70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Po co nam szklane domy?

Kiedyś z niechęcią patrzyłem na Pałac Kultury i Nauki, widząc w nim przejaw władztwa sowieckiego, a teraz gdy patrzę na wyrastające obok atektoniczne, pogięte struktury, gotów jestem dostrzec w nim pewien rys szlachetności.

Jak zapamiętał Pan swoje dzieciństwo w przedwojennej Warszawie?
Kiedy jest się już starym, świat dzieciństwa powraca z niesamowitą siłą. Nie mogę pojąć, skąd wzięła się we mnie ta wizualna zdolność zapamiętywania różnych szczegółów z przeszłości. Pamiętam ludzi, ulice, budynki… Kiedy idę dziś ulicą Marszałkowską, wiem, że przechodzę obok miejsca, w którym kiedyś był sklep Gajewskiego ze wspaniałymi lodami. A idąc ulicami Długą i Miodową, widzę siebie jako kilkuletniego chłopca. Trzymany za rękę przez babcię Tomaszewską, zmierzam do kościoła Kapucynów. W kościele przy prawym filarze była nasza ławka. Gdy babcia się modliła, mnie absorbowały postacie aniołów ozdabiające ołtarz. Kiedy teraz czasem siadam w tej ławce, czuję obecność babci. To odczuwanie konkretyzuje się w obraz i widzę jej profil. Pamiętam smak babek śmietankowych, jakie jadłem w kawiarni Rzymianka przy ulicy Miodowej 10, której właścicielami byli dziadkowie Kwiatkowscy. Ale wiem także, gdzie wystawały korzenie w leśnej alejce w Sulejówku.

Trafia Pan do Polski jako mały chłopiec, i to jest ostatni moment, aby cieszyć się dzieciństwem, bo za kilka lat wybuchnie wojna.
Do czwartego roku życia wszystko wokół nas jest przeważnie jedną mgławicą. Urodziłem się we Francji i spędziłem tam pierwsze lata. Najpierw w Normandii, potem w Paryżu. Kiedy miałem cztery lata, podjąłem decyzję o przyjeździe do Polski.

A co na to rodzice?
Nie mieli wyjścia. To był ważny krok, bo niechybnie zginąłbym tam z rąk jakiegoś d’Artagnana albo trafił do Legii Cudzoziemskiej. W Warszawie zamieszkaliśmy u dziadków Tomaszewskich na ulicy Długiej 46. Dziadek był lekarzem. Jego pacjentami byli znani i bogaci ludzie, ale przyjmował także biednych, zarówno Polaków, jak i Żydów. Do dziadka Stanisława Tomaszewskiego ludzie lgnęli. Kiedy teraz myślę o tamtym czasie, to wiem, że znaleźliśmy się wówczas w krainie niezwykle ciekawej. Niemal na każdym kroku widać było, jak stare zderza się z nowym. Ulice oświetlały gazowe latarnie, jeździły dorożki, ale widać już było coraz więcej hałaśliwych samochodów. Można było spotkać zarówno bogatych, ubranych z wyszukaną elegancją, jak i biednych, skromne kobiety w chustkach na głowach, mężczyzn w czapkach maciejówkach i brodatych Żydów w chałatach. Wszystko to wyglądało jednak bardzo naturalnie. Pamiętam dzieci w Sulejówku, które nawet w październiku potrafiły przyjść do szkoły na bosaka. Życie toczyło się tam wokół willi marszałka Piłsudskiego.

Dzieci mają zwykle jakieś marzenia, chcą kimś zostać.
Powinienem chyba być wojskowym, bo od małego wycinałem żołnierzyki z kartonu. Miałem ich całe armie i toczyłem nimi zażarte boje, które trwały nawet po trzy dni, i oczywiście musiałem zwyciężać. Potem żołnierzy papierowych zamieniłem na ołowianych.

Z pewnością ważny był wpływ rodziców. Mama była uzdolniona artystycznie, jej brat był malarzem. Pamiętam opowieści mojej mamy z Normandii. Wspominając, jak tam było pięknie, marzyła, aby jej syn został kiedyś malarzem. Miałem zdolności rysunkowe i ojciec z kolei wykombinował, że powinienem być architektem. Przechadzki z ojcem po mieście zrobiły swoje, uwrażliwiały mnie na architekturę stolicy. Warszawa z czasów mojego dzieciństwa, na szlaku ulic Długiej i Miodowej, prezentowała się wspaniale. Pamiętam, że także brat matki, wuj Roman, który był sędzią, pasjonował się historią i chętnie oprowadzał mnie po zaułkach starych dzielnic. Barwnie opowiadał, a przy okazji zarzucał mnie łacińskimi sentencjami. Dowiedziałem się, gdzie był Pałacyk Marii Kazimiery, a gdzie opisana przez Mickiewicza Reduta Ordona. Z czasem robiłem już samodzielne wędrówki. Czytałem powieści historyczno-przygodowe Walerego Przyborowskiego i podążałem szlakiem bohaterów jego książki Szwedzi w Warszawie. Interesowała mnie architektura jako taka, zwracałem uwagę na zmienność form, okna, balkoniki, gzymsy… Pokazywano mi architekturę secesyjną, dodając: „Jakie to okropne”. Opinii tej jednak nie podzielałem. Powstawało wówczas także coraz więcej nowoczesnej architektury. Budowano przecież Gdynię, a w nowych domach pojawiały się szerokie okna.

Mój ojciec był chemikiem, skończył studia we Francji, ale miał zainteresowania artystyczne. Odwiedzał antykwariaty, galerie, opowiadał mi o polskich malarzach. Pamiętam, że kiedy spacerowaliśmy ulicami podczas okupacji, trafialiśmy do bram kamienic, które służyły za antykwariaty. Bieda zmuszała ludzi do pozbywania się cennych często płócien. Wyrosłem w atmosferze kultu malarzy i w pewnym momencie, będąc już dorosłym, sam zacząłem malować. Nie uczyłem się malarstwa, ale ponieważ pracowałem w Muzeum Narodowym, mogłem wpatrywać się w obrazy i nasycać się nimi. Potem miałem okazję zwiedzać także muzea światowe. Gdy wziąłem kiedyś do ręki album z malarstwem Moneta, wróciły do mnie pejzaże Normandii, przywoływane w opowieściach mojej mamy. Monet i wszyscy impresjoniści są dla mnie do dziś niemal religią. Cała reszta już na mnie tak nie działa, nie rozumiem także sztuki nowoczesnej. Zainteresowania do malarstwa i architektury wyniosłem z domu.

Czy jakiś budynek dawnej Warszawy szczególnie pozostał w Pana pamięci?
Pamiętam z czasów dzieciństwa, że kopuła kościoła ewangelicko-augsburskiego w Warszawie zwieńczona była złoconym krzyżem. Był on podświetlony i po zmierzchu żarzył się, co wywierało na moją dziecięcą wyobraźnię nieziemskie wrażenie. Kościół spłonął od bomby zapalającej we wrześniu 1939 r. (po wojnie kościół Świętej Trójcy został odbudowany według projektu Teodora Burszego – przyp. red.). Potem w rozmowach rodzinnych wielokrotnie pojawiał się Szymon Bogumił Zug – to właśnie on był budowniczym tej świątyni. A kiedy musiałem zdecydować się na wybór tematu pracy doktorskiej, już wiedziałem, że chcę się zająć Zugiem. Chodził mi on nieustannie po głowie. Okazało się, że jego twórczość jest niezwykle bogata, odnalazłem ponad 600 rysunków projektowych. Na badaniu Zuga spędziłem 12 lat. A tak na marginesie, to zug po niemiecku oznacza pociąg, pośpiech. Oddaje to w jakiejś mierze mój charakter i to, że cały czas byłem pędziwiatrem.

Zdecydował się Pan studiować historię sztuki.
O tym, że znalazłem się na tym kierunku, zdecydował przypadek. Wcześniej miałem o zawodzie historyka sztuki niezbyt dobre zdanie. Uważałem, że na ten kierunek idą najczęściej panienki z dobrych domów albo jacyś dziwni faceci. Było w tym także trochę mojej przekory. Górę w końcu jednak wzięły zainteresowania. Okazało się to o tyle dobrą decyzją, że od początku było inaczej, niż mogłem przypuszczać. Będąc jeszcze na pierwszym roku studiów, zaprezentowałem na seminarium referat o słynnej Madonnie Giotta. Przeprowadziłem w nim analizę marksistowską tego dzieła.

Profesor musiał być zachwycony?
Było to rzeczywiście śmiałe i miało znamiona rewolucyjnego skoku. Prof. Stanisław Lorentz aż rechotał z radości, bo wtedy wszyscy byli odurzeni tą nową filozofią i dialektyczną interpretacją rzeczywistości. Potem musiałem jeszcze odpowiadać na pytania. Na tyle było to odkrywcze, że otwarło mi drogę do pracy w Muzeum Narodowym.

Trafia Pan do Muzeum Narodowego i nie zamierza się nudzić.
Przydzielono mnie do Janiny Ruszczyc, córki słynnego malarza Ferdynanda, która specjalizowała się w malarstwie polskim i rosyjskim. Kiedy się pojawiłem, organizowała właśnie wielką wystawę Wiek Oświecenia w Polsce. Do muzeum przywieziono starą dokumentację architektoniczną, rysunki z gabinetu rycin Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie, a mnie przypadła rola porządkowania tych starych projektów. Zacząłem sobie przypominać, jak to kiedyś rysowałem domy, a teraz patrzyłem na rysunki sprzed 200 lat. Wyobrażałem sobie, jak Stanisław August coś naszkicował, a jego inżynierowie i majstrowie przekładali to na projekt. Gdy dzisiaj robi się projekt architektoniczny, potrzebne są dziesiątki rysunków technicznych, całe księgi na jeden dom.

Jakie wrażenie robiły na Panu te plany i rysunki sprzed wieków?
Pierwsza myśl: „A więc to tak on rysował”. Potem okazywało się, że niektóre budynki stoją do dzisiaj. Wiedziałem, że rysunki były przypisane na przykład Voglowi, Kamsetzerowi, Kubickiemu… a autorem w rzeczywistości był kto inny. Problem polegał na tym, że wiele z tych rysunków nie było sygnowanych.

A wtedy badacz zamieniał się dodatkowo w detektywa, grafologa…
Na szczęście miałem w domu mikroskop, dokupiłem jeszcze powiększalnik i zacząłem robić zdjęcia tych starych projektów. Spędzałem potem wiele godzin na analizowaniu fotografii i zacząłem dostrzegać różnice nawet w stawianiu kresek. Widziałem, jak ktoś rysuje plamką, inny zalewa tuszem czy farbą akwarelową, a jeszcze inny farbę wprowadza później. A jednocześnie żałowałem, że tak wiele z tych rysunków nie zostało zrealizowanych. Tak zaczęło się moje studiowanie, czytałem dostępną na ten temat literaturę. Pisali także moi profesorowie, którzy powinni się na tym znać, a jednak czasem coś się nie zgadzało.

Zaczął Pan kwestionować ustalenia swoich profesorów.
I to był właśnie problem. Większość uczonych nienawidzi tych, którzy ich poprawiają. A przecież poprawianie swoich mistrzów jest istotą postępu, a poza tym może być dużą przyjemnością. Wielu nie chce jednak pamiętać, że sami podważali opinie tych, którzy byli przed nimi. To jest tak, jak z tym bogaczem, który miał pretensje, że jest okradany, a zapomniał, że sam kiedyś kogoś okradł. Ale były i reakcje aprobaty. Gdy zdarzyło mi się poprawić prof. Władysława Tatarkiewicza, to on uścisnął mi rękę. Ale on oprócz tego, że był historykiem sztuki, był także filozofem.

W swoich książkach: Gawędy warszawskie, Moja pasja architektura, oprowadza Pan czytelnika po przeszłości miasta, a także rewiduje wcześniejsze ustalenia co do autorstwa projektów, co można odczytywać jako próbę pisania na nowo historii architektury. Nie przysparza tym Pan sobie czasem wrogów?
Wobec Stanisława Łozy, autora książki Architekci i budowniczowie w Polsce (1948), nie szczędzono złośliwości i kręcono nosem na to, co robił, bo nie był architektem ani historykiem sztuki, ale wojskowym. Ale gdy patrzymy z perspektywy lat, to jesteśmy w stanie docenić jego wieloletni trud i dziś wszyscy chętnie się do niego odwołują. Książkę Moja pasja architektura traktuję jako skromne uzupełnienie dzieła Łozy. Abstrahując jednak od tego przypadku, trzeba powiedzieć, że my nie lubimy przodowników. Jak Polak wysforuje się przed innych, to zawsze znajdzie się ktoś, kto włoży mu patyk między szprychy, aby się wykopyrtnął. A kiedy o Polaku powie się, że jest przyzwoitym człowiekiem, to zaraz pojawią się tacy, którzy zaprotestują. A jeśli nazwiemy kogoś łajdakiem, to łatwo znajdziemy takich, którzy to potwierdzą i jeszcze dorzucą coś od siebie. Nie wynika z tego, że zawiść mamy we krwi, bo zazdrość jest powszechna niezależnie od nacji i gatunku. Występuje w świecie zwierzęcym, ludzkim, już nawet małe dzieci kradną sobie zabawki.

Z czego zatem wynikają te nasze, Polaków, problemy?
Nasza tragedia polega na tym, że myśmy stracili niepodległość w końcu XVIII w. i od tego momentu zostaliśmy hardymi niewolnikami, i z tej mentalności nie możemy się wyzwolić. To doświadczenie klęsk i różnych form terroru, te nasze ukochane powstania, które dawały pewną nadzieję, a ostatecznie przynosiły rozczarowanie, bo brakowało nam dobrego rozeznania. W tych naszych zrywach było wiele z reakcji niedojrzałego dziecka. A jeszcze to otoczenie krajów molochów, Prus, carskiej Rosji, gdzie człowiek się nie liczył.
Dla mnie zawsze ważny był patriotyzm. Cała nasza historia, walka o niepodległość ojczyzny. Jako dziecko dorastałem w kulcie prezydenta Starzyńskiego. Dla mnie Polska, bo tak byłem wychowywany, to także Matka Boska w chuście chłopskiej idąca przez zaśnieżone pola, ta obijana nahajkami nadzorców. My mamy dziś problem z patriotyzmem, kiedyś jeszcze tworzyło go ziemiaństwo, księża, adwokaci, grupy inteligencji na prowincji. Tego dziś już jednak nie ma. Wydaje się, że nie potrafimy zintegrować się w dążeniu do celu i zadbać o wspólne interesy.

Mocno zakotwiczył się Pan w przeszłości i ciągle w niej coś odkrywa.
Do dziś mi tak zostało, że lubię grzebać w różnych archiwach i szpargałach. Często wydawało mi się, że na pewne rzeczy patrzę nieco inaczej, że dostrzegam coś, czego inni nie widzą. Na swój sposób żyję w świecie ludzi umarłych. Wśród przedmiotów z mojego najbliższego otoczenia jest krzyż, popiersie Stanisława Augusta Poniatowskiego, figura Buddy. Muszę ich codziennie dotknąć, bo za ich pośrednictwem pojawiają się przy mnie inne duchy. Zdarza mi się oczami wyobraźni widywać Stanisława Augusta, który nadzoruje budowę Pałacu Łazienkowskiego. Przeszłość to moja rzeczywistość. Wspomnienia bywają cudowne, ale czasami zanadto ciążą. Z bliskich nam zwierząt także psy mają wspomnienia i one najbardziej ze zwierząt cierpią. Chciałbym się na tamtym świecie z nimi spotkać.

W 1960 r. rozpoczął Pan pracę w Łazienkach Królewskich. Jak patrzy Pan na te ponad 50 lat swojego bytowania w tym miejscu? Nadal Pan tu mieszka, maluje, pisze.
W Muzeum Narodowym pracowałem 10 lat, potem byłem kustoszem i dyrektorem Łazienek. Najważniejszym, ale i w jakimś sensie karkołomnym zadaniem było scalenie rozproszonych obiektów łazienkowskich (40 budynków na 80 hektarach) pod jednym zarządem. Kierowałem ponad 200-osobowym zespołem pracowników różnych profesji i potrafiłem znaleźć z nimi wspólny język. A jednocześnie byłem rzucany do różnych innych przedsięwzięć konserwatorskich. Widziałem, jak zachodziły ważne zmiany w kraju, jak zmieniała się władza. Bywałem wśród biznesmenów, polityków – czy raczej politykierów – i widziałem ich pęd do fortuny, co mnie mierziło i zniechęcało. A skoro poczułem się tym wszystkim zbyt mocno osaczony, to jakby mi było mało, zacząłem odbudowywać z ruin XVIII-wieczny dwór w Suchej koło Siedlec i tworzyć skansen staropolskiego budownictwa drewnianego.

Być może to była reakcja na niebezpieczeństwo zgnuśnienia i ucieczka przed konformizmem.
W domu nauczono mnie negacji i pewnej rezerwy do materializmu i bogactwa. Matka zwracała mi uwagę, abym zachował indywidualność i nie wchodził w żadne układy, trzymał się z dala od towarzystwa wzajemnej adoracji. Chociaż mam tzw. małe szlacheckie pochodzenie, rodzina miała dworek pod Pułtuskiem, to ważniejsze było wychowanie wyniesione z domu. Nie tytuły, przynależność, ale praca. Ojciec przed wojną i podczas okupacji pracował wśród pracowników fizycznych gazowni i przejmował się ideałami społecznymi. Był w nim rys socjalisty, ale nigdy poza AK do niczego nie należał.

Czego Panu najbardziej brakuje z przedwojennej Warszawy?
Najbardziej brakuje mi nastroju ulicy, zróżnicowanej miejskiej społeczności i atmosfery podwórek domów warszawskich. Na podwórkach czynnikiem jednoczącym ludzi z różnych warstw były dzieci. Zawsze świetnie się bawiłem z moimi kolegami: Zosią, Ickiem i Wackiem. Inteligencja była wtedy zróżnicowana, a proletariat dość jednolity. Nie widywało się pijanego robotnika, w ogóle moralność była inna. Do drewnianego miasteczka Powązki, w którym chowało się sporo elementu przestępczego, zamiast policjantów posyłano policjantki, a wtedy przestępca sam wychodził i podsuwał ręce do kajdanek.

Przetrwały w Polsce, w Warszawie, zabytki ulubionej przez Pana epoki klasycyzmu, ale zastanawiam się, co przetrwa choćby kolejne 200 lat z czasów PRL-u i obecnych?
Przetrwa MDM, choć będzie cały obwieszony reklamami, pozostanie Dom Partii, także dlatego, że wpisany został na listę zabytków. Na placu Unii była ciekawa architektura Supersamu, zaprojektowana przez prof. Hryniewieckiego, ale niestety potrzeba zarobienia na tym skrawku ziemi była ogromna. Powstaje zatem teraz kolejne centrum handlowo-biurowe. Przed wojną mieliśmy całą plejadę wybitnych architektów, takich jak Przybylski, Pniewski, Hryniewiecki… Dzisiaj jeśli powstają jakieś nowe obiekty, to najczęściej są one firmowane przez zagraniczne pracownie architektoniczne, dla których Polacy owszem pracują, ale rzadko kiedy już coś firmują.

Współczesna architektura i sposób, w jaki urządzamy nasze otoczenie, z pewnością budzi Pana zastrzeżenia.
Dzisiaj budynki nie mają konstrukcji tektonicznej, są zwichrowane, czubki pościnane. Mam wrażenie, że odbija się w nich jakaś pijana, współczesna umysłowość. Jest to architektura absurdu. Kiedyś z niechęcią patrzyłem na Pałac Kultury i Nauki, widząc w nim przejaw władztwa sowieckiego, a teraz gdy patrzę na wyrastające obok atektoniczne, pogięte struktury, gotów jestem dostrzec w nim pewien rys szlachetności. Szklane domy były u Żeromskiego obiektem marzeń, wyznacznikiem postępu, ale teraz nie bardzo wiem, po co nam same szklane domy. Bronić się nie można, barykady się nie zrobi. Wystarczy mały pocisk, a szyby wylatują i cały dom się rozpada. Kiedy idę ulicą, to patrzę, czy te ściany pochylonych budynków nie zwalą mi się na głowę. Teraz to już nawet dym z komina stał się elementem architektury. Jestem zwolennikiem stabilnych, nie aluminiowych i nie szklanych konstrukcji. Tam, gdzie był jakiś ładny widok, coraz częściej jest psuty nową architekturą. Być może do głosu dochodzi mój nadmierny sceptycyzm, ale dostrzegam tendencję do programowego niszczenia krajobrazu. Miałem okazję rozmawiać z zespołem architektów i uznanych specjalistów od zagospodarowania przestrzennego i oni także zdają się to potwierdzać. Niestety ich opinie nie są brane pod uwagę. Wystarczy pojeździć wokół Warszawy i innych większych miast, aby zobaczyć, co to za architektura. Martwi mnie to, bo inne kraje dbają o swoje otoczenie, to powinno być dzisiaj przejawem patriotyzmu. Niemcy wydają się większymi patriotami, ale oni są społeczeństwem, które wyrosło w obrębie murów obronnych i musiało jednoczyć się przed feudałem. Ważny był solidaryzm społeczny i patriotyczny.

MAREK KWIATKOWSKI – profesor historii sztuki, muzeolog, varsavianista, jeden z najwybitniejszych znawców architektury warszawskiej doby klasycyzmu, wieloletni dyrektor Łazienek Królewskich. Odznaczony Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Autor kilkudziesięciu książek poświęconych sztuce, a także dziejom Warszawy, m.in.: Stanisław August. Król-Architekt (1983), Historia Warszawy XVII–XX wieku. Architektura i rzeźba (2006), Gawędy warszawskie, (cz. I – 2009, cz. II – 2011), Moja pasja architektura (2012)

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter