70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dramat krzyżowy

Wystąpienie obrońców krzyża było wyrazem wiary, ciemnej, nieortodoksyjnej, szalonej, ale silnej w aktach spełnienia. Wiary, która nagle wytrysnęła spod lawy w miejscu przygotowanym na potrzeby ceremonii stanowiącej kolejną sekwencję politycznej gry. Erupcja ta rzeczywiście przekraczała granice mieszczańskiej przyzwoitości i dobrego smaku, kompromitując wszystkich salonowych skandalistów i klubowych rewolucjonistów.

Na kilkadziesiąt minut przez planowanym początkiem uroczystości jej scena właściwie już była zajęta, pełna mniej lub bardziej spektakularnych akcji. Część obrońców cały czas modliła się pod krzyżem, ale jednocześnie ich liderzy dążyli do aktywizacji tłumu zgromadzonego za barierkami. Pojawiły się znane z okresu Solidarności nawoływania: „Chodźcie z nami”, które wkrótce przekształciły się w skandowane hasło: „Jeśli jesteście Polakami, chodźcie z nami”, będące performatywnym wyzwaniem (i wykluczeniem): kto nie idzie z nami, kto do nas nie dołącza – nie jest Polakiem. Ponieważ zaś dołączenie było blokowane przez siły porządkowe, chcący dowieść swojej polskości tłum zaczął na nie napierać z ogromnym impetem. Powstał w ten sposób niezwykły obraz – metonimiczna scena narodowa, symboliczne centrum Polski zajmowane przez garstkę stojącą pod krzyżem i szturmowane przez tłum, który chce do niej dołączyć. Nic dziwnego, że na głowy broniących dostępu strażników posypały się najgorsze inwektywy: „gestapo”, „mordercy”.

Może budzić zdziwienie, że organizatorzy uroczystości nie zdecydowali się na usunięcie niewielkiej grupki obrońców z miejsca przygotowanego na potrzeby innych występów. Jest jasne, że władze i siły porządkowe nie chciały rozwiązań siłowych, zwłaszcza wobec obecności mediów i licznych potencjalnych przeciwników takiej akcji. Obrońców krzyża można było jednak usunąć rankiem, w chwili ustawiania barierek, kiedy na Krakowskim Przedmieściu było mało ludzi i bodaj jedna tylko kamera, z której zdjęcia znalazły się w filmie Ewy Stankiewicz. Jej obecność nie stanowiła problemu, o czym świadczy fakt, że późniejsze usuwanie obrońców spod krzyża było filmowane i w niczym nie zmieniało to przebiegu akcji. Wydaje się więc, że dowództwo sił porządkowych od początku zakładało pozostawienie obrońców na wydzielonej scenie. Później, gdy sytuacja była już bardzo napięta, a 18 obrońców zdołało zająć scenę przygotowaną na potrzeby uroczystości, zaczęły się nerwowe konsultacje i narady. Straż miejska i policja wydawały się gotowe do usunięcia protestujących. Co chwila dochodziło do przepychanek, jakby służby porządkowe chciały przetestować siłę ewentualnego oporu. Nikt jednak nie wydał polecenia usunięcia obrońców, być może z obawy o reakcje zgromadzonych i mediów, a być może w poczuciu, że przeniesienie krzyża i likwidacja tyle co ustanowionej sceny wcale może nie jest w interesie najważniejszych uczestników konfliktu.

Brzmi to może dziwnie, ale bezradność wszystkich władz odpowiedzialnych za przygotowanie uroczystości rodzi podejrzenia, że brakowało im albo wyobraźni, albo determinacji do realizacji zawartego niedawno porozumienia. O ile obawy związane z użyciem siły były zrozumiałe, o tyle zupełnym zaskoczeniem było to, co wydarzyło się pod Pałacem Prezydenckim w porze, na którą zaplanowano ceremonię przeniesienia krzyża.

Próba usunięcia*

Zamiast zapowiadanej procesji i „oprawy liturgicznej” (cokolwiek by to znaczyło) pod krzyż przybyła grupka harcerzy, kilku urzędników z Kancelarii Prezydenta z doglądającym przebiegu wydarzeń ministrem Jackiem Michałowskim oraz… czterech księży z kościoła św. Anny, kompletnie nieprzygotowanych na sytuację, z jaką będą musieli się zmierzyć. Ich pojawienie się stanowiło ostateczny znak, że oto rozpoczyna się próba usuwania krzyża. Właśnie „próba usuwania”, a nie uroczystość przeniesienia, ponieważ żadnych znamion uroczystości pod Pałacem nie było. Gdy kurz po 13 sierpnia opadł, pojawiły się pytania, dlaczego po krzyż nie przyszli warszawscy hierarchowie z abp. Nyczem na czele i w tak lubianej przez Kościół „ubogaconej”, neobarokowej oprawie procesyjnej nie przenieśli go ceremonialnie i uroczyście na przygotowane miejsce. Pytania takie wydają się o tyle zasadne, że kierowane są pod adresem ludzi zajmujących się zawodowo między innymi odprawianiem rytuałów i organizowaniem ceremonii, a więc specjalistów, dowodzących w wielu przypadkach wielkiej wiedzy i talentów organizacyjnych i wykonawczych. Trudno przypuszczać, że warszawska kuria, która niecałe dwa miesiące wcześniej współorganizowała monumentalną uroczystość beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki, nie miała sił i środków, by wyposażyć w odpowiednią moc przedstawieniową ceremonię przeniesienia krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. Niewiarygodne wydaje się także przypuszczenie, że abp Nycz i jego współpracownicy nie zdawali sobie sprawy z powagi i znaczenia sytuacji. Wyrażana wielokrotnie obawa o to, że znak Męki Chrystusa zostanie wykorzystany do walki politycznej, sugerowała potrzebę zaangażowania się w zapobieżenie temu zagrożeniu nie tylko przez wydawanie komunikatów i moralizowanie w czasie kazań. O ile wiem, nikt nigdy nie udzielił żadnego wyjaśnienia w tej kwestii. Nie chcę podejrzewać kurii o podwójną grę i pozorowanie współpracy na rzecz przeniesienia krzyża przy jednoczesnym dążeniu do jego pozostawienia pod Pałacem. Bardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem wydaje mi się pewna ostrożność czy też niechęć do zajmowania eksponowanego miejsca na już wydzielonej scenie konfliktu. Kościół z uporem powtarzał, że nie jest stroną w tym sporze, co nawet jeśli było prawdą w odniesieniu do bezpośrednich i faktycznych jego uczestników (wciąż słyszę, że Kościół to wspólnota wiernych, więc i za tych wiernych zgromadzonych pod krzyżem brać powinien odpowiedzialność), miało się nijak do poziomu symbolicznego, na jakim spór się toczył. Krzyż stojący pod Pałacem był przez jego przeciwników postrzegany jako znak wkroczenia religii w przestrzeń publiczną. Mimo powszechnego poczucia, że Kościół – i to Kościół instytucjonalny, hierarchia – jest w tym konflikcie jednym z najważniejszych aktorów, hierarchowie wybrali strategię „gry w głuchy telefon” i formalistycznego powtarzania: „My nie jesteśmy stroną w tym sporze”. W rezultacie tego unikania otwartego włączenia się do dramatycznej rozgrywki Kościół znalazł się w pułapce. Koniec końców, musiał się pojawić na scenie pod krzyżem, a że pojawił się, usiłując nadal na niej nie zaistnieć, niemal natychmiast został zdemaskowany i dosłownie przepędzony.

To jedna z najbardziej niezwykłych scen dramatu krzyżowego. Czterech wystraszonych księży, ubranych w proste białe komże (żadnych znamion wyróżniających, żadnego „ubogacania”), próbuje z trzymanych w rękach modlitewników odczytywać przygotowane formuły nabożeństwa. Naprzeciwko i wokół nich obrońcy krzyża ze łzami w oczach proszą, by im go nie zabierać. Jedna z kobiet podchodzi i całuje wiodącego grupę proboszcza kościoła św. Anny w dłoń. Ktoś krzyczy, że nie mają prawa nazywać się księżmi, bo ich powinnością jest obrona krzyża. Ktoś proponuje, by pomodlić się za kapłanów. Ludzie odmawiają „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”, a księża niemal odruchowo zaczynają modlić się wraz z nimi. Sprzeczności fałszywej sytuacji, w jakiej się znaleźli, sprzeczności polityki, jaką usiłuje realizować Kościół katolicki w Polsce, dążąc do zrównoważenia rozrywających go napięć, skupiły się jak w soczewce i uderzyły w tych czterech nieszczęsnych kapłanów, którzy okazali się bezbronni wobec namiętnej, niemal szalonej wiary obrońców krzyża. Po chwili bezradnego spoglądania na tych, którzy stali się zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla Greków, księża odeszli ku czuwającemu z boku nad całością wydarzeń ministrowi Michałowskiemu i zaczęli z nim rozmawiać o tym, co robić dalej.

Przeszkoda terenowa

Po dłuższej chwili minister zdecydowanym krokiem podszedł do stojących w pobliżu dziennikarzy i oznajmił, że wobec nagromadzonych emocji po rozmowie z księżmi z kościoła św. Anny uznał, że przeniesienie krzyża dziś jest niemożliwe. Nie odpowiadając na dalsze pytania, odszedł w stronę Pałacu.
W większości ocen i interpretacji nie zgadzam się z Ewą Stankiewicz, ale w przypadku tej sceny trudno odmówić racji jej stwierdzeniu, że był to pokaz pogardy w stosunku do ludzi znajdujących się pod Pałacem (zob.: Mamy obowiązek dokumentować rzeczywistość, z twórcami filmu Krzyż rozmawia K. Wichowska, w: Krzyż, Kraków 2011, s. 47–48). Dodałbym tylko, że był to zarazem pokaz podstawowego sposobu, w jaki władza (niezależnie od partyjnych barw) porozumiewa się ze społeczeństwem. Decyzja dotycząca tego, co dzieje się tu i teraz, zostaje przekazana drugiej stronie sporu – grupie stojącej kilka, może kilkanaście metrów dalej – za pośrednictwem mediów. Na filmie Stankiewicz widać, jak dziennikarze biegną po oświadczeniu Michałowskiego ku obrońcom, by dowiedzieć się, co sądzą o decyzji ministra, a ci – kompletnie zaskoczeni – nie wiedzą, co powiedzieć. Jeden z mężczyzn pyta zdumiony: „Dlaczego nikt z nami nie porozmawiał?”.

Ważne pytanie. Z obrońcami krzyża ze strony władzy rozmawiali tylko strażnicy miejscy i dziennikarze. Pierwsi i drudzy nie stanowili jednak podmiotów sporu i nie było w ich mocy prowadzenie jakichkolwiek negocjacji. Ani wcześniej, ani w dniu planowanej uroczystości nie pojawił się pod Pałacem żaden reprezentant władzy państwowej czy kościelnej, który podjąłby próbę przekonania zgromadzonych na Krakowskim Przedmieściu ludzi, by zgodzili się na przeniesienie krzyża. Obrońcy od początku byli traktowani jak „przeszkoda terenowa”, odmówiono im prawa zabierania głosu w negocjacjach dotyczących czczonego przez nich i uważanego za własny symbolu i wykluczono z grona „poważnych” partnerów. W ten sposób wręcz zmuszono ich do dokonania „rokoszu” i zajęcia sceny przygotowanej dla innych, bo tylko dzięki temu mogli zaistnieć w przestrzeni i świadomości publicznej. W efekcie dokonali jednej z pierwszych od dawna ludowych rewolt w polskim życiu politycznym, zaskakując kontrolerów areny swoim zdeterminowaniem.

Niepokojący ślad

Kim byli ci ludzie? Pytając o to, nie mam na myśli ich indywidualnych losów, lecz raczej rolę, jaką im przypisywano i jaką odegrali w dramacie krzyżowym. W mediach przedstawiano ich konsekwentnie jako fanatyków i oszołomów, uniemożliwiających „normalny” przebieg spraw. I rzeczywiście pod pewnym względem byli to szaleńcy. Nie dlatego, żeby ich kondycja psychiczna była jakoś szczególnie zła. Zapewne wśród osób trwających pod krzyżem byli ludzie o mniej lub bardziej poważnych problemach emocjonalnych. Jestem też przekonany, że ich sposób widzenia świata, rozumienia obecnej sytuacji w Polsce, wyjaśniania przyczyn katastrofy smoleńskiej i umiejscawiania siebie w całej tej sieci był oparty na wmówieniach, fantazjach, uprzedzeniach, przeniesieniach, wyparciach i innych mniej lub bardziej skomplikowanych procesach psychicznych. Nie sądzę jednak, by pod tym względem zdecydowanie różnili się od sporej części społeczeństwa, które nawet jeśli nie podziela ich poglądów, to w swoich opiniach, przekonaniach i sympatiach jest równie nieracjonalne. „Szaleństwo”, jakie cechowało obrońców krzyża, miało charakter romantyczny, graniczyło z natchnieniem, działaniem pod wpływem mocy, nad którymi nie da się zapanować, przede wszystkim mocy wiary w słuszność bronionej sprawy, potęgowanej jeszcze przez poczucie wyobcowania. Niezgoda, która nimi kierowała, niezależnie od oceny ich przekonań, była prawdziwie buntowniczą siłą sprzeciwu wobec „normalności”, z konieczności opartej na kompromisach, ugodach i ustępstwach. Obrońcy krzyża nie chcieli ustępować – byli gotowi do rozmów tylko o tyle, o ile wieść one mogły do przekonania adwersarza do własnych racji, czy też raczej – własnej wizji. Bo obrońcy byli widzącymi – znali „prawdę”, wierzyli w nią i byli gotowi o nią walczyć. Ich adwersarze tej siły wiary nie mieli, a argumenty, które przytaczali, zawsze były słabsze wobec wewnętrznego przekonania krzyżowych szaleńców. W tym sensie obrońcy krzyża byli grupką ostatnich ludzi wiernych wydarzeniu i dążących do ustanowienia subiektywnej uniwersalności na wzór św. Pawła reinterpretowanego przez Alana Badiou. Byli prawdziwymi rewolucjonistami, którzy odrzucali wszelkie układy i akceptowali tylko porządek zgodny z ich wiarą.

Ich sierpniowy występ był dla wielu prawdziwym skandalem, zgorszeniem, widowiskiem godnym pożałowania, niemieszczącym się w „cywilizowanych standardach”. Nawet ich polityczni sojusznicy nie kwapili się, by ich popierać. Obrońcy krzyża, przejmując, przynajmniej na chwilę i częściowo, kontrolę nad sceną centralną narodowego dramatu, wprowadzali do niego ton dawno niesłyszany, ambiwalentny, być może nawet groźny, ale obdarzony mocą, której nie mają polityczne kłótnie i związkowe protesty. Powiedziałem kiedyś, że ich wystąpienie było wyrazem gniewu. Ale to nieprawda – było wyrazem wiary, ciemnej, nieortodoksyjnej, szalonej, ale silnej w aktach spełnienia. Wiary, która nagle wytrysnęła spod lawy w miejscu przygotowanym na potrzeby ceremonii stanowiącej kolejną sekwencję politycznej gry. Erupcja ta rzeczywiście przekraczała granice mieszczańskiej przyzwoitości i dobrego smaku, kompromitując wszystkich salonowych skandalistów i klubowych rewolucjonistów. Ku ich – i nie tylko ich – zaskoczeniu zamiast nowego wspaniałego świata bunt, i to zwycięski, podniósł świat raczej stary i groteskowy. Postacie jak z obrazów Bruegla czy Boscha, obłąkana Karusia, emerytowane Siłaczki – wszyscy oni zostali w końcu pokonani przez widowiskową politykę, ale pozostawili ślad – niepokojący i niedający się oswoić. Ślad spotkania z ludem, który okazuje się innym. Ślad spotkania z innym, który okazuje się jak najbardziej swój.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter