70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy na miejscu jest nasz reporter?

Wszyscy marzymy o mediach rzetelnych, dostarczających pogłębionej informacji, inspirującej publicystyki i rozrywki na najwyższym poziomie. Co stoi na przeszkodzie, by rzeczywiście tak wyglądały?

Żyjemy w czasach najgorszych dla dziennikarstwa i najlepszych dla odbiorców mediów. Czytelnicy, słuchacze i widzowie mogą w każdej chwili pozyskać informację na dowolny temat, bez wysiłku, a często i za darmo. Dla przykładu wyobraźmy sobie, że w lutym tego roku zaciekawiło nas, iż cypryjski parlament planuje opodatkować depozyty swoich obywateli. Pomijając niezliczone strony internetowe, na których bez żadnych opłat znajdziemy bieżące informacje o rozwoju sytuacji na Cyprze, w zasięgu kilku kliknięć komputerową myszką mamy również poważniejsze komentarze, analizy czy relacje z samej wyspy. Przykłady? Na stronach „Gazety Wyborczej” – relacja z Nikozji, „Polska The Times” zamieszcza analityczny tekst dziennikarzy „The Times”, portal TVN24.pl przygotował raport specjalny uaktualniany przez całą dobę materiałami wideo… No dobrze, ale to wszystko media polskie, a ponadto odnajdywanie wartościowych treści za pomocą wyszukiwarki internetowej bywa uciążliwe. Zaglądamy zatem na wspierany przez Komisję Europejską serwis PressEurop, a tam w jednym miejscu – odnośniki do wyselekcjonowanych (i częściowo przetłumaczonych na język polski) artykułów z ponad 200 gazet, takich jak: „The Economist”, „Financial Times”, „Niezawisimaja Gazieta”, „Le Monde”… Jeśli nasz głód wiedzy nie został zaspokojony, nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy skorzystali z interaktywnej grafiki Reutersa, za pomocą której możemy sprawdzać, jakie skutki przyniesie wprowadzenie na Cyprze konkretnych rozwiązań. Możemy też przeczytać blogi szanowanych ekspertów takich jak Yanis Varoufakis, obejrzeć w Bloomberg TV wywiad z byłym szefem banku centralnego na Cyprze itd.

Ten obraz obfitości i różnorodności dziennikarskich materiałów kontrastuje z danymi na temat finansowej kondycji mediów, naszymi odczuciami i obserwacjami. W pogoni za oczekiwaniami widzów redakcje prześcigają się w prezentowaniu treści błahych i sensacyjnych. Nie cieszy to wymagających odbiorców, ale zachwyceni tym nie są także sami dziennikarze. Wydawcy redukują budżety, zwalniają doświadczonych pracowników, zastępując ich stażystami, przygotowują treści najtańsze w produkcji i szukają oszczędności dosłownie wszędzie – nie finansują więc ambitnych projektów czy dziennikarskich śledztw, nie chcą bronić dziennikarzy w sądach… Wiele mediów zaczęło się przy tym wpisywać w polityczny krajobraz, przejmując od polityków selektywny sposób opisu rzeczywistości, zaprzestając dialogu na rzecz wspierania społecznego interesu i rozpoczynając wojny z wrogimi obozami.

W efekcie mamy wrażenie, że z mediami jest bardzo źle. Wymagający odbiorca bez problemu dotrze do rzetelnej i pogłębionej informacji na interesujący go temat, ale już odbiorca masowy otrzyma przekaz maksymalnie uproszczony, często pozna tylko jedną wizję świata, ulegnie politycznemu marketingowi… A ponieważ odbiorców masowych jest – co oczywiste – więcej, możemy podejrzewać, że podejmowane przez nich decyzje, np. przy wyborczej urnie, mają stosunkowo duże znaczenie dla przyszłości kraju. Tymczasem wydaje się, że w interesie całego społeczeństwa jest, aby obywatele dokonywali wyborów (również politycznych) jak najbardziej świadomych, przemyślanych, opartych na możliwie dużej liczbie prawdziwych informacji. Co więc musiałoby się stać, aby media nie wzmacniały wojen kulturowych, ale edukowały społeczeństwo? Czy możliwe jest, aby dziennikarze demaskowali i piętnowali gry polityków, zamiast traktować je jako element oferty programowej napędzający wyniki oglądalności czy poczytności? Przyjrzyjmy się barierom, które sprawiają, że dziś rzeczywistość jest od takiego stanu odległa.

Wolny słuchacz

Media działają na wolnym, konkurencyjnym rynku i walczą o jak najwyższe przychody. Wbrew pozorom dotyczy to zarówno mediów prywatnych, jak i publicznych (dla przykładu – przychody TVP z abonamentu stanowiły w 2012 r. jedynie 18,3% jej wpływów, reszta pochodziła głównie z reklam i sponsoringu). To, ile medium zarabia na reklamach, zależy przede wszystkim od jego popularności. Media masowe zabiegają więc o jak najszerszą publiczność, a w tym przypadku badania są jednoznaczne i niepodważalne. Wnioski dla wydawców? Jeśli informacja to prosta, najlepiej z elementami rozrywki (infotainment), jeśli rozrywka, to ekstremalne show, jeśli publicystka to ostra, agresywna, czarno-biała. Dobrze na statystyki popularności wpływają wszelkiego rodzaju dramaty, tragedie, morderstwa… Ponieważ jednak funkcjonowanie mediów poza systemem rynkowym jest dziś na szerszą skalę utopijne, nie analizujmy szczegółowo tego uwarunkowania, tylko przyjrzyjmy się od razu ich odbiorcom.

Potrzeby przeciętnego widza czy czytelnika nie są wielkie, ale przede wszystkim odbiorca mediów to człowiek wolny. To on decyduje, czy wieczorem obejrzy – posługując się konkretem – magazyn To był dzień na świecie (Polsat News), serial Przyjaciółki (Polsat) czy np. Kuchenne rewolucje (TVN). Decyduje i… zdecydował – pierwszy z wymienionych programów uznawany przez ekspertów za jedyny w polskiej telewizji rzetelny, codzienny przegląd problemów globalnych od kwietnia nadawany jest już tylko raz w tygodniu (jako To był tydzień na świecie, choć dziennikarze żartują, że wkrótce jego formuła i nazwa zmieni się na To był rok na świecie). To odbiorca tysiące razy każdego miesiąca decyduje, czy wystarcza mu internetowy nagłówek Sukces rządu: Tusk wynegocjował 300 miliardów, czy też warto zagłębić się w analizy i samemu ocenić, czy te „300 miliardów” to sukces czy porażka, a w pierwszej kolejności – czy chodzi o euro czy złotówki.

Nasuwa się więc wniosek, że świat i dziennikarstwo wyglądałyby lepiej, gdyby społeczeństwo częściej wybierało tzw. ambitną ofertę programową, gdyż wówczas dla właścicieli mediów bardziej uzasadnione ekonomicznie byłoby jej wytwarzanie. Spróbujmy sobie zatem wyobrazić, że uchwalone zostaje prawo, które niejako zmusza obywatela do obcowania z treściami „ambitnymi” przez narzucenie na media obowiązku ich emitowania.

W teorii pomysł nie jest taki absurdalny – w czasie kampanii wyborczych media publiczne mają przecież obowiązek oddawać swój czas antenowy na ogłoszenia kandydatów. Co więcej, przez cały rok na publiczne i komercyjne rozgłośnie nałożony jest obowiązek nadawania np. określonej ilości polskiej muzyki, a koncesje przyznawane są na emitowanie programu o określonej tematyce. Co zatem stoi na przeszkodzie, aby nakazać mediom poświęcenie części programu np. na spokojne i wyczerpujące omawianie sytuacji politycznej lub przeglądy najważniejszych wydarzeń kulturalnych? Przede wszystkim – zdrowy rozsądek. Takie rozwiązanie nie zdałoby oczywiście egzaminu: w dobie nieograniczonego dostępu do dowolnych treści odbiorcy i tak znaleźliby to, co chcą oglądać i czytać, w formie, która podoba się im, a nie prawodawcom.

Piątka z mediów

A zatem pozostaje droga trudniejsza: sprawić, aby odbiorcy mieli naturalną potrzebę sięgania po jakościowe dziennikarstwo. Temu, jak taką potrzebę rozbudzić, poświęcono już wiele godzin dyskusji i napisano na ten temat wiele książek. Do tej pory nie udało się znaleźć lepszego rozwiązania niż – tylko i aż – edukacja, w tym tzw. edukacja medialna. Potrzebę konsumowania ambitnych i wymagających treści należy kształtować już od najmłodszych lat, to nie ulega wątpliwości. Ten wspólny wysiłek powinny podejmować szkoły, rodzice i media (publiczne). To oczywiście postulat bardzo idealistyczny i ogólny – każde społeczeństwo chciałoby kształcić jak najmądrzejsze kolejne pokolenia. W Polsce można już jednak znaleźć przykłady konkretnych imponujących działań, na których efekty można czekać z optymizmem. Przykład? Internetowy Teatr dla Szkół – projekt TVP, w ramach którego za pomocą szerokopasmowego Internetu do placówek oświatowych w całej Polsce docierają transmisje spektakli teatralnych. Projekcje ogląda po kilkanaście tysięcy dzieci z ponad 200 szkół – głównie z małych miejscowości.

Poza rozwijaniem kompetencji kulturowych istotne jest jednak, aby możliwie największa część społeczeństwa miała świadomość tego, w jaki sposób funkcjonują media: co sprawia, że niektóre informacje są publikowane, a inne nie, że jedne trafiają na pierwsze strony, a o innych przeczytać można co najwyżej wzmiankę, jakie są powody zmian na stanowiskach kierowniczych w mediach, jakie relacje panują w środowisku dziennikarskim i jaki mają one wpływ na medialny krajobraz… Taka wiedza jest konieczna do interpretowania informacji, które za pośrednictwem mediów otrzymujemy, i samodzielnego wyciągania z nich wniosków. Zwłaszcza dziś, gdy w środkach masowego przekazu pojawia się coraz więcej treści, które udają dziennikarskie materiały, choć w rzeczywistości nimi nie są. To materiały inspirowane (a czasem i opłacone) przez sektor prywatny, a bywa też, że i przez administrację państwową. W styczniu 2012 r. redaktor naczelny tygodnika „Polityka” zaprotestował przeciwko formule konkursu na promocję Funduszy Europejskich organizowanego przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego (z budżetem 8 mln zł). Regulamin mówił o tym, że materiały dziennikarskie „muszą mieć typową dla danego tytułu formę redakcyjną, layout zintegrowany ze strukturą i grafiką tekstów redakcyjnych danego tytułu (…) budujące i utrwalające pozytywny wizerunek FE”. Choć materiały miały być – zgodnie z prawem – oznaczone, to celem było wytworzenie w czytelnikach wrażenia, że o Funduszach w superlatywach pisze sama redakcja – nie dlatego że jest to zlecenie reklamowe, ale dlatego że takie płyną wnioski z jej dziennikarskiego „śledztwa”. Wielu kolegów protestu Jerzego Baczyńskiego nie potraktowało poważnie, bo przecież „takie rzeczy dzieją się od lat”. Również materiały podsuwane przez agencje PR i działy promocji firm – kiedyś odrzucane jako nieetyczne – stanowią dziś źródło taniego i atrakcyjnego dla odbiorcy i mediów contentu. Efekt? Dziennikarze mają materiał bez wysiłku, a redakcje są zadowolone z jego popularności. Tyle że czytelnik z czasem przestaje widzieć coś złego w tym, że np. jako najważniejszą informację z jego regionu podaje się opis pojedynku modowego między mężczyznami a kobietami w największej galerii handlowej w mieście. A taką informację znaleźli jako pierwszą czytelnicy krakowskiego wydania portalu Gazeta.pl 24 marca tego roku.

Należy podkreślić, że coraz więcej środowisk zdaje sobie sprawę ze znaczenia edukacji medialnej. Fundacja Nowoczesna Polska pod patronatem trzech ministerstw (Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji) uruchomiła w lutym 2013 r. serwis Edukacja Medialna zawierający w tym momencie ponad 70 gotowych scenariuszy lekcji o mediach dla szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, z których można korzystać na zasadach creative commons (a więc bezpłatnie). Fundacja Dobrego Odbioru dzięki tzw. grantom szwajcarskim prowadzi portal Civilia.pl zajmujący się rozwijaniem kompetencji medialnych. Na uniwersytetach w tym zakresie kształcą się studenci (np. Uniwersytet Jana Pawła II w Krakowie czy UKSW w Warszawie), a Grzegorz D. Stunża, adiunkt w Pracowni Edukacji Medialnej na Uniwersytecie Gdańskim, rozwija swój Edukator Medialny.

Cena jakości

Takich inicjatyw jest więcej. Załóżmy więc, że udałoby się wykształcić w społeczeństwie (oraz podtrzymywać np. za pomocą kampanii społecznych) potrzebę świadomego korzystania z mediów. W tym miejscu pojawiłoby się kolejne wyzwanie – dziennikarze musieliby na masową skalę tworzyć materiały, które te wysublimowane potrzeby by zaspokajały. Innymi słowy – żeby naszych „idealnych” treści nie trzeba było szukać, ale były dostępne wszędzie i natychmiast – w samochodzie, kiedy wracając z pracy, będziemy słuchać radia, w domu, kiedy przy kolacji włączymy telewizję albo kupimy weekendową gazetę, a także kiedy podczas przerwy obiadowej zajrzymy na internetowy portal z newsami. A kiedy już te analizy, reportaże i wywiady zaczniemy konsumować, żeby były tak atrakcyjne, aby przez myśl nam nie przeszło ściąganie z sieci kolejnego amerykańskiego serialu.

Tu napotykamy kolejną barierę – kosztów wytworzenia jakościowych treści. Kiedyś sprawa była prostsza – wartością była sama informacja. Dziś przestała ona być już dobrem rzadkim – podana raz, obiega świat w kilka chwil. Innymi słowy, nie opłaca się (czysto biznesowo) jej pozyskiwać, bo za chwilę cały świat za darmo ją skopiuje i powieli jako własną. Tymczasem im informacja bardziej pogłębiona, rzetelna, sprawdzona, unikalna – tym zwykle większy koszt jej zdobycia. Jednocześnie specyfika nowoczesnych mediów (Internet, całodobowe telewizje i radia informacyjne), sprawiają, że wydawcy potrzebują jak największej ilości, niepowtarzającej się treści (aby odbiorca się nie nudził, miał powód, by jeszcze raz „kliknąć” – i tym samym wygenerować kolejną odsłonę serwisu). Dlatego tak dużo w mediach wątpliwej klasy ekspertów, felietonów, komentarzy nieznanych ludzi (np. z forów internetowych). Dlatego też dochodzi do tak kuriozalnych sytuacji jak ta z anteny TVN24, kiedy to prowadzący łączył się z „Polakiem mieszkającym w USA”, który okazał się ośmieszającym dziennikarzy studentem. Z pośpiechu i z chęci oszczędności nikt nie zweryfikował, czy osoba na drugim końcu kabla to rzeczywiście mieszkaniec Stanów Zjednoczonych, który może powiedzieć coś ciekawego o wyborach do Białego Domu.

Przy naszym założeniu jakościowe treści byłyby jednak coraz bardziej opłacalne, gdyż rosłoby na nie zapotrzebowanie. Pozostawałaby jeszcze kwestia tego, kto je wytworzy. Dziś sytuacja w redakcjach jest bardzo zła. Większość dziennikarzy nie ma umowy o pracę, zmuszana jest do produkowania (to ważne słowo) treści w krótkim czasie, coraz rzadziej też redakcje chcą bronić swoich pracowników w sądach (co zawsze było podstawą poczucia bezpieczeństwa dziennikarzy śledczych tropiących np. nadużycia polityków czy wielkich firm). Wszystko to sprawia, że zawód dziennikarza traci swoje społeczne poważanie, a pracownicy mediów szukają dodatkowych źródeł utrzymania, przez co są coraz bardziej podatni na propozycje dawniej uznawane za nieetyczne (np. łączenie pracy dziennikarza z posadą rzecznika prasowego).

Otrzymując taki obraz działania branży, młodzi ludzie (w tym studenci dziennikarstwa) coraz rzadziej marzą o tym, aby zostać redaktorami i wypełniać społeczną misję. Najlepszych kusi branża reklamy i PR-u. Ci, którzy trafiają do redakcji, często nie mają od kogo uczyć się fachu, a przez doświadczonych kolegów traktowani są jak konkurencja, która za chwilę zajmie ich miejsce. W efekcie coraz więcej treści przygotowywanych jest przez praktykantów czy osoby z niewielkim stażem. Wielu doświadczonych dziennikarzy odchodzi z zawodu dobrowolnie, gdyż przygotowywanie niskiej jakości treści uwiera ich równie mocno jak narzekających na te treści odbiorców.

Wszystko to znów prowadzi nas do kwestii rynkowych, a więc – mówiąc w skrócie – jak sfinansować tworzenie jakościowych treści i opłacić dobrych dziennikarzy? W tradycyjnym modelu media funkcjonują dzięki reklamodawcom. Czy jest jednak nadzieja na to, aby przychody w tej branży pochodziły ze źródeł innych niż reklamowe, a tym samym by reklamodawcy wywierali mniejszą presję na kształt oferty medialnej? Na szczęście – tak.

Po pierwsze, są dowody na to, że w informacyjnym szumie coraz większa liczba odbiorców potrzebuje jakościowych i wyselekcjonowanych treści, i są oni gotowi za nie płacić. W lutym 2013 r. „The New York Times” tradycyjnie ogłosił swój roczny raport. Okazało się, że po raz pierwszy w historii tego pisma przychody za poprzedni rok ze sprzedaży treści (a więc gazet drukowanych i elektronicznych łącznie) przewyższyły przychody z reklam! Co więcej, za zaspokajanie takich potrzeb swoich klientów gotowe są płacić wielkie korporacje, które na wartościowych treściach (również z tradycyjnych mediów) opierają swoje wielkie kampanie marketingowe (tzw. content marketing). Lider takich rozwiązań – start-up NewsCred – pozyskał właśnie kolejne fundusze na rozwój – tym razem 15 mln dolarów, a w swoim portfolio ma już takie marki jak Pepsi czy Orange.

Po drugie, dzięki technologii możliwe jest finansowanie mediów czy konkretnych projektów dziennikarskich przez wszystkich, którzy uznają daną działalność za ważną. Najczęściej dzieje się to za pomocą platform finansowania społecznościowego. To właśnie w serwisie Kickstarter swój początek miał projekt Matter – internetowy magazyn stawiający wyłącznie na jakościowe, pogłębione treści z zakresu nauki i technologii. Jego twórcy niezbędne do startu 50 tys. dolarów uzbierali w 2 dni! W ciągu miesiąca na tę wirtualną gazetę złożyło się ostatecznie 2566 internautów, przekazując na ten cel ponad 140 tys. dolarów!

Po trzecie, potrzebę jakościowego dziennikarstwa dostrzegają u użytkowników Internetu firmy, które do niedawna trudno było o to podejrzewać. Amerykański serwis Buzzfeed, który zyskał ogromną popularność głównie dzięki zabawnym obrazkom z kotami, ogłosił niedawno, że będzie inwestował w tzw. long-form journalism (teksty o długości 10 tys. słów, nie znaków!). Odłożono miliony dolarów z zysków firmy, zatrudniono doświadczonych dziennikarzy z tradycyjnych mediów i ogłoszono, że czas ambitnych treści w globalnej sieci już nadchodzi, a „The New Yorkerowi” i „The Atlantic” przybędzie konkurencja… w Internecie.

Po czwarte wreszcie, na świecie powstaje coraz więcej organizacji non-profit zajmujących się najbardziej kosztownym, ale i szczególnie istotnym z punktu widzenia funkcjonowania demokracji dziennikarstwem śledczym („czwarta władza”). Według najnowszego raportu amerykańskiego Center for International Media Assistance w 2012 r. działało ich już 106 w 46 krajach (w 2007 r. było ich łącznie 39). Organizacje te funkcjonują jak klasyczne redakcje, jednak swoje przychody przeznaczają na opłacenie dziennikarzy i kolejnych śledztw. Ich rozwój był możliwy m.in. dzięki wsparciu międzynarodowych organizacji (np. The Open Society Foundations, UNESCO), rządów USA i północnej Europy oraz prywatnych fundacji (m.in. The Knight Foundation, The Gates Foundation) czy firm (Google, Omidyar Network). Kwestia niezależności tych organizacji od sponsorów to odrębny temat. Warto też dodać, że w Polsce żadna tego typu redakcja jeszcze nie powstała.

Obiektywizm – moja sprawa

No tak, ale kto właściwie zdecyduje, które dziennikarstwo jest dobre, a które nie, czy tematy poruszane w mediach to rzeczywiście te najważniejsze, czy jednak wciąż tylko efekt marketingu politycznego i interesów wydawcy?
Jest to poważne wyzwanie – zarówno w Polsce, jak i na świecie – o czym świadczy choćby problem dziennikarskiego obiektywizmu – wartości kiedyś nadrzędnej, wpajanej studentom dziennikarstwa i niekwestionowanej, a dziś co najmniej dyskutowanej.

Etyka dziennikarska mówi o tym, że dziennikarz w pracy musi zapomnieć o swoich poglądach i być równie krytyczny wobec wszystkiego i wszystkich – tak, aby to odbiorca zdecydował, które racje są słuszne. Tymczasem takie postrzeganie obiektywizmu przechodzi do historii zarówno w Polsce, jak i za granicą. Ewa Wanat, wieloletnia redaktor naczelna TOK FM, uważa ukrywanie swoich poglądów za hipokryzję (źródło: naTemat.pl). Margarita Simonian, redaktor naczelna Russia Today (nadającej po angielsku prokremlowskiej telewizji informacyjnej) powiedziała: „Traktowanie wszystkich jednakowo ostro to rola sędziego w pojedynku. Róbmy to, czego chcą odbiorcy, a nie to, czego nas uczyli w podręcznikach dziennikarstwa 10 lat temu” (cytat z wywiadu dla serwisu informacyjnego Lenta.ru za: press.pl). Jej wypowiedź odbiła się szerokim echem w medialnej branży, zwłaszcza że coraz więcej jest dowodów na to, że obiektywizm po prostu się nie opłaci – odbiorcy chcą utwierdzać się w swoich poglądach, a nie za każdym razem porównywać racje i weryfikować swoje przekonania. Takie wnioski wyciągnąć można np. z obserwacji wyników oglądalności telewizji w USA. CNN – uznawana za najbardziej obiektywną z dużych stacji – w 2012 r. zanotowała najgorsze od 25 lat wyniki i utraciła drugą pozycję. Dwa pierwsze miejsce zajmują dziś FOX i MSNBC, które nie ukrywają swoich sympatii politycznych. Do tego dochodzi kultura Internetu – w sieci, która wychowuje młode pokolenia bardziej niż tradycyjne media, subiektywizm jest wartością hołubioną i szanowaną, a obiektywizm jako sztuczny i fałszywy kłóci się z etyką i zwyczajami panującymi na blogach czy w mediach społecznościowych. Sformułowanie „jestem obiektywny” budzi podejrzenia. Zwrot „mam swoje zdanie” buduje wiarygodność.

Obiektywizm to sprawa natury generalnej. Na co dzień polskie środowisko dziennikarskie mierzy się z wieloma konkretnymi spornymi kwestiami. W październiku 2012 r. Krzysztof Skowroński poprowadził w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich konferencję Prawa i Sprawiedliwości, choć art. 21 Kodeksu etyki dziennikarskiej tej organizacji mówi, że „angażowanie się dziennikarzy w bezpośrednią działalność polityczną i partyjną jest przejawem konfliktu interesów i należy wykluczyć podejmowanie takich zajęć”. Media wielokrotnie nazywały Katarzynę W. morderczynią, choć art. 13 Prawa prasowego zabrania ferowania wyroków przed orzeczeniem sądu I instancji. Nie ma jednak w Polsce instytucji na tyle sprawnej i cieszącej się autorytetem wśród całego środowiska dziennikarskiego, by w takich sprawach interweniować, czy chociaż zabrać głos, który dawałby do myślenia wszystkim – bez względu na poglądy.

Wojny kulturowe dotyczą dziennikarskiego świata tak samo jak polityków i radykalnej młodzieży. Obozy powstały i nie chcą ze sobą rozmawiać, mówiąc wprost – zwyczajnie się nie szanują. Nie ma też żadnych symptomów, które pozwalałyby patrzeć w przyszłość z optymizmem. Tym samym trudno podejrzewać, że to od właśnie od mediów miałyby się zacząć w Polsce zmiany na lepsze.

Na koniec jeszcze jedna bariera, najbardziej prozaiczna, przyziemna, błaha, jednak jakże istotna. Wyobraźmy sobie raz jeszcze media naszych marzeń – z kompetentnymi dziennikarzami i wartościowymi materiałami – i pomyślmy, kiedy z tego ambitnego dziennikarstwa byśmy korzystali, pamiętając, że aby pogłębioną analizę przyswoić, potrzebujemy czasu, świeżego umysłu i odpowiednich warunków… Niestety tzw. czas wolny współczesnego człowieka bardzo się skurczył i najczęściej przypada on po wielu godzinach pracy. Wtedy wsiadamy do auta i denerwując się na uliczny korek, ściszamy radio, aby korzystając z zestawu głośnomówiącego, oddzwonić do wszystkich, z którymi na rozmowę zabrakło czasu w pracy. Przy kolacji, która przecież jest zarezerwowana dla rodziny, telewizor wolimy wyłączyć. Przed snem marzymy już tylko o tym, by sobie zwyczajnie odpocząć lub zrelaksować przy łagodnej muzyce. Pozostaje jeszcze korzystanie z mediów w tramwaju czy w poczekalni u lekarza, gdy chcemy nadrobić zaległości z wiedzy o stanie świata przy użyciu smartfona z małym ekranem, z którego przeczytanie każdego dłuższego tekstu wymaga maksymalnego skupienia i wysiłku…

Wszyscy tęsknimy za godzinami spędzonymi w fotelach i długimi rozmowami o sprawach najważniejszych dla miasta, kraju i świata, a ostatecznie czasu nie wystarcza nam nawet na bycie na bieżąco z tym, co się dzieje w branży, w której pracujemy lub do której aspirujemy. Pomijając wąską grupę liderów opinii, dla których obcowanie z polskimi i światowymi mediami jakościowymi to część pracy, większość z nas nie z braku kompetencji czy wykształcenia, ale w zderzeniu z realiami rezygnuje na co dzień z tego, co wymagające, ograniczając się do tego, co konieczne. Przy takim postawieniu sprawy kształt i kondycja mediów wydają się sprawą wtórną, a ważniejszymi stają pytania o kształt całej kultury i wartości, jakie ona promuje.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter