70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wieczne poszukiwanie alternatywy

Pisanie może mieć efekty terapeutyczne, ale w literaturze chodzi o coś więcej. Terapeuta jest jak ratownik na basenie: kiedy widzi tonącego, wskakuje do wody i próbuje go ratować. Pisarz w takiej sytuacji chce tonąć razem z nim, chce wiedzieć, jak to jest.

Powstawaniu państwa Izrael towarzyszyła bardzo jasna, wspólnotowa narracja w duchu syjonizmu: kibuce miały stworzyć sprawiedliwy model ekonomiczny, społeczeństwo jednoczyło się w imię budowania nowego. Tę atmosferę odzwierciedlała literatura tzw. Pokolenia 1948. Czy obecnie istnieje odpowiednik tamtej narracji?

Współczesna literatura izraelska jest dużo bardziej indywidualistyczna i zróżnicowana w stylach i tematyce. Czasami wręcz ucieka od codzienności. Z drugiej strony, głos kobiet czy nowych emigrantów pochodzących z różnych kręgów kulturowych jest bardziej słyszalny. O ile u początków państwa Izrael byliśmy pod silnym wpływem literatury rosyjskiej, teraz to literatura amerykańska jest najbardziej inspirująca, szczególnie dla młodych pisarzy.

W Europie Izrael nadal łączony jest z syjonizmem. Co znaczy on dla Izraelczyków dzisiaj?

Uważam, że syjonizm był bardzo ważną i znacząca ideą. Stworzył miejsce dla ludzi cierpiących z powodu pogromów i nietolerancji od setek lat, także dla ocalałych z Zagłady. Dał im dom i godność, bezpieczeństwo i stabilizację. Nie zapominam o tym, nawet kiedy krytykuję Izrael. Dzięki syjonizmowi, mimo wrogości i nienawiści ze strony krajów wokół nas, osiągnęliśmy bardzo wiele – stworzyliśmy kulturę, rolnictwo, przemysł. Przyjmowaliśmy nowo przybyłych w liczbach przekraczających czterokrotnie populację żyjącą w Izraelu.

Trzeba docenić fakt, że Izrael – przynajmniej do niedawna – był silną, stabilną demokracją. Jednak by to osiągnąć, wyrządził wiele niesprawiedliwości i zła Palestyńczykom. Tragedia syjonizmu polega na tym, że aby się spełnić, pozbawił Palestyńczyków ich praw. Brzemię odpowiedzialności nie spoczywa wyłącznie na Izraelu – to także odpowiedzialność krajów arabskich i samych Palestyńczyków, choćby z powodu odrzucania przez nich kompromisów sugerowanych przez ONZ. Powinniśmy próbować rozwiązać tę sytuację. My i Palestyńczycy mamy tu przed sobą przyszłość. Należy o nią zadbać.

Jak syjonizm może być wykorzystany w przyszłości?

Myślę, że powinniśmy czerpać z syjonizmu. Idea Izraela jako bezpiecznego miejsca dla Żydów jest bardzo ważna. Żydzi nigdy nie czuli się u siebie, nawet w najbardziej gościnnych miejscach, a stworzenie przestrzeni, w której moglibyśmy się wreszcie tak poczuć, to zasługa syjonizmu. Syjonizm to śmiałość: inicjatywa, możność stworzenia siebie samych na nowo, a teraz – stworzenia nas samych na nowo jako ludzi żyjących w pokoju.

Czy istnieje wspólny etos lub narracja, które mogłaby zjednoczyć społeczeństwo izraelskie dzisiaj?

Izrael jest bardzo podzielony i to w sprawie niemal każdego kluczowego zagadnienia. Opinie o tym, jak państwo Izrael powinno funkcjonować, są sprzeczne. Jak bardzo religijne lub świeckie powinno być, jak bardzo pokojowe i otwarte na dialog lub agresywne i gniewne w stosunku do sąsiadów. Wielu ludzi religijnych chciałoby utworzenia państwa halachicznego, zgodnego z zasadami judaizmu, kiedy świeccy oczekują pluralistycznego, liberalnego modelu. Jedność jest sytuacyjna, wywołana przez zagrożenie z zewnątrz. To społeczeństwo pełne podziałów i traum. Przemoc towarzyszy naszym relacjom z sąsiadami i zainfekowała nasze wewnętrzne organy. Dlatego nawet wewnątrz społeczeństwa są grupy, które w oczach innych uważane są za zagrożenie, czasami nawet śmiertelne. Prawica myśli tak o lewicy i odwrotnie. A jednak mam wrażenie, że Izrael zaczyna odczuwać powagę stanu wojny i przemocy doświadczanej od tak wielu lat. Napięcia i opozycje czynią Izrael rajem dla mnie jako pisarza, ale to, co dla pisarza może być rajem, może być też piekłem dla przeciętnego, chcącego żyć w pokoju, obywatela.

Z czego wynika brak dawnej solidarności wśród współczesnych Izraelczyków?

Źródłem jest zmiana nastawienia do naszej sytuacji politycznej. Okupujemy naród palestyński od 45 lat. Niektórzy to akceptują, nawet usprawiedliwiają, ale inni, jak ja, próbują z tym walczyć. Wojna między tymi obozami stała się niemal najważniejszym egzystencjalnym pytaniem o nas samych. Głęboko wierzę, że bez rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego, bez stworzenia dwóch niezależnych państw, nie ma tu życia ani dla nas, ani dla Palestyńczyków. Widzę, jak efekty okupacji zmieniają nas jako społeczeństwo, jak coraz bardziej ulegamy naszym lękom i jak bardzo utrudnia nam to rozróżnianie prawdziwych zagrożeń od tych, wynikających z echa posttraumy.

Jest Pan znany jako autorytet moralny, intelektualista zaangażowany w wiele politycznych inicjatyw. Jaka jest rola intelektualisty we współczesnym Izraelu?

Nie tylko w Izraelu, ale w obszarze każdego konfliktu ludzi często paraliżuje sytuacja, w której się znaleźli. Wynika to ze strachu i jest zrozumiałe. Intelektualiści wiecznie poszukują alternatyw. Pisanie książki jest polowaniem na inną opcję. Staram się opisać daną sytuację inaczej, pokazać ją z możliwie wielu punktów wiedzenia. To powinno dotyczyć również polityki. Powinniśmy zawsze patrzeć na zaistniałą sytuację nie tylko z naszego punktu widzenia, ale także przez pryzmat naszych wrogów, by zobaczyć gdzie się mylą, a gdzie mogą mieć rację. Na podstawowym poziomie łączy nas człowieczeństwo: chcemy tego samego dla naszych dzieci – by żyły w godności, której są pozbawione przez wojnę.
Intelektualista powinien być również bardzo empatyczny, często intelektualiści są wyłącznie racjonalni. Można przez to łatwo przeoczyć olbrzymią część rzeczywistości: tę irracjonalną, chaotyczną i pierwotną. Intelektualista musi nieustannie brać pod uwagę emocje i psychologię, na przykład przedziwną tendencję do autodestrukcji. Logika i racjonalność nie wystarczają by identyfikować się z bohaterami tego dramatu. Dlatego część izraelskich intelektualistów zawiodła po izraelsko-palestyńskich porozumieniach z Oslo. Uwierzyli, że wkraczamy w erę pokoju, choć nadal było zbyt wiele negatywnych emocji, nienawiści i uprzedzeń po obu stronach, by to było możliwe.
W sferze publicznej pisarz powinien zajmować się też dbałością o język opisujący daną sytuację. On pierwszy pada ofiarą manipulacji i fałszerstw ze strony rządu, armii, mediów. Musimy pozostać lojalni wobec języka, aby żyć w zgodzie z prawdą, nie ulegać wyłącznie iluzji, halucynacjom, megalomanii i złości.

Czy może podać Pan przykłady manipulowania językiem w Izraelu?

Izrael nigdy nie mówi o „okupowaniu Palestyńczyków”. Nie mówimy nawet „Palestyńczycy”, mówimy „ludzie stamtąd”. Oni nigdy nie mają imion. Nawet kiedy są zabijani przez izraelskich żołnierzy, nie używamy ich imion. Komunikaty są zawsze podawane z użyciem strony biernej. Nie „Izraelscy żołnierze zabili Palestyńczyka”, ale „lokalny, młody mężczyzna został zabity”. Nawet po 45 latach okupacji ludzie mówią o tym jak o fałszu, jakby to nie była prawdziwa okupacja. Słowo „okupacja” pisze się w cudzysłowie. Od tego się zaczyna.

Mówił Pan, że izraelska demokracja w ostatnich latach się zmieniła. Jaka jest tego przyczyna?

Ludzie boją się o swoje życie, a nie możemy zaprzeczyć, że zagraża nam poważne niebezpieczeństwo ze strony Iranu i jego broni atomowej. To społeczeństwo od 45 lat żyje w podwójnej moralności: mamy demokrację w Izraelu, ale na terytoriach okupowanych panuje apartheid. Te sprzeczności zagrażają autentyczności demokracji. Od pewnego czasu najbardziej prawicowy rząd w świecie Zachodu pozbawia Arabów ich praw, a lewicę pozbawia prawa do ekspresji i aktywności. Za każdym razem, kiedy ktoś napisze artykuł krytyczny wobec rządu, musi zmagać się z ogromną falą protestu. Jesteśmy świadkami ciągłego naruszania wolności słowa w Izraelu. Daleko nam do sytuacji krajów arabskich, ale ludzie są straszeni, co popycha ich w stronę fundamentalizmu religijnego i narodowego. To bardzo niebezpieczne dla demokracji.

Do największych osiągnięć syjonizmu zaliczył Pan utworzenie państwa, będącego schronieniem dla Żydów. W ostatnich latach w Izraelu osiedla się coraz więcej nie-Żydów. W latach 90. byli to imigranci z Rosji, obecnie są to imigranci i uchodźcy z Afryki. Czy imigracje ludzi, którzy nie są Żydami, oznaczają, że państwo żydowskie to już przeszłość?

Proszę nie wyciągać tak pochopnych wniosków. Izrael jest wyspą prosperity na Bliskim Wschodzie, a imigranci są spragnieni jedzenia i pracy. Państwo powinno wyważyć proporcje między zapewnieniem pracy tym, którzy nie mogą wrócić do swoich ojczyzn, a ochroną bardzo wrażliwego, krajowego rynku pracy. Mimo że radzenie sobie z potężnym napływem imigrantów jest bardzo trudne dla małych krajów takich jak Izrael, powinniśmy dbać o prawa uchodźców i pomagać im w starciu z często brutalnym i okrutnym establishmentem. Jako naród przez wieki skazany na tułaczkę i bezdomność, któremu uchodźctwo jest dobrze znane, powinniśmy okazywać im więcej empatii niż obecnie. Ale to nie znaczy, że Izrael przestanie być państwem żydowskim. Nawet jeśli nie wszyscy są tu Żydami – a cenię mieszankę i konfrontowanie się z wieloma kulturami – to powód by tu żyć, jest żydowski. Dzień wolny to szabat, a nie niedziela, większość ludzi obchodzi żydowskie i izraelskie święta. Istnieje żydowsko-izraelska tożsamość, która jest tu nieustannie tworzona.

W Europie szeroko komentowano protesty domagające się sprawiedliwości społecznej, porównywane do ruchu Oburzonych. Co sądzi Pan o tym nowym fenomenie?

To był bardzo odświeżający i pozytywny ruch, ale obawiam się, że uległ rozmyciu i nie odnosi już sukcesów. Nowością był postulat zmiany stosunku państwa do obywatela. Zauważenia, że to obywatel jest w centrum. Niestety, państwo, które okupuje inny naród od tak wielu lat i przyzwyczaiło swoich obywateli do hierarchicznej zależności, w końcu zaczyna traktować ich jak wrogów. W rezultacie także nasz konflikt ekonomiczny stał się brutalny i bezlitosny.

Momik, bohater Pana książki Patrz pod: Miłość, mówi, że przed odkryciem prawdy o Zagładzie musiał pomagać sobie wyobraźnią i tym, co wywnioskował z szeptów starszych członków rodziny. Destrukcyjny wpływ narracji starszych na młodsze pokolenie to częsty temat Pańskich książek.

Narracja może być destrukcyjna, jeśli jest przekazywana w zły sposób, dla mnie była zawsze produktywna. Nawet jako dziecko byłem zafascynowany starymi ludźmi w naszej rodzinie. Ich historie przybliżały mi rzeczywistość, której nie byłem świadom. Fascynowały mnie ich twarze – starych ludzi ze zmarszczkami, pokazującymi jak się zmieniali z upływem lat.

Jest Pan jednym z najbardziej znanych pisarzy, przedstawicielem drugiej generacji po Zagładzie. Co dla Pańskiego pokolenia znaczy postpamięć – dorastanie w cieniu traumatycznej pamięci poprzedniego pokolenia, przeżywanie pamięci kogoś innego?

Ta pamięć należała do naszych rodziców. Moi rodzice nie są ocalałymi z Szoa. Mój ojciec przybył do Palestyny w 1936 roku, a moja mama urodziła się tutaj, ale wychowałem się w cieniu i milczeniu Zagłady. Cała druga generacja dorastała w Izraelu w atmosferze dojmującej, psychologicznej presji, która była skutkiem obecności ludzi doświadczonych przez jedno z najokrutniejszych wydarzeń w historii ludzkości. Ich wspomnienia były tak przerażające, że czuliśmy, iż musimy wiedzieć, co się tam stało i ujawnić sekret, o którym wszyscy tak milczą. Oczywiście wielu zaprzeczało, odrzucało tę wiedzę, co jest również zrozumiałe. Ale wielu chciało zrozumieć, także w akcie empatii dla swoich rodziców, często niezdolnych by opowiedzieć te historie. Powodowani podświadomą motywacją myśleliśmy, że jeśli zrozumiemy, co się stało w czasach Zagłady, będziemy w stanie zrozumieć naszych rodziców, a może nawet nas samych.
Ważne było też poczucie odpowiedzialności. Czuliśmy, że starsze pokolenie odejdzie i powinniśmy być ich świadkami. Czuliśmy, że tylko my możemy zadawać pytania i przekazać tę wiedzę przyszłym pokoleniom. Oczywiście, ujawnił się problem wyważenia proporcji między poznaniem historii a byciem ofiarą wiedzy o okrucieństwie ludzkiego gatunku. Ta wiedza może paraliżować, dlatego nie należy pozwolić, żeby prowadziła do nienawiści wobec innych ludzi i podejrzliwości wobec nich.

Jakie tematy przerywają dziś rozmowę w Izraelu, kiedy ktoś niespodziewanie wchodzi do pokoju? Jakie szepty mógłby usłyszeć Momik?

Szoa jest nadal bardzo obecne w naszym życiu. Premier Benjamin Netanjahu nieustannie porównuje zagrożenie ze strony Iranu do działań III Rzeszy. Podsyca lęk Izraelczyków, którzy nie są w stanie ochronić się przed takim porównaniem. Jako dzieci wyrośliśmy z bardzo konkretną wiedzą o sąsiedztwie śmierci i kruchości życia. Sam termin „Szoa” jest tak paraliżujący, że raz użyty, kończy dyskusję. Ludzie niemal zapomnieli, że nie jesteśmy w sytuacji Żydów w czasie II wojny światowej. Mamy silną armię, wspierają nas Stany Zjednoczone. Każdy potrzebuje innego czasu, by przezwyciężyć traumę, a my nadal jesteśmy w niej pogrążeni. Musimy wykonać wysiłek i pamiętać, że nie żyjemy w tamtych czasach. Istnieją realne zagrożenia: Iran zadeklarował, że chce zmieść Izrael z powierzchni ziemi i może mieć reaktor atomowy; nadal na świecie panuje olbrzymi antysemityzm. To wszystko sprawia, że rozróżnienie między echem Zagłady a prawdziwymi głosami jest bardzo trudne. Ale musimy to robić, jeśli nie chcemy paść ofiarą mentalności Szoa i jeśli nie chcemy sprowadzić na siebie kolejnej katastrofy.

Mówi Pan po arabsku. Na ile ta umiejętność jest ważna i pomocna dla izraelskiego pisarza?

Kiedy miałem 13 lat, musiałem wybrać pomiędzy francuskim a arabskim jako drugim językiem obcym, którego będę się uczył po angielskim. Zdecydowałem się na arabski, ku zaskoczeniu i chyba rozczarowaniu moich rodziców. „Dlaczego chcesz uczyć się arabskiego? Kto mówi po arabsku? Nie ma żadnego pisarza, literatury po arabsku” – mówili. Nie wiedzieli nic o tym języku i arabskiej kulturze. „Powinieneś uczyć się francuskiego, francuski to kultura, teatr i literatura” – powtarzali. Przyniosłem im wielki atlas i pokazałem, gdzie leży Paryż, a gdzie jesteśmy my.
Każdy Izraelczyk powinien się uczyć arabskiego, by móc rozmawiać z sąsiadami, czytać książki. Muszę przyznać, że kilka lat temu znałem arabski znacznie lepiej. Teraz, nawet kiedy spotykam się z Palestyńczykami, mówimy po angielsku, żeby nie dawać nikomu przewagi w debacie. Ale myślę, że kiedy uczyłem się arabskiego, rozumiałem lepiej hebrajski – jego strukturę, logikę. Arabski i hebrajski są jak siostry. Kto uczy się języka swojego sąsiada, czasami swojego wroga, może spojrzeć na siebie z punktu widzenia innego języka i dowiedzieć się więcej o sobie samym.

Po hebrajsku mówi się, jak przypomniał Pan w jednym z wywiadów: „Zazdrość między pisarzami przysparza mądrości”. Jaka jest Pańska opinia o pisarzach młodszej generacji, takich jak Etgar Keret? Jakie są między wami podobieństwa i różnice?

Czytam Etgara Kereta i lubię jego pisarstwo. Fascynują mnie różnice między jego twórczością a literaturą pokolenia mojego czy Amosa Oza i Awrahama B. Jehoszui. Myślę, że wszyscy piszemy o tym samym. Etgar pisze ironicznie, z przymrużeniem oka. Moje pokolenie jest zainteresowane bardziej budowaniem postaci, jej psychiką. Ale trudno uogólniać na temat którejkolwiek generacji. Młodsi pisarze – w przeciwieństwie do mojego pokolenia – używają też języka mówionego. My posługujemy się tylko literackim.

Pańskie pisarstwo bywa porównywane do terapii. Jakie są zagrożenia wynikające z takiego połączenia?

Pisanie może mieć efekty terapeutyczne, ale w literaturze chodzi o coś więcej. Terapeuta jest jak ratownik na basenie. Kiedy widzi, że ktoś tonie, wskakuje do wody i próbuje go ratować. Pisarz w takiej sytuacji wskakuje i chce tonąć razem z nim, chce wiedzieć, jak to jest. Oczywiście, są i dobre strony – pisanie pozwala znaleźć słowa dla rzeczy wcześniej bezimiennych. Pisząc, pozwalam im wyjść spod powierzchni. Choć to również bywa destrukcyjne. Pisanie może mieć efekty terapeutyczne, ale w literaturze chodzi o coś znacznie większego. Literatura aspiruje do dania głosu wszystkim możliwym uczestnikom. Jest wiele rzeczy, których nie jestem w stanie pojąć, dopóki o nich nie napiszę. Dopiero pisząc o nich książkę, czuję, że nie uciekam od problemu. To dla mnie bardzo ważne: nie ulegać pokusie unikania rzeczy przerażających i czuć, że nie jestem sparaliżowany, że mogę się ruszać i nie pozwalam sytuacji, aby uczyniła mnie swoją ofiarą.

DAWID GROSSMAN (ur. 1954) – pisarz izraelski, w latach 1970–1984 pracował w izraelskiej rozgłośni radiowej, w programach dla dzieci. Do jego najsłynniejszych prac należą: Kto ze mną pobiegnie, Patrz pod: Miłość oraz Żółty wiatr.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter