70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Bernard Bisson/Sygma/Getty, Franco Origlia/Getty, Alessandra Benedetti/Corbis/ Getty

Pokolenie trzech papieży

My – przedstawiciele pokolenia urodzonego w latach 60. ubiegłego wieku – przychodziliśmy do Kościoła po politykę, po władzę, po „narodową formę”. Jedni po uzasadnienie dla formy bardziej liberalnej, inni bardziej konserwatywnej. Lecz nigdy nie pytaliśmy Jana Pawła II, Benedykta XVI czy Franciszka o samą religię.

Zastanawiałem się, co mogłoby uprawnić do wypowiadania się na temat trzech papieży, których pontyfikaty moje pokolenie przeżyło w miarę świadomie, człowieka tak dogłębnie jak ja pozbawionego tego, co w pewnej odmianie nowomowy uchodzącej u nas za język religii (wcale niesłużącej pogłębianiu religijnej świadomości, ale raczej jej wygaszaniu) nazywa się „łaską wiary”. Jedyne moje alibi do podjęcia tej kwestii to fakt bycia Polakiem. A w Polsce, jak wiemy od pokoleń, katolicyzm nie jest przede wszystkim wiarą religijną, lecz stał się „narodową formą” (cyt. za Romanem Dmowskim). Zatem Kościół jest tutaj po prostu najsilniejszą instytucją społeczno-polityczno-kulturową, w dodatku jedną z nielicznych (do czasu pojawienia się Unii Europejskiej) przynajmniej potencjalnie zakorzeniających Polaków w ładzie bardziej uniwersalnym. A papieże są jej liderami – uniwersalnymi, ale mającymi przełożenie na polską lokalność. Coś jak Michaił Gorbaczow w czasach pieriestrojki, po którym wielu z nas spodziewało się liberalizacji systemu, jakiego sami nie potrafiliśmy ani zliberalizować, ani obalić. A wcześniej Ronald Reagan czy Margaret Thatcher będący natchnieniem dla polskich liberałów szukających argumentów i siły przeciwko „realnemu socjalizmowi”.

W zdemolowanej Polsce lat 80. ubiegłego wieku, gdzie więzy społeczne się rwały, a „karnawał” pierw szej Solidarności zakończył się potworną anomią towarzyszącą udanej pacyfikacji społecznego oporu, nie tylko ja, ale wielu innych „nawróconych” z mojego pokolenia wybierało katolicyzm czy Kościół z bardzo świeckich przyczyn. Szliśmy raczej drogą Stanisława Brzozowskiego czy Romana Dmowskiego niż objawień s. Faustyny Kowalskiej. Albo – żeby nie popaść w genderowe koleiny przedstawiające mężczyzn jako reprezentantów rozumu, a kobiety jako reprezentantki matriarchalnego irracjonalizmu – drogą Simone Weil, Hannah Arendt i Agaty Bielik-Robson, a nie new age’owców w rodzaju Roberta Tekielego, tak samo głęboko zanurzonych w irracjonalizmie przed swoim „nawróceniem” i po nim.

Religia jako „narodowa forma”
Oto dwie podobne do siebie wypowiedzi: „Może byśmy uprzytomnili sobie na razie, że prócz chrześcijańskiej – a gdybym miał tu miejsce, broniłbym tezy, że prócz katolickiej – nie posiadamy żadnej innej kultury” (Stanisław Brzozowski, John Henry Newman), „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i od Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu” (Roman Dmowski, Kościół,naród i państwo).

Może się wydać paradoksem, że ludzie tak od siebie z pozoru ideowo odlegli jak Stanisław Brzozowski i Roman Dmowski w pewnych okresach swego życia uznali, iż katolicyzm jest czymś w rodzaju całkowicie świeckiej „formy polskości”, „formy narodowej”, po której usunięciu polska wspólnota narodowa uległaby rozpadowi, a w każdym razie zagroziłaby jej daleko posunięta anomia. Wedle tej diagnozy Kościół jest bowiem najważniejszym, o ile nie jedynym, dostarczycielem – i to praktycznie przez całą naszą historię – potencjału normatywnego, prawnego, instytucjonalnego dla polskiego życia politycznego, społecznego, kulturowego. Szafarzem nie tyle żywej wiary, ile raczej czegoś w rodzaju nadwyżki cywilizacyjnej dla zawsze zacofanej i zawsze zagrożonej osunięciem się w ponure zdziczenie peryferyjnej Słowiańszczyzny.

Ponieważ zarówno Stanisław Brzozowski, jak i Roman Dmowski stawiali tę diagnozę w okresach, kiedy – jak sami to wówczas deklarowali – nie byli katolikami „konfesyjnymi”, a co najwyżej „kulturowymi”, można ją potraktować jako w pełni świecką, formułowaną z perspektywy zewnętrznej wobec Kościoła. Przebija z niej zarówno pogląd, że na spotkaniu z chrześcijaństwem i Kościołem katolickim polska wspólnota narodowa sumarycznie skorzystała, jak i gorycz wynikająca z przekonania obu tych ważnych dla kształtowania się polskiej samowiedzy myślicieli o nikłym świeckim potencjale normatywnym i instytucjonalnym Polaków. Dmowski będzie tę pesymistyczną diagnozę rozciągał także na „inne narody słowiańskie”. W cytowanej wyżej broszurze, która przez narodowców i politycznych katolików jest czytana jako wyraz entuzjazmu dla „polskiej specyfiki”, w rzeczywistości przedstawia bardzo realistyczną, czasami wręcz pesymistyczną diagnozę polskich niedokonań. Zamieszcza w niej gorzkie uwagi, że Brytyjczycy czy Francuzi stworzyli silną świecką kulturę, politykę i państwo, które pozwalają im przeżywać religię jako doświadczenie autonomiczne. Tymczasem Polacy (a także Rosjanie, gdyż Dmowski widzi analogie pomiędzy ulokowaniem Kościoła w Polsce i Cerkwi w Rosji) niestety takiej pracy wykonać nie potrafili, więc są niejako skazani na używanie religii w funkcji politycznej. Przynajmniej dopóty, dopóki świeckiej kultury i polityki się nie dopracują.

Wielu ludzi z mojego pokolenia, a w jeszcze większym stopniu dotyczy to nieco starszego pokolenia twórców pierwszej Solidarności, „szło do Kościoła” z bardzo podobnych powodów. Także Leszek Kołakowski w swoich późnych tekstach dochodzi do wniosku, że wobec słabości, a nieraz wręcz kompromitacji świeckich ideologii tylko religia dostarcza skutecznego instrumentu społecznego dyscyplinowania. A Adam Michnik, który w kwestiach religii będzie wiernym uczniem późnego Kołakowskiego, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” z 2014 r., będącym polemiką z Januszem Palikotem, powie, iż Kościół „to jedyne miejsce, do którego zwykły Polak przychodzi co niedziela i dowiaduje się, gdzie jest dobro, a gdzie zło”.

Nadwyżka cywilizacyjna
Endek Roman Dmowski i socjalista Stanisław Brzozowski niezależnie od siebie sformułowali u progu XX w. bliźniaczo podobną diagnozę – że Kościół katolicki był narzędziem modernizacji Polski, jak zwykle przychodzącej do naszego raczej peryferyjnego kraju z cywilizacyjnych i duchowych centrów. Uczył Polaków idei prawa, pokazywał im wartość instytucji, patronował pierwszym szkołom i uniwersytetom. Praktycznie dopiero w czasach kontrreformacji Kościół katolicki, działając zgodnie z własnym instytucjonalnym interesem, zaczął izolować Polskę od protestantyzującego się wówczas Zachodu.

Jednak jeszcze po II wojnie światowej można było dostrzec „nadwyżkę cywilizacyjną” polskiego Kościoła w stosunku do świeckiej władzy Bieruta, Gomułki, Moczara. Symbolizowały ją nazwiska prymasa Stefana Wyszyńskiego, wrocławskiego biskupa Bolesława Kominka, wreszcie młodego księdza, niedoszłego polonisty, aktora, później biskupa i profesora filozofii Karola Wojtyły. Wszyscy oni byli uczestnikami II Soboru Watykańskiego. Nie siedzieli tam w ostatnich rzędach, psiocząc, że Sobór to zdrada Kościoła wobec „cywilizacji śmierci”. Aktywnie uczestniczyli w soborowych pracach, a w 1965 r. właśnie w otwartej atmosferze Soboru powstało słynne Orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich zawierające słowa „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”.

W tym samym czasie gdy polscy biskupi są „cywilizacyjnym naddatkiem” w stosunku do rządów komunistów, odtrutką dla propagandy ziejącej z łamów „Trybuny Ludu” staje się publicystyka Stefana Kisielewskiego w redagowanym przez Jerzego Turowicza „Tygodniku Powszechnym”. Oraz teksty katolików świeckich publikowane w „Znaku” czy „Więzi”.

Także my – najbardziej miotający się duchowo oraz intelektualnie przedstawiciele pokolenia urodzonego w latach 60. ubiegłego wieku – nie przychodziliśmy w latach 80. czy 90. do Kościoła po religię, przychodziliśmy po politykę, po władzę, po „narodową formę”. Jedni po uzasadnienie dla formy bardziej liberalnej, inni bardziej konserwatywnej, jedni szukając w nauczaniu kolejnych papieży legitymizacji dla instytucji bardziej demokratycznych, inni dla bardziej autorytarnych. Lecz nigdy nie pytaliśmy Jana Pawła II, Benedykta XVI czy Franciszka o samą religię.

Bez pytań o Kosmos i miłość bliźniego
W tym miejscu należałoby jednak wyjaśnić, co rozumiem poprzez „samą religię” czy „zagadnienia autentycznie religijne”, których w naszym spotkaniu z Kościołem – a więc także z jego trzema kolejnymi zwierzchnikami – zabrakło. Są to pytania, które teologia dzieli z filozofią (obie te dziedziny wyrastają przecież z tych samych, religijnych czy mitycznych, źródeł). Zatem pytanie o to, dlaczego istnieje raczej coś niż nic. Pytanie o prawomocność stworzenia i Stwórcy. Pytanie o to, czy Stwórca w ogóle istnieje, no i czy jest „ojcem świata czy carem”. Ta wątpliwość Adama Mickiewicza mogłaby doprowadzić Polaków do samego centrum podstawowego sporu pomiędzy nowożytnymi monoteizmami i manichejską gnozą, odkryć przed nami pytanie uniwersalne, czy mianowicie – jeśli już oczywiście akceptujemy hipotezę Stwórcy – mamy do czynienia z dobrym Bogiem czy z podłym Archontem. Jednak nawet to pytanie, które pojawia się w kluczowym momencie naszego najważniejszego narodowego dramatu, nie doprowadziło nas do bardziej uniwersalnej tematyki religijnej. Również ono zostało zredukowane do prostej alegorii lokalnej historycznej traumy, która oddzieliła Polaków od bardziej uniwersalnego przeżywania kwestii religijnych.

Specyficzną cechą chrześcijaństwa jest też przykazanie miłości bliźniego wyrażające się w nakazie praktycznego miłosierdzia. Przedsta wione w kluczowej ewangelicznej przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, w której ze szczególną mocą podkreślone zostaje to, że nakaz miłości bliźniego, nakaz praktykowania miłosierdzia, przekracza zarówno granice etnosów, jak też religijnych denominacji. To właśnie na gruncie przykazania miłości bliźniego i nakazu praktycznego miłosierdzia św. Paweł sformułuje radykalnie uniwersalistyczny przekaz: „Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie” (Ga 3, 28).

Jednak żaden z tych specyficznie religijnych tematów – ani metafizyczne pytania o Kosmos, ani gnostyckie pytania o prawomocność stworzenia i Stwórcy, ani radykalny uniwersalizm wynikający z przykazania miłości bliźniego – nie znalazł się w obrębie zainteresowania polskiego katolicyzmu jako „narodowej formy”. Trudno się zatem dziwić, że także my nie skojarzyliśmy tych zagadnień z katolicyzmem, z Kościołem, nie tego szukaliśmy w nauczaniu trzech kolejnych papieży. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter