70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Siła bezużyteczności

Piszę opowiadania o Izraelu, ale to nie znaczy, że mam dla niego jakieś rozwiązania. Nie sądzę, by intelektualista był do czegokolwiek zobowiązany. Kiedy piszę książkę, wiem jedno: nikt nie wykopie nią dołu, nie usmaży na niej jajecznicy. Ale bezużyteczność jest siłą. 

Alternatywny świat jednego z Pańskich opowiadań zamieszkały postaci uosabiające nasze kłamstwa. Gdyby miał Pan wybrać jedno kłamstwo izraelskiego społeczeństwa, jaka postać mogłaby je reprezentować?

Nie jestem pewny, kim byłaby ta postać, ale największym kłamstwem Izraela jest mit o najbardziej moralnej armii na świecie. Istnieje przekonanie, że żydowska armia nie może zachowywać się nieetycznie, co jest zupełną bzdurą. Nie twierdzę, że jest wyjątkowo niemoralna, uważam jednak, że w kraju zaangażowanym w konflikt zbrojny i okupującym cudze terytoria armia nie może być moralna. Założenie o moralności izraelskiej armii przyjęte a priori, de facto daje pole do nadużyć. To zabawne, jak kluczowa dla izraelskiej autopercepcji jest idea apriorycznej moralności tego kraju.

Może taką postacią byłby święty żołnierz?

Tak, a raczej żołnierz, który płacze za każdym razem, kiedy ma kogoś zabić. Może nawet żołnierz płaczący zawsze, gdy musi użyć broni.

Do niedawna unikanie obowiązkowej służby wojskowej spotykało się z ostracyzmem społecznym. Teraz to się zmienia. Czy Izraelczycy podskórnie wyczuwają fałsz wiary w moralność żołnierzy?

Kiedyś wierzono, że żołnierz musi narażać życie, by ten kraj przetrwał. Kiedy wybuchła wojna o niepodległość i zaatakowały nas inne kraje, żołnierzem był każdy. Podobnie gdy byliśmy atakowani podczas wojny Jom Kippur, nikt nie miał wątpliwości – wojna wymaga poświęceń. Sam służyłem w wojsku, wiedziałem, że w pewnym okolicznościach mogę pożegnać się z życiem, i godziłem się na to. Ale nie broniłem mojego kraju w trakcie niepotrzebnej wojny w Libanie i nie brałbym udziału w tak ryzykownej operacji militarnej jak zaatakowanie Iranu. Po zbrodniach popełnionych przez Izrael ludzie nabrali wątpliwości. Nie twierdzę, że dzisiaj dają z siebie społeczeństwu mniej, ale powierzenie takiego zaufania rządowi premiera Beniamina Netanjahu byłoby błędem. Rośnie dystans między opinią publiczną a decyzjami rządu, kontrowersyjnymi i łatwymi do zakwestionowania.

Przywołał Pan zagrożenie konfliktem z Iranem. Kiedy wczoraj rozmawiałem na ten temat z izraelskimi znajomymi, liberałami z Tel Awiwu, w tonie dyskusji dało się wyczuć obawę, ale też pewien poziom agresji. Możliwość wybuchu wojny w najbliższej przyszłości traktują bardzo poważnie. Czy Pana zdaniem zagrożenie jest realne, czy jest to uwarunkowany historycznie nieustanny strach Izraelczyków przed zagrożeniami z zewnątrz?

Przypadek Iranu należy traktować bardzo poważnie. Nie mówię tego jako Izraelczyk, ale jako osoba mieszkająca w tym specyficznym regionie. Broń atomowa jest generalnie zagrożeniem, ale w rękach fundamentalistów religijnych jest zagrożeniem wyjątkowym. A Iran ma broń atomową, neguje Holokaust i promuje antysemityzm. Przywódcy Iranu oficjalnie mówią, że chcą wymazać Izrael z mapy świata. Myślę, że irańska broń atomowa, zagraża przede wszystkim Izraelowi, ale także całemu zachodniemu światu.

Pomysł izraelskiego ataku na Iran w celu zlikwidowania infrastruktury potrzebnej do produkcji broni atomowej, nawet jeśli w wyniku tej akcji zginęłoby dwudziestu Izraelczyków, wydaje się racjonalny. Problem w tym, że gdybyśmy zaatakowali Iran, pewnie nie bylibyśmy w stanie zlikwidować jego ośrodków atomowych, rozpętalibyśmy za to wojnę w całym regionie. Iran nie jest krajem neutralnym. Wspiera Hamas, a Hezbollah jest właściwie irańską armią w Libanie. W wyniku zamachów Hezbollahu zginęło wielu Izraelczyków w Bułgarii czy w Argentynie. Te akty terroru były koordynowane przez Iran. Nie wiem, jak na interwencję zareagowałby Egipt. Nie chcę, by Iran miał broń atomową, ale nie chcę też, by cały region ogarnęła wojna, która przed posiadaniem tej broni Iranu i tak nie powstrzyma. Zwłaszcza że Arabska Wiosna pokazała, jak niestabilne są te kraje i jak duże jest prawdopodobieństwo wojen domowych.

Gdy wszyscy generałowie mówią, że atak na Iran nie byłby dobrym posunięciem, naprawdę nie chciałbym, żeby Netanjahu to podważał. Nie mówię „nie bombardujcie Iranu” z takich samych powodów, dla których powiedziałbym „nie bombardujecie Szwajcarii”. Ci ludzie ogłosili się naszymi wrogami, choć nie mają realnego powodu. Nie graniczymy z Iranem, ich empatia dla Palestyńczyków jest dla mnie podejrzana, bo oni nie są Arabami, nie mówią tym samym językiem. Ale wojna prowadzona przez Netanjahu – premiera, który zdołał zepsuć wszystko czego się dotknął – jest olbrzymim niebezpieczeństwem.

Od zeszłego roku przez Izrael przetaczają się demonstracje obywateli domagających się sprawiedliwości społecznej. Zachodnie media porównywały je do Ruchu Oburzonych, wskazując na rosnącą westernizację młodych Izraelczyków, dla których problemy socjalne i finansowe są coraz ważniejsze. Czy Pana zdaniem protesty w Izraelu przypominają te w Nowym Jorku i Madrycie, czy też mieliśmy do czynienia z wyjątkowym zjawiskiem?

Myślę, że to coś wyjątkowego. W Izraelu protesty socjalne uznawano za coś niestosownego. Panowało przekonanie, że w kraju walczącym o przetrwanie podnoszenie jakichkolwiek zagadnień socjalnych, jak służba zdrowia, edukacja, ceny nieruchomości, byłoby samolubne. Nie można strajkować w trakcie wojny. Tyle że Izrael toczy wojny od kiedy istnieje. Dlatego zagadnienia socjalne były dotychczas marginalizowane, a brak protestów socjalnych politycy brali za pewnik. Pokazały one przemianę mentalną, ale to, że wybuchły pod rządami Netanjahu, nie jest przypadkowe. Myślę, że to najgorszy przywódca jakiego miał Izrael. Mam lewicowe poglądy, ale szanuję mądrych i uczciwych polityków prawicowych jak Sharon czy Begin. Mogłem się z nimi nie zgadzać, ale nawet jeśli rządzili krajem w zły sposób – nigdy w głupi. Netanjahu doprowadził do pogorszenia sytuacji prawie każdego w izraelskim społeczeństwie, poza ultraortodoksami i osadnikami (chodzi o żydowskich osadników zajmujących osady na terytoriach spornych w konflikcie izraelsko-palestyńskim. Osadnictwa te znajdują się na terenie Autonomii Palestyńskiej, są jednak kontrolowane przez Izrael – przyp. red.).

Jesteśmy niesłychanie skorumpowanym społeczeństwem, co jest związane z okupacją Palestyny – w czasie wojny więcej uchodzi na sucho. Do tego dochodzi śródziemnomorska mentalność – bardzo nepotyczna i kastowa. Wysoki poziom korupcji i nepotyzmu powoduje, że premier interesuje się małymi, sektorowymi grupami, ale większość nie czuje się reprezentowana, słyszy obietnice typu: „porozmawiamy, gdy osiągniemy pokój”. Dzisiaj kluczowym czynnikiem dla polityka, który potrzebuje poparcia w parlamencie jest to, od jak dawna jest żonaty. Nie, jak duże płaci podatki, czy służył w armii, czy poświęcił coś dla kraju. Długość stażu małżeńskiego to jedyne co się liczy. To dlatego, że ultraortodoksi są członkami koalicji rządzącej, a dla nich to ma znaczenie i się z tym nie kryją. Mój syn chodzi do czterdziestoosobowej klasy. Wiele dzieci osadników chodzi do klas dwunastoosobowych. Dlaczego? Bo żyją w osadach, gdzie niewiele osób chce żyć, ale – dzięki poparciu Netanjahu – dostają fundusze na edukację. Takie anomalie stają się regułą.

Poziom biedy w Izraelu zwiększa się każdego roku. W latach 80. byli ludzie bogaci, kilku milionerów, chyba nie było miliarderów, a pozostali żyli w sposób skromny, ale na pewnym poziomie. Według ostatnich badań, jedna trzecia dzieci w Izraelu kładzie się spać głodna. Dziesięć lat temu procent takich dzieci był marginalny. Podatki wcale nie są nakładane na bogatych. Przeciwnie: to biedniejsi muszą płacić. Nie ma więc właściwej proporcji między tym, co dostajesz od państwa, a tym ile mu płacisz. Erupcja protestów była bardzo szczerym i prawdziwym oskarżeniem.

Społeczeństwo współczesnego Izraela często postrzegamy przez pryzmat tworzących je grup: Sefardyjczyków i Aszkenazyjczyków, Żydów polskich, rosyjskich, ultraortodoksów, osadników, izraelskich Arabów. Czy protesty socjalne przyczyniły się do odbudowania izraelskiej solidarności, wbrew podziałom kulturowym i polaryzacji opinii?

W protestach socjalnych maszerowali razem Żydzi i Arabowie, bogaci i biedni, ale też geje czy uchodźcy z Sudanu. Rząd zareagował na nie tak histerycznie, bo ludzie uczeni wzajemnej nienawiści zjednoczyli się. Te podziały – naturalne z historycznego punktu widzenia – przywódcy Izraela pogłębiają w imię politycznego interesu, zgodnie ze strategią „dziel i rządź”. Im więcej konfliktów udaje się wytworzyć, tym łatwiej społeczeństwem zarządzać. Netanjahu mówi o Tel Awiwie tylko w negatywnym kontekście, na przykład, że „Telawiwczycy nie giną na wojnach”. Próbuje się nam wmawiać, że Jerozolimczycy są patriotami, a ci z Tel Awiwu – kosmopolitycznymi egoistami. Statystycznie jest zupełnie odwrotnie, bo w Jerozolimie mieszka wielu ultraortodoksów, którzy nie idą do wojska. To smutne, podzielone i niesamowicie skorumpowane miasto, zdominowane przez polityków i ludzi religijnych, którzy nie pracują. Wielu pisarzy, którzy mieszkali w Jerozolimie, stąd uciekło. Nie jestem pewien, czy pod względem geograficznym Dawid Grossman może powiedzieć, że mieszka w Jerozolimie. To miasto ze wspaniałą historią, ale to Tel Awiw jest bijącym sercem Izraela i pod każdym względem centrum tego kraju – przemysłowym, biznesowym, kulturalnym. Netanjahu stara się skonfliktować Tel Awiw i resztą kraju, zantagonizować liberalną lewicę i ludzi biednych, tak jak zrobili to republikanie. Powtarza, że liberalna lewica to sami Aszkanazyjczycy.

Protesty socjalne pokazały, że Netanjahu jest w błędzie. Jedna z liderek protestów powiedziała mi, że odwiedziła bardzo biedną dzielnicę Holonu. Ludzie tam są skrajnymi prawicowcami, nienawidzą Arabów. Pojechała tam, by rozdawać koce, pomagać im. Nagle ktoś do niej podchodzi, ktoś duży, sprawiający wrażenie agresywnego. „Czy to prawda, że pomagacie też Arabom?” – pyta. „Tak, nie wszystkim Arabom, tylko tym biednym, bo pomagamy biednym ludziom” – odpowiada działaczka, przekonana, że zaraz dostanie w twarz. Ale osoba, z którą rozmawiała, wzięła głęboki oddech i mówi: „To dobra rzecz, że im pomagacie, jest wielu ludzi, którzy tego potrzebują”.

Żyjemy w kraju, w którym biedni Żydzi zamykają się na Arabów, ale w trakcie protestów mogli zobaczyć, co ich łączy. „Jesteśmy biedni. Ja jestem Żydem, ty Arabem, ale obaj potrzebujemy kanalizacji działającej w naszym mieście”. To była rewolucja. Lewicowa narracja w Izraelu jest historycznie bardzo protekcjonalna, zamknięta. „Prawicowcy to okupanci, nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego” – mówią. Protestom socjalnym udało się przełamać te stare lewicowe narracje.

Mówił Pan o różnicach między Jerozolimą a Tel Awiwem i zagadnieniach związanych z ultraortodoksyjnymi Żydami. Czy Pana zdaniem konflikt między świeckimi Izraelczykami a ultraortodoksami będzie narastał?

Mam nadzieję, że nie. Ultraortodoksi, z których wielu żyje w strasznych warunkach, powinni popierać protesty socjalne, niewymierzone przecież w żaden sposób przeciw nim. Moja siostra jest ultraortodoksyjna, znam sytuację ultraortodoksów. Nie pracują, ale jednym z powodów, dla którego tego nie robią, jest system stworzony przez rząd. Podejmując pracę, traci się wszystkie przywileje socjalne. Jeśli zatem rodzina dostaje zasiłek w wysokości tysiąca euro, a żona pójdzie do pracy i zarobi siedemset euro – zasiłek przepada. Tymczasem w pracy na ogół nie może zarobić tyle, ile dostaje zasiłku. System karze ultraortodoksów za próby podjęcia pracy i uzależnia ekonomicznie od rządu. Dając im zasiłki, rząd może przeforsować dowolny projekt, bo podstawowym zawodem ultraortodoksów jest – de facto – bycie zawodowym wyborcą. Będą głosować tak, jak każe rabin, a potem przez kolejne cztery lata dostawać zasiłki. Rząd nie ma interesu w ich ekonomicznym uniezależnieniu, bo straciłby swojego największego sojusznika.

Ultraortodoksyjna rodzina z dwanaściorgiem dzieci nie jest niczym niespotykanym. Z upływem lat procent ultraortodoksyjnych obywateli Izraela będzie rósł. Co to oznacza dla przyszłości Izraela?

Ultraortodoksi nie są zaangażowani w politykę na tym samym poziomie, co reszta społeczeństwa. Od polityków oczekują zapewnienia im możliwości prowadzenia religijnego stylu życia w swoich dzielnicach, żeby narodowe linie lotnicze nie latały w szabat, a premier nie jadł publicznie wieprzowiny. Ale to są życzenia, nie dążą do wprowadzenia prawa religijnego, jak fundamentaliści islamscy. Są zainteresowani zachowaniem autonomii i społecznej infrastruktury, a nie rządzeniem. Nie obawiam się ich. Strach przed ultraortodoksami – jak wiele lęków w Izraelu – bywa manipulowany. Podobnie, jak strach przez Arabami.

Uważa Pan, że obecny rząd faworyzuje osadników, że są bardzo wpływową grupą. Do jakiego stopnia osadnicy wpływają na kształt współczesnego Izraela?

To bardzo mała grupa, licząca mniej niż trzysta tysięcy osób. Ilość głosów, jakie mogą oddać na polityków jest znikoma, ale ich wpływ na politykę, media, łatwość z jaką pozyskują fundusze, są niepomiernie większe. Nigdy nie widziałem podobnie zorganizowanej grupy, która systematycznie kłamie, manipuluje, a przede wszystkim jest agresywna i radykalna w swoich atakach. Nie mówię tego o osadnikach jako jednostkach. Moja siostra była osadniczką, bo tylko wybór życia w osadzie zapewnił jej mieszkanie, nie musiała spać na ulicy. Znam wielu dobrych, uczciwych osadników, ale ich liderzy są zupełnie inni. Ludzie, którzy pociągają za sznurki, są kastową grupą rasistów. Nie mogę zaakceptować tego, że kraj o żydowskiej historii zgadza się na okupację dwóch milionów ludzi i na terytoriach, gdzie są osady, stwarza system niewiele lepszy od apartheidu. Państwo Izrael powstało jako państwo-raj dla Żydów, po Holocauście i pogromach. Jeżeli ten raj może istnieć tylko w wyniku opresji innego społeczeństwa, to nie ma na to usprawiedliwienia.

Liderzy osadników aktywnie przyczyniają się do tej opresji. Osady są nieustannie korumpowane. To rodzaj fabryki, gdzie realizuje się coraz to nowe projekty, budowy, by utrudnić Palestyńczykom odzyskanie terytoriów po ewentualnym rozejmie. To jedyny powód – działanie metodą faktów dokonanych. Dwa tygodnie po śmierci mojego ojca, który był ocalałym z Zagłady, poproszono mnie, bym przyszedł do Yad Vashem, spotkać się z generałem izraelskiej armii. Generał powiedział mi, że pamięć o Holokauście jest ciągle obecna w izraelskiej armii. „Jak pójdziesz do wielu gabinetów izraelskich generałów, zobaczysz zdjęcie samolotu F16 przelatującego nad bramą Auschwitz” – zapewniał mnie. Odpowiedziałem mu, że kiedy widzę to zdjęcie, widzę jeden kawałek metalu, przelatujący nad drugim kawałkiem metalu. Jedyna rzecz, która je łączy, to to, że żaden z nich nie został wyprodukowany w Izraelu. Mieszkam tutaj i kiedy idę do gabinetu generała, chciałbym raczej zobaczyć to znane zdjęcie dziecka z rękami podniesionymi do góry. To nie jest kwestia pamiętania o Zagładzie, to kwestia lekcji, jaką z niej wynieśliśmy. Jeśli po Holokauście nauczyliśmy się, że jesteśmy Żydami i jacyś „Oni” zawsze chcą nas zabić, więc lepiej zabić ich, zanim to zrobią, to cały fundament tego kraju traci ważność. Byliśmy ofiarami wielu oskarżeń i zbrodni, powinniśmy tworzyć kraj, gdzie nikt nie będzie w podobnej sytuacji.

Jest Pan znany przede wszystkim jako pisarz, ale ostatnio o Pańskim zaangażowaniu w protesty socjalne również było głośno. Jaka jest Pańskim zdaniem rola intelektualisty w takiej sytuacji?

Kiedy wybuchły protesty socjalne, większość pisarzy w ten lub inny sposób je popierała. Gdy osiągnęły swój szczyt, zostałem jedynym. To smutny fakt, ale taka jest rzeczywistość.

Czy jako pisarz i intelektualista odczuwa Pan większy obowiązek angażowania się w sprawy publiczne, takie jak protesty socjalne?

Artysta nie ma obowiązków i dzięki temu sztuka jest tak potężna. Nie musi przestrzegać praw i zasad. Artysta produkuje coś – z praktycznego punktu widzenia – bezużytecznego. Kiedy piszę książkę, wiem jedno: nikt nie wykopie nią dołu, nie usmaży na niej jajecznicy. Ta bezużyteczność jest siłą. Nie sądzę, żeby intelektualista czy pisarz był do czegokolwiek zobowiązany. Powinien celebrować swoją indywidualność.

Kiedy zaczynałem jako pisarz, chciałem zbudować własną markę, ale na moich warunkach. Nie chciałem alienować się od społeczeństwa, z łatką pisarza sprzyjającego konkretnej idei i piszącego tylko dla jej wyznawców. Niestety, izraelska lewica jest tak samo plemienna jak prawica. Lewicowcy nie są bardziej otwarci, są wśród nich podobni faszystom. Kilka lat temu napisałem esej o mojej pomarańczowej koszuli. Pomarańczowy, od jakiegoś czasu jest symbolem poparcia dla osadników. To była moja najlepsza koszula, z wyprzedaży, ale naprawdę piękna. Zawsze ubierałem ją do telewizji i na spotkania, ale moja żona kazała mi się jej pozbyć, bo ludzie pomyślą, że jestem za osadami. Poszedłem po radę do sprzedawcy w moim sklepie spożywczym, który jest Palestyńczykiem. Powiedział, że powinienem nadal nosić tę koszulę. Bo kiedy przestanę nosić tę koszulę, on musiałby przestać sprzedawać marchew, a nie może zbankrutować. Chciałem przez ten esej zwrócić uwagę, że osadnicy kolonizują nie tylko ziemię, ale i kolory. Taką retoryką konfuduję czytelnika i to jest pozytywne, bo mam nadzieję, że kiedy przeczyta to osadnik, nie pomyśli, że to tekst, który napisał jakiś tam lewak, tylko że jest to tekst mówiący coś o naszym życiu.

W opowiadaniu „Nagłe pukanie do drzwi” do Etgara Kereta, by wymusić napisanie opowiadania, przychodzą różni ludzie i grożą mu bronią. Pada tam zdanie: „Amosowi Ozowi czy Grossmanowi w życiu by się to nie przytrafiło”. Jaka jest główna różnica między wami?

Amos Oz i Dawid Grossman to pisarze, których naprawdę podziwiam. Ale w dialogu z czytelnikami rolę gra wiele czynników. Rozmowa z nauczycielem, wzorem do naśladowania, jest zupełnie inna, niż kiedy narracja ujawnia tak bliską czytelnikowi bezsilność. Dystans się zmniejsza. Różnice w relacjach pisarz – czytelnik łatwo dostrzec na przykładzie twórczości Issaca Bashevisa Singera i Lwa Tołstoja. Kiedy czytelnik spotyka Tołstoja, patrzy do góry; gdy Singera – w najlepszym wypadku są na tym samym poziomie, choć najczęściej pisarz ten stawia się na gorszej pozycji. Podobnie Franz Kafka. Czytelnik myśli: „Ten facet jest nawet bardziej żałosny niż ja, ma więcej problemów i jest ode mnie słabszy”.

Sposób pisania i charakter prowadzonej rozmowy wynika z osobowości pisarza. Izraelscy pisarze tradycyjnie pełnili funkcję nauczycieli. Proponowali rozwiązania polityczne dotyczące procesu pokojowego czy problemów społecznych. Dawid Grossman pisze w sposób idealistyczny. Rozmawiał Pan już z Dawidem? Jak Pan się z nim spotka, to Pan zobaczy, że to jak spotkać się z papieżem. Ten jego spokój, ton głosu. Tak samo z Amosem. Obaj są znakomitymi mówcami, znacznie lepszymi niż ja. Inaczej niż oni, nie mógłbym grać roli autorytetu publicznego. Nie wiem jak rozwiązać konflikt bliskowschodni. Jeśli Dawid Grossman kandydowałby na premiera, poparłbym go. Zagłosowałbym też na Amosa Oza. Jeśli sam zdecydowałbym się kandydować, na pewno nie zagłosowałbym na siebie. Nie mogę brać na siebie odpowiedzialności, którą oni biorą, na przykład gdy spotykają się z członkami partii politycznych i nawet wpływają na kurs partii. Nie ma w tym nic złego, ale nie wyobrażam sobie, bym na spotkaniu z ministrami mógł doradzać im, co mają robić. Pisanie o rzeczywistości mi wystarcza. To, że piszę opowiadania o tym kraju, nie oznacza, że mam dla niego jakieś rozwiązania. Nie wartościuję rodzajów dialogu z czytelnikami, ale myślę, że mój język wywodzi się w dużo większym stopniu z tradycji żydowskiej diaspory.

Czym pisarska tradycja diaspory jest dla Pana? Rozmawialiśmy o izraelskości, czym jednak jest żydowskość?

Czuję się znacznie bardziej Żydem diaspory, niż Izraelczykiem, z powodu unikalności tej tożsamości. Żyd z diaspory może wiele czerpać ze swojej multitożsamości i umiejętności transformacji. Coś takiego posiadają tylko Żydzi, geje i superbohaterowie. Jeśli siedzisz z kimś przy stole, nie możesz być pewny, że jest Żydem. Nie wiesz, czy ktoś jest Żydem, gejem czy superbohaterem. Kiedy jest Chińczykiem – wiesz od razu. Ktoś, kto ma więcej niż jedną tożsamość, staje przed unikalnym wyzwaniem intelektualnym. Jeśli jesteś Żydem, to wiesz, jak to jest być Żydem, ale też jak to jest być nie-Żydem, ale nie-Żyd nie może tego wiedzieć. Masz umiejętność podwójnego myślenia. Jeśli jesteś polskim Żydem, możesz powiedzieć: „Ci Polacy powariowali”, i mówisz to jako Polak, a potem możesz iść do synagogi i powiedzieć: „Ci Żydzi zdurnieli”, i występować jako Żyd. Dzięki temu jesteś zawsze jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz. Wiele odkryć nowoczesności dokonali Żydzi, niezależnie, czy mówimy o Marksie, Freudzie czy Einsteinie. To nie wynika z genetyki, ale właśnie jest to dar kulturowy.

Jest Pan bardzo krytyczny wobec Izraela. A co jest jego największą zaletą?

Na demonstracji, na której byłem wczoraj, ktoś trzymał transparent: „Izrael = dobrzy ludzie, gówniany rząd”. Coś w tym jest. Kocham ludzi tutaj. W Izraelczykach jest pewne poczucie wyzwania. Nikt nie robi czegoś, bo robią tak inni. Tutaj twój umysł pracuje cały czas i stara się przekraczać ograniczenia. To kraj, który nadal zadaje sobie pytanie o kolektywną tożsamość. Izraelczycy przyjechali tu z całego świata. Ciekawe historie, które stoją niemal za każdym z nich, to jedyne, co ich łączy – rodzaj wizy wjazdowej.

ETGAR KERET (ur. 1967) – pisarz izraelski, uznawany za mistrza krótkiej formy, wykładowca Wyższej Szkoły Filmowej w Tel Awiwie, dziennikarz i scenarzysta. Uważany za głos pokolenia młodych Izraelczyków. W Polsce ukazały się zbiory opowiadań: Osiem procent z niczego, Rury, Tęskniąc za Kissingerem, Kolonie Knellera oraz Nagle pukanie do drzwi.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter