70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kokon amerykańskich Żydów

Wielu przywódców amerykańskich Żydów nigdy nie spotkało osoby, która nie mogła odwiedzić członka rodziny tylko dlatego, że nie posiada odpowiedniego pozwolenia; nigdy nie było w sądzie wojskowym; nigdy też nie widziało palestyńskiej wioski przeznaczonej do wyburzenia ze względu na brak pozwoleń budowlanych, które są dla Palestyńczyków niemal niemożliwe do zdobycia. Takim liderom łatwo jest bagatelizować ciężar życia ludzi przed 46 laty pozbawionych podstawowych praw, których posiadanie ich żydowscy sąsiedzi uznają za naturalne.

Kiedy rozmawia się o Izraelu z amerykańskimi Żydami wystarczająco długo, można dostrzec pewną rzecz. Konwersację można co prawda zacząć od tematu Izraela, ale rzadko się ona na nim skończy. Zazwyczaj pod koniec będzie skupiała się na „nich”.

Ci, którzy wyrażają zaniepokojenie dofinansowaniami, jakimi Izrael wspiera osadników z Zachodniego Brzegu, usłyszą, że osadnictwo nie ma znaczenia, bo „oni” nie zgodzą się na istnienie Izraela w żadnych granicach. Ci, którzy zacytują słowa byłego szefa agencji bezpieczeństwa Shin Bet Yuvala Diskina o tym, że „w ciągu ostatnich 10–15 lat Izrael stawał się coraz bardziej rasistowski”, usłyszą w odpowiedzi, że jakiekolwiek byłyby niedoskonałości Izraela, to przecież „oni” uczą swoje dzieci nienawidzić i zabijać. Ci, którzy wspomną, że były premier Izraela Ehud Olmert określił Mahmuda Abbasa, prezydenta Autonomii Palestyńskiej, partnerem w walce o pokój, usłyszą, że to, co „oni” mówią po arabsku, znacznie różni się od tego, co mówią po angielsku.

Kilka miesięcy temu, wiosną, obejrzałem film dokumentalny The Gatekeepers („Strażnicy”), w którym sześciu byłych szefów Shin Bet ostro skrytykowało politykę Izraela dotyczącą Zachodniego Brzegu. Na pokazie w Nowym Jorku Żydzi stanowili większość widowni. Po seansie pewien człowiek przyznał, że to był interesujący dokument. Po czym zapytał, dlaczego „oni” nie krytykują działań po swojej stronie tak, jak robią to Izraelczycy.

Zazwyczaj niezdarnie próbuję odpowiadać na twierdzenia dotyczące Palestyńczyków, które tak często trawią rozmowy amerykańskich Żydów dotyczące Izraela, lecz coraz częściej zdarza mi się dawać jedynie lakoniczną odpowiedź: „Zapytajcie ich”. To najczęściej kończy konwersację, ponieważ w kręgach amerykańskich Żydów głównego nurtu pytanie Palestyńczyków o sprawy będące tematem podobnych rozmów jest niezwykle rzadkie. Przeważnie Palestyńczycy nie wygłaszają przemówień w amerykańskich synagogach ani nie publikują swoich tekstów w żydowskiej prasie. Organizacja Taglit – Birthright Israel, która od 1999 r. pokazała Izrael prawie 350 tys. młodych Żydów z diaspory, głównie ze Stanów Zjednoczonych, nie podejmuje się pokazywania palestyńskich miast na Zachodnim Brzegu. Nie jest też łatwo znaleźć Palestyńczyków wśród mówców Amerykańsko- -Izraelskiego Komitetu Spraw Publicznych (American Israel Public Affairs Comittee, AIPAC) – podczas zorganizowanej przez Komitet w 2013 r. Policy Conference wśród blisko 200 mówców jedynie dwóch było Palestyńczykami. Według standardów przyjętych wśród amerykańskich Żydów to i tak dużo. Podczas konferencji Global Forum zorganizowanej przez Amerykański Komitet Żydowski (American Jewish Commitee) w tym samym roku wśród 64 mówców nie było ani jednego Palestyńczyka.

Organizacje amerykańskich Żydów zapytane o to, czemu tak rzadko zapraszają palestyńskich prelegentów, odpowiedzą, że nie mają nic przeciwko Palestyńczykom samym w sobie. Ale nie mogą nagłaśniać wypowiedzi wrogów Izraela. W 2010 r. Hillel – organizacja nadzorująca życie żydowskich studentów na amerykańskich kampusach – wydała listę wskazówek, w których przekonywała swoje lokalne oddziały, żeby nie zapraszały prelegentów „odmawiających Izraelowi prawa do istnienia jako żydowskie demokratyczne państwo w bezpiecznych i uznanych granicach”, osób „delegitymizujących lub demonizujących Izrael bądź stosujących wobec niego podwójne standardy” czy też „popierających bojkot lub sankcje wobec państwa Izrael”.

Tak wyznaczone standardy sprawiają, że zapraszanie palestyńskich prelegentów staje się dla studenckich organizacji żydowskich praktycznie niemożliwe. Po pierwsze, „delegitymizowanie lub demonizowanie Izraela bądź stosowanie wobec niego podwójnych standardów” jest tak nieprecyzyjnym określeniem, że można je odczytać jako zakaz jakiejkolwiek krytyki polityki izraelskiej ze strony Palestyńczyków (lub też ludzi innych nacji). Nawet opowiadanie się za utworzeniem państwa palestyńskiego w granicach z 1967 r. można odczytać jako pogwałcenie standardu „bezpiecznych granic”, jak zauważył Benjamin Netanjahu.

Po drugie, nawet Palestyńczycy o umiarkowanych poglądach, tacy jak były premier Salam Fajjad, ulubieniec Ameryki i Izraela, popierają bojkot produktów wytwarzanych przez osadników. Po trzecie, wiceprzewodniczący Knesetu Ahmad Tibi, będący izraelskim Arabem, publicznie zaproponował przekształcenie Izraela z państwa żydowskiego w państwo bez określonej tożsamości religijnej. Wynika z tego, że mimo iż przewodniczy on posiedzeniom Knesetu, to zgodnie z wytycznymi organizacji Hillel, nie mógłby przemawiać do grupy amerykańskich Żydów na uczelnianym kampusie.

Wytyczne tego typu sankcjonują ograniczenia de facto istniejące wśród wielu wpływowych grup amerykańskich Żydów i tworzą ze środowiska skupionego wokół organizacji żydowskich zamkniętą przestrzeń intelektualną, odciętą od doświadczeń i sposobu patrzenia około połowy ludzi żyjących pod kontrolą władz Izraela. Na skutek takiego stanu rzeczy liderzy amerykańskich Żydów, również ci, którzy nie żywią niechęci do Palestyńczyków, wiedzą niewiele o ich doświadczeniach.

W 2010 r., np. dziennikarz zapytał Abrahama Foxmana, dyrektora Ligii Przeciwko Zniesławieniu (Anti-Defamation League, ADF) o proces Palestyńczyków skazanych przez sądy wojskowe na Zachodnim Brzegu za udział w protestach pokojowych. Żydowscy osadnicy jako obywatele Izraela podlegają sądom cywilnym, jednak palestyńscy mieszkańcy Zachodniego Brzegu jako osoby niebędące izraelskimi obywatelami stają przed sądami wojskowymi. Według śledztwa przeprowadzonego w 2011 r. przez izraelską gazetę „Haaretz” 99% spraw rozpatrywanych przez sądy wojskowie kończy się skazaniem oskarżonych. Foxman, który przewodzi organizacji – według jej strony internetowej – „broniącej wartości demokratycznych i praw obywatelskich dla wszystkich”, odpowiedział, że nie jest ekspertem od systemu sądowniczego i nie aspiruje do tego, by nim zostać.

Tego samego roku laureat Pokojowej Nagrody Nobla Elie Wiesel wykupił w największych amerykańskich gazetach publikację ogłoszenia, w którym napisał, że w Jerozolimie „po raz pierwszy w historii Żydzi, chrześcijanie i muzułmanie mogą praktykować swoją wiarę w swoich sanktuariach”. Niestety, to stwierdzenie jest nieprawdziwe. W porównaniu z poprzednimi rządami, którym podlegała Jerozolima w przeszłości, Izrael jest rzeczywiście tolerancyjny. Jednak niedługo po publikacji ogłoszenia Wiesela można było przeczytać w raporcie na temat wolności religijnej wydanym przez Departament Stanu USA, że „rząd Izraela nadal ograniczał swobodę przemieszczania się, co w znacznym stopniu utrudniało swobodny dostęp muzułmanów i chrześcijan do miejsc kultu na Zachodnim Brzegu i w Jerozolimie”.

W raporcie odnotowano również, że „władze Izraela na ogół odmawiały większości muzułmanów z Zachodniego Brzegu dostępu do Wzgórza Świątynnego”, które jest najważniejszym świętym miejscem islamu w Jerozolimie.

Jest wysoce prawdopodobne, że Foxman i Wiesel odwiedzali Izrael dziesiątki razy. Zapewne znali też każdego izraelskiego premiera ostatnich dekad. Przypuszczalnie spotykali wielokrotnie palestyńskich przywódców. Co więcej, każdy z nich nieraz w swojej karierze wygłaszał pięknie brzmiące przemowy nawołujące do przestrzegania praw człowieka. Jednak wnioskując z ich wypowiedzi, nie są oni świadomi, w jakim stopniu odmawia się tych praw Palestyńczykom z Zachodniego Brzegu. Foxman i Wiesel nie znają realiów życia zwykłych Palestyńczyków, ponieważ funkcjonują w granicach kokonu, jaki wytworzyło środowisko organizacji amerykańskich Żydów. Ich wypowiedzi potwierdzają, że rację miał pewien lider amerykańskich Żydów, który po spotkaniu Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu podczas wycieczki zorganizowanej przez niezastąpioną grupę Encounter szczerze wyznał: „Po jednym dniu tej wycieczki poczułem się tak, jakbym nigdy wcześniej nie był w Izraelu, a przecież uznaje się mnie za zawodowego eksperta od spraw Izraela, który podróżuje do tego kraju wielokrotnie w ciągu roku”.

Niestety, takie wyznania zdarzają się rzadko. Mamy też niewiele danych dotyczących wiedzy amerykańskich Żydów na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego (inaczej jest z danymi dotyczącymi postaw wobec konfliktu). Jednak informacje, jakimi dysponujemy, sugerują, że Foxman i Wiesel nie są wyjątkami. W roku 1989 socjolog Steven M. Cohen zapytał amerykańskich Żydów, czy „arabscy i żydowscy Izraelczycy chodzą do tych samych szkół”. Tylko co trzeci pytany wiedział, że odpowiedź na to pytanie jest negatywna. W ankiecie z 2012 r. przeprowadzonej przez Instytut Arabsko-Amerykański (Arab American Institute, AAI) dwie trzecie amerykańskich Żydów przyznało, że chciałoby, żeby Jerozolima pozostała niepodzielną stolicą Izraela. Jednak zapytani o Ras al-Amud i Silwan – dwie dzielnice zamieszkane w większości przez Palestyńczyków, które mogłyby zostać oddzielone od Jerozolimy, żeby utworzyć palestyńską stolicę, ok. 70% amerykańskich Żydów powiedziało, że to kwestia nieistotna, albo przyznało, że nie wiedzą, gdzie są te miejsca.

Jednym ze skutków takiego oddzielenia od Palestyńczyków jest brak informacji, drugim – brak empatii. Wielu przywódców amerykańskich Żydów nigdy nie spotkało osoby, która nie mogła odwiedzić członka rodziny tylko dlatego, że nie posiada odpowiedniego pozwo-lenia; nigdy nie było w sądzie wojskowym; nigdy też nie widziało palestyńskiej wioski przeznaczonej do wyburzenia ze względu na brak pozwoleń budowlanych, które są dla Palestyńczyków niemal niemożliwe do zdobycia. Takim liderom łatwo jest bagatelizować ciężar życia ludzi przed 46 laty pozbawionych podstawowych praw, których posiadanie ich żydowscy sąsiedzi uznają za naturalne. Na wielu terenach Zachodniego Brzegu Palestyńczykom zakazuje się np. zgromadzeń liczących 10 i więcej osób w celach „politycznych” bez uzyskania wojskowego zezwolenia.

Broszurka przygotowana przez proizraelską grupę z Los Angeles Stand With Us podaje, że „w każdym mieście na Zachodnim Brzegu jest pływalnia albo ośrodek sportowy, a w Ramallah jest ich ponad 10” – ilustrując informację zdjęciem dzieci pluskających się w parku wodnym. Czytelnicy nigdy nie zgadliby, że zgodnie z danymi izraelskiej organizacji B’Tselem działającej na rzecz praw człowieka, Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu zużywają jedynie 73 litry wody na dzień, czyli mniej niż stulitrowe minimum zalecane przez Światową Organizację Zdrowia i mniej niż jedna trzecia wody, jaką ma do dyspozycji mieszkaniec Izraela.

Trzeba jednak przyznać, że Stand With Us jedynie umniejsza cierpienia Palestyńczyków. Zdarza się przecież, że amerykańscy Żydzi zupełnie otwarcie z nich szydzą. W 2002 r. podczas krwawej Drugiej Intifady wiceminister obrony Stanów Zjednoczonych Paul Wolfowitz przemawiał przed proizraelską publicznością licznie zgromadzoną w waszyngtońskim parku National Mall i stwierdził, że „wielu niewinnych Palestyńczyków również cierpi i umiera” podobnie jak Izraelczycy. W czasie kiedy Wolfowitz przemawiał, wiadomo już było z komunikatów podanych przez organizację Defense of Children International, że podczas intifady zgi-nęło ponad 200 palestyńskich dzieci. Mimo to, kiedy wiceminister wspomniał o cierpieniu Palestyńczyków, z tłumu dochodziły gwizdy.

Brak znajomości realiów życia Palestyńczyków skłania wiele osób w organizacjach amerykańskich Żydów do tłumaczenia złości, jaką Palestyńczycy żywią wobec Izraela, ich patologicznym usposobieniem. Do rzadkości należą dyskusje amerykańskich Żydów na temat Izraela, w których nie byłoby odwołań do książek i programów telewizyjnych „uczących Palestyńczyków nienawiści”. Takie oskarżenia mają pewne podstawy. Palestyńskie szkoły i media rzeczywiście przemycają antysemityzm i propagują przemoc. Jednak jest coś rażąco nieobecnego w dyskusjach prowadzonych przez amerykańskich Żydów a dotyczących palestyńskiej nienawiści – mianowicie nie dopuszczają oni myśli, że nienawiść może rodzić się nie z tego, co Palestyńczycy czytają lub słyszą o państwie żydowskim, ale z bezpośredniego kontaktu z nim, z ich codziennego doświadczenia.

Gniew Palestyńczyków nie usprawiedliwia palestyńskiej przemocy. Z całą pewnością nie usprawiedliwia absurdalnych ataków na izraelskich cywilów, których dopuszczają się Hamas i inne grupy terrorystyczne. Jednak jak zauważyli izraelscy urzędnicy odpowiedzialni za bezpieczeństwo, żeby powstrzymać palestyński terroryzm, trzeba go najpierw zrozumieć. Tymczasem przypisywanie wszelkiego zła wpływowi szkolnych podręczników i programów telewizyjnych, tak jak robią to grupy amerykańskich Żydów, nie przybliża nas do niczego.

Informacje na temat palestyńskich zamachowców samobójców zgromadzone przez Basela Saleha, byłego wykładowcę ekonomii z Radford University, dowodzą że „osobiste rozżalenie [wobec Izraela] było istotną motywacją do zamachów”. W 2003 r. Avishai Margalit, jeden z ważniejszych filozofów izraelskich, przedstawił podobne wnioski: „wydaje się, że główną motywacją dla zamachowców samobójców jest pragnienie widowiskowej zemsty”1. Eyad El Sarraj, twórca organizacji nonprofit Program Ochrony Zdrowia Psychicznego w Strefie Gazy (Gaza Community Mental Health Programme, GCMHP), podkreślał w 2002 r., że „ludzie, którzy popełniają zamachy samobójcze, są dziećmi Pierwszej Intifady – w młodości byli świadkami wielu cierpień”.

Przez odgradzanie się od Palestyńczyków amerykańscy Żydzi mają problem ze zrozumieniem zachowań, którym próbują przeciwdziałać. To intelektualne oddzielenie przeszkadza im w zrozumieniu także innego zjawiska, którego się bardzo obawiają, a mianowicie antyizraelskiego ruchu Bojkot, Wycofanie Inwestycji i Sankcje (Boycott, Divestment and Sanctions, BDS). Przywódcy amerykańskich Żydów na ogół tłumaczą poparcie dla tego ruchu przez różne organizacje akademickie, zawodowe i chrześcijańskie odradzającym się antysemityzmem. „60 lat po Zagładzie – mówił Foxman w 2009 r. – obserwujemy, jak mechanizmy zwalczające antysemityzm, które powstały po wymordowaniu 6 mln Żydów, złuszczają się warstwa po warstwie”. Ruch BDS, który został przez Foxmana określony jako „do cna antysemicki”, ma być głównym dowodem na odradzającą się nienawiść do Żydów.

W szeregach ruchu znajdziemy antysemitów, co dobitnie udowodniłem na swoim blogu Open Zion. Ogólnie rzecz biorąc, działalność tej grupy opiera się na niebezpiecznym i nietrafnym porównaniu systemu Izraela do apartheidu w Afryce Południowej. Takie zestawienie każe wielu członkom ruchu krytykować rozwiązanie dwupaństwowe i opowiadać się za jednym „świeckim, dwunarodowym” państwem, którego powstanie w rzeczywistości musiałoby prawdopodobnie skończyć się wojną domową między Żydami i Palestyńczykami. Jednak liderzy żydowscy w Stanach Zjednoczonych tacy jak Foxman nie rozumieją tego, że paliwem dla BDS są interakcje z Palestyńczykami żyjącymi pod izraelską kontrolą. Ludzie mu podobni nie uświadamiają sobie znaczenia takich spotkań, ponieważ rzadko ich sami doświadczają.

Kiedy do Izraela przyjeżdżają delegacje wpływowych protestantów, o wiele bardziej prawdopodobne jest, że odwiedzą Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu. Wiele chrześcijańskich organizacji utrzymuje swoje biura wzdłuż tzw. zielonej linii (która pokrywa się z linią demarkacyjną z 1949 r.), co rzadko się zdarza wśród organizacji amerykańskich Żydów. To sprawia, że protestanci zdają sobie sprawę z palestyńskiego cierpienia o wiele lepiej niż amerykańcy Żydzi. Mark Harrison, koordynator programu Pokój i Sprawiedliwość (Peace and Justice Program) Zjednoczonego Kościoła Metodystycznego, zapytany o plany wycofania inwestycji z firm zaangażowanych w kontrolę Zachodniego Brzegu (Kościół ostatecznie odrzucił ten pomysł w głosowaniu), odpowiedział że „do rozważania takiej możliwości wierni zostali zmuszeni przez to, co zobaczyli na miejscu”.

Podobnie apele palestyńskich akademików, których Stephen Hawking, brytyjski profesor fizyki teoretycznej, spotkał podczas wizyt w Birzeit University pod Ramallah, skłoniły go do odrzucenia zaproszenia na konferencję organizowaną przez prezydenta Szimona Peresa w maju 2013 r. Można więc stwierdzić, że ruch BDS rośnie w siłę nie tylko dlatego, że Izrael osądzany jest przez pryzmat niesprawiedliwych podwójnych standardów, ale raczej dlatego, że spotkania Palestyńczyków i ludzi z całego świata sprawiają, iż coraz więcej osób okazuje stronie palestyńskiej współczucie. W tym samym czasie społeczność amerykańskich Żydów jest sparaliżowana, ponieważ może na to odpowiedzieć jedynie swoim brakiem wiedzy na ten temat.

Gdyby to oddzielenie od Palestyny ograniczało się do amerykańskich Żydów, sytuacja byłaby już wystarczająco poważna. Jednak jeszcze gorsze jest to, że ta zaściankowość cechuje całą debatę, jaka toczy się w Waszyngtonie. Po części spowodowane jest to słabą pozycją organizacji palestyńskich i arabsko-amerykańskich w StanachZjednoczonych. Ale po części także skutecznością wpływowych organizacji amerykańskich Żydów. Według danych podawanych na stronie LegiStorm od roku 2000 członkowie Kongresu i ich personel odwiedzili Izrael ponad tysiąc razy. To znaczy, że jeździli tam dwa razy częściej niż do jakiegokolwiek innego państwa na świecie. Ok. trzech czwartych z tych podróży było sponsorowanych przez Amerykańsko-Izraelską Fundację na rzecz Edukacji (American Israel Education Foundation, AIEF), która jest oddziałem non profit Amerykańsko-Izraelskiego Komitetu Spraw Publicznych. Za pozostałe zapłaciły Amerykański Komitet Żydowski, lokalne Rady ds. Kontaktów Wspólnot Żydowskich, Federacje Żydowskie i inne organizacje żydowskie głównego nurtu. Tylko latem 2010 r. AIEF zorganizowała wyjazdy do Izraela dla 20% członków Izby Reprezentantów, a w tym dla połowy republikanów rozpoczynających swoją kadencję. Steny Hoyer, lider mniejszości demokratycznej w Izbie Reprezentantów, lub ktoś z jego współpracowników był dzięki tej fundacji w Izraelu 9 razy od 2000 r., a Eric Cantor, lider większości republikańskiej, lub jego współpracownicy – 8 razy.

Te wyjazdy, których koszt może przekraczać 10 tys. dolarów i które często obejmują również podróż małżonków, są niezwykle popularne. Mają wpływ na amerykańskich ustawodawców, pozostawiając na nich – jak określił to Hoyer – „wrażenia niemożliwe do zatarcia”. Niestety, najczęściej taka wycieczka tworzy wokół polityków kopię kokonu, który środowisko amerykańskich Żydów buduje wokół siebie. Kongresmeni mogą co prawda zobaczyć więcej miejsc świętych chrześcijaństwa niż podczas wycieczek organizowanych przez amerykańskie synagogi lub organizację Birthright, ale nie mają wcale możliwości spotkania większej liczby Palestyńczyków. Wyjazd dla ośmiuamerykańskich parlamentarzystów i ich współpracowników zajmujących się polityką zagraniczną zorganizowany przez AIEF zeszłej wiosny był typowym tego przykładem. Niemal cały program składał się ze spotkań z izraelskimi politykami, urzędnikami od bezpieczeństwa, biznesmenami, dziennikarzami oraz odwiedzin w Instytucie Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Jad Waszem i przed Ścianą Płaczu. Delegacja spędziła jeden poranek z tej tygodniowej wyprawy w Ramallah, gdzie mogła spotkać przywódców palestyńskich – Mahmuda Abbasa i Salama Fayyada. Niestety, Amerykanie nie zostali na Zachodnim Brzegu wystarczająco długo, żeby nauczyć się czegoś o codzienności zwykłych Palestyńczyków.

Latem tego roku, kiedy zapytałem pewnego kongresmena o jego wyjazd sprzed sześciu lat opłacony przez AIEF, odpowiedział: „Kiedy pojechaliśmy do Ramallah spotkać się z Fayyadem, ogłosili w mieście godzinę policyjną. Jechaliśmy w uzbrojonym konwoju. Nie przejeżdżaliśmy przez checkpoint w Kalandii (przez który Palestyńczycy często – choć z trudnością – przechodzą, kiedy chcą udać się z Ramallah do Jerozolimy), nie widzieliśmy śmieci ani slumsów”. Dodał też: „Większość kongresmenów nie wie, że Palestyńczyków obowiązuje inny system prawny”.

To nie znaczy, że członkowie Kongresu nie uczą się niczego podczas pobytu w Izraelu. Dowiadują się, dlaczego Żydzi czują się tak silnie związani z Izraelem i dlaczego tak bardzo obawiają się o swoje bezpieczeństwo. Przez większość czasu uczą się też widzieć Palestyńczyków tak, jak widzą ich amerykańscy Żydzi – jako bezimienną, przerażającą, niezróżnicowaną masę. Jak ujął to pewien „proizraelski” aktywista w wywiadzie dla „The New York Timesa” w zeszłym roku: „Nazywamy to wycieczką do żydowskiego Disneylandu”.

Społeczność amerykańskich Żydów nie jest jedynym winnym separacji dwóch narodów. W ostatnich latach, niestety, palestyńscy aktywiści z coraz większym zapałem prowadzili kampanię „antynormalizacyjną”, która odrzuca wszelkie kontakty z izraelskimi Żydami i sprzymierzeńcami Izraela za granicą, jeśli nie można o nich powiedzieć, że – używając słów, które padły ze strony jednej z grup młodych Palestyńczyków – „otwarcie dążą do powstrzymania okupacji, kolonizacji i apartheidu wprowadzanych przez Izrael”. Kierując się tym kryterium, niektóre z organizacji palestyńskich unikają kontaktów z Seeds of Peace – grupą organizującą obozy integracyjne w Maine dla izraelskiej i palestyńskiej młodzieży, lub z One Voice – grupą, której celem jest mobilizowanie Palestyńczyków i Izraelczyków do wyrażania poparcia dla rozwiązania dwupaństwowego. W zeszłym roku oddział Students for Justice in Palestine (Studenci dla Sprawiedliwości w Palestynie) z kampusu Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego ogłosili nawet, że „dialog i współpraca z J Street U [proizraelską pokojową organizacją działająca na kampusach uniwersyteckich w Stanach Zjednoczonych, która jest częścią większej organizacji rzeczniczej – przyp. tłum.] mija się z celem”, ponieważ studenckie skrzydło liberalnej grupy amerykańskich Żydów nie popierało wycofania inwestycji z Izraela.

Można zrozumieć opór Palestyńczyków przed braniem udziału w tym, co może sprawić, że ich postawa będzie rozumiana jako przyzwolenie na niesprawiedliwą okupację. Ale czymś innym jest bojkotowanie wydarzeń, podczas których byłaby okazja, żeby opisać tę niesprawiedliwość amerykańskim Żydom naprawdę niewiele o niej wiedzącym. Pierwsza z tych postaw umacnia status quo, druga je podważa. Jak zauważył palestyński bloger Aziz Abu Sarah, nazywanie rozmów, w których Palestyńczycy dyskutują o życiu pod izraelską kontrolą, „normalizacją” jest przewrotne, ponieważ dla Izraelczyków i dla amerykańskich Żydów słuchanie „o życiu w palestyńskich miastach nie jest normalne”. I nie ma też sensu wymagać od amerykańskich Żydów, żeby popierali wszystkie punkty palestyńskiego planu, zanim – a nawet po tym jak – dialog zostanie nawiązany. Żydzi mają prawo do swoich opinii. Ale te będą lepiej umotywowane i bardziej ludzkie, jeśli spotkają się gdzieś z opiniami Palestyńczyków.

Twierdzenie, że amerykańscy Żydzi powinni wysłuchać Palestyńczyków, nie oznacza, że samo to zmieni ich w pacyfistów. Przeciwnie – w pewnym sensie prawdziwie otwarta rozmowa może być o wiele bardziej bolesna dla takich amerykańskich Żydów jak ja, którzy są oddani rozwiązaniu dwupaństwowemu, niż tym, którzy są wobec niego sceptyczni. Liberalni amerykańscy Żydzi na ogół są przekonani o zasadności istnienia tak żydowskiego, jak i palestyńskiego nacjonalizmu. Wielu przez to wierzy, że jeśli opowiedzą się za podstawowym prawem Palestyńczyków do samostanowienia, ci w zamian dostrzegą słuszność syjonizmu.

To jednak mało prawdopodobne. Niemal każdy Palestyńczyk, którego w życiu spotkałem, postrzega syjonizm jako kolonialny, imperialistyczny i rasistowski. Kiedy liberalny amerykański Żyd myśli o konflikcie izraelsko-palestyńskim, myśli wtedy o Izaaku i Iszmaelu: braciach zrodzonych w tej samej ziemi, potrzebujących miejsca, które jego dzieci będą mogły nazwać domem. Palestyńczycy natomiast częściej pomyślą o RPA – falangach europejskich najeźdźców, kierujących się religijną i nacjonalistyczną gorliwością, którzy zdominowali rdzenną ludność.

Liberalni amerykańscy Żydzi widzą ten konflikt jako starcie dwóch konkurujących, ale jednakowo słusznych nacjonalizmów, i dlatego sugerują, że prawdziwy problem zaczął się w 1967 r., kiedy Izrael stał się zachłanny i zaczął wyciągać rękę po ziemię, na której Palestyńczycy mogliby zbudować swój kraj. Palestyńczycy jednak skupiają swoją uwagę na 1948 r., kiedy podczas wojny Izraela o niepodległość, którą Palestyńczycy nazywają al-Nakba – katastrofą, ok. 700 tys. z nich zostało przesiedlonych ze swoich domów.

W moich spotkaniach z Palestyńczykami zawsze uderzało mnie, że uważają oni al-Nakba za jeden z głównych punktów odniesienia w myśleniu o swojej tożsamości i twardo obstają przy tym, że ci, których al-Nakba uczyniła uchodźcami oraz ich potomkowie mają prawo powrócić do swoich ojczystych domów. Przywiązywanie tak wielkiej wagi do wydarzeń z 1948 r. jest nie lada wyzwaniem dla Żydów określanych mianem politycznych „gołębi” – którzy snują wizję utworzenia państwa palestyńskiego na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy ze stolicą we Wschodniej Jerozolimie w zamian za porzucenie przez Palestyńczyków planów egzekwowania na wielką skalę ich prawa do powrotu. Wydaje się to mniejszym problemem dla politycznych „jastrzębi” – Żydów, którzy nie wierzą w takie posunięcie ze strony palestyńskiej.

Nie próbuję przez to powiedzieć, że spotkania z Palestyńczykami muszą doprowadzić do wniosku, iż Izrael nie ma z kim prowadzić rozmów o rozwiązaniu dwupaństwowym. Palestyńczycy nie muszą wierzyć w zasadność syjonizmu, żeby podjąć decyzję w oparciu o przesłanki pragmatyczne – skoro Izrael będzie istniałi tak, postąpią rozsądniej, godząc się na utworzenie swojego państwa na obszarze obejmującym 22% dawnego Brytyjskiego Mandatu Palestyny, niż gdyby mieli toczyć walki o całość terytorium, którego nigdy nie zdobędą. Możliwe jest także odróżnienie głębokiego przekonania Palestyńczyków o „prawie” uchodźców do powrotu od rozwiązań praktycznych, zakładających rekompensaty i osiedlanie się na nowo ludzi, których dawne wioski i domy od wielu lat już nie istnieją.

Według słów Jonathana Jeremy’ego Goldberga zamieszczonych w gazecie „The Forward”, Mahmud Abbas chciał w 2008 r., żeby Izrael przyjął 150 tys. uchodźców, o wiele więcej niż skłonny był przyjąć Ehud Olmert, ale nie tak dużo, żeby mogło to w znaczący sposób wpłynąć na demografię Izraela, w którym żyje 6 mln Żydów. Z ankiety przeprowadzonej niedawno przez Jamesa Zogby’ego [założyciela i przewodniczącego Instytutu Arabsko-Amerykańskiego – przyp. tłum.] wynika, że większość izraelskich Arabów zaakceptowałoby rozwiązanie dwupaństwowe, które zakładałoby, że większość uchodźców nie powróci do Izraela. Jednocześnie sondaż pokazał, że większość palestyńskich uchodźców żyjących w Libanie i Jordanii byłaby przeciwna takiemu rozwiązaniu. Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy byli w opiniach podzieleni. Gdyby proponowane rozwiązanie łączyło się z hojną rekompensatą, więcej Palestyńczyków zgodziłoby się je poprzeć. W każdym razie, biorąc pod uwagę fakt, że większość z nich uważa, że Izrael nigdy nie zrezygnuje z Zachodniego Brzegu, trudno jest przewidzieć, jak Palestyńczycy odnieśliby się w rzeczywistości do czegoś, co uważają jedynie za hipotetyczny scenariusz.

Skoro rozmowy z Palestyńczykami prawdopodobnie nie popchną amerykańskich Żydów w konkretnym kierunku w wymiarze politycznym, to dlaczego są one tak istotne? Z dwóch powodów. Po pierwsze, ignorancja jest niebezpieczna. Rozmawiałem niedawno z grupą żydowskich licealistów, którzy przygotowują się do bycia rzecznikami sprawy izraelskiej, kiedy pójdą na studia. Byli bystrzy, szczerzy, żarliwi. Kiedy zapytałem, czy czytali jakieś książki palestyńskich autorów, żaden nie podniósł ręki. Nawet ze względu na wąski żydowski syjonistyczny interes taka postawa jest oznaką głupoty. Jak można skutecznie bronić legitymacji państwa Izrael, kiedy nie rozumie się argumentów przeciwników?

Ale uczniowie są tylko odbiciem postaw dorosłych. W zeszłym roku wpływowy proizraelski publicysta zapytał mnie, czy Ali Abunimah to nazwisko istniejącego Palestyńczyka czy pseudonim lewicowego Żyda. Abunimah (to prawdziwe nazwisko prawdziwego Palestyńczyka) jest prawdopodobnie najbardziej znaczącym aktywistą ruchu BDS w Ameryce. Jego wpisy na Twitterze śledzi 37 tys. osób, czyli ma on więcej czytelników niż publicysta, który zadał to pytanie, czy większość innych proizraelskich pisarzy żydowskich. Nie jestem zwolennikiem polityki prowadzonej przez tego człowieka, ale trzeba przyznać, że Abunimah wie więcej o tym, co myślą wpływowi amerykańscy Żydzi, niż oni wiedzą o tym, co głosi on.

Po części dzieje się tak dlatego, że dyskurs żydowskiego establishmentu używany w debatach o Izraelu jest w dużej mierze amerykańskim dyskursem publicznym. Wystarczy obejrzeć w amerykańskiejtelewizji rozmowę na temat Izraela, żeby – w większości przypadków – usłyszeć, jak amerykański liberalny Żyd (np. Thomas Friedman lub David Remnick) rozmawia z centrowym amerykańskim Żydem (w tej roli Dennis Ross albo Alan Dershowitz), który rozmawia z amerykańskim Żydem spod znaku „jastrzębi” (William Kristol czy Charles Krauthammer), i każdy z nich reprezentuje inne stanowisko syjonistyczne. Szczególnie po śmierci Edwarda Saida palestyńscy komentatorzy są niemal niewidoczni. Z tego powodu trudno jest Palestyńczykom uniknąć informacji o tym, jak druga strona widzi sprawę Izraela. Amerykańscy Żydzi mogą to zrobić bez problemu.

Przez wieki, kiedy Żydzi żyli w diasporze jako gnębiona mniejszość, musieliśmy rozumieć otaczające nas społeczeństwa. Ponieważ brakowało nam władzy, musieliśmy być na tyle sprytni, żeby przetrwać. Teraz, obawiam się, kiedy Żydzi cieszą się silną pozycją w Izraelu i Ameryce, szczególnie w porównaniu z Palestyńczykami, zapomnieliśmy o tym, jak ważne jest słuchanie. „Kto jest mądry?” – takie pytanie stawia żydowski tekst Pirkei Avot zawierający nauki etyczne. „Ten, kto uczy się od wszystkich ludzi”. Jako Żydzi jesteśmy winni Izraelowi nie tylko nasze oddanie, ale i mądrość. A tej nie możemy prawdziwie zapewnić, kiedy izolowanie się od Palestyńczyków utrzymuje nas w niewiedzy.

Jeśli spotykanie Palestyńczyków zwalczy niewiedzę amerykańskich Żydów, zwalczy również ich nienawiść. W maju tego roku Sheldon Adelson, jeden z najbardziej wpływowych żydowskich filantropów w Ameryce, powiedział, że nie poprze planów Johna Kerry’ego postulującego wspieranie palestyńskiego rozwoju ekonomicznego, bo „dlaczego miałbym inwestować pieniądze w rozwój tych, którzy chcą zabić moich rodaków?”. Adelson nie nazwał zabójcą żadnego palestyńskiego przywódcy ani określonej frakcji. On powiedział, że Palestyńczycy jako tacy są zabójcami. A jego opinia nie jest odosobniona. Podczaspewnego śniadania w zeszłym roku usłyszałem, jak ważny żydowski lider z Nowego Jorku nazwał Palestyńczyków zwierzętami.

W 2010 r. Charles Manekin, profesor filozofii i badań nad judaizmem ortodoksyjnym, zauważył w gazecie „The Wall Street Journal” fotografię, na której studenci będący amerykańskimi Żydami, prawdopodobnie spędzający w Izraelu rok po zakończeniu szkoły średniej a przed rozpoczęciem studiów, krzyczą na palestyńską kobietę w Szajch Dżarrah, osiedlu położonym we Wschodniej Jerozolimie, w którym żydowscy osadnicy wyrzucili Palestyńczyków z ich domów. W reakcji na to zdjęcie Manekin napisał list otwarty do przywódców amerykańskich Żydów zatytułowany „Rozpoznawanie grzechu fanatyzmu i jego wykorzenianie”. Zaproponował w nim, że żydowskie „szkoły powinny zapraszać palestyńskich uchodźców, żeby opowiadali uczniom o swoich doświadczeniach”. Wystąpienia, jak tłumaczy Manekin, miałyby skupiać się nie „na polityce”, ale „na człowieczeństwie”.

Piękno propozycji Manekina polega na tym, że Żydzi mogą odnaleźć się w historiach mówiących o rozproszeniu i wywłaszczeniu. Żydzi powinni intuicyjnie rozumieć, co to znaczy mieć rodzinę rozszarpaną przez wojnę, walczyć o przetrwanie swojej kultury, o swoją godność, o swoją wiarę w Boga w obliczu sił, nad którymi nie mamy żadnej kontroli. Spotykanie Palestyńczyków – ludzi, których jesteśmy uczeni postrzegać jako obcych – może faktycznie, choć czasem niespodziewanie, pozwolić nam na nowo odnaleźć nasze najgłębsze pokłady siebie. Tommy Lapid, nieżyjący już ojciec najnowszego odkrycia politycznego Izraela – Yaira Lapida, był „jastrzębiem”. Ale pewnego dnia w 2004 r. patrzył w obozie dla uchodźców Rafah w Gazie na staruszkę szukającą na czworakach swoich leków pośród ruin domu zniszczonego przez izraelskie buldożeryi wymamrotał coś zaskakującego. Powiedział, że przypominała mu jego węgierską babcię.

Stu członków dalszej i bliższej rodziny Sary Roy zostało zamordowanych podczas Zagłady. Dorastając, Roy, dziś badaczka na Uniwersytecie Harvarda, wiedziała niewiele o doświadczeniach swojego ojca w obozie zagłady w Chełmnie, ponieważ „nie potrafił o nich mówić i nie płakać”. Roy mówi, że to życie wśród Palestyńczyków zbliżyło ją do jej rodziców, i nie chodzi tu o podobieństwo między tym, jak naziści traktowali Żydów, i tym, jak Izrael odnosi się do Palestyńczyków – bo takie oczywiście nie istnieje – ale o to, że po raz pierwszy spotkała ludzi, którzy bardzo obawiali się państwa, mogącego decydować o ich życiu i śmierci.

Widząc Palestyńczyków – naprawdę ich dostrzegając – możemy ujrzeć wypłowiałą, pożółkłą fotografię nas samych. Przypominają nam dni, kiedy to my byliśmy narodem bez państwa skazanym na łaskę innych. Rozpoznając, w jaki sposób bezpaństwowość stwarza zagrożenie dla godności Palestyńczyków, dbajmy o to, żeby istnienie naszego państwa nie pozbawiło nas naszej godności.Tekst opublikowany pierwotnie w „The New York Review of Books”, 26 września 2013 r. Dziękujemy Wydawcy za zgodę na przedruk 1 Zob. The Suicide Bombers, „The New York Review”, 16 stycznia 2003. 2 Podając różne dowody na wypędzenie ludności palestyńskiej, izraelski historyk Benny Morris powiedział w wywiadzie dla „Haaretz”: „W kwietniu i w maju 1948 r. jednostki Hagany [organizacji o charakterze obronnym funkcjonującej przed utworzeniem państwa Izrael, która później została przekształcona w Siły Zbrojne Izraela] otrzymały rozkazy operacyjne, które otwarcie nakazywały wysiedlenie mieszkańców wsi, wypędzenie ich i zniszczenie wiosek”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter