70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Której nie było

Wygrywamy przegrane wojny, ocalamy życie oszukanym bohaterom, wymierzamy sprawiedliwość zdrajcom; detronizujemy królów, zmieniamy bieg bitew, tłumimy rewolucje. Co o współczesnym świecie mówi nasze zamiłowanie do snucia historii alternatywnych?

Czym zajmuje się historia jako nauka? Pytanie z serii oczywistych – takich, na jakie wszyscy znają odpowiedź, ale problemy pojawiają się, kiedy trzeba ją wyartykułować – tylko pozornie wydaje się drugorzędne. Od odpowiedzi zależy bowiem nie tylko to, co będziemy rozumieć jako obszar badań historyków, metodologia tych dociekań i ich dopuszczalny zakres, ale i ontologiczny kształt opowiadanego świata. Żeby wyjaśnić, w czym rzecz, jak w każdym dobrym historycznym dochodzeniu, musimy cofnąć się do początków.

Za pierwszych historyków we współczesnym rozumieniu zwykło się uważać żyjącego w V w. p.n.e. Herodota z Halikarnasu i młodszego tylko o dwie dekady Tukidydesa, opisujących dzieje Hellenów. Nie znaczy to, że przed nimi nie zajmowali się tym inni, jednak dopiero w dziełach Herodota i Tukidydesa wykrystalizowały się zaczątki metody, która legła u podstaw uprawiania historii we współczesnym rozumieniu. Wśród najważniejszych założeń ich warsztatu było dążenie do obiektywnego ustalenia faktów, bezstronny opis zdarzeń i wynikająca ze zdrowego sceptycyzmu wielostronna krytyka źródeł. Rzecz podsumował Arystoteles, na długie lata definiując historię jako naukę: według niego zadaniem historyka miało być mówienie jedynie o tym, co się wydarzyło, a historia to dochodzenie do tego, co indywidualne, pojedyncze i niepowtarzalne. Jakiekolwiek spekulacje nie mieściły się zatem w jej obrębie, podobnie jak próba przekucia jej w szerszą naukę o procesach rządzących dziejami – skoro nic nie zdarza się dwa razy, podobnych mechanizmów nie można wykrystalizować ex definitione.

Pogląd ten zdominował postrzeganie historii na długie wieki, ale też oczywiście nie był monolitem pozbawionym szczelin. Na drugim krańcu skali ulokowali się teologowie chrześcijańscy, ze św. Augustynem na czele, którzy w historię w rozumieniu arystotelesowskim wpisali chrześcijańską historiozofię dziejów. W ich ujęciu historia była już procesem, wprawdzie jednostkowym i niepowtarzalnym, ale toczącym się według reguł określonych dziejami Zbawienia i zmierzającym „u krańca czasu” do ściśle określonego celu. Tym samym uchylona została furtka do bardziej całościowego postrzegania historii – jako procesu, który się przydarza, nie tylko zaś metody gromadzenia i szeregowania faktów. Pogląd ten znalazł swoje zwieńczenie w XIX-wiecznych teoriach historiozoficznych deterministów, Hegla, Marksa i ich spadkobierców. Ich myśl dzieliło wiele, ale łączyło podobnie silne przekonanie o celowości dziejów i o tym, że historia w swojej istocie jest czymś, co się wydarza pomiędzy faktami, beznamiętnie odnotowywanymi na kartach kronik i annałów.
Na styku tych dwóch nurtów mogły się narodzić historie, które się nie wydarzyły.

W kontrze do faktów

W ostatnich latach daje się zauważyć wzmożoną tendencję do snucia historii alternatywnych. Jakie warunki muszą zaistnieć, żeby do podobnych spekulacji mogło w ogóle dojść (dało się je pomyśleć)? Wszak pierwsze podobne „ćwiczenia intelektualne” to nie wymysł dzisiejszych czasów – już Liwiusz w swych monumentalnych Dziejach Rzymu od założenia miasta, opisujących początki Wiecznego Miasta, poświęcił passus rozważaniom, jak wyglądałoby imperium Aleksandra Wielkiego, gdyby zamiast na wschód, skierował on swoją ekspansję na zachód. Jednak dopiero XIX i zwłaszcza XX w. to czas rozkwitu myślenia alternatywnego, nie tylko zresztą wśród historyków. W 1836 r. niejaki Louis Geoffroy, francuski pisarz, popełnił Histoire de la Monarchie universelle: Napoléon et la conquête du monde (1812–1832), gdzie opisuje losy Europy, w której Napoleon nie przegrał kampanii moskiewskiej, podbił Anglię i stanął na czele francuskiego supermocarstwa.

Rzetelniej – mocniej trzymając się prawdopodobieństwa zdarzeń – do problemu podeszli autorzy XX-wieczni. Spośród kilku przedwojennych publikacji zajmujących się alternatywami historii wyróżnia się ta z 1931 r., zredagowana przez brytyjskiego historyka Johna Collingsa Squire’a. W powstałym wówczas zbiorze esejów If It Had Happened Otherwise swoje teksty zamieścili m.in. Hilaire Belloc i Gilbert Keith Chesterton, pisząc odpowiednio o dziejach Francji bez rewolucji oraz hipotetycznym mariażu Habsburgów ze Stuartami w XVI w., a także Winston Churchill – tematem jego szkicu If Lee Had Not Won the Battle of Gettysburg były rozważania o tym, co mogło się stać, gdyby konfederaci wygrali wojnę secesyjną. Kluczowe dla popularyzacji idei okazały się jednak publikacje Railroads and American Economic Growth: Essays in Econometric History późniejszego noblisty Roberta W. Fogela (1964) o tym, że brak kolei żelaznej, wobec bogatej sieci rzecznej, nie musiał skutkować opóźnieniami w rozwoju USA w XIX w.; esej Arnolda J. Toynbee’ego If Alexander the Great had Lived On (1969) o rozwoju Europy i świata, gdyby Aleksander Wielki nie zginął w wieku 33 lat oraz zbiór wykładów niemieckiego historyka starożytności Alexandra Demandta z 1984 r., który w Polsce ukazał się pod tytułem Historia niebyła (1999). Ta ostatnia publikacja okazała się w Niemczech zaskakującym sukcesem, zrobiło się o niej głośno także za granicą i przypomniano sobie, że historia nie musi być wcale żmudną domeną zagrzebanych w papirusach okularników. Oprócz kilkunastu ciekawych spekulacji Demandt w swoich tekstach naszkicował przede wszystkim wymogi metodologiczne takich rozważań, potrzebne by zachować równowagę między dowolnym fantazjowaniem na temat zdarzeń niezaistniałych a naukową dyscypliną, oraz wskazał korzyści, jakie dla poznania wydarzeń rzeczywistych może mieć podobna zabawa.

W latach 90. XX w. problem wrócił głównie za sprawą książki Geoffreya Hawthorna Plausible Worlds: Possibility and Understanding in History and the Social Sciences (1991), zbiorów Counterfactual Thought Experiments in World Politics: Logical, Methodological, and Psychological Perspectives pod redakcją Philipa E. Tetlocka i Aarona Belkina (1996) oraz Virtual History. Alternatives and Counterfactuals (1997) zredagowanego przez popularnego Nialla Fergusona (wielkiego orędownika historii alternatywnej i autora m.in. Potęgi pieniądza), czy skupiającej się na militarystyce serii książek What if? pilotowanej przez Roberta Cowleya.

Nie przekonało to wszystkich sceptyków – ich koronny argument zasadzał się na przekonaniu, że to, co nie zaistniało, nie ma znaczenia dla tego, co się wydarzyło – ale też pokazało, że podobna twórczość nie musi wymykać się narzędziom naukowej metody badań. Wkrótce ukuto termin „historii kontrfaktycznej” – w odróżnieniu od „historii alternatywnej”, domeny beletrystyki, miała to być spekulacja snuta przez zawodowych historyków.

Fikcje alternatywne

Podobne rozgraniczenie można uznać za znamienne – wyodrębnienie w języku to bowiem pierwszy krok na drodze do emancypacji idei. Z jednej strony stanowiło dowód na to, że historycy coraz przychylniej podchodzą do podobnych spekulacji, z drugiej – wskazywało, że pod bokiem akademików pojawił się potężny nurt kultury, w którym bardziej lub mniej prawdopodobne historie alternatywne tworzone są ochoczo i licznie. Metoda w popkulturze trafiła na podatny grunt zwłaszcza wśród amerykańskich twórców fantastyki naukowej, rozwijającej się bujnie od początku XX w. w tamtejszych czasopismach groszowych. Już wkrótce w pulp magazines zaroiło się od podróży w czasie, szalonych naukowców, niezwykłych wynalazków, rzeczywistości równoległych oraz przybyszów z przyszłości i przeszłości, którzy zazwyczaj niewiele mieli wspólnego z prawdopodobieństwem zdarzeń, ale pokazali, że temat wzbudza zainteresowanie i stanowi nieograniczone pole do najbardziej egzotycznych spekulacji. Choć i tu pojawiły się teksty, których celem była nie tylko zabawa w historyczne skojarzenia.

W 1962 r. Philip K. Dick – autor science fiction o biografii nie mniej niepokojącej niż fabuły jego najlepszych książek – napisał Człowieka z Wysokiego Zamku. W powieściowym świecie państwa Osi wygrały II wojnę, podzielona na strefy wypływów Ameryka znajduje się pod okupacją japońską, w Europie panują niepodzielnie naziści, a kontynent afrykański stał się jednym wielkim obozem koncentracyjnym. W tak nakreślonym świecie pojawia się nagle powieść, w której ponoć opisano, jak powinna wyglądać „prawdziwa” historia świata. Otto Basil w ponurej Brunatnej rapsodii (1966) nie tylko pozwala wygrać drugowojenne zmagania Niemcom, spuszcza bombę atomową nie na Hiroszimę, tylko na Londyn, i czyni nazistów – do spółki z Japończykami – hegemonami całej Ziemi, ale też pokazuje świat na krawędzi rozpadu i atomowej zagłady, do której dochodzi podczas walki o schedę po umierającym w alternatywnych latach 60. XX w. Hitlerze.

Możliwe inne rozwiązania II wojny światowej to zresztą chyba najpopularniejszy leitmotiv podobnych fabulacji. Na jego przykładzie można prześledzić jeden z mechanizmów, które sprzyjają tworzeniu historii alternatywnych: do kierowania dziejów na inne tory najlepiej nadają się tzw. „węzły historyczne” – momenty, które przez splot skomplikowanych decyzji, okoliczności i działań, wydają się najbardziej podatne na podobną zmianę.

The Iron Dream Normana Spinrada (1972) napisana jest w formie fikcyjnej powieści pulpowej, której autorem jest przebywający na emigracji w USA Hitler, niespełniony malarz, snujący swoje sny o potędze na łamach tandetnych publikacji. Robert Harris w zekranizowanym Vaterlandzie (1992) znów cofa się do fikcyjnych lat 60. XX w. i umieszcza swoich bohaterów w świecie, w którym przygotowywane są obchody 75 urodzin Hitlera i dopiero prowadzone jest śledztwo dotyczące obozów zagłady. Eric-Emmanuel Schmitt w Przypadku Adolfa H. (2001) rozgrywa motyw alternatywnej biografii przywódcy nazistów, równolegle opisując jego losy po tym, jak dostał się na studia do akademii sztuk pięknych – oraz gdy nie został na nią przyjęty. Obie ścieżki wielokrotnie się przecinają, a kluczowych wyborów, zdaje się mówić Schmitt, musimy dokonywać w naszym życiu wielokrotnie i proces ten nigdy się nie kończy. W Spisku przeciwko Ameryce Philipa Rotha (2004) wybory w USA w 1940 r. wygrywa nie Roosevelt, tylko rasizujący Charles Lindbergh, słynny pilot i postać autentyczna, a Stany obierają kurs zbieżny do nazistowskich Niemiec. Związek żydowskich policjantów Michaela Chabona (2007) to kryminał rozgrywający się na alternatywnej Alasce, gdzie zamiast w Izraelu, osiedlili się po II wojnie światowej Żydzi. Przykłady można mnożyć.
Jeśli weźmiemy pod uwagę, że to tylko tytuły tekstów rozgrywających niebyłe scenariusze ostatniej wojny światowej (a gdzie powieści o amerykańskiej wojnie secesyjnej czy radzieckiej wojnie ojczyźnianej, których imię legion?), uzyskamy przybliżony rozmiar zjawiska.

Czy podobna twórczość – idąca w dziesiątki tytułów – to tylko beletrystyczna zabawa?

Umarła historia, niech żyje historia

Wzmożony pochód historii alternatywnych przez popkulturę i akademickie kuluary to fenomen głównie ostatnich 50 lat XX w. Świat po wojnie się skurczył, zasiane zostało ziarno globalizmu, powracający do domów weterani poznali innych ludzi, inne kultury i okazało się, że mają one do zaproponowania nie mniej niż „cywilizacja białego człowieka”. Obok podobnego relatywizmu kulturowego wiarę w szeroko rozumiany obiektywizm podkopały prace Jacques’a Derridy i innych ojców postmodernizmu, które zmieniły nie tylko filozofię i literaturę, podważyły zaufanie do autorytetów i zachwiały posadami mieszczańskiego świata, ale też zmusiły do reinterpretacji spojrzenia na historię.

Do tej pory – w klasycznym, XIX-wiecznym, „pozytywistycznym” ujęciu – panowało przekonanie, że jej zadaniem jest „bezsporne ustalanie faktów” w oparciu o pracę na źródłach. Kiedy jednak uzmysłowiono sobie, że owe źródła to też w jakimś stopniu „dzieła literackie” – operacje na języku, jak wszystkie im podobne podlegające interpretacji i wrażliwe na subiektywizmy, powrót do uprawiania historii jako sposobu autorytatywnego ustalania faktów stał się jeśli nie niemożliwy, to co najmniej niewiarygodny. Zgodnie z duchem czasu zdano sobie sprawę, że każda interpretacja jest już wystąpieniem światopoglądowym, a postulat całkowitego obiektywizmu – subiektywną deklaracją.

Zwrócono uwagę na kwestie dotychczas traktowane marginalnie – historia przestała się skupiać na „politykach i wojnach”, a zaczęła interesować problemami pozostającymi do tej pory w ich cieniu: używkami, modami, procesami ekonomicznymi, wpływem higieny i diety obywateli na losy imperiów. Trend został wzmocniony przez nauki przyrodnicze: tak jak tezy Hegla powstawały w cieniu pooświeceniowego determinizmu i demona Laplace’a, tak w XX w. coraz większą popularność zdobywała fizyka kwantowa (podnosząca bezpośrednio problem wielości światów w pracach Hugh Everetta III) i matematyczna teoria chaosu, według której niewielka zmiana wartości początkowych skutkuje nieprzewidywalnym odkształceniem na końcu procesu. Fikcja stała się instrumentem dochodzenia do prawdy, a historia przestała być traktowana jako zbiór mozolnie ustalanych faktów – zaczęto myśleć o niej jako o puli możliwych scenariuszy.

Nie znaczy to oczywiście, że historycy od tej pory zajęli się wyłącznie historią kontrfaktyczną, z każdą kolejną dekadą panowało jednak coraz większe przyzwolenie na podobne spekulacje. Postmodernizm, ze swym hasłem końca historii, stał się wymarzonym polem do eksploracji historii „w poziomie”, jeśli zejście „w głąb” – w dzieje coraz odleglejsze od tu i teraz – statutowo uważano za coraz mniej wiarygodne.
Trudno jednak przypuszczać, żeby upodobanie do badania dziejów kontrfaktycznych miało zastąpić klasyczny sposób uprawiania historii. Ale zaraz – co w czasach badań interdyscyplinarnych, w których do poznawania przeszłości wykorzystuje się genetykę, analizę lingwistyczną, skomplikowane modele statystyczne czy symulacje komputerowe, owo „klasyczne” miałoby znaczyć?
Jak się okazało, historia może być doskonałą nauczycielką życia także wtedy, kiedy nie istnieje.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter