70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Historia naturalna zła

Gest, który rozpęta Apokalipsę, niczym nie będzie różnił się od innych gestów – zostanie wykonany, tak jak wszystkie inne identyczne gesty, przez operatora, tak samo kierowanego i znudzonego rutyną. Jeśli cokolwiek symbolizuje diaboliczną naturę naszego położenia, to jest to niewinność owego gestu.

Wysiłki na rzecz rozwiązania zagadki, która bodaj jak żadna inna spędza sen z powiek filozofom etyki, mianowicie pytania unde malum?, mówiąc zaś ściślej, bardziej naglącego pytania „Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?” (a raczej zagadki tajemniczej przemiany przykładnych ojców i mężów oraz przyjaznych i życzliwych sąsiadów w potwory) wywołane zostały i otrzymały pierwszy potężny impuls do rozwoju za sprawą wezbranej fali dwudziestowiecznego totalitaryzmu; w stan gorączki wprawiły je odkrycia z czasów Holokaustu, a impetu dodały im jeszcze piętrzące się dowody na coraz bardziej rzucające się w oczy podobieństwo między światem po Holokauście a polem minowym, co do którego wiadomo, że prędzej czy później dojdzie na nim do wybuchu, lecz nikt nie wie, kiedy i gdzie.

Trzy drogi bez stacji końcowej

Od samego początku próby rozgryzienia wspomnianej zagadki toczyły się trzema różnymi drogami; jest wielce prawdopodobne, że będzie tak się działo jeszcze przez długi czas, jako że żadna z owych trzech dróg nie posiada, jak się zdaje, stacji końcowej, na której poszukiwacze mogliby spocząć, zadowoleni z dotarcia do ostatecznego celu podróży. Celem ich poszukiwań jest przecież łapanie w sieć rozumu zjawisk określonych przez Günthera Andersa jako „nadliminalne” (überschwellige): zjawisk, które nie dają się uchwycić i przyswoić intelektem, ponieważ przerastają one wszelkie sieci sensoryczne bądź konceptualne, dzieląc w ten sposób los swoich rzekomych przeciwieństw, zjawisk „subliminalnych” (unterschwellige) – na tyle niewielkich rozmiarem oraz ruchliwych, by wymykać się najdrobniejszym z sieci i ulatniać, nim zostaną uchwycone i przesłane rozumowi do racjonalnej obróbki.

Droga pierwsza (w ostatnim czasie obrana, jak się wydaje, przez Jonathana Littella w Łaskawych , z kilkoma jedynie drobnymi zastrzeżeniami) wiedzie do zgłębiania i przenikania psychicznych osobliwości (bądź osadów psychicznych osobliwości biograficznych) odkrywanych bądź przyjmowanych hipotetycznie za obecne wśród jednostek, co do których wiadomo, że dopuściły się okrucieństw lub zostały złapane na gorącym uczynku, a więc jednostek, które, jak się mniema, wykazują większe niż przeciętne osoby pragnienie i inklinacje do popełniania czynów niegodziwych, gdy odczuwają po temu pokusę bądź są do tego nakłaniane. Szlak ten został przetarty, jeszcze nim ludzkie potworności epoki po Holokauście ukazały w całej ostrości potencjalną skalę problemu. Utorowało mu drogę niezwykle wpływowe i pamiętne studium Theodora Adorno poświęcone „osobowości autorytarnej”, głoszące ideę, by tak rzec, autoselekcji złoczyńców i wskazujące, że owa autoselekcja determinowana jest przez wrodzone, a nie nabyte predyspozycje jednostkowego charakteru.

Drogę kolejną, bodaj najszerszą i najbardziej uczęszczaną, wyznacza behawioralne warunkowanie; wiedzie ona do badania rodzajów społecznych konfiguracji bądź sytuacji, które w najzwyklejszych okolicznościach mogą skłaniać jednostki „zwyczajne” do przyłączania się do aktów czynienia zła – ujmując rzecz inaczej, warunków rozbudzających predyspozycje do czynienia zła, które w innych położeniach były głęboko uśpione. W przekonaniu podążających tą drogą uczonych na ławie oskarżonych powinno zasiadać określonego typu społeczeństwo, a nie określone cechy jednostkowe. Na przykład Siegfried Kracauer bądź Hans Speier źródła niezdrowej atmosfery moralnej sprzyjającej zaciąganiu się do armii zła upatrują w rozrastających się na potęgę szeregach Angestellte (urzędników). Ten klimat moralnej zgnilizny i nikczemności Hannah Arendt niedługo potem złożyła na karb „protototalitarnej” burżuazji bądź filisterstwa i ordynarności klas siłą przerabianych na masy (wedle zasady „Erst kommt das Fressen, dann kommt die Moral”, jak to zwięźle ujął Bertolt Brecht ).

Hannah Arendt, najwybitniejsza bodaj orędowniczka takiego sposobu myślenia, ostro i bezkompromisowo sprzeciwiająca się redukowaniu zjawisk społecznych do jednostkowej psychiki, zauważyła, że wśród nazistowskich uwodzicieli prawdziwym geniuszem był Himmler, który – nie wywodząc się, jak Goebbels, z bohemy, nie będąc, jak Julius Streicher, seksualnym dewiantem, ani, jak Göring, awanturnikiem, jak Hitler, fanatykiem czy, jak Alfred Rosenberg, szaleńcem – „uorganizował masy w system totalnej dominacji”, opierając się na (trafnym) założeniu, że ludzie w znakomitej większości nie są wampirami ani sadystami, lecz sumiennymi pracownikami i ojcami rodziny . Gdzie ta obserwacja Arendt zaprowadziła, możemy dowiedzieć się z jej innej książki, Eichmann w Jerozolimie. Najczęściej przytaczanym wnioskiem autorki było jej lapidarne stwierdzenie banalności zła. Formułując takie orzeczenie, miała ona na myśli to, że potworności nie potrzebują potworów, zwyrodnienia nie potrzebują zwyrodnialców oraz że w przypadku Eichmanna kłopot polegał na tym właśnie, iż w świetle ocen luminarzy psychologii i psychiatrii nie był on (ani też wielu jego wspólników zbrodni) monstrum czy sadystą, lecz człowiekiem zatrważająco, szokująco, upiornie „normalnym”. Tropem tego wniosku Arendt miał, w pewnym stopniu, pójść Littell, stwierdzając, że Eichmann był „robotem bez duszy i twarzy”. Wśród świeższej daty prac wpisujących się w to podejście należy wymienić wydany w 2007 r. Efekt Lucyfera Philipa Zimbardo – mrożącą krew w żyłach i trzymającą w napięciu historię grupy dobrych, zwyczajnych, sympatycznych i lubianych młodych Amerykanów, którzy zamienili się w potwory, gdy przeniesiono ich w „wielkie nigdzie”, czyli do odległego Iraku, gdzie ich dozorowi powierzono więźniów posądzanych o wrogie zamiary i uznawanych za gorszą kategorię istot ludzkich czy wręcz za podludzi.

Potworności nie wymagają potworów

Jakże bezpieczny, wygodny, przytulny i przyjazny zdawałby się świat, w którym potworności dopuszczałyby się tylko i wyłącznie potwory. Przeciw potworom jesteśmy stosunkowo dobrze zabezpieczeni. Na zło, do jakiego potwory są zdolne i jakie z ich strony nam zagraża, jesteśmy przygotowani: mamy przecież psychologów, by rozpoznawali psychopatów i socjopatów, socjologów, by mówili nam, gdzie owe typy najczęściej się wylęgają i grasują, mamy sędziów, by skazywali ich na pozbawienie wolności i osadzali w miejscach odosobnionych, mamy policję i psychiatrów, by pilnowali, żeby ci w owych miejscach przebywali. Niestety, dobrzy, zwyczajni, sympatyczni młodzi Amerykanie nie byli ani potworami, ani dewiantami. Gdyby nie uczyniono ich panami życia i śmierci więźniów Abu Ghraib, nigdy nie usłyszelibyśmy o tych okropieństwach, do jakich okazali się zdolni. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że ta uśmiechnięta dziewczyna przy barze mogłaby, znalazłszy się na zagranicznej misji wojskowej, celować w wynajdywaniu coraz to wymyślniejszych i bardziej wyszukanych, a jednocześnie coraz okrutniejszych i bardziej perwersyjnych sposobów dręczenia, znęcania się, torturowania i upodlania osadzonych. W jej i jej kompanów rodzinnych miejscowościach sąsiedzi po dziś dzień nie potrafią uwierzyć, że ci przesympatyczni chłopcy i dziewczęta, których znali od małego, są owymi potworami ze zdjęć z izb tortur Abu Ghraib. A są.

W zakończeniu psychologicznego studium Chipa Fredericka, domniemanego przywódcy i inspiratora owej grupy oprawców, Philip Zimbardo stwierdza, że w przeszłości Fredericka nie natknął się na nic, „co pozwalałoby przewidywać, że zaangażuje się w jakąkolwiek formę okrutnego, sadystycznego zachowania. Przeciwnie, wiele danych z jego przeszłości sugeruje, że gdyby nie musiał żyć i pracować w tak anormalnej sytuacji, to mógłby być typowym amerykańskim żołnierzem z plakatu werbunkowego” .

W przypadku Chipa Fredericka oraz Lynndie England można by się upierać – aczkolwiek wbrew jednoznacznym dowodom – że tylko wykonywali rozkazy i zostali zmuszeni do angażowania się w okropności, którymi się brzydzili. A zatem jedyny zarzut, jaki można by im postawić, to tchórzliwość bądź nadmierna uległość wobec przełożonych. Co jednak z tymi, który stali na najwyższych szczeblach drabiny biurokratycznej? Ci to już na pewno są potworami…

Śledztwo w sprawie nadużyć, do jakich doszło w Abu Ghraib, nigdy nie objęło swym zasięgiem najwyższych szczebli dowodzenia amerykańskiej armii; pociągnięcie do odpowiedzialności i osądzenie za zbrodnie wojenne osób dysponujących najwyższymi uprawnieniami rozkazodawczymi możliwe byłoby tylko wówczas, gdyby w toczonej przez siebie wojnie znalazły się one po przegranej stronie – tak się jednak nie stało. Tymczasem Adolf Eichmann, zawiadujący środkami i procedurami „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” oraz wydający rozkazy ich wykonawcom, został ujęty przez zwycięzców i postawiony przed ich sądem. Nadarzyła się zatem wówczas sposobność, by najwybitniejsi psychologowie i psychiatrzy poddali wnikliwej, drobiazgowej wręcz analizie „hipotezę o potworach”. Ostateczny wniosek wyciągnięty z niebywale gruntownych i rzetelnych badań był ze wszech miar jednoznaczny. Oto jak sformułowała go Hannah Arendt: „Pół tuzina psychiatrów uznało go za „normalnego”. »W każdym razie normalniejszego niż ja sam po badaniach, jakim go poddałem!«, jak miał ponoć wykrzyknąć jeden z psychiatrów, inny natomiast doszedł do wniosku, że cała konstrukcja psychiczna Eichmanna, jego stosunek do własnej rodziny, żony i dzieci, matki i ojca, braci, sióstr i przyjaciół, jest »nie tylko normalny, ale jak najbardziej pożądany«. (…) Kłopot z Eichmannem polegał na tym, że ludzi takich jak on było bardzo wielu, a nie byli oni sadystami ani osobnikami perwersyjnymi, byli natomiast – i wciąż są – okropnie i przerażająco normalni. Z punktu widzenia naszych instytucji prawnych oraz kryteriów oceny moralnej normalność owa była dużo bardziej przerażająca niż wszystkie potworności wzięte razem” .

Odkrycie to zaiste musiało być najbardziej zatrważającym z możliwych: skoro to nie monstra, a zwyczajni ludzie (nieodparcie chciałoby się rzec: „tacy jak ty i ja”) dopuszczają się okropieństw i są zdolni do zachowań sadystycznych tudzież perwersyjnych, to wszystkie „sita”, jakie wymyśliliśmy i wprowadziliśmy do użycia w celu odsiewania zwyrodnialców od reszty ludzkości albo zawodzą w praktycznym zastosowaniu, albo od samego początku okazują się chybione – a z pewnością nieskuteczne. Jednym słowem, jesteśmy niezabezpieczeni i bezbronni (chciałoby się dodać: „pozbawieni obrony przed drzemiącymi w nas wszystkich chorobliwymi i zwyrodniałymi ciągotami”).

Dokazując cudów pomysłowości i starając się w miarę możności „ucywilizować” ludzkie obyczaje i wzorce współbycia, nasi przodkowie, a także ci spośród nas, którzy kontynuują ich tryb rozumowania i postępowania, trafiają, by tak rzec, kulą w płot.

Uważna lektura Łaskawych Littella pozwala uchwycić zawoalowaną krytykę zwyczajowej interpretacji, wspieranej przez samą Arendt, tezy o „banalności zła”: mianowicie interpretacji zakładającej, że zbrodniarz Eichmann był „człowiekiem bezmyślnym”. Z portretu Littella Eichmann nie wyłania się bynajmniej jako bezrefleksyjny wykonawca rozkazów bądź niewolnik najniższych instynktów. „Z całą pewnością nie był on wrogiem rodzaju ludzkiego, jak mówiono o nim w Norymberdze (…), nie był też wcieleniem banalnego zła”, wręcz przeciwnie, „był to wielce utalentowany biurokrata, kompetentny w swojej dziedzinie, z niejaką klasą, wykazujący się sporą osobistą przedsiębiorczością, z tym że wyłącznie w ramach ściśle określonych zadań” . Jako menedżer z całą pewnością byłby Eichmann chlubą każdej cieszącej się dobrą reputacją europejskiej firmy (dodać by można, także każdego przedsiębiorstwa należącego do Żydów bądź zarządzanego przez nich). Narrator Łaskawych, doktor Aue, twierdzi, że we wszystkich swoich licznych kontaktach z Eichmannem nigdy nie dostrzegł choćby źdźbła osobistego uprzedzenia, ani tym bardziej zapiekłej nienawiści do Żydów, w których widział ni mniej, choć także ni więcej, obiekty, które jego urząd miał obowiązek poddawać stosownym procedurom. Zarówno w domu, jak i w pracy Eichmann był nieodmiennie tą samą osobą, co na przykład dało się zauważyć, gdy wspólnie z towarzyszami z SS wykonał dwa kwartety Brahmsa: „Eichmann grał spokojnie, metodycznie, wbijając wzrok w partyturę; nie robił błędów”.

Jeśli Eichmann był „normalny”, to nikt nie jest z góry wolny od podejrzeń – nikt z naszych najnormalniejszych w świecie przyjaciół i znajomych, my również. Frederickowie i Eichmannowie na oczach wszystkich chodzą po naszych ulicach, stoją obok nas w kolejkach do kasy, wypełniają sale kinowe i trybuny stadionów, podróżują pociągami i komunikacją miejską bądź tkwią koło nas w korkach ulicznych. Możliwe, że mieszkają w naszym sąsiedztwie, a nawet siedzą przy naszym stole jadalnym. Wszyscy oni, w sprzyjających okolicznościach, byliby zdolni do takich samych rzeczy, do jakich okazał się zdolny Chip Frederick czy Adolf Eichmann. A co ze mną? Skoro tak wielu ludzi potencjalnie stać jest na nieludzkie czyny, to równie dobrze, przypadkiem, kaprysem losu, mogę stać się jedną z ich ofiar. Oni są do tego zdolni – to już wiem. Czy jednak nie jest tak, że równie dobrze to ja sam mogę stać się jednym z „nich”: kolejnym „szarym człowiekiem”, który potrafi czynić drugiemu to, co on sam uczynił…

Obszar pośredni

W swoich wcześniejszych eksperymentach przeprowadzonych na Uniwersytecie Stanforda z udziałem studentów, których losowo wyznaczono do odgrywania roli „strażników więziennych” w stosunku do innych studentów obsadzonych w roli więźniów, Zimbardo odkrył, jak łatwo „zachowanie sadystyczne można wywołać w jednostkach niebędących »typami sadystycznymi«” . W eksperymentach przeprowadzonych na Uniwersytecie Yale, także z udziałem losowo dobranych uczestników, których poproszono o poddawanie innych uczestników serii bolesnych wstrząsów elektrycznych o rosnącej sile (w rzeczywistości symulowanych), Stanley Milgram ustalił, że „posłuszeństwo wobec autorytetu”, autorytetu dowolnego, niezależnie od charakteru poleceń przez ten autorytet wydawanych, jest „głęboko zakorzenioną skłonnością behawioralną”, nawet jeśli badani uważają nakazywane im działania za odrażające i naganne . Jeśli do tego czynnika dodamy takie niemal powszechne osady socjalizacji jak przymiot lojalności, poczucie obowiązku i dyscypliny, okaże się, że „ludzi z dużą łatwością można nakłonić do zabijania”.

Christopher R. Browning przebadał powikłane, lecz składające się na jedno wielkie pasmo okrucieństw wojenne „kariery” członków niemieckiego 101. Policyjnego Batalionu Rezerwy, zwerbowanych do służby policyjnej spośród poborowych uznanych za niezdolnych do walki na froncie i ostatecznie oddelegowanych do przeprowadzania w Polsce masowych mordów na Żydach . Ludzie ci, o których wiadomo, że do owego czasu nie dopuszczali się aktów przemocy, a tym bardziej zbrodni, i którzy nie dawali żadnych podstaw do podejrzeń, że będą do nich zdolni, okazali się gotowi (nie wszyscy, ale znakomita większość) wykonywać rozkazy mordowania, strzelania, i to z najbliższej odległości, do kobiet i mężczyzn, starców i dzieci w sposób oczywisty bezbronnych i niewinnych, gdyż nie zostali oskarżeni o żadne przestępstwo i nie przejawiali najmniejszego zamiaru skrzywdzenia ich ani ich towarzyszy broni. Browning odkrył jednak (i opisał owo odkrycie w książce o wymownym tytule Zwykli ludzie), że zaledwie 10–20% mężczyzn zwerbowanych do służby policyjnej poprosiło o zwolnienie z obowiązku wykonania rozkazu oraz że „znacznie więcej było morderców, którzy z coraz większym entuzjazmem zgłaszali się na ochotnika do plutonów egzekucyjnych i na »polowania na Żydów«”. Zdecydowanie jednak najliczniejszą grupę tworzyli policjanci beznamiętnie odgrywający rolę morderców i likwidatorów gett, ilekroć ową rolę im powierzano, nieszukający wszak okazji do zabijania z własnej inicjatywy. Najbardziej uderzającym aspektem tego odkrycia jest, w moim przekonaniu, zdumiewająca zbieżność zachodząca między odnotowanym przez Browninga statystycznym rozkładem „gorliwców”, „buntowników” i „tych pomiędzy” a statystykami reakcji uczestników eksperymentów Zimbardo i Milgrama na poparte autorytetem rozkazy. We wszystkich trzech przypadkach zaobserwowano osoby, które, gdy rozkazywano im popełnić okrucieństwo, skwapliwie zabierały się do wykonania rozkazu i korzystały z okazji do dania upustu najniższym popędom. Inną grupę – mniej więcej identyczną liczebnie – tworzyli ci, którzy odmówili wyrządzenia zła niezależnie od okoliczności i konsekwencji swojej odmowy. Rozległy „obszar pośredni” zapełniły osoby obojętne, letnie i nieszczególnie zaangażowane bądź przywiązane do postaw z jednego bądź drugiego krańca spektrum zachowań, unikające zajęcia jakiegokolwiek stanowiska, czy to za, czy też przeciwko moralności, woląc iść po linii najmniejszego oporu i robić to, co dyktowała roztropność i na co pozwalała obojętność.

Innymi słowy, we wszystkich trzech przypadkach (oraz niezliczonych innych badaniach) rozkład prawdopodobieństwa, że rozkaz wyrządzenia zła zostanie wykonany bądź spotka się z odmową, pokrywał się z prawidłowością znaną w statystyce jako krzywa Gaussa (zwana także krzywą dzwonową bądź rozkładem Gaussa), która uchodzi za wykres najbardziej powszechnego i prototypowego, rzec by można „normalnego” rozkładu prawdopodobieństwa. Czytamy w Wikipedii, że pojęcie krzywej Gaussa opisuje cechującą wyniki zdarzeń tendencję do „skupiania się wokół wartości średnich”. „Wykres funkcji gęstości prawdopodobieństwa ma kształt dzwonu i osiąga najwyższy punkt przy wartościach średnich”. Dowiadujemy się tam również, że „zgodnie z centralnym twierdzeniem granicznym każda zmienna będąca sumą znacznej liczby niezależnych czynników ma duże szanse przejawiać rozkład normalny”.
Ponieważ prawdopodobieństwo wystąpienia różnych reakcji behawioralnych u ludzi przymuszanych do czynienia zła wykazuje wyraźną tendencję do przyjmowania kształtu krzywej Gaussa, możemy pokusić się o twierdzenie, że także w tym przypadku owe rezultaty zostały spotęgowane przez wzajemne oddziaływanie na siebie dużej liczby czynników niezależnych. Należą do nich między innymi płynące „z góry” rozkazy, instynktowny bądź głęboko zakorzeniony, nierzadko zabarwiony lękiem, szacunek dla autorytetu oraz lojalność cementowana poczuciem obowiązku i wpojoną dyscypliną.

Światełkiem w tym ciemnym jak noc tunelu może być prawdopodobieństwo (tylko prawdopodobieństwo), że w warunkach płynnej nowoczesności, nacechowanej obluzowywaniem się bądź rozprzęganiem biurokratycznych hierarchii władzy oraz mnożeniem się miejsc, z których wygłaszane są zalecenia konkurencyjne (czyli dwoma czynnikami odpowiedzialnymi za narastającą niespoistość i malejącą słyszalność owych głosów), w doborze reakcji coraz ważniejszą rolę będą odgrywać inne, bardziej indywidualne, swoiste i osobiste czynniki, na przykład jednostkowy charakter. Gdyby tak się stało, zyskałoby na tym człowieczeństwo ludzi.

Wszelako nasze dotychczasowe wspólne doświadczenia dają niewiele, jeśli w ogóle, powodów do optymizmu. Jak przekonuje W.G. Sebald (w wydanej w 1999 r. książce Wojna powietrzna i literatura, przełożonej na język angielski przez Antheę Bell pod tytułem On the Natural History of Destruction [Historia naturalna zniszczenia]), „nie potrafimy wyciągnąć lekcji z nieszczęść, jakie na siebie samych ściągamy” oraz „jesteśmy niezdolni do poprawy i wciąż podążać będziemy utartymi szlakami, które mają pewien nikły związek z dawną siecią dróg” . Jako że przez naturę bądź edukację wszyscy zostaliśmy zaprogramowani do poszukiwania najkrótszych dróg do celów, do jakich podążamy i jakie uznajemy za warte urzeczywistniania, „nieszczęścia” (a zwłaszcza nieszczęścia dotykające innych) nie wydają się wygórowaną ceną za obieranie dróg na skróty, cięcie kosztów i maksymalizowanie skuteczności.

Za Unheimlichkeit der Zeit Alexandra Klugego Sebald przytacza wywiad przeprowadzony przez niemieckiego dziennikarza, Kunzerta, z brygadierem 8. Armii Lotniczej Stanów Zjednoczonych, Frederickiem L. Andersonem. Przyparty przez Kunzerta do muru pytaniem, czy była możliwość zapobieżenia bądź uniknięcia zniszczenia Halberstadt, jego rodzinnego miasta, w wyniku amerykańskich nalotów dywanowych, Anderson stwierdził, że koniec końców bomby „sporo kosztowały”. „W praktyce skoro w ich wyprodukowanie włożono w kraju tyle pracy, nie można było zrzucać ich nad górami lub na otwartym terenie” . Rozbrajająco szczery Anderson trafił w sedno – to nie potrzeba zrobienia czegoś z Halberstadt zaważyła na użyciu bomb, to konieczność zrobienia czegoś z bombami zaważyła na losie Halberstadt. Halberstadt był jedynie „stratą uboczną” (używając żargonu wojskowych) sukcesu fabryk amunicji. Jak wyjaśnia Sebald, „skoro sprzęt został już wyprodukowany, pozwolenie na to, by samoloty i ich cenne ładunki bezczynnie stały na lotniskach wschodniej Anglii, kłóciło się z wszelkim zdrowym instynktem ekonomicznym” .

Ów „instynkt ekonomiczny” mógł mieć pierwsze słowo, a z pewnością miał słowo ostatnie, w debacie nad stosownością i praktycznością strategii sir Arthura („Bomber”) Harrisa: niszczenie niemieckich miast osiągnęło największe nasilenie długo po wiośnie 1944 r., kiedy to polityczni decydenci i dowodzący armiami zdawali już sobie sprawę, że – wbrew oficjalnemu celowi owej kampanii powietrznej oraz pomimo jej pełnej determinacji i rozmachu, wytrwałej, bezpardonowej realizacji – „morale ludności niemieckiej najwyraźniej nie doznało uszczerbku, produkcja przemysłowa została nadszarpnięta w stopniu co najwyżej marginalnym, a koniec wojny nie był ani o dzień bliższy”. Gdy to sobie uświadomiono, wspomniany „sprzęt” był już produkowany i po brzegi wypełniał wojskowe magazyny; przyzwolenie na to, by pozostawał bezczynny, istotnie byłoby sprzeczne „z wszelkim zdrowym instynktem ekonomicznym” czy też, po prostu, nie miałoby żadnego „sensu ekonomicznego” (według obliczeń A.J.P. Taylora, przytoczonych przez Maxa Hastingsa w wydanej w 1979 r. pracy Bomber Command, s. 349, obsługa kampanii nalotów bombowych zaangażowała i „pochłonęła” jedną trzecią łącznej produkcji wojennej Wielkiej Brytanii).

„Syndrom Nagasaki”

Jak dotąd naszkicowaliśmy i porównaliśmy dwie drogi, którymi w czasach najnowszych podążały poszukiwania odpowiedzi na pytanie unde malum. Istnieje wszak również droga trzecia, która z uwagi na uniwersalność i ponadczasowość czynników, jakie przywołuje i wyzyskuje w dążeniu do wiedzy, zasługuje na miano drogi antropologicznej. Perspektywa ta z biegiem czasu wydaje się coraz bardziej obiecująca i znacząca, gdy tymczasem dwie zarysowane wcześniej są bliskie wyczerpania swego potencjału poznawczego. Kierunek owych poszukiwań możemy intuicyjnie odczytać ze studium Sebalda, wszelako nakreślony został wcześniej, w pionierskiej, lecz przez szereg dziesięcioleci niedocenianej i niedostrzeganej pracy Günthera Andersa poświęconej zjawisku „syndromu Nagasaki”, któremu Anders przypisuje prawdziwie apokaliptyczny potencjał „globobójstwa” . Według Andersa „syndrom Nagasaki” oznacza, że „to, co już raz uczyniono, można w kółko powtarzać, z coraz mniejszymi wątpliwościami”, za każdym kolejnym razem coraz to bardziej „rzeczowo, machinalnie, bez dłuższego zastanowienia bądź motywu”. „Powtarzanie aktów przemocy jest nie tylko możliwe, ale i prawdopodobne – bowiem szansa wygrania bitwy o zapobieżenie temu maleje, podczas gdy szansa przegrania jej rośnie”.

Decyzję o zrzuceniu 6 sierpnia 1945 r. bomby na Hiroszimę, a trzy dni później na Nagasaki, oficjalnie tłumaczono, ex post facto, potrzebą wymuszenia na Japonii kapitulacji, co miało w założeniu zapobiec śmierci niezliczonych Amerykanów, którzy z pewnością straciliby życie, gdyby armia amerykańska musiała dokonać inwazji na archipelag. Ława przysięgłych historii wciąż obraduje, aczkolwiek wersja oficjalna tego motywu, usprawiedliwiająca podłość i nikczemność środków szczytnością i szlachetnością celów została w ostatnim czasie podana w wątpliwość przez amerykańskich historyków badających odtajnione niedawno informacje na temat okoliczności, w których wspomnianą decyzję rozważano, podjęto i wprowadzono w życie. Pozwala to ową oficjalną wersję zakwestionować nie tylko ze względów moralnych, lecz także na podstawie faktów. Jak zapewniają krytycy wersji oficjalnej, rządzący Japonią byli gotowi przystać na kapitulację mniej więcej na miesiąc przed zrzuceniem pierwszej bomby atomowej, a do złożenia broni skłoniłyby ich tylko dwa posunięcia: zgoda Trumana na przyłączenie się Związku Radzieckiego do wojny z Japonią oraz zobowiązanie się aliantów do utrzymania tronu cesarskiego po kapitulacji Japonii.

Truman jednak zwlekał. Czekał na rezultaty próby, jaką przygotowywano w Alamogordo w stanie Nowy Meksyk, gdzie ostateczny szlif nadawano pierwszym bombom atomowym. Wiadomości o wynikach eksperymentów zastały go w Poczdamie 17 lipca: próba zakończyła się więcej niż powodzeniem – siła wybuchu przerosła najśmielsze oczekiwania… Nie mając ochoty wyrzucić na śmietnik arcykosztownej technologii, Truman zaczął grać na zwłokę. O prawdziwych powodach tej zwłoki można bez trudu wnioskować z triumfalistycznego orędzia prezydenckiego, jakie „The New York Times” opublikował nazajutrz po zgładzeniu 100 tysięcy mieszkańców Hiroszimy: „Zrobiliśmy najbardziej zuchwały zakład w historii nauki, zakład o dwa miliardy dolarów – i wygraliśmy”. Czy można wszak pozwolić, by zmarnowały się dwa miliardy dolarów? Gdy cel pierwotnie wytyczony zostaje osiągnięty, nim zdąży się wprowadzić do użycia produkt, trzeba niezwłocznie znaleźć inny cel, który podtrzyma bądź przywróci „ekonomiczny sens” takiego wydatku…

16 marca 1945 r., gdy nazistowskie Niemcy były już na kolanach, a rychłe zakończenie wojny wydawało się przesądzone, Arthur („Bomber”) Harris wysłał 225 bombowców Lancaster i 11 myśliwców Mosquito z rozkazem zrzucenia 289 ton bomb tradycyjnych i 573 ton bomb zapalających na Würzburg, średniej wielkości 107-tysięczne miasto, legitymujące się bogatą historią i cennymi zabytkami, a zarazem słabo rozwinięte przemysłowo. Między 21.20 a 21.37 życie straciło około 5 tysięcy mieszkańców (z czego 66% stanowiły kobiety, 14% zaś dzieci), a 21 tysięcy domów padło ofiarą pożarów: po nalocie zaledwie 6 tysięcy mieszkańców wciąż miało dach nad głową. Hermann Knell, który ustalił te liczby w toku drobiazgowych badań archiwalnych , pyta, dlaczego miasto pozbawione jakiegokolwiek znaczenia strategicznego zostało przeznaczone do zniszczenia. Rozpatrzywszy wszystkie dające się wyobrazić przyczyny i wykluczywszy je jedną po drugiej, Knell doszedł do jedynej sensownej odpowiedzi na to pytanie: mianowicie na początku 1945 r. Arthurowi Harrisowi i Carlowi Spaatzowi (dowódcy jednostek US Air Force stacjonujących w Wielkiej Brytanii i Włoszech) zaczęło brakować celów: „Bombardowanie przebiegało zgodnie z planem niezależnie od dynamicznej sytuacji militarnej. Niemieckie miasta niszczono do końca kwietnia. Raz wprawionej w ruch machiny wojskowej nie dało się zatrzymać. Żyła własnym życiem. Cały sprzęt i wszyscy żołnierze byli teraz pod ręką”.

Dlaczego jednak wybór padł akurat na Würzburg? Wyłącznie ze względów praktycznych. Jak pokazały wypady zwiadowcze, „miasto dawało się łatwo zlokalizować za pomocą dostępnych w owym czasie urządzeń elektronicznych”. I było wystarczająco oddalone od posuwających się naprzód wojsk sprzymierzonych, żeby ograniczyć do minimum ryzyko „bratobójczego ognia”. Innymi słowy, Würzburg stanowił „łatwy i nieryzykowny cel”. Oto nieumyślna i niezawiniona wina tego miasta, wina z gatunku takich, których, gdy „puszczono już w ruch machinę militarną”, nie daruje się żadnemu „celowi”.

W książce La Violence nazie: une généalogie européenne Enzo Traverso wysuwa koncepcję „barbarzyńskiego potencjału” nowoczesnej cywilizacji . W studium poświęconym przemocy nazistowskiej dochodzi on do wniosku, że popełniane przez nazistów bestialstwa były niepowtarzalne w tym tylko sensie, że dokonały syntezy wielkiej liczby środków niewolenia i unicestwiania, które zostały już przetestowane, tyle że pojedynczo, w historii cywilizacji Zachodu.
„Bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki świadczą o tym, że antyoświeceniowość nie jest niezbędną przesłanką technologicznej rzezi. I bomba atomowa, i nazistowskie obozy śmierci wpisują się w „proces cywilizacyjny”, w łonie którego nie stanowią wcale przeciwtendencji czy aberracji (w co wierzył, jak się zdaje, Norbert Elias, według którego ludobójstwo Żydów oznaczało „ponowny wybuch prawdziwego barbarzyństwa”), ale przejaw charakteryzującego je potencjału, jedno z jego obliczy, jedną z możliwych ścieżek rozwoju”.

Swą analizę kończy Traverso ostrzeżeniem, że nie ma żadnych podstaw do tego, by wykluczyć wystąpienie w przyszłości podobnej syntezy, nie mniej morderczej niż syntezy nazistowskie. Koniec końców liberalna, cywilizowana dwudziestowieczna Europa okazała się laboratorium przemocy. Osobiście dodałbym również, że nie widać żadnych oznak tego, że u progu XXI w. owo laboratorium zostało zamknięte bądź wyłączone z eksploatacji.

Pyta Günther Anders: czy w owej epoce maszyn jesteśmy ostatnimi reliktami przeszłości, które nie zdołały jeszcze zmyć z siebie toksycznych osadów minionych okropieństw ? I odpowiada: okropności, o których mowa, zostały wówczas popełnione nie dlatego, że wciąż były technicznie i teoretycznie możliwe (bądź do tamtego czasu nie zdołano ich wyrugować), lecz, przeciwnie, dopuszczono się ich, ponieważ właśnie stały się technicznie i teoretycznie możliwe…

Podsumujmy zatem: musiał kiedyś nastąpić „ów pierwszy moment”, w którym wspomagane technologią okropności, przedtem nie do pomyślenia, stały się technicznie wykonalne. Okropności musiały mieć jakiś punkt początkowy, chwilę narodzin – nie oznacza to wszak, że muszą także mieć koniec. Nie wynika również z tego, że wstąpiły one do kręgu ludzkiego współżycia z przelotną wizytą, ani tym bardziej że przyniosły z sobą bądź wprawiły w ruch mechanizmy, które prędzej czy później muszą spowodować ich odejście. Wręcz przeciwnie: raz wdrożone, mechanizmy umożliwiające separację zdolności technicznych od wyobraźni moralnej zaczynają się samoistnie napędzać, wzmacniać i odnawiać. Sprzyja temu ludzka zdolność adaptacyjna, umiejętność dopasowywania się, sprawiania, by to, co wczoraj było niewyobrażalne, dziś stało się niezbitym faktem.

Inaczej rzecz ujmując, okropności nie dotyka samopotępienie i autodestrukcja. Wręcz przeciwnie, samoistnie się one odtwarzają i reprodukują: co ongiś było nieoczekiwanym straszliwym dopustem losu i wstrząsem (makabrycznym odkryciem, posępną nowiną) wyradza się w zrutynizowany odruch warunkowy. Hiroszima stanowiła wstrząs odbijający się ogłuszającym i niesłabnącym echem. Nagasaki trzy dni później było wstrząsem, którego echa okazały się ledwie słyszalne. Joseph Roth wskazał na jeden z mechanizmów tej znieczulającej rutyny: „Gdy przydarza się katastrofa, ludzie z najbliższego sąsiedztwa pod wpływem szoku stają się uczynni. Niewątpliwie taki właśnie efekt mają katastrofy. Wydaje się, że ludzie oczekują od katastrof, by były krótkotrwałe. Katastrofy chroniczne stają się dla sąsiadów tak obmierzłe, że ci stopniowo na nie i ich ofiary obojętnieją, a wręcz pod ich wpływem popadają w skrajną irytację… Gdy stan zagrożenia się przeciąga, pomocne dłonie stają się rozłożonymi rękami, płomienie współczucia gasną.”

Niewinne zło

W jaki jednak sposób i z jakiego powodu do wspomnianych okropności w ogóle doszło? Wydaje się, że jeszcze jedno podejście, które najlepiej można określić mianem metafizycznego, nakreśla tu badaczom źródeł zła Anders. Jego antycypacje dają się dostrzec w Heideggerowskiej koncepcji techne, aczkolwiek, co ciekawe, ten nietuzinkowy metafizyk bycia-w-czasie umieścił techne poza czasem historycznym, w metafizyce Sein – bycia – jako takiego, ukazując tym samym techne jako uodporniony na historię, niezbywalny i niezmienny atrybut wszelkiego bytu. Z drugiej strony Anders doskonale zdaje sobie sprawę z intymnej współzależności techne i historii oraz wrażliwości tej pierwszej na historyczne metamorfozy form życia. Znać, że Anders skupiał się na metafizyce zła skrojonej na miarę naszych czasów, zła specyficznego, w sposób nieodłączny i wyłączny towarzyszącego naszej obecnej, wciąż utrzymującej się postaci ludzkiego współbycia: postaci określanej i wyosobnianej od innych form przez techne, dalece przekraczającej ludzką władzę wyobraźni, a tym samym przemagającej, zniewalającej i obezwładniającej tę właśnie ludzką zdolność, która ją powołała do życia. Pierwowzoru powikłanej, meandrycznej opowieści o Andersowskim techne trzeba zapewne szukać w starożytnym eposie o krnąbrnym uczniu czarnoksiężnika, Heglowskiej i Marksowskiej fizjologii alienacji, a w czasach nam bliższych w sformułowanym przez Georga Simmela pojęciu „tragedii kultury” – pojęciu, w myśl którego wytwory ludzkiego ducha osiągają rozmiar przerastający i zostawiający daleko w tyle ludzką zdolność przyswajania, rozumienia, pojmowania i opanowania.

Wedle Andersa na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci ludzka zdolność wytwarzania (herstellen: wcielania rzeczy w czyn, doprowadzania zamierzeń do skutku) została uwolniona od ograniczeń nakładanych przez znacznie mniej rozciągliwą ludzką zdolność wyobrażania sobie, przedstawiania i czynienia zrozumiałym (vorstellen). Oto właśnie w tym względnie nowym zjawisku, tym rozziewie (Diskrepanz) oddzielającym ludzkie władze tworzenia i wyobraźni, zapuszcza swoje korzenie współczesna odmiana zła. Klęska moralna naszej epoki „nie wyrasta z naszej zmysłowości bądź przewrotności, nieprawości bądź wyuzdania, ani nawet z wyzysku, lecz z niedostatku wyobraźni”, wyobraźnia z kolei – jak niestrudzenie przekonuje Anders – uchwytuje więcej „prawdy” (nimmt mehr ‘wahr’), niż jest do tego zdolne nasze mechaniczne empiryczne postrzeganie (Wahrnehmung) . Dodałbym: wyobraźnia uchwytuje także więcej prawdy moralnej, na którą nasze empiryczne postrzeganie jest szczególnie ślepe.

Rzeczywistość uchwytywana w osieroconym przez wyobraźnię postrzeganiu, poza które nie da się sięgać, jest „zawsze-dana-z-góry”, technicznie prefabrykowana i obsługiwana za pomocą techniki; nie ma w niej miejsca dla tych tysięcy czy milionów, którzy zostali w nią wrzuceni bądź skazani na śmierć od bomb atomowych, napalmu bądź trujących gazów. Rzeczywistość owa składa się z klawiszów i przycisków. A, jak przekonuje Anders, „nie zgrzyta się zębami przy naciskaniu guzików… Guzik to guzik”. Czy naciśnięcie guzika uruchamia kuchenną maszynkę do robienia lodów, włącza prąd elektryczny bądź spuszcza z łańcucha jeźdźców Apokalipsy – pozostaje bez różnicy. „Gest, który rozpęta Apokalipsę, niczym nie będzie różnił się od innych gestów – zostanie wykonany, tak jak wszystkie inne identyczne gesty, przez operatora, tak samo kierowanego i znudzonego rutyną. (…) Jeśli cokolwiek symbolizuje diaboliczną naturę naszego położenia, to jest to niewinność owego gestu” , znikomość wysiłku i myśli koniecznych do rozpętania kataklizmu – dowolnego kataklizmu, także globobójstwa. Jesteśmy technicznie wszechmocni z powodu, i dzięki, bezmocy naszej wyobraźni.

Jesteśmy bezmocni, ale też i wszechmocni, potrafimy bowiem powoływać do życia siły zdolne wywoływać skutki, których nie umielibyśmy spowodować za pomocą naszego „naturalnego wyposażenia” – naszych rąk i mięśni. Stając się w ten oto sposób wszechmocni, obserwując i podziwiając potęgę, skuteczność i druzgocące działanie bytów, które sami wymyśliliśmy i wyczarowaliśmy, odkrywamy własną bezmoc… Odkrycie to sprzęga się z kolejnym: odkryciem dumy czerpanej z wynajdywania i puszczania w ruch wspaniałych maszyn, zdolnych do wykonywania herkulesowych prac, które inaczej przerastałyby nasze siły. Z tego też jednak powodu czujemy się zagrożeni wzorcami doskonałości, jakie wyznaczyliśmy wytworzonym przez siebie maszynom i jakim sami nie jesteśmy zdolni sprostać. W końcu więc odkrywamy wstyd: hańbę własnej niższości, uczucie upokorzenia ogarniające nas, gdy stajemy twarzą w twarz z własną bezsiłą.

Kompleks Prometeusza

Te trzy wspomniane odkrycia, wskazuje Anders, składają się na „kompleks Prometeusza”. Przedmiotom owych odkryć nadał Andres nazwy: prometejska duma, prometejskie wyzwanie i prometejski wstyd . Ten ostatni jest poczuciem własnej przyrodzonej niższości i niedoskonałości, obu ukazujących się z całą ostrością w zestawieniu z doskonałością, ba, wszechmocą, rzeczy wymyślonych; jest skutkiem upokorzenia, jakie w ostatecznym rozliczeniu sprowadza na nas nasza niezdolność do samourzeczowienia się, do stania się podobnymi maszynom: niestrudzonymi, nie do zdarcia, nie do zatrzymania, nieposłusznymi, wręcz niesterowalnymi, jak maszyny „w swoim najlepszym wydaniu”. Aby tę niesławę pomniejszyć, musimy demonstrować naszą zdolność do dokonywania – danymi sobie z przyrodzenia środkami, własnym wysiłkiem fizycznym i bez pomocy maszyn – rzeczy, które maszyny wykonują z taką łatwością i tak zwyczajnie: innymi słowy, zamieniając się w środki do obsługi środków, narzędzia do obsługi narzędzi… Gdy ze swych nisko lecących machin wojennych żołnierze porucznika Calleya z zaciekawieniem i z bliskiej odległości przyglądali się spustoszeniom wyrządzonym przez narzędzia mordu i destrukcji, jakie w ogromnej ilości rzucono na wioskę My Lai, nie potrafili oprzeć się wyzwaniu czy też pokusie, by własnymi rękami dokonać tego, czego ich narzędzia walki dokonały mechanicznie: pokusie dorównania narzędziom zniszczenia i prześcignięcia ich w pędzie do doskonałości – choćby na chwilę, tu i teraz, w tej wiosce . Widok nieożywionych obiektów ujarzmionych w wyniku krwawej rzezi poszerzył tym żołnierzom horyzonty, ukazał nieznane dotąd możliwości, rozpłomienił wyobraźnię – były to wszak horyzonty zakreślone przedtem przez maszyny, możliwości stworzone przez działanie mechaniczne, wyobraźnia wyprefabrykowana przemysłowo.

W swym drugim otwartym liście do Klausa Eichmanna Anders pisze o związku między kryminalnym państwem nazistowskim a istniejącym współcześnie pronazistowskim rządem światowym: „Powinowactwo grożącego nam technicznie-totalitarnego imperium i potwornego imperium nazistowskiego jest oczywiste”. Zaraz jednak wyjaśnia on, że stwierdzenie to ma być prowokacją wycelowaną w powszechną (przez to, że pocieszającą) opinię, jakoby Trzecia Rzesza była zjawiskiem jedynym w swoim rodzaju, nieprzystającą do naszych czasów, a już nade wszystko do naszego świata Zachodu aberracją; opinia owa zawdzięcza popularność swej zdradliwej mocy rozgrzeszania i legitymizowania tego, że przymyka się oczy na własny monstrualny, przerażający potencjał. Osobiście szczerze żałuję, że powyższe konstatacje Andersa nie były mi znane, gdy pracowałem nad książką Nowoczesność i Zagłada.

W odpowiedzi na zarzut dziennikarza, że stoi w jednym rzędzie z „panikarzami”, odpowiedział Anders, iż tytuł „panikarza” poczytuje sobie za wyróżnienie i nosi go z dumą; dodał też, iż „w naszych czasach najpilniejszym zadaniem moralnym jest uświadomienie ludziom, że powinni być zaniepokojeni i że dręczące ich lęki nie są bezpodstawne”.


Artykuł pochodzi z książki Zygmunta Baumana Straty uboczne w tłumaczeniu Justyna Huni, wydanej pod koniec września przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zamieszczamy wersję skróconą. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter