70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Równość pochyła

Obietnice tolerancji dla religijnego sprzeciwu wobec homoseksualizmu, które zostały udzielone w brytyjskiej debacie parlamentarnej na temat związków partnerskich, okazały się w wielu przypadkach pustosłowiem. Najbardziej jaskrawym przykładem była historia katolickich ośrodków adopcyjnych, które w kwietniu 2007 r. dostały 21-miesięczne ultimatum na zmianę swoich wewnętrznych przepisów tak, aby o adopcje mogły się u nich ubiegać pary pozamałżeńskie, w tym jednopłciowe.

Poszerzanie praw osób homoseksualnych w Wielkiej Brytanii w ostatniej dekadzie zbiegło się w czasie z postępującą marginalizacją chrześcijaństwa w tym kraju. Wielu chrześcijan uważa, że pierwszy proces prowadzi do drugiego albo przynajmniej to drugie zjawisko przyspiesza. Były zwierzchnik Kościoła anglikańskiego George Carey mówi wprost, że za przyjętym przez Izbę Gmin w lutym projektem małżeństw jednopłciowych kryje się agresywna świecka agenda. Równość praw dla odmiennych orientacji seksualnych brytyjskim chrześcijanom jawi się bardziej jako równia pochyła, po której sami zaczynają się staczać.

Ten dramatyczny ton może zaskakiwać w kraju, w którym anglikanizm jest nadal religią państwową. Pokazuje jednak także skalę problemów, z którymi przychodzi się borykać brytyjskim chrześcijanom. Według najnowszego sondażu przeprowadzonego przez firmę ComRes dwie trzecie z nich uważa się za prześladowaną mniejszość. Rodzi się pytanie, dlaczego właśnie emancypacja homoseksualistów wywołuje to poczucie zagrożenia. Czy poszerzanie praw tej społeczności musi koniecznie jakoś ograniczać swobody religijne?

W lutym 2012 r. grupa Chrześcijanie w Parlamencie (Christians in Parliament), skupiająca posłów i lordów z trzech głównych partii i należących do różnych Kościołów, przeprowadziła dochodzenie w sprawie stanu chrześcijańskich praw w Wielkiej Brytanii. W opublikowanym raporcie autorzy co prawda odrzucili tezę o prześladowaniach chrześcijan, niemniej jednak ostrzegli, że przestrzeń dla wyrażania przekonań religijnych dramatycznie się skurczyła, obarczając za to winą zmiany społeczne i prawne w ostatnich latach. Bliżej opisał ten proces jeden z przesłuchanych przez parlamentarzystów świadków, Dan Boucher, z organizacji charytatywnej CARE. Jego zdaniem przestrzeń swobód religijnych zawężają nie tylko restrykcyjne przepisy np. kodeksu pracy, ale także wpływa na to konflikt pomiędzy prawami orientacji seksualnych, z jednej, a wolnością religijną, z drugiej strony. Według Bouchera ten konflikt prowadzi nie tylko do spychania chrześcijańskiej wizji etyki seksualnej do sfery prywatnej, ale także – w sferze publicznej – prowadzi do stawiania chrześcijan pod przysłowiową ścianą, czyli do zmuszania ich do wyboru pomiędzy nową państwową ortodoksją, a np. utratą pracy czy licencji.

Nietolerancja dotyka zarówno osób indywidualnych, jak i zbiorowej aktywności świeckich. Dotyka także innych religii, w tym islamu. Islam jest przypadkiem szczególnym i drażliwym: media, niezwlekające z krytyką całego Kościoła katolickiego w przypadku grzechu księdza, nie przejawiają podobnego instynktu generalizacji w przypadku antypaństwowych zapędów ekstremistycznego, lokalnego imama. Powszechna brytyjska tolerancja wobec nakryć głowy muzułmańskich dziewcząt i kobiet, nawet w szkołach, instytucjach państwowych czy prywatnych firmach, nie zawsze znajduje odbicie w stosunku tychże placówek do symboli wiary chrześcijańskiej. Wreszcie islam, podobnie jak inne religie przeniesione na grunt brytyjski przez relatywnie niedawne, postkolonialne fale imigranckie, nie stanowi centralnego obiektu ataków „agresywnego sekularyzmu”. Kluczowym celem tej nagonki jest chrześcijaństwo, w każdej postaci, bez względu na to, czy broni swoich prawd wiary, czy też służy dobru ludzi spoza swoich „szeregów”, a zatem dobru publicznemu. Kiedy pielęgniarka oferuje pacjentce, że się za nią pomodli i zostaje za to dyscyplinarnie zawieszona, jak baptystka Caroline Petrie w zachodniej Anglii w 2009 r., to znaczy, że Rubikon został już przekroczony.

Wspomniana wyżej nietolerancja odnosi się do wszelkich przejawów realnego, domniemanego, a często wyimaginowanego konfliktu pomiędzy religią i prawem. Ma ona źródła – jak wskazują w swoim raporcie chrześcijańscy posłowie i lordowie – w powszechnym religijnym analfabetyzmie i jest podsycana przez podobnie ignoranckie przedstawianie problemów wokółreligijnych przez media. Najjaskrawszym jej przejawem jest całkowita dezaprobata czy wręcz tępienie chrześcijańskiego rozumienia instytucji i sakramentu małżeństwa jako wyjątkowego i wyłącznego związku jednej kobiety i jednego mężczyzny. Za narzędzie służy tu ustawa o związkach partnerskich i ustawa o równości z jej przepisami wykonawczymi. Jest to jednak tylko przygrywka przed aktem końcowym.

Pomimo protestów Kościołów różnych wyznań i ogólnonarodowej petycji, podpisanej przez 650 tys. obywateli, brytyjska Izba Gmin, stosunkiem głosów 400 do 175, przyjęła na początku lutego nowy projekt ustawy, znoszący wyłączność małżeństwa dla par płci przeciwnej. Projekt, zgłoszony przez konserwatywny rząd premiera Davida Camerona, trafił do Izby Lordów, która ma się nim zająć w najbliższych miesiącach. Oznacza to, że ustawa nie została jeszcze uchwalona i może być poprawiona, ale jej ostateczna aprobata jest wysoce prawdopodobna, o ile nie przesądzona.

Konfrontacja wartości

Proces przyznawania praw małżeńskich parom homoseksualnym w różnych krajach świata, od Argentyny po Nową Zelandię, postępuje bezustannie, choć skokowo, i można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z nieodwoływalną, zdeterminowaną ewolucją, która – prędzej czy później – doprowadzi do ujednolicenia prawa w całym demokratycznym świecie.

W Wielkiej Brytanii adwokaci legalizacji małżeństw jednopłciowych chętnie prezentują swoją kampanię w tych właśnie kategoriach: cywilizacyjnego postępu; kolejnego logicznego i moralnie niepodważalnego kroku, po zniesieniu niewolnictwa, politycznej emancypacji kobiet czy abolicji segregacji i dyskryminacji rasowej. W tym kontekście opozycja jawi się jako wyrazicielka uprzedzeń i zabobonu, wywołując proporcjonalnie ostre kontrreakcje: potępienie, pogardę, czy – w skrajnych przypadkach – wręcz agresję. Odbiorcami najgorszych przykładów nienawistnej korespondencji byli oponenci nowej ustawy: konserwatywny poseł David Burrowes i anglikański arcybiskup Yorku, John Sentamu.

Warto pamiętać, że taki jest społeczny i polityczny kontekst reformy prawa w Wielkiej Brytanii, postępującej stopniowo od czasu obniżenia wieku legalnych aktów homoseksualnych, i wprowadzenia adopcji przez konkubinaty w 2002 r. Ta zmiana prawna otworzyła drogę do adopcji również dla par homoseksualnych, tym samym oficjalnie nadając im status instytucji społecznie użytecznych. Z jednej strony reformy wspierają główne partie polityczne, prawie wszystkie media, i – według niektórych sondaży, krytykowanych za uprzedzenia – większość społeczeństwa, w tym wyraźna większość młodszego pokolenia. Z drugiej zaś strony – jak to sugerują zwolennicy zmian – rywalami są starsi wiekiem reprezentanci Kościołów chrześcijańskich, którzy bronią rzekomo straconego i moralnie skompromitowanego stanowiska.

Według rzecznika Koalicji na rzecz Małżeństw, grupy lobbingowej, która powstała, aby wyrazić społeczny głos sprzeciwu wobec zmiany w prawie małżeńskim i która zorganizowała petycję w obronie małżeństwa, rząd w Londynie niesłusznie odwołuje się do tego stereotypu przeciwnika reformy: starszego chrześcijanina z klasy średniej. Jak powiedział mi Andrew Collinson, wśród 650 tys. dotychczasowych sygnatariuszy petycji w obronie status quo, znaczną grupę stanowią muzułmanie, sikhowie czy ateiści; generalnie ludzie reprezentujący przekrój grup wiekowych i dochodowych. Politycznym wyrazicielem opinii przeciwników reformy jest połowa konserwatywnych parlamentarzystów, niezgadzających się z oficjalną linią partii; dalej protestancka partia z Ulsteru, i wreszcie pojedynczy posłowie z pozostałych stronnictw w Izbie Gmin.

Jeszcze we wczesnych latach 90. publiczne dyskusje w brytyjskim radiu i telewizji na temat praw gejów często prowadziły do sporów pomiędzy ich uczestnikami na temat akceptowalności samego homoseksualizmu. W pewnym momencie, na początku ubiegłej dekady, ton debaty dramatycznie się zmienił. Moralna dezaprobata homoseksualizmu, choćby z autentycznych pobudek religijnych, praktycznie zniknęła z publicznego dyskursu, a pojedyncze głosy sprzeciwu spotykają się odtąd z wyrażanym głośno oburzeniem, i automatycznym przypinaniem łatki „homofoba” – terminu, który szybko zyskał status i wydźwięk równy „rasiście” czy „antysemicie”.

Nowa era i represje

Istotna cezurę stanowią dwa akty prawne uchwalone w niewielkim odstępie czasu: ustawa o jednopłciowych związkach partnerskich z 2004 r. i ustawa o równości z 2006. Pierwsza unormowała homoseksualne związki cywilne, nadając im nie tylko formę prawną, ale ostatecznie uznając ich de facto równość związkom małżeńskim, we wszystkim oprócz nazwy. Druga wprowadziła szereg szczegółowych zapisów, gwarantujących równe traktowanie m.in. osób o odmiennej orientacji płciowej w życiu zawodowym i prywatnym, w administracji państwowej, w usługach czy w stowarzyszeniach. Jej zasięg poważnie ograniczył obszary życia społecznego, gdzie homoseksualizm byłby w jakikolwiek sposób izolowany, ganiony czy dyskryminowany. Jednym słowem: organizacji religijnych.

Przyjrzyjmy się na moment pierwszej z reform. W przeciwieństwie do odrzuconych w Polsce projektów ustaw o związkach partnerskich osób tej samej i przeciwnej płci, w Anglii i Walii związki te stworzono tylko dla homoseksualistów. Związki partnerskie zrównały przywileje homoseksualnych par z małżeńskimi, dając tym pierwszym pełne prawa majątkowe i spadkowe, włącznie z wypłatą ubezpieczenia na życie w wypadku śmierci partnera; prawa rodzicielskie obejmujące dzieci partnera czy partnerki z wcześniejszych związków; prawo do przyjęcia lub dodania nazwiska partnera itd. Nowe związki zostały zaprezentowane w czasie ówczesnej debaty parlamentarnej jako kompromis pomiędzy nową tendencją i tradycją. Ta interpretacja doprowadziła to złagodzenia oporów niektórych posłów konserwatywnych, ale nie zmieniła opinii przedstawicieli największych religii na Wyspach, którzy ostrzegali, że jest to tylko krok na drodze do dekonstrukcji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety.

Niepokój hierarchów kościelnych był uzasadniony, ponieważ obietnice i gwarancje tolerancji dla religijnego sprzeciwu wobec homoseksualizmu, które zostały udzielone lub zasugerowane w debacie parlamentarnej na temat związków partnerskich, okazały się w wielu przypadkach pustosłowiem. Ustawa o równości z 2006 r., a zwłaszcza jej przepisy wykonawcze z 2007 r. nie pozostawiły wątpliwości co do konieczności podporządkowania się obowiązującej linii. Najbardziej jaskrawym przykładem była historia katolickich ośrodków adopcyjnych, które w kwietniu 2007 r. dostały 21-miesięczne ultimatum na zmianę swoich wewnętrznych przepisów tak, aby o adopcje mogły się u nich ubiegać pary pozamałżeńskie, w tym jednopłciowe. Państwo nie odwoływało się do szantażu finansowego, ponieważ ośrodki te nie otrzymywały pieniędzy budżetowych, utrzymując się wyłącznie z datków i dotacji Kościoła katolickiego. Jedyną groźbą, jaką użyto, było to, że dalsze dyskryminowanie w świadczeniu usług równałoby się z łamaniem prawa, co pociągnęłoby za sobą przymusową likwidację.

Po próbie kontestacji tego nakazu i bezskutecznym odwoływaniu się do paragrafu w ustawie, który teoretycznie gwarantuje możliwość utrzymania ograniczonej dyskryminacji orientacji seksualnej w uzasadnionych przypadkach, 12 agencji zaprzestało działalności adopcyjnej, przekształcając się w świeckie biura, podporządkowane literze ustawy, lub poświęcając się innej działalności społecznej. Do 2010 r. z ustawą walczyła agencja Catholic Care z diecezji w Leeds w północnej Anglii, która zajmowała się adopcją od 140 lat. Jednym z jej argumentów było to, że prowadziła adopcje dzieci trudnych, odrzuconych we wcześniejszych próbach adopcyjnych w państwowych instytucjach, do których mogli się także zgłaszać geje. W Szkocji, jeden z dwóch tamtejszych katolickich ośrodków adopcyjnych, St. Andrews Children’s Society w Edynburgu, dał za wygraną i zerwał formalne więzy z Kościołem, aby kontynuować działalność już jako organizacja niekatolicka. Ostatni przyczółek, St.Margaret’s Centre w Glasgow, nadal prowadzi walkę o prawo do działania pod katolickim szyldem, w wierności nauce Kościoła. Do tego przypadku wrócimy poniżej.

Organizacje kościelne próbowały argumentować, że działalność ośrodków, kierujących swoją ofertę wyłącznie do par małżeńskich, jest dopuszczalna w świetle ustawy o równości. Opiera się bowiem na nauce Kościoła, a zatem spełnia warunki zawartego w ustawie wyjątku, który gwarantuje im wolność religijną. Dyskryminacja płciowa nadal przecież w pewnych wypadkach jest tolerowana i jest legalna; np. żeńskie klasztory mają prawo dyskryminować męskich kandydatów. Trudniejszym zadaniem okazało się argumentowanie prawa do uszanowania przekonań religijnych jednostek funkcjonujących w życiu społecznym, zwłaszcza w instytucjach publicznych. Urzędniczka udzielająca ślubów w urzędzie stanu cywilnego w londyńskiej dzielnicy Islington, Lillian Ladele, popadła w konflikt ze swoim pracodawcą po tym, jak odmówiła rejestrowania związków partnerskich ze względów światopoglądowych. Została zwolniona z pracy i odwołała się do kolejnych sądów. Jej historię zakończył wyrok Trybunału Europejskiego, który uznał legalność decyzji o zwolnieniu. Do Strasburga może jeszcze trafić sprawa państwa Bullów z Kornwalii, którzy odmówili pokoju w swoim pensjonacie homoseksualnej parze, argumentując, że udzielają gościny w dwuosobowym pokoju tylko parom małżeńskim. Ostatni wyrok angielskiego sądu w ich sprawie nakazuje im wypłatę odszkodowania ich niedoszłym klientom.

Nie ma wątpliwości, że ustawa o równości, nowelizowana w 2010 r., będzie egzekwowana surowo i zgodnie z literą prawa. Organizacje progejowskie, takie, jak OutRage!, prowadzą w tej sprawie ścisły i skoordynowany monitoring, identyfikując ośrodki potencjalnego oporu i wspierając precedensowe sprawy sądowe. Podobnie Brytyjskie Stowarzyszenie Humanistyczne na stronie internetowej zachęca swoich sympatyków do obserwowania, notowania i informowania ich o przypadkach świadczenia usług publicznych przez organizacje religijne. Podobnie prosi o monitoring ogłoszeń o pracę i donoszenia im, jeśli oferty będą wymagać przynależności do jakiegoś kościoła. Świeckie Towarzystwo Narodowe, organizacja walcząca o całkowitą sekularyzację życia publicznego, prowadzi otwartą kampanię przeciwko wszelkim przejawom religijności w życiu publicznym, argumentując m.in. za upaństwowieniem szkół wyznaniowych (które i tak gwarantują dostęp do nauki wszystkim dzieciom i ograniczają się do symbolicznego prozelityzmu; np. w jednej z anglikańskich szkół w Londynie 75% uczniów to muzułmanie), a także za odebraniem wszelkich klauzul wyłączenia, przyznanych Kościołom w ustawie z 2010 r.

Paradoksalnie, ustawa ta zakazuje dyskryminacji przekonań religijnych, ale ewidentnie w dość zawężonym sensie. Rzeczywistość sądowa wskazuje, że publiczne wyznanie wiary prędzej prowadzi do kłopotów niż do uzyskania ochrony prawa przed antyreligijnie motywowanymi oskarżeniami o jego łamanie. Dwa lata temu londyński Sąd Najwyższy uznał, że małżeństwo Johnsów z Derby, nie może tworzyć rodziny zastępczej, ponieważ państwo Johns uważają homoseksualizm za grzech. Zdaniem dyrektor Chrześcijańskiego Centrum Prawnego, wspierającego chrześcijan w procesach o wiarę, Andrei Williams, sądy interpretują ustawę o równości w sposób, który przyznaje pierwszeństwo prawom związanym z orientacjami seksualnymi przed prawami wynikającymi z religijnych czy filozoficznych przekonań. Tam, gdzie rzecz dotyczy „wyrażania tychże przekonań”, chrześcijanie, według Williams, są traktowani najgorzej.

Pogoń za równością, w pewnych kwestiach uzasadniona moralnie i historycznie często inicjowana lub wspierana przez chrześcijan, w ostatnich czasach obraca się przeciw nim samym, sprawiając wrażenie, jakby wprowadzano nowe kategorie równych i równiejszych.

Ostatni przyczółek

Powróćmy do sprawy szkockiego ośrodka adopcyjnego św. Małgorzaty. Placówka przetrwała nawałnicę nowych regulacji z 2007 r., przyjmując w swoim statucie organizacji charytatywnej zapis, że prowadzi działalność „zgodnie z nauką Kościoła katolickiego”. Jak powiedział mi Neil Addison, katolicki prawnik, specjalista w dziedzinie dyskryminacji, i obrońca w sprawach wyznaniowych, jest to inna formuła niż ta, którą przyjęły ośrodki w Anglii. Na dodatek zapis taki odpowiada dokładnie zaleceniu, jakie wydał papież Benedykt XVI w Liście Apostolskim O posłudze miłości, w listopadzie zeszłego roku, w którym pisze, że: „trzeba zagwarantować, aby kierowanie (…) działalnością odbywało się zgodnie z wymogami nauki Kościoła”. Zdaniem Addisona, prawo daje instytucjom charytatywnym zielone światło na zawężanie pola swoich odbiorców, zgodnie z intencjami darczyńców, w tym wypadku Kościoła. Można np. stworzyć fundację wspierającą polskich studentów w Wielkiej Brytanii, która z definicji będzie dyskryminować studentów innych narodowości. Ta interpretacja najwyraźniej dotąd obowiązywała. Póki co, St. Margaret’s Centre nie tylko nadal działa, oferując adopcje wyłącznie parom małżeńskim z dwuletnim stażem, ale osiąga lepsze rezultaty niż ośrodki państwowe, odnotowując np. niższy procent nieudanych adopcji, pomimo koncentrowania się na trudniejszych przypadkach dzieci starszych.

Nad przyszłością edynburskiego centrum zawisły jednak ciemne chmury, odkąd przed rokiem skargę przeciw niemu wniosło wspomniane wyżej Świeckie Towarzystwo Narodowe. Towarzystwo zgłosiło zarzut dyskryminowania osób homoseksualnych, z którym zgodził się departament rządu Szkocji, odpowiedzialny za zarządzanie organizacjami charytatywnymi. Ośrodek adopcyjny dostał 3 miesiące na zmianę statutu, pod groźbą skreślenia z rejestru fundacji charytatywnych, a departament orzekł w uzasadnieniu, że wobec szkodliwości stwierdzonej dyskryminacji nie znajduje w działalności ośrodka „pożytku publicznego”. Sprawa dopiero teraz wejdzie w fazę sądową, która bez względu na rezultat, pochłonie ogromne pieniądze z budżetu stworzonego przecież dla niesienia pomocy dzieciom. Na dodatek skargi nie zgłosił nikt faktycznie pokrzywdzony. To przypadek czysto teoretycznej dyskryminacji, jak komentuje Neil Addison, który sam nie prowadzi tej sprawy. Jego zdaniem podstawowym problemem z ustawą o równości w jej formie z 2010 r. jest jej wieloznaczność, pełna sprzeczności, pozwalających na różne interpretacje. „Istotą prawa – mówi – jest to, że powinno dawać nam pewność, a w tym przypadku tak nie jest”.

Ta niejasność, mętność prawa jest jednym z dodatkowych, ale kluczowych zarzutów stawianych przez przeciwników projektu ustawy o jednopłciowych małżeństwach. Nie dość, że propozycja trafiła do parlamentu bez rutynowej procedury: bez jej zapowiedzi w programach wyborczych partii, bez odpowiedniej konsultacji, bez wstępnych etapów itd.; to na dodatek tempo jej przeprowadzania oznacza, że jest niedopracowana. Projekt ma na celu rzekome usunięcie nierówności, a w istocie nierówności pogłębia. Ma otworzyć instytucję małżeństwa dla homoseksualistów, ale nie będzie działać w drugą stronę, a zatem para gejów będzie mogła albo wstąpić w związek partnerski, albo małżeński; ale tego wyboru nie będzie miała para żeńsko-męska. Na dodatek prawnicy rządowi nie zdołali ustalić definicji „stosunku płciowego” w przypadku par homoseksualnych i w związku z tym termin konsumacji w przypadku tych związków nie może zostać użyty. Idąc dalej, nie ustalono też, co ma stanowić podstawę „cudzołóstwa” w przypadku pozamałżeńskiej relacji z osobą tej samej płci. A zatem przyjęto kompromis, polegający na tym, że mężczyzna może – w sensie prawnym – zdradzić współmałżonkę lub współmałżonka (w zależności od typu zawartego związku) tylko z kobietą, ale nie z mężczyzną. I odwrotnie, kobieta może popełnić „prawne” cudzołóstwo tylko z mężczyzną.

Interesujące są też konkluzje: zdrada małżeńska, jako podstawa do rozwodu, w dotychczasowej praktyce podstawowy powód jego przyznania, najprawdopodobniej straci sens w ogóle, jak twierdzą specjaliści. A po drugie, powyższe zawiłości prowadzą do defenestracji idei równości obu typów związków. Jak powiedział Andrew Collinson z Koalicji na rzecz Małżeństwa, termin „równość” z tajemniczych powodów zniknął ostatnio z rządowych dokumentów w tej sprawie.

Religia do lamusa

Przeciwnicy reformy od początku argumentowali, że równość traktowania przez prawo zapewniły parom homoseksualnym już związki partnerskie, a nowa debata dotyczy przede wszystkim niedopowiedzianego przedefiniowania samego małżeństwa, bez oglądania się na jego głównych, potencjalnych beneficjentów, czyli dzieci. Biorąc jednak pod uwagę arytmetykę parlamentarną, oponenci skupiają się na uzyskaniu klauzul wyłączenia czy organiczeń w zastosowaniu ustawy. Rząd zapowiada wprowadzenie tzw. „gwarancji poczwórnego zamka”, czyli zestawu zapisów, które stawiają Kościół anglikański poza kompetencjami ustawy, a pozostałym wyznaniom przyznają prawo decydowania, czy się do nowych zwyczajów dołączyć, czy też nie. Nowe małżeństwa, dostępne dla homoseksualistów, mają więc być wyłącznie instytucjami prawnymi, a nie kościelnymi, czyli odpowiednikiem polskich małżeństw cywilnych. To jednak nie rozwiewa wątpliwości. Przeciwnie.

Opinię prawną w tej sprawie wydał Aidan O’Neill, prawnik w najwyższej randze Queen’s Councel, rozpatrując kilka możliwych sytuacji i scenariuszy. Jego zdaniem prawo nie ochroni przed zwolnieniem z pracy nauczyciela, który odmówi korzystania w klasie z materiału, zalecanego przez lokalne władze edukacyjne, np. kolorowej książeczki dla klas początkujących pt. Król i król, Lindy de Haan i Sterna Nijlanda. Jest to historia księcia, któremu królowa-matka nie może znaleźć odpowiedniej żony, ale który zakochuje się od pierwszego wejrzenia i z wzajemnością w pięknym królewiczu, po czym pobierają się i żyją długo i szczęśliwie. Książeczka już jest na liście pozycji zalecanych przez państwowe instytucje w Anglii.

Według opinii O’Neilla szkoła będzie mogła zgodnie z prawem odrzucić prośbę rodziców występujących o wycofanie dziecka z lekcji o jednopłciowych małżeństwach. Podobnie szkoła nie będzie mogła odmówić uczenia dzieci o tych związkach, ponieważ prawo nakaże jej wdrażanie programu, którego elementem jest propagowanie rodziny i małżeństwa, także w jego nowym rozumieniu. O’Neill przewiduje też konsekwencje pośrednie – np. jeśli parafia wynajmuje salę od rady gminnej, a ktoś złoży w tej sprawie skargę, argumentując, że jest to organizacja antygejowska, to rada będzie miała prawo odmówić parafii wynajmu na tej podstawie.

Neil Addison dodaje, że sprzeciw Kościołów wobec małżeństw tej samej płci może w konsekwencji doprowadzić do tego, że ta „nielegalna” sytuacja wymusi całkowite rozdzielenie instytucji sakramentalnego małżeństwa kościelnego od jego cywilnego odpowiednika. A zatem np. katoliccy nowożeńcy będą musieli osobno złożyć podpis w urzędzie, a osobno przysięgać przed ołtarzem. Dojdzie zatem do odwrócenia zmian, przeprowadzonych w Polsce po upadku komunizmu.

To są oczywiście interpretacje, ale dotychczasowa praktyka skłania stronę katolicką i innych oponentów do nieufności. Momentami brytyjscy katolicy mają wręcz poczucie, że znaleźli się w oblężonej twierdzy. Neil Addison, który broni osób prześladowanych za przekonania religijne i filozoficzne, ma na koncie parę sukcesów. W 2011 r. obronił przed zwolnieniem parę pielęgniarek, które odmówiły pracy w klinice aborcyjnej szpitala, które je zatrudniał. Mimo to ujmuje sytuację katolików tak: „Zbliżamy się właściwie do podobnej sytuacji jak w Związku Sowieckim. Tam też panowała teoretyczna wolność wyznania, ale towarzyszyła jej zjadliwa antyklerykalna propaganda”. Addison tłumaczy, że jest to podejście nie tylko obce kulturze Zachodu, ale nieznane w angielskim prawie od czasu przywrócenia praw katolikom w 1829 r., po kilku stuleciach prześladowań. Po czym dodaje: „Dzisiaj wolność religijna w Wielkiej Brytanii oznacza to, że wolno ci pójść do kościoła. I to wszystko.”

Powróćmy do pytań postawionych na początku – dlaczego emancypacja związków homoseksualnych budzi niepokój chrześcijan i czy prawa obu grup muszą się koniecznie wykluczać? Powyższe przykłady są świadectwem realnych ograniczeń, jakim poddana została wolność religijna w Wielkiej Brytanii od czasu i wskutek nadania praw związkom osób tej samej płci. Do erozji przestrzeni religijnej w życiu społecznym przyczyniły się niekorzystne dla chrześcijan wyroki sądowe. Według Dana Bouchera z CARE chrześcijanie, którzy dawniej „uczestniczyli w kształtowaniu prawa dla dobra ogółu, zgodnie z chrześcijańskimi zasadami, muszą teraz bronić się przed prawem, które samo usiłuje zmieniać organizacje religijne i samych wiernych, nakazując im, co mogą robić, kogo zatrudniać i co mówić”.
W tym kontekście osoby wierzące postrzegają nową ustawę o małżeństwach jednopłciowych jako dalsze zagrożenie dla swoich praw. W liście otwartym, podpisanym w styczniu tego roku przez ponad 1000 księży katolickich, w tym 13 biskupów i opatów, czyli przez jedną czwartą brytyjskich duchownych katolickich, sygnatariusze nawołują do odrzucenia projektu, ostrzegając przed jego konsekwencjami. „Jeśli ustawa zostanie przyjęta – piszą – to katolikom poważnie ograniczy możliwość głoszenia prawdy o małżeństwie w szkołach, organizacjach charytatywnych czy kościołach”. Zarówno księża, jak i wierni obawiają się, że prawa katolików czy szerzej chrześcijan pozostają w sprzeczności z prawami osób tej samej płci. Tak dzieje się w Wielkiej Brytanii. Czy musi tak się dziać wszędzie, jest już osobną kwestią.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata