70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Podróż do raju niemych

Wielu kurdyjskich intelektualistów ma za sobą wieloletnie wyroki więzienia za wydawanie po kurdyjsku książek i czasopism. Państwo tureckie przez lata interpretowało ich działalność na rzecz własnej kultury jako dowód separatyzmu, a nawet terrorystycznych intencji.

Podobnie jak ludzie są głusi na nasz krzyk, tak może i my nie słyszymy ich głosu

Hesen Huseyn Deniz, Mirovê bê derd

.

W swojej powieści Ez yekî bikűjim („Zabiję kogoś”) kurdyjski pisarz Firat Cewerî nawiązuje do opowiadania Fiodora Dostojewskiego Notatki z podziemia, prezentując portret współczesnego kurdyjskiego intelektualisty, który uwięziony w sidłach własnej frustracji, pragnie popełnić zbrodnię, pozornie bez wyraźnej przyczyny, ot, dla zabicia czasu. Podobnie jak w przypadku książki Dostojewskiego, przyczyn frustracji głównego bohatera z powieści Ceweriego jest wiele. Jedną z nich jest lekceważenie, które dotyka człowieka wrażliwego i utalentowanego w społeczności niepotrafiącej dostrzec jego wartości. W swojej powieści Cewerî przedstawia realia Kurdystanu tureckiego, zwłaszcza miasta Diyarbakir. Lekceważenie – również świata zewnętrznego – jest jednym z głównych demonów, którym stawić musi czoło wiele nieodkrytych talentów z „gór dalekiego krańca”. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak wiele może dziś znaczyć większe zainteresowanie dla języka i literatury takiej jak kurdyjska. Słowo jest kluczem dla wyobraźni, a ta pozwala rozumieć człowieka w wielu rozmaitych odsłonach codzienności, wśród przeżywanych rozterek i dramatów. Człowiek przestaje być już spłaszczonym telewizyjnym wizerunkiem uchodźcy, imigranta czy terrorysty, którego działania wydają się nieraz zupełnie irracjonalne.

Dzięki lekturze wyobraźnia literacka może zamienić się w etyczną, pozwalając rozumieć coraz więcej i coraz lepiej. Dociera bowiem w sferę przeżyć „innego”, postrzega go w kontekście określonego systemu wartości, postawionego przed różnymi wyborami rzeczywistości tak bardzo nieraz odmiennej od naszej. My jednak zamiast poznawać w ten sposób przybyszy ze Wschodu, z podziwu godnym uporem śledzimy sytuację polityczną, tworzymy skomplikowane i dla wielu zwykłych śmiertelników po prostu niezrozumiałe teorie, próbujące wyjaśnić, dlaczego odmienny imigrant nie ma ochoty się integrować.

Owa banalna nieumiejętność naszej cywilizacji dobrze widoczna jest na przykładzie Kurdów. Mimo istnienia już dziś sporej liczby specjalistów od tzw. tematyki kurdyjskiej osób znających język Kurdów w stopniu umożliwiającym wrażliwsze słuchanie tego, co mają oni do powiedzenia i w jaki sposób to robią, jest na świecie zaledwie kilka. Brakuje też tłumaczy i tłumaczeń literatury. Te, które istnieją, trafiają raczej na muzealną półkę z ciekawostkami niż do księgarń. Porażająca nieumiejętność słuchania szeptu kultury owocuje powstaniem niemych bohaterów, takich jak ci z cyklu opowiadań kurdyjskiego pisarza Selahattina Buluta pod tytułem Bihuşta lal („Niemy raj”). Zwykłe z pozoru opowieści z kurdyjskiej prowincji nabierają dramatyzmu poprzez tytuł całości. Choć mieszkający tam ludzie umieją mówić, ich głosu nie słychać. Ich kontakt ze światem zewnętrznym został przez lata wynaradawiania przekształcony i odbywa się dziś w języku tureckim.

Literatura w tym przypadku nie jest wcale bardzo odległa od rzeczywistości. Od powstania Republiki Turcji w 1923 r. aż do roku 1991, kiedy po raz pierwszy oficjalnie zezwolono na publikacje w „języku nietureckim”, za używanie kurdyjskiego w mowie i piśmie groziły wysokie kary. Wielu ludzi spędziło z tego powodu w więzieniu najlepsze lata swojego życia. Inni, mniej wytrwali, akceptowali istniejący stan rzeczy, dlatego w Kurdystanie łatwiej dziś usłyszeć turecki niż kurdyjski.

Pisarz wraz ze swoimi wspomnieniami o mieszkańcach pieczołowicie rekonstruuje też kurdyjskie nazwy geograficzne. Przywołuje pamięć o zapomnianym świecie, który wciąż istnieje w opakowaniu odmiennej językowo rzeczywistości. Nie dostrzeże go jednak oko zwykłego przybysza..

Polska patrzy na Wschód

Umieszczona pod wielkim białym orzełkiem twarz pana Jacka jest posępna, zupełnie jakby w dwóch kącikach jego ust przytwierdzono ciężarki, które nie pozwalają nawet na wątły uśmiech. Zmęczyło go moje entuzjastyczne gadulstwo na temat żywiołowo rozwijającej się kurdyjskiej rzeczywistości kulturalnej i literackiej, na temat kurdyjskiej pomocy i życzliwości, która nie po raz pierwszy otwiera drogę polskim badaczom (nigdy nieśmierdzących groszem). W istocie pan Jacek nie bardzo wie, o czym mówię. On ma zupełnie inne zdanie na temat rzeczywistości, którą od niedawna musi odkrywać, jako szef polskiej placówki konsularnej w Hawlêrze (Erbilu) – stolicy Regionu Kurdystanu w Iraku. Jego zdaniem Kurdystan to tylko góra śmieci, chaos, lenistwo i zadufanie w sobie jego mieszkańców, którzy liczą na nie wiadomo jakie bogactwa z ropy. Wiem doskonale, o czym mówi. Wiele razy natykam się na to wszystko, przyjeżdżając do Kurdystanu. Ze współczuciem myślę o jego trudnym doświadczeniu organizowania tu czegoś bez znajomości kurdyjskiego języka, kultury i przyjaciół. Polski konsulat jest dobrze ukryty, znajduje się 20 km od centrum miasta, w tzw. amerykańskiej wiosce – ohydnym betonowym osiedlu willowym dla kurdyjskich burżujów. Ale wieści w każdej, nawet „amerykańskiej”, kurdyjskiej wiosce rozchodzą się szybko. Dlatego liczba petentów pragnących odwiedzić nasz kraj zwiększa się z każdym dniem. Pierwszeństwo mają kontakty biznesowe. O kulturze – jak mówi pan Jacek – nikt jeszcze w ministerstwie nie myśli. Kultura potem, tylnymi drzwiami, przez przypadek, jako deser do bizneslanczu. Co to zresztą za kultura w tych śmieciach?

Próba mikrofonu

Razem z dr Renatą Kurpiewską-Korbut zajmującą się kurdyjską polityką kulturalną i resztą naszej 5-osobowej ekipy badawczej odwiedzamy kurdyjskie instytucje kulturalne. Od Stambułu aż po Diyarbakir i Hawler. Wbrew pozorom nie ma ich tak mało. Nie powstały również wczoraj ani na nasz przyjazd. Tradycje organizacji życia kulturalnego sięgają końca Imperium Osmańskiego, kiedy wielu kurdyjskich intelektualistów, podobnie jak ich tureckich czy ormiańskich sąsiadów, zaczęło wydawać czasopisma i tworzyć organizacje. Ważnym ich centrum był Stambuł, skupiający wielu politycznych i ekonomicznych imigrantów z Kurdystanu. Powstanie państw narodowych na Bliskim Wschodzie wymusiło pewne zmiany. Centrum kurdyjskiego życia kulturalnego przeniosło się do syryjskiego Damaszku i Sulejmaniji w Kurdystanie irackim, gdyż w obu tych miejscach Kurdowie przez pewien czas cieszyli się pewną swobodą pod panowaniem francuskich i brytyjskich protektorów. I mimo że ich łaska szybko się skończyła, to jednak w Kurdystanie irackim nigdy nie przerwano publikowania gazet i książek po kurdyjsku, działały też kurdyjskie szkoły. W Turcji, Iranie i Syrii wszystko to było zabronione. W Turcji wszystkie ważne kurdyjskie instytucje, jak np. powstały w 1992 r. w Stambule Instytut Kurdyjski, są oficjalnie zarejestrowane pod innymi, tureckimi nazwami, zazwyczaj jako firmy lub spółki. Mimo że funkcjonują i mają swoje kurdyjskie szyldy i adresy, oficjalnie ich nie ma.

Jako pierwsze odwiedzamy wydawnictwo Vate w Stambule. Jego szefem jest Deniz Gunduz, jeden z pierwszych autorów powieści w dialekcie zaza lub jak wolą nazywać go jego użytkownicy – kirmanczki. Jeszcze do niedawna trudno było w Turcji wyobrazić sobie taką działalność. Język kurdyjski, a właściwie każdy język „nieturecki”, był zakazany. Publikacje kurdyjskie konfiskowano i niszczono. Ale Kurdowie przyzwyczaili się budować wszystko od nowa. Stali się mistrzami cierpliwości, pokory i buntu. Raz zamkniętą instytucję można przecież otworzyć pod zmienioną nazwą. To nic, że zaraz zamkną, wtedy można założyć następną. I tak jeszcze raz, i jeszcze raz, aż do skutku. I skutek jest. W końcu nie zamykają. Nie oznacza to wprawdzie jeszcze żadnego uznania, choć wielu Turków tak właśnie sądzi. Na próżno szukać kurdyjskich książek w tureckiej księgarni albo kurdyjskich instytucji w spisie instytucji tureckich. Nie udało mi się także nigdy spotkać Turka, który chciałby nauczyć się języka kurdyjskiego. Instytut kurdyjskiej kultury i języka, który powstał niedawno na Uniwersytecie Artuklu w Mardinie, jako pierwsza oficjalna państwowa placówka umożliwiająca kształcenie w zakresie kultury kurdyjskiej, nazywa się Instytutem Żyjących Języków. Po latach wynaradawiania tego rodzaju eufemizm zachwyca swoim okrutnym absurdem.

Gunduz wygląda nieśmiało i niepozornie. Wydawnictwo Vate to kilka pokoi w starej stambulskiej kamienicy, paczki z książkami i szklanki niekończącej się herbaty oraz niewidzialna gołym okiem, ale powiększająca się z każdym dniem, sieć przyjaciół, kolporterów i czytelników. Podobnie wygląda rzeczywistość innych kurdyjskich wydawnictw i instytucji.

Do Vate przyprowadził nas Ayet – 23-letni absolwent amerykanistyki. Nigdy nie był w Stanach, ale angielskim włada całkiem dobrze. To tutaj rzadkość. Zna też turecki, kurmandżi, sorani i zaza (inne dialekty kurdyjskie). Jego marzeniem jest stworzenie wielkiego słownika wszystkich dialektów, takiego, by odpowiadał leksykograficznym normom, które podpatrzył w publikacjach angielskich. Ale Ayet nie ma pieniędzy, by wyjechać na lepsze studia za granicą. Poznałam go dzięki Umidowi, nauczycielowi kurdyjskiego w Bazit (tur. Doğubayazıt) pod Araratem, który od ponad roku wytrwale sprawdza moje kurdyjskie felietony. Mimo że jego brodata twarz i wygląd mogłyby nie wzbudzić zaufania międzynarodowych strażników bezpieczeństwa, Umid nigdy nie zawodzi, a jego wiedza o języku i badawcza smykałka ciągle mnie zachwycają.

Siwiejący Roni War oprowadza nas po wielokulturowym Mardin, jest pisarzem. Jego powieści to adaptacje kurdyjskich wątków folklorystycznych. Nie uważa się za wielkiego twórcę, zależy mu na utrwaleniu w erodującej pamięci ludzi wątków kurdyjskich baśni i legend, jak chociażby o miłości Siyabenda i Xece, czy Mem i Zin. To zajęcie nie przynosi dochodu, dlatego na co dzień Roni pracuje w fabryce. Nie wygląda na bogacza, właściwie wręcz przeciwnie, ale i tak zdąży przede mną zapłacić za nas wszystkich rachunek w restauracji. Mój sprzeciw kwituje krótko:

– To kurdyjska tradycja. – Uśmiecha się przekornie i wiem, że nie mam co z nim dyskutować. Rozmawiamy za to o wartościach – mój siwowłosy towarzysz uważa, że jedną z naczelnych wartości wyrażonych w kurdyjskiej kulturze jest miłość wpleciona w złożony system, nie zawsze już dziś zrozumiałych, zwyczajów.

Jednym z nich jest honor. W jego imię zdarzają się tu wciąż jeszcze zabójstwa własnych córek, które pragną żyć trochę inaczej niż ich przodkowie. Rozumienie miłości bywało zatem niejednoznaczne lub po prostu – podobnie jak wszędzie indziej, również w tej kulturze – miłość nie zawsze tryumfowała. Stanowiła jednak najważniejszy punkt odniesienia, czego dowody można znaleźć właśnie w literaturze. „Uczyniłem to wszystko” – mówi kurdyjski klasyk Ehmede Chani we wstępie do swego dzieła Mem i Zin – „ażeby Kurdowie nie byli pokrzywdzeni w miłości / Nie byli pozbawieni rzeczywistości i marzenia”.

Kurdyjscy intelektualiści z Turcji to w większości ludzie niepozorni, niepiastujący żadnych stanowisk, a jednak serdeczni i otwarci, pasjonaci wierzący, że mimoiż kurdyjski znajduje się od lat na liście języków zagrożonych wymarciem, to proces unicestwiania ich kultury i języka można jeszcze zatrzymać i odwrócić. To oni mają największą wiedzę, zawsze zorganizują potrzebne spotkania i kontakty, odpowiedzą na litanię pytań i wątpliwości, nakarmią, napoją i zapewnią nocleg, nawet jeśli mieliby w tym celu zadłużyć się u przyjaciół. Wielu z nich ma za sobą wieloletnie wyroki więzienia za działalność na rzecz własnej kultury, taką jak wydawanie po kurdyjsku książek i czasopism. Państwo tureckie przez lata interpretowało to jako dowód separatyzmu, a nawet terrorystycznych intencji. Owi ludzie stanowią sieć nie gorszą od Al-Kaidy, ale o ich wyczynach jakoś nikt nie chce pisać.

Sztuka na rzecz pokoju

Bariş jest artystą. Rysuje, tworzy instalacje, od kilku lat stara się rozwijać życie artystyczne w kurdyjskim centrum kultury Sümer Parký (nazwa w języku tureckim) w Diyarbakir. Organizuje wystawy i spotkania artystów z różnych krajów. Wierzy, że sztuka może być ważnym narzędziem w pokojowym dialogu na rzecz rozwiązania kwestii kurdyjskiej w Turcji. Jest to zresztą obecne hasło kurdyjskiej opozycji związanej z partią BDP i partyzantką z PKK, która w ramach nowej pokojowej inicjatywy, po prawie 30 latach prowadzenia działalności zbrojnej przeciwko tureckiej polityce wycofała się w maju poza granice Turcji. W odpowiedzi władze w Ankarze miały pójść na pewne ustępstwa wobec Kurdów, dokonując nowych reform. Głównym postulatem Kurdów jest uznanie ich za odrębny naród przez konstytucję Turcji, stworzenie regionalnej autonomii z prowincji zamieszkanych przez Kurdów i systemu edukacji w języku kurdyjskim. Ale reform nie widać. Zamiast tego są niekończące się gesty, takie jak otwarcie lotniska imienia zmarłego niedawno, nieco sympatyzującego z rządem, kurdyjskiego polityka Șerafettina Elçiego.

– Politycy z BDP zupełnie zlekceważyli tę ceremonię. I jaki z nimi dialog? – pytają Turcy.

– Czekamy na reformy, nie na gesty. Bo co to za dialog? – odpowiadają Kurdowie.

Kurdystan południowy

Granicę Turcji z Irakiem (Kurdystanu z Kurdystanem) zaczynamy przekraczać w nocy, a kończymy nad ranem. Ale nie jest źle. Kurdyjska straż graniczna grzecznie zaprasza nas do salonu z wielkimi portretami przywódcy kurdyjskiego ruchu narodowego Meli Mustafy Barzaniego. Na wielkich telewizyjnych ekranach – zdumieni – oglądamy Janosika w arabskiej wersji językowej. Wydaje się nawet ciekawszy niż po polsku. Różowy świt oświetla sznur tureckich ciężarówek ciągnący się aż do Zaho. Znalazłszy tak wspaniały rynek zbytu na swoje produkty, Turcja bardzo zaprzyjaźniła się z irackim Kurdystanem. Czasem nawet nazywa go pieszczotliwie po imieniu, choć jeszcze kilka lat temu używała pseudonimu – Północny Irak. Ciekawe, czemu nie może wpaść na podobny pomysł odnośnie do części własnego terytorium.

Tutaj kurdyjskie instytucje kulturalne są legalne. Uniwersytety publiczne i prywatne oferują wykłady po kurdyjsku, arabsku i angielsku. Poziom nie zawsze zachwyca. Ale spróbujcie zbudować coś z niczego po dziesięcioleciach wojny o przetrwanie prowadzonej zwłaszcza z reżimem partii Baas i Saddama Husajna. Potrzebny jest czas. Zdaniem dr. Kawy Mahmuda – ministra kultury i młodzieży w rządzie Regionu Kurdystanu, z którym się spotykamy – najważniejszą wartością, którą należy propagować w Kurdystanie, wciąż jest wolność. Wolność od zaborców to jedno, a prawdziwie otwarte społeczeństwo to drugie. Twierdzi, że kurdyjskie społeczeństwo w Iraku wciąż otwarte nie jest. Brak mu wykształcenia, by stawić czoło wielu zaszłościom. Według ministra to życie kulturalne, wspólny udział w festiwalach i współpraca różnych środowisk mogą coś zmienić. Dr Kawa jest jednak sceptykiem, wciąż uważa, że jak na możliwości czyni się w tym kierunku zbyt mało. Kultura jest przez władze marginalizowana, a środowiska nie bardzo umieją ze sobą współpracować. Zdaniem Saro Qadira, szefa Instytutu na rzecz Badań i Rozwoju (IRDK), nie bardzo rozumie się też sam sens nauki i badań, choć generalnie na edukację i rozwój władze chcą przeznaczać niemałe środki.

– Kiedy mówimy naszym politykom, że w Kurdystanie trzeba założyć i rozwinąć system opieki nad psychicznie chorymi, w odpowiedzi słyszymy: „Co? Chcecie, żebyśmy wydawali pieniądze na wariatów?”. To obrazuje, gdzie wciąż jesteśmy – wyjaśnia.

Stąd też pomysł Qadira i kilku związanych z nim ludzi założenia instytutu, który byłby rodzajem naukowego wsparcia dla podejmujących decyzje rządzących, jak głosi hasło IRDK – pomostem pomiędzy ludźmi, nauką i władzą. Dr Haşem Ahmedzade odpowiada w instytucie za badania z dziedziny kultury i polityki. Pochodzi z Iranu, do którego do dziś nie ma wstępu za działalność opozycyjną. Wyemigrował w latach 80. do Szwecji, potem pracował w Wielkiej Brytanii, biegle zna pięć języków.Jest jednym z bardzo nielicznych badaczy zajmujących się kurdyjską literaturą, autorem ciekawej książki Nation and Novel. Na kurdyjską literaturę patrzy przez pryzmat zachodnich prądów i teorii, ostatnio także poprzez teorię Bachtina. Dlatego często się spieramy. Moim zdaniem mimo nowoczesnego kształtu literatura ta zachowała ciągłość z tradycją klasyczną i folklorem.

Idziemy do hawlêrskiego oddziału Związku Pisarzy Kurdyjskich. Powstał w 1969 r. Podobne oddziały znajdują się w Sulejmaniji, Dohuku, a nawet w Kirkuku. W Kurdystanie działa też kilka wydawnictw, wychodzi kilkanaście czasopism literackich, między innymi związany ze ZPK „Raman” („Myśl”). Odbywają się spotkania i dyskusje, prezentacje książek. Strojne w wielobarwne tiule i wytarte kanapy wnętrze przywodzi na myśl Baśnie z tysiąca i jednej nocy, ale ogród na dziedzińcu wygląda zupełnie jak w dawnej Kawiarni Literackiej w Krakowie. Na wykład Haşema o powieści, nacjonalizmie i nowoczesności przychodzi sporo ludzi, starzy i młodzi. Z namiętnością oddają się długiej dyskusji w niemiłosiernie dusznym i gorącym pomieszczeniu. Na zewnątrz temperatura sięga 50 stopni Celsjusza.

Cebar Cemal Xerib jest pisarzem. Wiedzie mu się znacznie lepiej niż Roniemu po drugiej stronie granicy. Futurystycznie powyginane flakony na stole w jego salonie nadają naszej rozmowie jakiś absurdalny wymiar. Ale Cabar nie ma zbyt optymistycznej wizji kurdyjskiej przyszłości.

– Wystarczy, że Turcja zamknie granicę, i wszyscy tu umrzemy z głodu – mówi. – Bo wciąż prawie nic się tu nie produkuje, rolnictwo zostało kompletnie zniszczone przez lata wojny. Zainteresowanie dla kultury też zależy od polityki. Kultura narodów takich jak nasz nikogo nie interesuje.

Mimo utyskiwań Cabar znajduje w końcu jakiś przebłysk słońca.

– Nasza literatura bardzo się rozwinęła, znajduję coraz więcej wartościowych tekstów, szkoda tylko, że nikt nie tłumaczy ich na inne języki i nikt nas nie słyszy.

Kiwam w milczeniu głową. Wciąż jest trudno przekonywać, że niemi jednak nie są niemi, że warto ich słuchać, nawet jeśli ta mowa wydaje się z początku odległa, chropowata, szorstka, banalna lub ckliwa. Czy nie stać nas na to, by w czasach tak nowoczesnych i cywilizowanych, w epoce znudzenia wszystkim, co „już było”, spróbować odkrywać lądy, których nie znamy, które wciąż leżą za morzem lekceważenia i obojętności – współczesnej, jakże niewinnie strasznej, odmiany kolonializmu? To oni muszą nauczyć się angielskiego i innych „cywilizowanych języków”, to oni muszą przyjąć nasze standardy działania. Ów nieprzyjemny mus wynika właśnie z poczucia braku wyjścia i często rodzi niechęć. Podczas gdy znajomość angielskiego jest dziś przez nikogo niekwestionowaną globalną potrzebą, to jednak o ile lepiej i efektywniej realizuje się ją w atmosferze bycia akceptowanym! A akceptacja to także, a może przede wszystkim, chęć poznania języka „innego”, świata jego wyobraźni i wartości. Nie łudźmy się, że bez tego uda nam się prowadzić z kimś dialog, rozwijać bezpieczne i owocne kontakty biznesowe. W przypadku Kurdów, ale jak sądzę, i wielu innych „maluczkich” tego świata, wrażliwe zainteresowanie ich językiem i kulturą jest fundamentem dla wielu innych relacji. Przede wszystkim daje bowiem nadzieję. Udowadnia, że zaklęte w jakiejś mało światu znanej przestrzeni znaków prawda, piękno i dobro nie są aberracją samotnego umysłu, ale mogą być inspiracją także dla innych. A uświadamiając sobie obecność „drugiego”, łatwiej przecież walczyć o ich ocalenie.

Sprawa poznawania obcej kultury „narodu bez państwa” nie może dziś spoczywać jedynie w rękach wielkiej polityki, której decyzje łaskawie torują drogę wszystkiemu innemu. Czy takie przekonanie nie wspiera czasem „kurdyjskiego separatyzmu”? Bo jeśli zainteresowanie dla kultury i „innego” ma być motywowane tylko istnieniem niepodległego państwa, z którym trzeba nawiązać relacje handlowe, to rzeczywiście – Kurdowie nie mają innego wyjścia, muszą o to państwo walczyć.

.

Reportaż powstał w ramach projektu badawczego realizowanego dzięki wsparciu NCN przez Pracownię Studiów Kurdyjskich Instytutu Orientalistyki UJ: www.kurdishstudies.pl

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata