70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kiedy jakość i długość życia idą w parze

Większość ludzi odrzuca myśl że czas, jaki pozostaje człowiekowi zdrowemu zanim znacznie pogorszy się jego zdrowie, może być uniezależniony od wieku dzięki przyszłemu postępowi medycyny. Lub innymi słowy: że starzenie się mogłoby być medycznie kontrolowane.

„Gdy coś jest wyjątkowe dobrze zrobione, w samo jego istnienie wpisany jest zamiar ulepszenia wspólnego mianownika, a nie tylko dostosowania się do niego” – Edward Fisher

W przeszłości wyrażałem swoje zastrzeżenia do powtarzanego jak mantra postulatu “kompresji zachorowalności”. Określenie to oznacza opóźnianie wieku, w którym ludziom zaczyna dokuczać wzmożona zachorowalność na choroby, ale bez wydłużania ogólnej długości życia. Miałoby to ostatecznie doprowadzić do skrócenia okresu złego stanu zdrowia u osób starszych. Od tamtego czasu wspomniany sposób myślenia uparcie się rozpowszechnia, a moja irytacja rośnie. Dlatego postanowiłem wrócić do tego zagadnienia, żeby jeszcze raz wytłumaczyć mój sceptycyzm.

Jednym z najbardziej stresujących wymiarów współczesnej opieki medycznej – mimo nieuchronnego postępu w rozwijaniu coraz lepszych sposobów leczenia wszelkich chorób – jest rozdzielanie środków przeznaczonych na leczenie, które są w znacznym stopniu niewystarczające na pokrycie wszystkich potrzeb. Ci z nas, którzy uczestniczą w rozdzielaniu uczelnianych grantów albo nimi zarządzają, są nieustannie stawiani przed podobnym wyzwaniem przyznawania środków na badania tylko najlepszym projektom. Jeśli wydaje się nam niekiedy, że stawia to nas w niezwykle trudnym położeniu, polecam, żeby sobie wyobrazić, o ile gorzej mają ci, od decyzji których zależy życie ludzi, a nie tylko wynagrodzenia dla badaczy.

W jaki sposób podejmowane są takie decyzje? Oczywiście zależą od wielu czynników. Jednak główną rolę odgrywa zwykły utylitaryzm: pacjentom przyznaje się pierwszeństwo w oparciu o to, jak wielką korzyść można osiągnąć za określoną sumę wydaną na leczenie. Żeby uściślić – ktoś musi być tak chory, że nie wyzdrowieje bez pomocy medycznej, ale nie aż tak chory, żeby szybko umrzeć, nawet jeśli pomoc zostanie udzielona.

To pozornie proste złożenie komplikuje się jednak, kiedy rozpatrzymy wpływ wieku potencjalnego pacjenta na podejmowanie omawianych decyzji. Tę komplikację można zamknąć w jednym słowie: współwystępowanie. Osoby starsze cierpią zazwyczaj na więcej niż jedną chorobę, a jeśli nie, to niedługo będą. To oznacza, że jeśli dwóch pacjentów w różnym wieku jest dotkniętych chorobą w mniej więcej równym stopniu, starszy z nich prawdopodobnie skorzysta na leczeniu mniej, ponieważ niezwiązane z tą chorobą problemy medyczne pojawią się u niego szybciej, niż u osoby młodszej. Innymi słowy, przy założeniu, że pod wszystkimi pozostałymi względami jesteśmy równi, podejście utylitarne nakazuje przyznanie ludziom młodym pierwszeństwa przed starszymi w podziale środków przeznaczonych na opiekę medyczną.

Istnieje jednak również konkurencyjna dla utylitaryzmu zasada etyczna – egalitaryzm. Czujemy się np. dumni, kiedy udaje się nam zapewnić osobom z niepełnosprawnością ruchową takie otoczenie architektoniczne, w którym mogą się swobodnie poruszać. Podobnie w kwestii osób starszych, współczesne społeczeństwa zachodnie wypracowały stanowisko, które jednoznacznie stwierdza, że „starsi ludzie to też ludzie”. To zaś powinno pociągać za sobą pominięcie kryterium wieku w przyznawaniu środków na leczenie. W praktyce jednak utylitaryzm góruje nad egalitaryzmem w tej dziedzinie. Jest kwestią dyskusyjną, czy można to uzasadnić na gruncie etyki, ale taki wybór został podjęty przez nasze społeczeństwa. Dodatkowo jest on wzmacniany przez to, że ogromna większość ludzi starszych się z nim zgadza, mimo że stają się oni „ofiarami” takiej polityki.

To przybliża nas do głównego pytania, które chciałbym tu zadać. Jak utylitaryzm kształtuje priorytety, którymi kierujemy się w myśleniu nie tylko o dzisiejszym sposobie leczenia, ale też w myśleniu o terapiach jutra? Uważam, że odpowiedzi na to pytanie, szczególnie te pochodzące od gerontologów, w większości opierają się na poważnym błędzie logicznym.

Podawana najczęściej odpowiedź głosi oczywiście, że powinniśmy dążyć do „kompresji zachorowalności”. Za taką odpowiedzią stoi przeświadczenie, że idealne życie składa się z przyjemnie długiego okresu życia w dobrej formie, po którym następuje tak krótki, jak to możliwe, etap pogorszenia stanu zdrowia tuż przed śmiercią. Ale za tym dążeniem ukryte jest jeszcze jedno założenie – „przyjemnie długie” życie nie powinno oznaczać nienaturalnie długiego, a jedynie takie, które wpisuje się w normalny jego zakres. Innymi słowy, w ten tok rozumowania wpisane jest założenie, że im dłużej ktoś już żył, jakkolwiek byłby nadal zdrowy, tym mniejsze jest jego prawo do terapii mogących przedłużyć jego życie w zdrowiu jeszcze bardziej.

Taki porządek, jak – mam nadzieję – widać, nie wypływa z założeń utylitaryzmu. Byłoby to możliwe tylko w przypadku, gdybyśmy założyli, że ludzie, którzy przeżyli już wiele lat, niejako z definicji są mniej zdolni do czerpania radości z życia, które jest jeszcze przed nimi, niż ludzie młodsi. A trzeba stanowczo powiedzieć, że byłoby to założenie kontrowersyjne.

Ale jeszcze bardziej zastanawia mnie, dlaczego ten prosty błąd popełniany jest tak często. Być może należy to tłumaczyć tym, że ludzie jednak mają wrodzoną tendencję do dyskryminacji starszych, ponieważ czują, że czynnik „sprawiedliwości” powinien odgrywać jakąś rolę w rozpatrywaniu praw różnych grup, a co za tym idzie, że młodzi zasługują na więcej życia, bo nie mieli go jeszcze aż tak dużo. Uważam jednak, że główna przyczyna jest inna, bardziej zdradliwa i odwołuje się znowu do argumentu współwystępowania chorób. Większość ludzi po prostu odrzuca myśl – nawet jeśli proszeni są, żeby ją rozważyć jedynie na potrzeby dyskusji – że czas, jaki pozostaje człowiekowi zdrowemu zanim znacznie pogorszy się jego stan zdrowia, może być uniezależniony od wieku dzięki przyszłemu postępowi medycyny. Lub innymi słowy: że starzenie się mogłoby być medycznie kontrolowane. Odrzucanie takiej możliwości prowadzi zaś do wniosku, że wydłużanie okresu zdrowia staje się coraz mniej możliwe wraz ze wrastającym wiekiem pacjenta i dlatego utylitaryzm faworyzuje opiekę nad młodymi, nawet jeśli starsi nie wykazują żadnych oznak choroby.

Jeszcze gorsze wydaje się przeświadczenie, że wszystko jest w porządku z postulatem „kompresji zachorowalności”, bo bycie zdrowym dłużej oznacza bycie chorym krócej. Może to być prawdą w określonych okolicznościach, ale myśląc o przyszłości, trudno mieć pewność, że taka sytuacja stanie się zasadą. Nawet dzisiaj taka diagnoza byłaby nie do obronienia, a za przykład można podać choćby epidemię choroby Alzeimera, która niejako jest wynikiem naszych sukcesów w pokonywaniu innych chorób, które do niedawna zabijały ludzi o wiele szybciej niż alzheimer (wśród dużych sukcesów można wymienić np. leczenie choroby wieńcowej). Z całą pewnością ludzie cieszą się zdrowiem dłużej, niż 50 lat temu, jednak średni okres gorszego zdrowia pod koniec życia nie stał się przez to krótszy, a według niektórych wskaźników nawet się wydłużył.

Na zakończenie pozwolę sobie przedstawić moje stanowisko w jeszcze inny sposób. Widzę rozdźwięk między wyborami, jakich dokonujemy, i stawianymi sobie celami. W dzisiejszym świecie rzeczą niekwestionowaną jest to, że należy wybierać między jakością a długością życia, choćby z tego względu, że tak wiele współczesnych przyjemności jest niezdrowych. Jednak jeśli chodzi o priorytety badań naukowych, ten konflikt jest zupełnie nieistotny. Powinniśmy w nich raczej kierować się wpływem, jaki jakość życia (którą możemy na razie zdefiniować jako równoznaczną z jakością zdrowia) ma na wartość dalszego życia, a przez to jak przekłada się na pożądaną jego długość. A jest oczywiste, że ten wpływ będzie pozytywny, nie negatywny! Ujmując to jeszcze krócej: im zdrowszy jest człowiek i im zdrowszy może pozostać, tym ciężej powinniśmy pracować nad tym, aby tę możliwość zrealizować. Kiedy zastanawiamy się nad celami, wybór jakości życia nie oznacza rezygnacji z jego długości. Wręcz przeciwnie, są one dwiema stronami tego samego medalu.

Tekst pochodzi z pisma „Rejuvenation Research” 2011, t. 14, nr 6, s. 583-584. Dziękujemy Autorowi za zgodę na publikację

Tłumaczyła Marzena Zdanowska

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata