70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jeszcze dłużej, niech żyje nam…

Jeśli nieśmiertelność miałaby być w jakikolwiek sposób upragniona, musiałaby być egzystencją w rzeczywistości zupełnie innego rodzaju niż znane nam życie. Tylko wtedy można mieć nadzieję, że nie ulegniemy znużeniu niekończącego się trwania.

W dniu urodzin słyszymy od bliskich „sto lat”, a jakby tego jeszcze było mało, kolejna zwrotka powszechnie znanej urodzinowej piosenki zmienia stuletni standard na „jeszcze dłużej”. Życząc solenizantowi w radosnym uniesieniu długiego życia na ogół nie zastanawiamy się, czy przypadkiem sto lat już nie wystarczy. Nie pytamy też solenizanta przed zaintonowaniem piosenki, czy rzeczywiście życzyłby sobie aż tak długiej egzystencji. Uznajemy, że długie życie jest wartością, a tymczasem długość to tylko jedna z wypadkowych wartościowego życia. Gdyby zapytać solenizanta o to, czy rzeczywiście chciałby tak długo żyć, odpowiedziałby zapewne: „to zależy”. Można sobie bowiem wyobrazić kilka scenariuszy sędziwego wieku, nie każdy wydaje się równie obiecujący.

Najbardziej optymistyczny scenariusz zakłada długie życie, w czasie którego mimo upływu lat cieszymy się relatywnie – wziąwszy pod uwagę sędziwy wiek – dobrym zdrowiem. Długość życia się zwiększa, ale to nie oznacza, że wydłuża się czas, w którym na skutek podeszłego wieku jesteśmy w pełni zależni od otoczenia. Wedle innego, najbardziej pesymistycznego scenariusza życie ludzkie jest wprawdzie dłuższe, ale jego długość „okupiona” jest niedołęstwem. Coraz częściej słyszymy o tym, że choroby neurodegeneracyjne, takie jak choroba Alzheimera czy Parkinsona, są chorobami późnego wieku, a obserwowane nasilenie się ich występowania jest niczym innym jak wynikiem starzenia się populacji.

Scenariusz trzeci zaś oznacza wydłużenie ludzkiego życia, któremu w miarę upływu lat towarzyszy stopniowe pogorszenie psychofizycznej kondycji. Pytania o wartość długiego życia, a także o moralną ocenę wykorzystywania szeroko pojętych możliwości współczesnej biomedycyny (włączywszy w to techniki inżynierii genetycznej) do przedłużania ludzkiego życia, należałoby stąd stawiać w perspektywie wszystkich trzech scenariuszy. Ponieważ długość jako taka jest tylko jednym z parametrów satysfakcjonującego nas życia, nie sposób by pytaniu o wartość osiągnięcia matuzalemowego wieku nie towarzyszyło pytanie o sens i prostą roztropność starań mających na celu jego osiągnięcie. Czy warto bowiem starać się o wydłużanie ludzkiego życia jeśli długość okupiona będzie znikomą jakością? I nie chodzi bynajmniej o to, że niska jakość życia umniejsza jego wartość, a opieka nad starszymi jest problemem nie do udźwignięcia dla współczesnych społeczeństw, lecz o to, czy usilne starania o wydłużanie ludzkiego życia wspomagane osiągnięciami biotechnologii nie zachwieją gatunkowych uwarunkowań i czy nie zafundujemy sobie tym samym niepotrzebnych cierpień, nie tylko natury fizycznej. Nie tylko fizycznej, czyli jakiej?

Otaczający nas świat z jednej strony zdaje się pędzić z oszałamiającą prędkością przesyłu danych, sprawiając, że na kolejnym zakręcie stwierdzamy: „to już nie nasz świat!”. Z drugiej strony zaś, w przesuwającym się ciągu zdarzeń zauważamy po jakimś czasie coraz więcej podobieństw – coraz trudniej znaleźć nam scenariusz filmowy, który nie przypominałby wcześniej oglądanego, historia „kołem się toczy”, a nabyte w ciągu lat doświadczenie sprawia, że coraz mniej zaskakują nas ludzkie zachowania. Już to znudzeni, już to znużeni, a przede wszystkim zmęczeni patrzymy na kalendarz, który jakoś coraz częściej się dezaktualizuje… Czy rzeczywiście życie dłużej i jeszcze dłużej stanowi „tu i teraz” wartość godną pożądania? Czy skończone ze swej natury istoty mogą zyskać na życiu dłuższym ponad przeciętną, ludzką miarę? Zacznijmy od realiów.

Realna długość życia

Określenie „normalnej”, to jest właściwej dla gatunku ludzkiego długości życia, nie jest proste. Przeciętna długość ludzkiego życia zmieniła się bowiem znacznie w ciągu minionego wieku, a spowodował to zarówno wzrost higieny, jak i postęp medycyny (zmniejszenie śmiertelności niemowląt, szczepienie ochronne, rozwój chirurgii i transplantologii). Kiedy pod koniec XIX w. (1889 r.) Otto von Bismarck ustalił wiek emerytalny na 65 lat, mało kto w Europie go dożywał. Podwyższenie w naszym kraju wieku emerytalnego do 67 lat wywołało (i nadal wywołuje) liczne protesty, powodów czego jest zapewne wiele, ale nie ulega wątpliwości, że obecne pokolenie żyje dłużej i cieszy się lepszą kondycją zdrowotną niż minione. W historii gatunku osiągnięcie takiego wieku jest niebywałym osiągnięciem. Przez 99,99999% dziejów człowieka na naszej planecie przeciętne oczekiwane trwanie życia w momencie urodzin wynosiło nie więcej niż 18–20 lat. Przed 100 laty na całym świecie żyło zaledwie 10–17 mln. ludzi w wieku powyżej 65 lat. Dzisiaj na całym świecie jest ponad 600 mln. ludzi w tym wieku. Czy zatem „normalny wiek” naszego gatunku należy mierzyć średnią wieku naszego aktualnie żyjącego społeczeństwa? Trudno ustrzec się w tego rodzaju szacunkach od arbitralności, ponieważ wiek zaliczany do „normalnej” długości ludzkiego życia, zależy zazwyczaj od tego, z kim się porównujemy. Najchętniej porównujemy parametry naszego życia z tą grupą, z którą się najsilniej identyfikujemy. Dla mieszkańca Stanów Zjednoczonych początku XXI w. średnia długość życia wynosi około 75 lat – to znacznie więcej niż przeciętny wiek ludzi zamieszkujących tereny subsaharyjskiej Afryki, gdzie obecnie umiera około dwóch trzecich ogółu ludzi chorujących na AIDS. Aby orzec, czy śmierć człowieka była przedwczesna – co znaczy, że nie dożył dostępnego mu wieku – należałoby porównać długość jego życia z życiem osoby, której nie dosięgła żadna „śmiertelna przyczyna” aż do czasu, gdy osiągnęła maksymalną dlań liczbę lat.

Współcześnie prognozuje się górną granicę maksymalnie długiego życia człowieka na więcej niż 100 lat. Prawdopodobnie najdłuższym jak do tej pory udokumentowanym życiem cieszyła się Jeanne Calment, Francuzka zmarła w roku 1997 w wieku 122 lat i 164 dni. Większość z nas prawdopodobnie nawet nie zbliży się do tego wieku – szanse doczekania matuzalemowych lat są niezwykle nikłe.

Leonard Hayflick, współczesny amerykański gerontolog, twierdzi, że wyeliminowanie zabijających nas chorób i tak nie doprowadzi do istotnego wydłużenia przeciętnego trwania ludzkiego życia. Starzenie się jest nieuniknione – wszystko się starzeje, łącznie ze wszechświatem. Możliwość wyleczenia chorób serca doda nam zapewne kilkanaście lat, chorób nowotworowych – kolejne 2 lub 3 lata. Nawet jeśli znajdziemy lekarstwo na te choroby, wydłużymy nasze życie średnio o 15 lat. Górna granica naszego wieku to, zdaniem Hayflicka, około 125 lat. Maksymalna długość naszego życia mogła zostać ustalona w procesie ewolucji – z punktu widzenia przetrwania gatunku nie ma bowiem właściwie powodu, dla którego jakiś organizm miałby żyć po zakończeniu okresu reprodukcyjnego. Z chwilą gdy jakieś zwierzę wyda na świat potomstwo, wypełnia biologiczne przeznaczenie polegające na przekazaniu genów. Od tej pory tylko zajmuje przestrzeń, pasożytując na swoich dzieciach. Ludzie uniknęli tej prawidłowości głównie z powodu braku naturalnych drapieżników. W każdym przypadku, za długowieczność trzeba zapłacić cenę. Czy warto? A jeśli już żyć dłużej, to o ile lat dłużej? Trudne pytania zważywszy na to, że długiemu życiu skłonni jesteśmy stawiać szereg warunków, od spełnienia których uzależniamy jego sens. Czy jednak takie długie i jeszcze dłuższe życie, wspomagane dodatkowo osiągnięciami inżynierii genetycznej będzie miało sens wziąwszy pod uwagę charakter naszej egzystencji?

Wydłużenie ludzkiego życia rozumiane nie jako dłuższe życie Kowalskiego, ale jako wzmocnienie cechy gatunkowej musiałoby oznaczać zmianę natury substancjalnej: życzylibyśmy sobie, by dłuższe życie było zarazem wolne od chorób i ułomności towarzyszących zazwyczaj posuniętym w latach ludziom, znacząco zatem winien zostać zredukowany czas starzenia. Problem w tym, że starzenie jest normalnym biologicznym procesem, nie jest chorobą – szukanie „lekarstwa na starzenie się” zakłada z góry, że jest to wiek niepożądany. Jeśli technika medyczna pozwoli na znaczące wydłużanie życia, możliwy stanie się prorokowany przez Francisa Fukuyamę scenariusz ogólnokrajowego domu starców, w którym ludzie dożywają wprawdzie przeciętnie 150 lat, lecz przez ostatnie 50 lat życia są zdziecinniali i całkowicie zależni od opiekunów. To nie jest scenariusz, którego życzyłby sobie urodzinowy solenizant… A gdyby się tak nie starzeć?

Marzenia złudne i nudne

Czeski pisarz Karel Čapek czyni bohaterką jednej ze swych sztuk Elinę Makropulos. Elina jest córką nadwornego medyka XVI-wiecznego cesarza, który próbuje na swej córce siłę działania eliksiru życia. Biologiczny zegar Makropulos zatrzymuje się, kiedy ma 42 lata i tak trwa aż do skończenia 342 lat, kiedy to rezygnuje z ponownego wypicia eliksiru życia. Elina nie chce już dłużej żyć. W swym nad wyraz długim życiu doszła do stanu znudzenia, zobojętnienia i oziębłości. Jednym słowem: nuda i smutek. Stan w jakim znalazła się Makropulos sugeruje, zdaniem brytyjskiego etyka Bernarda Williamsa, że zbyt długie życie wcale nie musi być dobrą rzeczą, a w śmierci można znaleźć ukojenie i nie trzeba o niej myśleć z lękiem. Elina Makropulos ma fizycznie 42 lata, mentalnie 342 lata. Nie zestarzała się fizycznie, ale mentalnie „zanudziła się na śmierć”. Czy to oznacza, że długie życie musi być nudne?

Nuda jest stanem umysłu, w którym tracimy powody do życia. Wszystko wydaje się bezcelowe i obojętne. Nasza biologiczna egzystencja może być niezagrożona (Elina Makropulos cieszy się wszak dobrym zdrowiem), ale udręczona psychika na próżno szuka pomocy. Nuda – twierdzi Bertrand Russel – to stan, w którym nie wykorzystujemy naszych możliwości, nie jesteśmy niczym zajęci. Przeciwieństwem nudy – pisze filozof – nie jest przyjemność, lecz ekscytacja, której pragnienie jest głęboko wpisane w ludzką kondycję (szczególnie męską). Russel twierdzi dalej, że nie jesteśmy genetycznie zaprogramowani do tego, byśmy mogli polubić nudę i choć jesteśmy dzisiaj mniej znudzeni od naszych przodków, to bardziej boimy się nudy, próbując za wszelką cenę od niej się uwolnić. We współczesnym świecie (filozof zmarł w roku 1970) każda gospodyni domowa oczekuje doświadczyć przynajmniej raz w tygodniu tyle ekscytacji, ile jego zdaniem bohaterki tworzone przez Jane Austen (1775–1817) doświadczały przez całą opisującą je powieść. Ucieczka od nudy – kontynuuje Russel – jest czymś naturalnym, chociaż nie jest wykluczone, że jakiś rodzaj nudy jest koniecznym składnikiem ludzkiego życia. Leszek Kołakowski uważa, że nuda wynika z braku zdolności do postrzegania czegokolwiek nowego. Znudzony ma poczucie przebywania w świecie, w którym zastaje wciąż to samo. Przeciwieństwa „bycia znudzonym” i „bycia nudnym” – zdaniem Kołakowskiego – to jednak nie tyle ekscytacja, co „bycie zaciekawionym” i „bycie interesującym”, poczucie nudy byłoby zatem ceną jaką płacimy za to, że umiemy być zaciekawieni. W sposób wręcz odrażający opisuje nudę Simone de Beauvoir – to paskudną zaraza, na jaką narażony jest starzec nawet jeśli zachowa zdrowie i jasność umysłu, ponieważ pozbawiony punktu zaczepienia w świecie nie potrafi znaleźć sobie żadnego zajęcia poza pracą. Jeśli uczestniczyłby nadal aktywnie w życiu wspólnoty tworząc kulturę i był w pełni zintegrowany ze społeczeństwem, wówczas jego życie stałoby się mimo sędziwego wieku znośne, ale warunki te, zdaniem de Beauvoir, nigdzie nie są spełnione. Sądzę, że Beauvoir przesadza – tak może być, ale nie musi… Zapytana o nudę Jean Calment stwierdziła, że w czasie nadzwyczaj długiego życia nigdy nie czuła się znudzona. Zdaniem Kołakowskiego zdajemy się mieć wpływ na to, czy będziemy znudzeni, ale i tu zapytać by można, jak długo można „być interesującym”?

Russel, Kołakowski i de Beauvoir odnoszą ewentualny stan znudzenia do skończonego ze swej natury życia, w którym – jak stwierdza z goryczą Makropulos – wszystko ma znaczenie dokładnie dlatego, że życie ludzkie jest krótkie. Miłość, honor, postęp człowieczeństwo – wszystko to istnieje wtedy, kiedy ma dla kogoś znaczenie, a ma je wtedy, kiedy długość życia ma „ludzką miarę”. Czy zatem nuda miałaby wynikać ze skończonej liczby sposobów, w jakie komunikujemy się z otaczającym nas światem, czyli wiązać się ze skończonością tak nas samych jak i wszystkiego co nas „tu i teraz” otacza? I jak rozumieć w tym kontekście obietnicę nieśmiertelności?

Skończoność i jej konsekwencje

Pierwsze doświadczenia skoków na bungee, widoku Wielkiego Kanionu i tęczy na niebie są zawsze niezmiernie ekscytujące, drugie mniej, a za którymś z kolei razem przeżywamy je niemal beznamiętnie. Proces stopniowego zmniejszania się skali zachwytu i ekscytacji, z jakimi przeżywamy znaczące momenty naszego życia miałby prowadzić niepowstrzymanie do nieznośnej nudy. Nuda jest jak bezsenność – zauważa kanadyjska filozof Christine Overall – kiedy na nią cierpimy marzymy o przychodzącej wraz ze snem utracie świadomości. W domyśle – śmierć miałaby przyjść jak noc… Znudzeni mielibyśmy zamykać na siłę oczy licząc na to, że obrazy znikną, ale one nie znikają, wciąż nieznośnie „czujemy, że żyjemy”. Czyż nie mówi się, że można „zanudzić się na śmierć”? Pytanie czy tak rzeczywiście być musi, czy to raczej sprawa charakteru znudzonych życiem?

Czy istnieje jakieś lekarstwo na „nudę przedłużającej się egzystencji”. Dlaczego zdrowi trzystulatkowie mieliby być znudzeni? Niestety w realnej rzeczywistości nie spotykamy ludzi, którzy dożyliby wieku Makropulos i odpowiedzieli nam na to pytanie. Znani nam ludzie, którzy dożywają długich lat przeżywają raczej frustrację, ponieważ nie są w stanie czynić tego, co z łatwością przychodziło im wcześniej, niż nudę biorącą się z tego, że czynili to zbyt długo. Bywają natomiast znużeni życiem – to jednak nie to samo co nuda. Ludzie starsi patrząc na otaczającą ich rzeczywistość mówią często: to już nie mój świat – mój świat przeminął, bliscy odeszli, pora się pakować… Jeśli zatem nieśmiertelność – czy to dla znudzonych, czy to dla znużonych – miałaby być w jakikolwiek sposób upragniona, musiałaby być egzystencją – już to mentalnie, już to fizycznie – w rzeczywistości zupełnie innego rodzaju niż znane nam życie. Tylko wtedy można mieć nadzieję, że nie ulegniemy znużeniu niekończącego się trwania. Wizję mentalnej zmiany snują ci, zdaniem których znużenie i znudzenie wiążą się z ludzkim charakterem – sądzą, że gdybyśmy mieli dzielić los Makropulos i nadal cieszyć się życiem „tu i teraz”, nasza psychika musiałaby ewoluować wraz z nami, co pozwoliłoby nam odkrywać zupełnie nowe cele i snuć wciąż to nowe plany na przyszłość. Gdyby jednak przyjąć znaczącą zmianę psychiki, niezależnie od zmian, którym podlegamy w trakcie życia, staniemy przed pytaniem o osobową tożsamość wiecznie trwających podmiotów. Będą naszym cielesnym przedłużeniem, ale czy to jeszcze my? I do kogo odnosiłoby się wówczas pragnienie wiecznego trwania? Wydaje się zatem, że to nie zmiana nas, lecz rzeczywistości może stanowić „lekarstwo na znużenie”…

Czyżby zatem skończoność ludzkiego bytu nieodłącznie wiązała się ze śmiertelnością, a nieśmiertelność była nieodłącznie związana z innym niż dostępne nam „tu i teraz” doświadczenie istnienia? Williams zdaje sobie oczywiście sprawę, że ci, którzy mają nadzieję na nieśmiertelność nie na tym świecie pragną żyć wiecznie. Mają nadzieję, że umierając „tutaj” zaczną żyć bez końca „tam”, a będzie to rzeczywistość tak dalece odmienna od obecnej, że nie zaznają nudy Makropulos. Jaka to będzie rzeczywistość? Tego nie wiemy, dana nam obietnica stanowi jedynie, że nie jesteśmy sobie tego w stanie wyobrazić. Mimo to próbujemy sobie wyobrażać, a snute przez nas wizje są częstokroć jeszcze nudniejsze niż nuda Makropulos. Wyobrażamy sobie wiele, ale „tu i teraz” wiemy jedynie, że odchodzimy w mrok. Reszta jest kwestią wiary, a nie wiedzy. Uwikłani w ziemską rzeczywistość mamy bowiem jedynie szansę na doświadczenie śmiertelności, a nie nieśmiertelności.

Wartościowa śmiertelność

To paradoksalne, ale w perspektywie nieśmiertelności śmiertelność może mieć wartość i to również ze zgoła innych powodów niż ucieczka przed ogarniającą nas nudą. Tezy tej broni amerykański filozof Leon Kass, przy czym nie twierdzi wcale, że należy upatrywać dobra w śmierci konkretnego człowieka, lecz że śmiertelność jako taka stanowi w przypadku człowieka wartość. Jeśli ktoś twierdzi, że ludzkie życie byłoby lepsze, gdybyśmy nie musieli umierać, przyjmuje w istocie, zdaniem Kassa, że ludzkie życie byłoby lepsze, gdyby było życiem jakiejś innej niż człowiek istoty. Na obronę swojego stanowiska Kass podaje cztery argumenty – odwołują się one do korzyści jakie miałyby wynikać dla nas z faktu śmiertelności.

Pierwszy z argumentów wskazuje na ograniczony charakter możliwości przeżywania i doznawania przez nas dóbr oraz znużenia związanego z pełnieniem odpowiedzialnych funkcji. Jako taki odwołuje się pośrednio do nudy, udręczona którą Makropulos rezygnuje z nieśmiertelności. Trudno przypuszczać, twierdzi Kass, by wraz z dłuższym życiem – powiedzmy o 20 lat – wzrastała proporcjonalnie przyjemność, jaką z niego czerpiemy. Czy gwiazdy tenisa rzeczywiście cieszyłyby się rozgrywając 25% więcej meczy? Albo czy Don Juan czułby się bardziej usatysfakcjonowany seksualnie, gdyby posiadł w życiu jeszcze 250 kobiet więcej? Czy po doświadczeniach związanych z radościami i trudami wychowywania dzieci rodzice mieliby ochotę przedłużyć te doświadczenia o kolejne 10 lat? Czy za warte przedłużenia o 20 kolejnych lat uznaliby swoje funkcje rektor Uniwersytetu Harvarda lub członek Kongresu?

Postawione pytania nie prowadzą do jednoznacznych odpowiedzi. Rektor Harvardu mógłby powiedzieć: „mam czas, zajmę się czymś innym”. Ileż to ludzi wypełniających od rana do wieczora swoje zawodowe obowiązki marzy o tym, by na emeryturze zająć się czymś zupełnie innym! Polemizujący z Kassem Walker twierdzi, że znudzony Don Juan mógłby dla odmiany zostać mnichem, a znudzony mnich mógłby zostać instruktorem jazdy na nartach. Kass miałby nadto grzeszyć brakiem wyobraźni, ponieważ nie dostrzega, że przeważająca większość ludzi nigdy nie będzie grać w tenisa ani pełnić funkcji rektora. Nawet gdyby uznali nieśmiertelność za nieznośną, stanowią mniej niż 1% populacji. Ubodzy i ciężko pracujący ludzie, przedstawiciele uciskanych mniejszości i obciążeni najróżnorodniejszymi ułomnościami, którzy nie mają w ciągu swojego krótkiego życia szansy na korzystanie z dostępnych innym dóbr, zapewne przyjęliby z radością ofertę dłuższego życia, które mogłoby im przynieść szansę na zmianę losu. Przyniosło albo i nie… Dyskutujący z Kassem autorzy przekonują go, że nigdy nie znudzą się im wizyty w muzeum, słuchanie Wesela Figaro, Wariacji Goldbergowskich lub Tristana i Izoldy.

W drugim z argumentów Kass wskazuje na zależność pomiędzy długością życia a sposobem w jaki je traktujemy i stara się dowieść, że nie traktowalibyśmy swego życia poważnie, gdyby nie ograniczony czas jego trwania, wspierając się, między innymi, słowami psalmisty: „Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca”(Ps 90,12). Kiedy nie musimy liczyć dni, nie cenimy sobie czasu, śmiertelność natomiast sprawia, że traktujemy nasze życie poważnie. Kass przyznaje, że można co prawda wskazać również tego rodzaju formy ludzkiej aktywności, w przypadku których śmiertelność nie stanowi bodźca, a „zyskanie na czasie” mogłoby być czymś zdecydowanie korzystnym (np. zdobywanie wiedzy lub rozwijanie przyjaźni), ale uznaje je za nieliczne wyjątki od korzystnego dla nas ograniczenia naszej egzystencji w czasie.

Trzeci argument odwołuje się do swoistej „wartości przemijania” i jest jeszcze bardziej perswazyjny niż poprzednie. Kass stawia tutaj szereg retorycznych pytań, przy pomocy których chce przekonać czytelnika do swojego stanowiska. Czy piękno kwiatów nie zachwyca nas tym bardziej, im szybciej więdną i usychają? Czy piękno śpiewu wiosennych ptaków nie cieszy nas tak bardzo dlatego, że wyraźniej brzmi na tle poprzedzającej wiosnę zimowej monotonii? Czy śmiertelność nie jest powodem, dla którego staramy się okazać drugim wdzięczność za okazaną nam miłość? Czy z pragnienia pozostawienia czegoś po sobie śmiertelnicy nie stworzyli dzieł sztuki? To świadomość śmiertelności miała inspirować twórców piramid i natchnąć Mozarta do skomponowania Requiem. Ogólnie rzecz biorąc, dopiero świadomość utraty danej rzeczy miałaby nas mobilizować do dostrzeżenia jej wartości. Jeśli chodzi o życie, to śmiertelność miałaby sprawiać, że je sobie cenimy. Krytycy Kassa zwracają uwagę, że być może jeszcze większe dzieła sztuki mogłyby powstać gdybyśmy przezwyciężyli starzenie i umieranie, jeśli zaś chodzi o niedocenianie życia – lepiej go niedoceniać i żyć niż doceniać i umierać!

Śmiertelność – to po czwarte – miałaby być wreszcie szansą na nasze moralne doskonalenie. Świadomi śmiertelności mielibyśmy uwalniać się od przywiązania do biologicznej egzystencji i dostrzegać duchowy wymiar naszego życia. Dopiero wolni od lęku o nasze biologiczne trwanie jesteśmy w stanie bronić wartości, nawet jeśli miałoby to się dokonać kosztem naszego życia.

Kass twierdzi ostatecznie, że śmiertelność nie jest defektem naszej ludzkiej natury, odsłania raczej pragnienie nieśmiertelności. Inna rzecz, że nasza tęsknota za nieśmiertelnością „uwikłana” jest w śmiertelny kontekst. Chcielibyśmy odnaleźć w niej kochanych przez nas ludzi takimi, jakimi ich znaliśmy. Trudno nam myśleć o nieśmiertelności bez nich. Znamy bowiem tylko tę rzeczywistość. Jest cielesna aż do bólu, i to zarówno fizycznego jak i duchowego, który przeżywamy po odejściu bliskich. Myślenie o nieśmiertelnym trwaniu jest związane z nadzieją ponownego z nimi spotkania. Jednocześnie wydaje się – i to niezależnie od religijnego objawienia – że niekończące się trwanie winno być związane z nieskończonym wymiarem towarzyszących mu dóbr. Niekończące się życie Makropulos, nawet jeśli zachowany w nim zostanie warunek osobowej tożsamości, pozostanie śmiertelnie nudne jeśli dostępne jej dobra będą miały skończony charakter. Nie sądzę żebyśmy mogli w skończonym wymiarze znaleźć ostateczną odpowiedź na pytanie o wymiar nieskończony. W projekcie nieskończonego trwania w skończonej rzeczywistości liczba opcji stojących przed Makropulos musiałaby się w końcu wyczerpać.

Czytelnik mógłby w tym miejscu powiedzieć, że przecież nie o niekończące się trwanie w ziemskiej rzeczywistości nam chodzi, kiedy życzymy solenizantowi stu lat i jeszcze dłużej. To oczywiste, przecież doskonale wiemy, że starzenie się i śmierć są czymś nieuchronnym, a uciążliwości związane z podeszłym wiekiem niespecjalnie zachęcają do marzeń o jak najdłuższym życiu. Wprowadzony do filozoficznej debaty przez Williamsa kazus Makropulos zwraca jednak pośrednio naszą uwagę na dwie kwestie: po pierwsze, nawet gdyby udało się nam tak zmodyfikować ludzką naturę, że nadzwyczaj długie życie nie wiązałoby się z zazwyczaj nękającymi seniorów niedogodnościami, nie jest wykluczone, że postępujące znużenie nie pozwoliłoby nam cieszyć się życiem, po wtóre zaś, żywione przez nas pragnienie nieśmiertelności może – jak się wydaje – znaleźć swoje ukojenie jedynie w innej niż skończona rzeczywistości. A argumenty Kassa? Ich siła jest jedynie perswazyjna, co nie zmienia faktu, że zwracają uwagę na istotne cechy naszej natury.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata