70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Na to jednak zgody nie ma”, czyli po co nam krytyka przekładu

W otwierającym tom szkicu, pisząc o translatorskim coming oucie, Jarniewicz ociera się jakby o wizję utopijną, stwierdzając, że praktyka eksponowania nazwiska tłumacza na okładkach książek może świadczyć o tym, że dzisiejsza kultura literacka uświadamia sobie kres jednoznaczności autorstwa i literatur, przekonując się o przekładowym podglebiu wszelkiego pisarstwa.

Zgoda powszechna jest na to, że w Polsce nie ma prawdziwej krytyki przekładu. Lista czasopism i innych forów, gdzie można by szukać tekstów z tego zakresu, jest tak krótka, że właściwie nie da się jej tu przytoczyć. Owszem, pisuje się o literaturze obcojęzycznej czy – jak to się dawniej mawiało – zagranicznej, ale szkice poświęcone opisowi, ocenie czy problematyzacji jej tłumaczenia zdarzają się sporadycznie. W powszechnym odbiorze problem w zasadzie nie istnieje – literatura tłumaczona czytana jest tak samo jak oryginalna, pod autorskim nazwiskiem i w poczuciu, że to autor czy autorka odpowiedzialni są za treść i formę docierającego do czytelnika tekstu. Tym sposobem pomija się całkowitym milczeniem grubą warstwę pośrednią, oddzielającą (a raczej łączącą), dajmy na to, prozę Henry’ego Jamesa od opublikowanej po polsku kilkusetstronicowej książki pt. Złota czara, którą bierze do ręki czytelniczka szykująca sobie stosik lektur na długie zimowe wieczory albo leniwe letnie wakacje na wsi.

Warstwa pośrednia

Co się mieści w owej warstwie pośredniej? Dlaczego – jak sądzi Jerzy Jarniewicz, autor szkiców o przekładzie Gościnność słowa – nie należy zgadzać się na jej pomijanie? Otóż mieszczą się w niej skomplikowane i pracochłonne procesy oraz wielorakie decyzje i wybory, dzięki którym obcojęzyczna powieść staje się powieścią polską i zyskuje taki a nie inny kształt, smak, dźwięk i wydźwięk. Najpierw ktoś – wydawca – decyduje o wyborze tego a nie innego utworu, licząc, że będzie on dobrze się sprzedającym na rynku towarem; następne decyzje wydawcy dotyczą czasu wydania, nakładu, typu oprawy, innych fizycznych własności książki oraz (bynajmniej nie na pierwszym miejscu) wyboru tłumacza. Pytanie brzmi na ogół: kto zrobi przekład szybko, niedrogo i (cokolwiek to znaczy) dobrze. Kolejność przysłówków jest tu nieprzypadkowa, ale też rozkład akcentów uzależniony jest w dużej mierze od zakładanych przez wydawcę celów, a kryterium podstawowym jest źródło przekładalnego na zysk ze sprzedaży prestiżu danej publikacji.

Kiedy mówimy o światowym bestsellerze autorki popularnego cyklu powieściowego albo o książce, która właśnie zdobyła ważną nagrodę, prestiż ów wynika z nazwiska autora. Wydobywa się go przez tempo, w jakim tłumaczenie pojawi się na rynku, a musi być to tempo obłędne, bo trzeba wyprzedzić pirackie wersje, które z pewnością znajdą się w Internecie, zaspokajając potrzeby sporej części publiczności, lub też sprostać wymaganiom podpisanej umowy wydawniczej. W takiej sytuacji szuka się tłumacza, który potrafi, powiedzmy, w trzy tygodnie wyprodukować czytelny przekład czterystu stron druku, a nie kogoś, kto cyzeluje zdania i bawi się odtwarzaniem aluzji, posuwając się po dwie stroniczki dziennie. Taki przekład musi się sprzedać jak ciepłe bułki: póki jeszcze jest ciepły, bo ogrzewany tchnieniem medialnego szumu.

Kiedy natomiast mowa o przekładzie klasyki czy tak zwanej literatury wysokiej, rzecz z wyborem tłumacza ma się inaczej, bo na ogół nie funkcjonuje tu opisany wyżej mechanizm – chyba że mowa o dziele, które akurat doczekało się realizacji filmowej i trzeba się wstrzelić w termin premiery. Nawet jeśli tak nie jest, nie znaczy to jednak, że jakość roboty literackiej i erudycja będą koniecznie priorytetem. Przywołanemu Henry’emu Jamesowi czy np. Virginii Woolf, a więc pisarzom, których dzieła znajdują się w domenie publicznej, nie trzeba wprawdzie płacić słonych honorariów, niemniej po pierwsze, ich dzieła bywają obszerne, a po drugie, trudno liczyć na bułeczkową sprzedaż. Ich przekład jest zatem stosunkowo drogi i ryzykowny, zwłaszcza że tłumacze z dorobkiem zasługują na wyższe stawki, wobec czego z kalkulacji wynika nierzadko, że lepiej powierzyć pracę nad tłumaczeniem (obiecującym, miejmy nadzieję) debiutantom, gotowym przyjąć debiutanckie warunki finansowe i terminowe. Książka pojawi się przecież pod marką pisarskiego nazwiska, a w jakość prozy Jamesa czy Woolf nikt nie wątpi, prawda?

To nie koniec jednak tego, co dzieje się w warstwie pośredniej, bowiem kolejnym etapem pracy nad utworem tłumaczonym jest redakcja, niezwykle istotna i całkowicie ukryta faza przygotowania tekstu, nad którym potem będzie się sarkać i wzdychać z irytacją albo który będzie się smakować ze łzą w oku i uśmiechem na ustach. Prawdziwa, fachowa redakcja to czyściec dla autora i tłumacza (bywa, swoją drogą, że piekło dla redaktora…), ale jak wiadomo, tylko przez czyściec można dotrzeć w sfery niebiańskie. Jeśli więc redakcji zabraknie, albo okaże się zbyt pobłażliwa lub nieuważna, biada czytelnikom, biada też tłumaczowi, bo zostaje on jak na widelcu wystawiony na krytykę. Jeśli się taka znajdzie. A jako się rzekło, o to nie jest łatwo.

Pisarstwo przekładoznawcze

Wszystko, co powiedziane wyżej, nie ma bynajmniej służyć narzekaniu na bezlitosne prawa rynku, które zabijają sztukę przekładu i sztukę edytorską, każąc w imię zysku zalewać rynek księgarski bublami. Nawet jeśli wizja taka bywa nieodległa od prawdy, to jej roztaczanie niewiele zmieni, a podniesie tylko poziom frustracji, obniżając jeszcze poziom czytelnictwa. Powyższe uwagi nie mają też służyć biadoleniu nad ciężkim losem niedocenianych tłumaczy, choć niedoceniani są. O tym, co dzieje się między oryginałem a przekładem, z pewnością warto dyskutować twórczo i trzeba tę sferę opisywać, wyciągając kwestie tłumaczenia oraz tłumaczy i innych „zakulisowych autorów” z akademickich seminariów na forum szerokiej wymiany kulturalnej. Co nie znaczy, że nie warto prowadzić badań naukowych nad zagadnieniami przekładu: przeciwnie, Translation Studies to dynamicznie i z pożytkiem rozwijająca się dziedzina humanistyki, zajmująca się opisem i analizą warunków i efektów wymiany międzykulturowej w zglobalizowanym, a zarazem wielogłosowym świecie.

Szkice Jerzego Jarniewicza o przekładzie literackim to dobry przykład – w każdym tego słowa znaczeniu – pisarstwa przekładoznawczego, które korzysta z zaplecza akademickiej translatologii, by opisać i zanalizować funkcjonowanie przekładu i tłumaczy w prawdziwym świecie literatury. Sam będąc pisarzem, tłumaczem i redaktorem, a nie tylko akademikiem, Jarniewicz umiejętnie łączy obie perspektywy, badawczą i twórczą, dzięki czemu jego szkice, nie tracąc nic z erudycyjności filologa, przystępnie objaśniają różnego rodzaju mechanizmy rządzące „sferą pośrednią” powstawania i funkcjonowania tłumaczeń literatury pięknej. W tym sensie są cennym, bo rzadkim, przykładem ze znawstwem uprawianej krytyki przekładu. (Na książkę złożyły się w większości teksty wcześniej publikowane, a nota bibliograficzna jest najlepszym potwierdzeniem braku przestrzeni dla tego gatunku u nas: eseje Jarniewicza, jeśli nie ukazywały się w akademickich tomach pokonferencyjnych, pochodzą z „Literatury na Świecie”).

Pierwszą część książki wypełniają teksty poświęcone zagadnieniom natury ogólniejszej; druga i trzecia to konkretne analizy tłumaczeń z i na język polski. Mamy więc szkice o Kochanowskim, Gombrowiczu, Lemie, Konwickim i Herbercie oraz o Poem, Mastersie, Milnie, Joysie, Eliocie i Jane Bowles. We wszystkich autor wychodzi poza kojarzony najczęściej z opisami przekładoznawczymi poziom porównania wersji językowych, nastawiony na tropienie różnic, stanowiących dowód na pośledniość przekładu wobec wiecznotrwałej wartości oryginału. Analizy Jarniewicza różnicę między oryginałem a przekładem traktują nie jako wołający o pomstę do nieba wniosek, ale jako punkt wyjścia do refleksji nad powodami i skutkami tego stanu rzeczy. W wielu wypadkach autor przywołuje szerokie tło historycznoliterackie, udowadniając, że przekład nie jest dziedziną „badaczy owadzich nogów”, dumających, czy Kubuś Puchatek, czy raczej Fredzia Phi-Phi…

Na przykład analizując tłumaczenia twórczości Zbigniewa Herberta na język angielski, krytyk pokazuje, w jaki sposób narzucona przez jego tłumacza, Czesława Miłosza interpretacja tych wierszy i ich językowej konstrukcji, oparta na przeświadczeniu o ich fundamentalnej „przezroczystości” semantycznej, uformowała obraz poety w odbiorze brytyjskim i amerykańskim. Skonstruowany wówczas i przyjęty za dobrą monetę anglojęzyczny wizerunek Herberta okazał się na tyle silny, że opublikowana wiele lat po pierwszych przekładach nowa anglojęzyczna wersja jego poezji spotkała się częściowo z wrogim przyjęciem, jako zamach na utrwalony i potrzebny element literackiego pejzażu. Podobny mechanizm, choć w służbie innych literackich przeświadczeń opisuje Jarniewicz w szkicu Kto tak pięknie gra?, gdzie analizuje mechanizmy upoetyczniania tłumaczeń wierszy anglojęzycznych na polski. Dyskurs poetycki polszczyzny, dowodzi krytyk, jak gdyby wymaga od tłumaczy nasycania tekstów w oryginale nieraz wręcz ostentacyjnie sprozaizowanych czy uproszczonych, elementami zdobności i wzniosłości, współtworzącymi stereotypowy wizerunek „wiersza”, odziedziczony, dopowiedzmy, wraz z innymi elementami ustawionego na linii ognia artyleryjskiego na frontach poetyckich zmagań ostatnich paru dekad postromantycznym spadkiem. Innym przykładem analizy angażującej szeroką panoramę wiedzy historycznoliterackiej jest szkic o przekładach utworów poetyckich T.S. Eliota dokonany przez Adama Pomorskiego. Krytyk opisuje decyzje tłumacza na poziomie wyboru konkretnych rozwiązań tekstowych na tle jego ogólnej interpretacji, idącej wbrew utrwalonej tradycji czytania poety, a zwłaszcza jego najsławniejszego poematu Ziemia jałowa.

Translatorski coming out

Tę wielowątkową książkę można czytać na różne sposoby i wyciągać z niej wielorakie wątki. Jarniewicz jest być może przede wszystkim uważnym i dociekliwym interpretatorem, który operuje na poziomie mikroanalizy języka. Można odnieść wrażenie, że to dla niego najbardziej satysfakcjonujący i najważniejszy poziom analizy przekładu, ujawniający z jednej strony praktykę poetycką, a z drugiej odsłaniający akademickie oblicze autora i wyraźną predylekcję do traktowania struktury gramatycznej i poetologicznej tekstu jako drogi do odczytania jego znaczeń. Taka analiza, wydobywając z porównywanych tekstów różnice, z konieczności wprowadza sugestię niedoskonałości, nieadekwatności czy niewierności przekładu wobec oryginału. Jednak Jarniewicza nie interesuje ferowanie wyroków co do jakości przekładów – można powiedzieć: z czasem coraz mniej interesuje go ferowanie wyroków. Wątek tłumacza jako instancji decyzyjnej, podmiotu czynności twórczych wysuwa się na plan pierwszy, a jego najważniejsze ujęcia pojawiają sie w otwierających książkę szkicach Niech nas zobaczą, czyli translatorski coming out oraz Tłumacz jako twórca kanonu.

Drugi z tych esejów pochodzi z 2001 r. i wszedł już do kanonu polskich tekstów o przekładzie, pierwszy jest o dziesięć lat młodszy, a w tomie pełni rolę wstępu, nadając ton całości. Pisząc o tłumaczu jako twórcy kanonu, Jarniewicz porównywał strategie „ambasadorską” (nastawioną reprezentacje ustalonego kanonu) i „legislatorską” (nastawiona na ustalanie własnych hierarchii) w polityce wyboru utworów do przekładu, a zatem w polityce kształtowania obrazu autorów obcojęzycznych i ich kultur w polszczyźnie. Rola tłumacza, sugeruje autor, jest tu centralna, jego decyzje mają poważne konsekwencje na szerokim planie naszej kultury literackiej. I tym razem nie chodzi już przede wszystkim o decyzje na poziomie słów, frazeologii czy rymu i rytmu, ale o gry repertuarowe i operacje systemowe. W otwierającym tom szkicu, pisząc o translatorskim coming oucie, krytyk posuwa się dalej, a nawet, śmiem twierdzić, ociera się jakby o wizję utopijną, stwierdzając, że praktyka eksponowania nazwiska tłumacza na okładkach książek może świadczyć o tym, że dzisiejsza kultura literacka uświadamia sobie kres jednoznaczności autorstwa i literatur, przekonując się o przekładowym podglebiu wszelkiego pisarstwa.

Jarniewicz odwołuje się tutaj do kategorii (nie)widoczności tłumacza, a zwraca uwagę na to, że tradycyjny sposób lektury tekstu tłumaczonego, spychający w niebyt postać i działanie tłumacza, jest usankcjonowaną przez tradycję literacką fikcją, broniącą nam wglądu w „sferę pośrednią”, czyli w różnorodne uwarunkowania procesu powstawania tekstu, który na koniec bierze do ręki kładąca się na hamaku w ogrodzie czytelniczka lub siadający do biurka badacz przekładoznawca. Obserwując proces uwidaczniania (się) tłumaczy, autor postuluje podniesienie ich do rangi „drugiego autora”, zwłaszcza kiedy przyświeca im „nacechowany pokorą szacunek do oryginału i jego autora”. Postulat ten z jednej strony jest dowodem na swoisty konserwatyzm poglądów Jarniewicza (pokora? a co z tłumaczami buntownikami, polemistami, nowatorami? I czemu drugi autor, skoro w swojej kulturze może być pierwszy?), a z drugiej – otwarciem perspektywy na nową krytykę przekładu, która dostrzegałaby obecność tłumaczy nie tylko jako szkodliwe i z gruntu niepożądane zakłócenie przekazu nienaruszalnej treści i arcydzielnej formy oryginału, ale jako zapis nałożonego na tekst wyjściowy interpretatorskiego gestu, jako na samodzielny akt twórczy.

Wysokie loty

Trzeba jednak dodać, że książka Jerzego Jarniewicza – ciekawa, informatywna, pożyteczna, pobudzająca do myślenia i sporów – muska jedynie zagadnienie miejsca i roli tłumaczy oraz odpominania znaczenia, jakie ich twórczość ma dla kształtu literatury swego języka. Książka dotyczy bowiem ekskluzywnego pasma literatury (zwłaszcza poezji) „wysokich lotów” i tłumaczenia „wysokich lotów”, a więc tego rodzaju twórczości przekładowej, która zawsze przynależała do domeny działalności artystycznej na prawach oddzielnego gatunku albo nurtu. Jej podmiotami są poeci i pisarze, przedmiotami – utwory artystyczne, a odbiorcami w przeważającej mierze świadomi jej zaplecza specjaliści. W tym sensie obowiązujące tu kategorie i miary odbiorcze i krytyczne są inne niż w obszarze literatury bardziej popularnej, której wytwarzanie i odbiór w wyższym stopniu podlega prawom rynku.

Należy jednak mieć nadzieję, że te szkice staną się lekturą dla przyszłych krytyków przekładu – nowej grupy specjalistów, których wrażliwość i wiedza przyczyni się do stworzenia przestrzeni, w której różni tłumacze, autorzy różnych typów przekładu literackiego, staną się widoczni. Dopóki ich nie dostrzegamy, lekceważymy ogromne obszary działania literackiego, dzięki któremu powstaje materia naszej literatury, nasza polszczyzna, nasza wyobraźnia i potencjał artystyczny. Przekłady stanowią grubo ponad połowę naszej produkcji literackiej, a nikt niemal się im nie przygląda, nie pokazuje ich wartości, choć wszyscy je czytają i dają do czytania dzieciom. Żeby ten potężny obszar tekstów i ogromna praca rzesz ludzi pozostały w sferze niewidzialności – zgódźmy się autorem! – zgody nie ma.

Jerzy Jarniewicz

Gościnność słowa. Szkice o przekładzie literackim

Wydawnictwo Znak, Kraków 2012

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata