70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Naród i jego cień

Chrystus przyszedł oczywiście na długo przed XIX-wiecznymi europejskimi narodami. Przyszedł za szybko. Podobnie jak za szybko przyszli Mojżesz (którego oczywiście nie uważam za żydowskiego nacjonalistę, ale za jednego z proroków uniwersalnej emancypacji), Sabbataj Cwi, Spinoza, a nawet Jakub Frank. Przyszli za szybko, ale to z ich myśli wyrosła emancypacja, która – na dobre i na złe – musiała przejść przez formę narodową.

Z profesorem Pawłem Śpiewakiem wypada zgodzić się w jednej, niewątpliwie bardzo ważnej sprawie. Naród był w XIX w. narzędziem zarazem emancypacji społecznej, jak i politycznej. Poprzez naród próbowano budować na europejskim kontynencie zarówno nieco większą równość, jak i nieco powszechniejszą demokrację. Oczywiście za tym wspaniałym narodowym narzędziem emancypacji od samego początku ciągnął się cień. Jak kiedyś słusznie zauważył prof. Bronisław Łagowski, nie ma bardziej krwawej, bardziej przesiąkniętej pragnieniem mordu pieśni niż Marsylianka. Pieśń będąca jednocześnie, nie ma co ukrywać, najwspanialszą pieśnią narodowej i społecznej emancypacji. Właśnie posługując się młodym jeszcze, ale już skutecznie zmobilizowanym francuskim demosem, Napoleon I podbił i wyemancypował społecznie (historia pełna jest paradoksów, które najlepiej chyba opisuje formuła „chytrości Rozumu” z Heglowskiej Fenomenologii Ducha) większość krajów Europy. Francuski nacjonalizm Napoleona I został powstrzymany dopiero przez rosyjski nacjonalizm Aleksandra I, jawnie kopiującego pomysły swego największego idola i najgroźniejszego wroga.

Potem było już tylko gorzej i gorzej. Nacjonalizm, dawkowany z liberalną i konserwatywną ostrożnością przez wiek XIX, wymknął się spod kontroli na początku wieku XX i doprowadził do I wojny światowej, która zniszczyła cały kontynent europejski, a być może na zawsze pozbawiła go dawnej potęgi. Mówię o I wojnie światowej, bo II wojna światowa, łącznie z nazizmem i komunizmem, była tylko dogrywką swojej poprzedniczki. Bez tej pierwszej nie byłoby przecież ani władzy Lenina w Rosji, ani Hitlera w Niemczech, a I wojny światowej nie byłoby bez nacjonalizmów, które wymknęły się spod kontroli próbującym nimi zarządzać arystokratycznym i demokratycznym elitom. Można zatem powiedzieć, że co nacjonalizm Europie dał, to nacjonalizm jej zabrał i to z niewysłowioną nawiązką.

Dzisiaj w Europie nacjonalizm stał się już prawie wyłącznie toksyną. Widać to najlepiej, kiedy na naszym kontynencie, szczególnie pod wpływem kryzysu, następuje tzw. renacjonalizacja polityki europejskiej. Nie ma już ona nic wspólnego z budowaniem żywego demosu, z emancypacją kogokolwiek, z demokratyzacją, z równością. Jest zjawiskiem wyłącznie lękowym i reaktywnym, a sztandar renacjonalizacji polityki europejskiej dumnie podnoszą tylko największe autorytarne buce i najpodlejsi cynicy. Także cynicy „Straussowscy”, którzy z dzieł tego nad wyraz ciekawego historyka idei upodobali sobie wyłącznie frazy służące im do uzasadnienia ich własnej wyższości nad ludem lub po prostu nad innymi ludźmi. Oni lud chętnie widzą „narodowym” i bez żadnych oporów za pomocą nacjonalizmu sprowadzonego już wyłącznie do lęku starają się tym ludem zarządzać. Ale ta manipulacja z budowaniem żywego demosu nie ma nic wspólnego. Dlatego lepiej by było, gdyby lud czy jednostki, będące przecież w oczywisty sposób także Niemcami, Rosjanami, Żydami, Polakami (oczywiście nawiązuję tu do znanego mizantropijnego aforyzmu Josepha de Maistre’a), stały się jednak dzisiaj nieco bardziej ludźmi, niż członkami swoich narodowych wspólnot. Aby przynajmniej rozpoczął się proces kształtowania demosu europejskiego, który historycznie istniał zresztą w różnych formach na naszym kontynencie jeszcze przed pojawieniem się demosów narodowych, choćby w formule Europy łacińskiej.

Chrystus przyszedł oczywiście na długo przed XIX-wiecznymi europejskimi narodami. Przyszedł za szybko. Podobnie jak za szybko przyszli Mojżesz (którego oczywiście nie uważam za żydowskiego nacjonalistę, ale za jednego z proroków uniwersalnej emancypacji), Sabbataj Cwi, Spinoza, a nawet Jakub Frank. Przyszli za szybko, ale to z ich myśli wyrosła emancypacja, która – na dobre i na złe – musiała przejść przez formę narodową.

Zygmunt Krasiński, którego mam nadzieję za lewaka nikt rozsądny nie uzna (choć w dzisiejszej Polsce zamieszanie językowe jest tak wielkie, że i Krasińskiemu może się dostać, i to nawet od ludzi uczonych), w swoim wyjątkowo interesującym eseju O stanowisku Polski z Bożych i ludzkich względów (niestety niedokończonym, bo go księża zmartwychwstańcy uznali za heretycki, a Krasiński, niestety, księży zmartwychwstańców się słuchał) pisze o narodach w taki o to sposób: „W istocie narodowość trwa tylko i aż do dni ostatnich planety – gdyż jest jedynie nutą, potrzebną do złożenia akordu harmonijnego ludzkości, i jako ludzkość cała, tylko przysposobieniem duchów pojedynczych do żywota wiecznego”.

Dla mnie wyjątkowo ważne są użyte tutaj przez Zygmunta Krasińskiego słowa „jedynie” i „tylko”. Oznaczają one, że dla Krasińskiego naród był zawsze tylko środkiem, a nigdy nie stał się celem. Był dla niego narzędziem duchowego doskonalenia jednostki. Znaczy to także tyle, że jeśli naród z narzędzia doskonalenia człowieka staje się narzędziem jego patologizowania, moralnego niszczenia, mamy obowiązek to narzędzie, do niczego już nieprzydatne, odrzucić tak daleko, jak tylko starczy nam sił.

Jeszcze jedno jest w tym cytacie z Krasińskiego ważne. Trwanie narodowości „tylko i aż do ostatnich dni planety”. Oznacza to tyle, że narody, które pomimo wszystkich prób ich absolutyzacji są tylko bytami historycznymi, istnieją „tylko aż” do końca ich własnej historii. Chciałbym, aby historia narodów już się wreszcie skończyła, choć jako realista wiem, że niestety jeszcze się nie skończyła. A skoro się nie skończyła, narzędziem narodowym także trzeba pracować w polityce, a nawet w moralności publicznej. Jednak wyłącznie po to, aby kiedyś móc wyjść z historii narodowej, z epoki demosów wyłącznie narodowych, w historię demosu europejskiego, a nawet ludzkiego. Odwracając w ten sposób słynną formułę de Maistre’a: „Widziałem w swoim życiu Francuzów, Włochów, Rosjan, wiem nawet, dzięki Monteskiuszowi, że można być Persem; ale co do człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go w życiu”. Jest to zresztą wyłącznie figura mizantropii („nie spotkałem w życiu człowieka” – mizantropii jak widać głębszej, niż ta Diogenesa), która u de Maistre’a, tego wielkiego i wrażliwego człowieka, pojawiła się paradoksalnie w reakcji na terror Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Pierwszy w historii Europy terror egzekwowany przez zmobilizowany narodowy demos.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter