od ponad dziesięciu lat tworzą jeden z najbardziej twórczych duetów w polskim kinie. Wspólnie napisali scenariusz i wyreżyserowali filmy: Mój Nikifor (2004) i Plac Zbawiciela (2006), które nagrodzone zostały m.in. Złotymi Lwami na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Najnowszym obrazem filmowym małżeńskiego duetu jest Papusza (2013)

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter