70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Między dogmatem a życiem

Teologie kontekstualne mogą wnieść swój cenny wkład, „podpowiadając” klasycznej (konserwatywnej) teologii nowe pola eksploracji i problemy do oświetlenia słowem Bożym – godność osób homoseksualnych, sprzeciw wobec rasizmu, sytuacja „innego” w społeczeństwie.

Jakiej teologii potrzebujemy? To pytanie tylko pozornie wydaje się bezzasadne. Ktoś powie, że odpowiedzi są przecież oczywiste: dobrej, zgodnej z nauczaniem Kościoła, wyrastającej z solidnej lektury Pisma Świętego. Doświadczenie uczy jednak, że także taka teologia może być martwa – tzn. niedotykająca człowieka, nieprzemieniająca jego życia, nie dająca do ręki instrumentu do rozpoznawania Bożej obecności w świecie i do rozeznania naszego miejsca w Bożym planie, który dzieje się nie tylko w Biblii, ale także w codzienności, w „tu i teraz”.

Wy nam mówicie tylko o obietnicy wiecznego zbawienia, które dopiero ma nadejść, a nam chodzi o życie – zdają się mówić do nas, teologów, ludzie. Czy jest szansa na teologię bliższą życiu? Na teologię w to życie zaangażowaną? „Bycie uczniem Chrystusa nie może polegać wyłącznie na rozpamiętywaniu przeszłych wydarzeń lub na oczekiwaniu końca dziejów. Nasze życie rozgrywa się w teraźniejszości, w konkretnym czasie, miejscu, okolicznościach” – pisze ks. Grzegorz Strzelczyk . Czy teologia nie powinna wreszcie wziąć tego pod uwagę?

Ewolucja teologii akademickiej

W roku 2006 w niemieckim „Die Zeit” ukazał się artykuł o przemianach w łonie teologii akademickiej, a właściwie o zjawisku wskazującym na proces – jeśli tak można powiedzieć – uwalniania się teologii spod skrzydeł wydziałów teologicznych i Kościołów. Jedną z oznak zbliżającego się kryzysu jest oczywiście spadek liczby studentów tego kierunku, zarówno świeckich, jak i przyszłych duchownych, co nieuchronnie prowadzi do zamykania kolejnych katedr i wydziałów. Fryderyk Wilhelm Graf, profesor teologii ewangelickiej z uniwersytetu w Monachium, upatruje przyczyn malejącego zainteresowania w tym, iż współczesna teologia uniwersytecka jest nazbyt zorientowana na tekst i egzegezę, brakuje jej zaś kompetencji interpretacyjnej wobec aktualnych zjawisk. Graf nazywa to nawet ślepotą na współczesność (Gegenwartsblindheit).

W obliczu tej teologicznej ślepoty współczesnymi fenomenami na pograniczu religii i społeczeństwa zaczynają się interesować inne nauki i instytucje. I tak Instytut Maxa Plancka w Getyndze skupia etnologów, socjologów i religiologów, którzy mają się zająć eksploracją konfliktów na płaszczyźnie etnoreligijnej w ramach nowego centrum badawczego. Poszerzenie perspektywy badawczej teologii można zauważyć we wspólnym projekcie uniwersytetu w Münsterze i tamtejszego Instytutu Goethego, które zajmują się kwestią religii i przemocy. W projekt ten zaangażowani są specjaliści z różnych dziedzin teologicznych. Egzegeta Starego Testamentu oraz historyk judaizmu badają teksty hebrajskie, kanonista i historyk podejmują problematykę przemocy na płaszczyźnie relacji państwo – Kościół. Do tego trzeba dodać jeszcze perspektywę pedagogiczną religii, dogmatyczną i moralną.

Nie tylko niemiecka teologia akademicka zastanawia się nad swoim przyszłym kształtem. Swoistą ewolucję od teologii monokonfesyjnej ku teologii wielu religii i szeroko rozumianej religiologii przeżywa także teologia kanadyjska, której miałem okazję przyglądać się z bliska przez pół roku jako professeur invité na Uniwersytecie Montrealskim. W wyniku wielu przemian seminarium duchowne wyłączono ze struktur uniwersyteckich, a tamtejszy Wydział Teologiczny, zachowując swój kanoniczny status, przekształcił się w Wydział Teologii i Nauk o Religii.

Dzisiaj wydział jednoznacznie deklaruje, że chce prowadzić studia, biorąc pod uwagę zarówno tradycję Kościoła katolickiego, jak i inne religie i duchowości. Dominująca metoda badawcza to ujęcie interdyscyplinarne ze szczególnym uwzględnieniem nauk humanistycznych i społecznych. Dotychczas powołano trzy katedry: Religii, kultury i społeczeństwa; Islamu, pluralizmu i globalizacji oraz Chrześcijaństwa i przekazu. Program studiów pokazuje, że teologia biblijna, systematyczna czy też praktyczna, jest de facto punktem wyjścia do dalszej analizy teologicznej, której stanowi znajdowanie odpowiedzi na takie wyzwania współczesności, jak: wielkie pytania religijne, współczesne modele etyczne i duchowe, inicjacja i edukacja we wspólnocie religijnej, opieka duchowa w procesie troski o zdrowie fizyczne, wyzwania społeczne, dialog międzyreligijny, rozwiązywanie konfliktów, religia a przemoc.

Przez ostatniych kilkadziesiąt lat religijny pejzaż Québecu bardzo się zmienił. W wyniku postępującej sekularyzacji katolicyzm przestał odgrywać rolę dominującą, a wzrastająca imigracja zaowocowała obecnością w społeczeństwie przedstawicieli innych religii. Tamtejsza teologia już od dłuższego czasu nie mogła więc obejść się bez nauk o religii, w tym teologii religii, które już od końca lat 60. były obecne niejako „w poprzek” prowadzonych badań – m.in. nad rytuałami, społecznymi funkcjami religii, historią, antropologią, islamem, judaizmem czy też religiami orientalnymi. Można powiedzieć, że – podobnie jak na innych uniwersytetach kanadyjskich – tamtejsza teologia ewoluuje w dwóch kierunkach: poszerza spektrum swoich badań na inne religie oraz podejmuje się interpretacji współczesnych fenomenów społecznych. By się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć na program wykładów, gdzie można znaleźć takie tematy, jak: przemoc, feminizm, nowe religie i nowe duchowości, psychoanaliza, tożsamość i religia, islam i nowoczesność, które sąsiadują z bardziej tradycyjnymi: sąd i nadzieja u proroków, historia i teologia duchowości, Biblia i edukacja religijna, wolność i prawo u św. Pawła.

W Polsce jaskółek zwiastujących bardziej interdyscyplinarne podejście do teologii widać niewiele. Owszem, można wskazać na poszerzanie oferty studiów teologicznych – wiele wydziałów proponuje różne specjalizacje i specjalności, łącząc teologię z kulturoznawstwem, pracą socjalną, teorią mediów, naukami o rodzinie, a nawet turystyką. Wiadomo jednak, iż teologia akademicka to nie tylko nauczanie studentów, ale także – a właściwie przede wszystkim – prace badawcze. Lektura projektów z zakresu teologii przyjętych do finansowania w ramach Narodowego Centrum Nauki (dawniej zadania te realizował Komitet Badań Naukowych) pokazuje, iż pierwszeństwo mają badania posiadające wymiar społeczny, interdyscyplinarny i innowacyjny. Chodzi o prowadzenie takich badań, które w jakimś sensie przydadzą się społeczeństwu.

Ewenementem w polskim krajobrazie jest Pracownia Badań Współczesnych Form Duchowości na Wydziale Humanistycznym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie (sic!), którą kieruje prof. Zbigniew Pasek. Jak czytamy na stronie internetowej wydziału, „Pracownia dokumentuje życie wspólnot niekatolickich w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem nurtu nowej duchowości, pogranicza religii i zjawisk kulturowych funkcjonalnie zastępujących dziś życie religijne Polaków”. W badaniach pracowni dominuje zapewne aspekt religioznawczy, ale nie da się go realizować w oderwaniu od analizy teologicznej.

Wspomniane przemiany nie pozostają oczywiście bez konsekwencji. Jak podkreśla Jean-Claude Petit z Uniwersytetu Montrealskiego, teologia porzuca w ten sposób swój status wiedzy sui generis, swoją naturę dyscypliny „wyznawczej” (confessante) i wpisuje się w szeroki obszar nauk o religii. Widać to choćby w egzegezie biblijnej, gdzie tekst zostaje poddany lekturze zewnętrznej i staje się przedmiotem badań jak każdy przedmiot (objet) religijny. W ten sposób tekst biblijny traci swój walor prawdziwościowy, przestaje być tekstem wiary, a staje się jedynie tekstem kulturowym. Teologia winna być przecież uprawiana wewnątrz określonej tradycji religijnej. Spojrzenie z zewnątrz jest charakterystyczne dla nauk religioznawczych. Czy oba spojrzenia wykluczają się, czy uzupełniają? Czy obie dyscypliny (nie) mogą wzajemnie czerpać ze swoich osiągnięć?

Teologia bliska życiu

Tym, co łączy przedstawione powyżej projekty, jest zapewne pragnienie uprawiania teologii bliskiej życiu, tzn. refleksji naukowej otwartej na współczesny fenomen religii, na to, jak ona objawia się w społeczeństwie, a nie jedynie na jej aspekt doktrynalny czy historyczny, dominujący wciąż w teologii akademickiej, której absolwenci nie potrafią często zastosować w interpretacji otaczającej nas rzeczywistości. „Teologia, jeśli chce być wierna sobie, musi nadążać za światem, za tym pędzącym pociągiem z żywymi ludźmi w przedziałach” – postuluje Józef Majewski, polski teolog i publicysta.

Kształt takiej teologii zaproponował – tak mi się przynajmniej wydaje – ks. prof. Jerzy Szymik w swojej Teologii w krainie pepsi-coli, zwłaszcza w rozdziale zatytułowanym Teologia jako terapia, czyli uzdrawiająca moc słów. Autor przytacza tam ocenę Czesława Miłosza, który pisał w swoim Piesku przydrożnym: „To, co najgłębsze i najgłębiej we własnym życiu doświadczone, przemijalność ludzi, choroba, śmierć, marność opinii i poglądów, nie może być wyrażone w języku teologii, która od wielu stuleci zaokrągla odpowiedzi w gładkie kule, łatwe do toczenia, ale jakby nieprzenikalne”. Myślę, że wielu byłoby gotowych podzielić pogląd noblisty. Dość powszechnie panuje przekonanie, iż między teologią a życiem punkty styczne są rzadkie, a może nie ma ich wcale. Słowa kazań, które – jak pisał Zbigniew Herbert w wierszu Homilia – „nad głowami się unoszą”, zdają się potwierdzeniem tego stanu rzeczy. Wszak tym, co wciąż najlepiej weryfikuje i diagnozuje polską teologię, są katecheza i kaznodziejstwo. To właśnie z ambony i z sali katechetycznej teologia trafia „pod strzechy”, tam jest tłumaczona z fachowego żargonu na „ludzki język”. Ale – jak smutnie diagnozuje Majewski – „doświadczenie jednak uczy, że osoby odpowiedzialne za te narzędzia często nie nadążają za teologią akademicką, prędzej czy później tracą z nią kontakt, nie wędrują osobiście po jej wulkanicznej krainie, nie kosztują jej niebezpieczeństw, ognia i piękna”.

Podobną funkcję co katecheza i kaznodziejstwo realizuje teologia w wersji publicystycznej, „teologia w mediach” – jak to ujmuje Józef Majewski – która wcale nie jest, wbrew obiegowym opiniom, teologią w wersji soft. Autor słusznie przeciwstawia się poglądowi, iż publicystyka teologiczna to jedynie popularyzatorstwo teologii, które – co jest oczywiście prawdą – narażone jest na niebezpieczeństwo uproszczenia. „Publicystyka teologiczna – w przeciwieństwie do popularyzacji – jest dziedziną twórczą. Chodzi nie tyle o odtwarzanie w innej – przystępniejszej – formie myśli i osiągnięć teologii akademickiej, ile o twórcze wykorzystywanie i wplatanie ich w proces poszukiwania odpowiedzi w kontekście aktualnych, narzucających się swoją czasową bezpośredniością pytań i problemów wiary. Publicystyka, inaczej niż popularyzacja, nie tyle chce powtarzać, ile ma coś do powiedzenia od siebie, inspirowana aktualnym życiem i karmiona teologią najwyższych akademickich lotów”. Dobrze by chyba było, gdyby „transfer” teologicznej myśli dokonywał się jednak w obu kierunkach. Nie tylko bowiem publicystyka powinna się karmić wysoką teologią, ale także wysoka, akademicka teologia mogłaby się od publicystyki uczyć owego egzystencjalnego, aktualnego i interpretacyjnego nachylenia. W ten sposób teologia akademicka rzeczywiście stanie się światłem „zdolnym oświecać ludzkie drogi”.

Nie chodzi tutaj jednak – i trzeba to nieustannie podkreślać – o teologię rozumianą jako podstawa do wyprowadzania norm etycznych czy modeli pastoralnych. To o wiele za mało. Chodzi o coś więcej – o to, by teologia spełniała funkcję, którą nazwałbym konfrontacyjną i interpretacyjną. Ks. Szymik pisze: „Nie można mieć pretensji do młodego (załóżmy) odbiorcy teologicznego komunikatu, że bardziej go interesuje pytanie »co zrobić z własnym życiem« niż spory monofizyckie w V w. po Chrystusie. (…) I trzeba w ten sposób przedstawić problem monofizytyzmu, by wykład zawierał ważne przesłanki do odpowiedzi na egzystencjalne (»aktualne egzystencjalnie«) pytania studenta” . Zdaje się, iż to właśnie w poszukiwaniu egzystencjalnej wartości dogmatu leży sedno teologii, co Szymik nazywa jej „aktualną egzystencjalnością”. Brak tego dogmatyczno-egzystencjalnego jądra owocuje przekonaniem słuchaczy naszych kazań, którzy przecież „nagłaśniają” teologię, iż ani Ewangelia, ani Kościół, ani – co w konsekwencji logiczne – Bóg nie mają odpowiedzi na nurtujące nas codzienne pytania. A przecież chodzi o to – jak pisze ks. Strzelczyk – by „wiarę w to, że Chrystus jest dawcą zbawienia (…) opowiedzieć tak, by słuchacz zrozumiał, że idzie rzeczywiście o jego życie, o najgłębsze, najbardziej niepokojące pytania, jakie sobie stawia (albo przed którymi z lękiem ucieka)”.

Ks. Szymik odwołuje się w swoim eseju o teologii terapeutycznej do abp. Nossola, który upominał się o zrównoważenie teologii esencjalnej (tej o istocie) teologią egzystencjalną (tą o istnieniu), gdyż „teologia chrześcijańska staje się błędna, kiedy nie posiada żadnego znaczenia egzystencjalnego (…) teologia nie może mówić sensownie o Bogu, nie mówiąc równocześnie o człowieku i jego świecie”. Od siebie dodam, iż traci ona wówczas ten wymiar, który należałoby nazwać nie tylko terapeutycznym, ale i profetycznym. Zdaje się jednak, iż wciąż dla naszej teologii życie w swoich różnych i bogatych przejawach jest trudniejszym wyzwaniem niż dogmat o Trójcy Świętej.

W tym miejscu pozwolę sobie na podanie bardzo charakterystycznego, choć negatywnego przykładu. A jest nim teologia uprawiana przez ks. Natanka. Jego popularność nie polega tylko na tym, iż uprawia teologię, która w odbiorze wielu bardziej zakorzeniona jest w Tradycji niż – mówiąc w skrócie – teologia głównego nurtu. Powiedzmy sobie szczerze, jest to teologia, która daje odpowiedzi na pytania o kondycję współczesnego świata i instrumenty do jego interpretacji. Co więcej – jest to teologia, która nieustannie odwołuje się do aktualnych wydarzeń, różnego rodzaju faktów kulturowych i polityki dziejącej się na naszych oczach. Oczywiście, są to odpowiedzi w dużej mierze błędne, by nie powiedzieć – sytuujące się poza katolicką ortodoksją, ale – dobre czy złe, prawdziwe czy nieprawdziwe – są to jakieś odpowiedzi. Wielokrotnie słyszałem opinię, iż nikt tak się nie wsłuchuje we współczesną rzeczywistość jak ks. Natanek. I jest w tym dużo racji. Ludzie idą tam, gdzie w sytuacji egzystencjalnej niepewności dostaną pewne odpowiedzi. Ksiądz z Grzechyni takie odpowiedzi oferuje. Czy jest to – jak postulował ks. Szymik – medicina verbi – słowa uzdrawiające? „Leczyć – pisze śląski dogmatyk – znaczy dla teologii dzisiaj (może zawsze…?) zajmować się zagadnieniami związanymi z nadzieją, »wstrzykiwać« ją w arterie współczesnej egzystencji, w krwiobieg ludzkości, zmagać się z chorobą rozpaczy”. Śmiem twierdzić, iż tutaj właśnie mamy przykład raczej wzniecania egzystencjalnej gorączki niż jej leczenia.

Dialog Słowa ze Słowem

Zróbmy jednak krok dalej: od teologii bliskiej życiu do teologii zaangażowanej w życie. Tym razem sięgnijmy do homiletyki. W roku 1982 biskupi amerykańscy przygotowali dokument na temat kaznodziejstwa, w którym zaproponowano następującą definicję homilii: „interpretacja ludzkiego życia w świetle tekstów świętych”. Myślę, że bez większego metodologicznego nadużycia można tę definicję odnieść także do teologii. Poza tym homilia jest przecież „teologią na ambonie”, nieco podobnie do „teologii w mediach”, czyli publicystyki katolickiej.

Tak więc teologię wyznaczają dwa faktory: tekst święty i życie. Interesujące w tej definicji jest to, iż autorzy dokumentu nie zaproponowali sformułowania „w świetle słowa Bożego”, ale „w świetle tekstów świętych”, co bardzo znamienne. Aby zrozumieć, dlaczego przyjęto takie właśnie sformułowanie, należy przyjrzeć się teologii wspólnoty, która staje u podstaw dokumentu. Zgromadzenie (wspólnota) nie jest tutaj postrzegane jedynie jako grupa ludzi połączona wspólnym doświadczeniem egzystencjalnym ani też więzami kościelnymi. Wspólnota to zgromadzenie ludzi zwołanych przez Chrystusa i dzielących tę samą wiarę w Chrystusa. „Stwierdzenie, że wspólnota dzieli tę samą wiarę, jest jednocześnie uznaniem, że jej członkowie posiadają wspólną wizję interpretacji świata, który ich otacza” – czytamy w dokumencie. Co więcej, wspólnota jest postrzegana jako miejsce, w którym nieustannie Bóg objawia się i mówi. W pewnym sensie objawienie Boga nie skończyło się, choć kiedy dał nam „swego Syna, który jest Jego jedynym Słowem (…), przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz. I nie ma już nic więcej do powiedzenia” . Nic, w sensie kolejnego publicznego objawienia, jak przypomina soborowa Konstytucja o Objawieniu Bożym Dei verbum (n. 4). Nie znaczy to jednak, iż Bóg jest Bogiem milczącym, Jego głos dalej rozlega się w Kościele, także rozumianym jako zgromadzenie liturgiczne. W tej kwestii istotne jest stwierdzenie amerykańskiego dokumentu: „Słuchamy Biblii, słuchamy ludzi i pytamy, co mówią do siebie nawzajem. O co się nawzajem pytają. Z dialogu pomiędzy słowem Boga w Biblii a słowem Boga w życiu ludzi zaczyna rodzić się słowo Boga w przepowiadaniu”.

W tej perspektywie teologia przestaje być ludzką interpretacją Bożego monologu i staje się – jak proponują niektórzy – „taką rozmową o Bogu, w której uczestniczy sam Bóg” . Nie wiem, czy można zaryzykować stwierdzenie, iż w teologii chodzi o ludzkie wejrzenie w ten wewnętrzny dialog Boga, który wypowiedziawszy definitywnie Słowo, nieustannie pobrzmiewa echem w życiu ludzi. Czy na takie rozumienie teologii nie pozwala choćby współczesna koncepcja dwukierunkowego rozumienia Objawienia: „zstępującego” (właściwego), idącego od Boga wprost i bezpośrednio, i „wstępującego” (analogicznego), które można by rozumieć jako owocowanie „ziaren Słowa” rozsianych przez Logos? Tak czy inaczej, chodzi o to samo Objawienie, o to samo Słowo, o Chrystusa – Logosa.i

Ten model teologiczny domaga się oczywiście operacjonalizacji, czyli ukonkretnienia. Co ma być punktem wyjścia do tak rozumianej teologicznej refleksji: tekst święty czy codzienne doświadczenie? Przecież nie da się zacząć od dwóch źródeł równolegle. Tutaj też rodzi się pytanie o rozumienie źródeł teologii. Czy doświadczenie ludzkie, owa postulowana aktualność i codzienność, może być źródłowe? Pomijając całą historyczno-metodologiczną analizę, można powiedzieć, iż w klasycznym ujęciu teologii – jak przypomina Dorota Mastalska – „Biblia jest tekstem teologicznym, a nawet więcej, gdyż jest ona nie tylko słowem o Bogu, ale wprost: Jego słowem. Bóg jest punktem wyjścia i dojścia teologii – taka jest jej perspektywa hermeneutyczna” . Idąc dalej tym tropem, autorka stwierdza, iż doświadczenie nie może być rozumiane w sensie ścisłym jako źródło teologiczne, jest ono „miejscem stawiania teologicznych pytań”, ale „nie jest jednak miejscem dawania teologicznych odpowiedzi” . Mastalska zwraca uwagę na niebezpieczeństwo, że „kontekst” doświadczenia może stać się ważniejszy niż „tekst” Objawienia, a właściwy porządek jest odwrotny. „Objawienie nie potrzebuje weryfikacji doświadczenia, lecz na odwrót” – konkluduje teolożka.

Nie ulega wątpliwości, iż w takiej perspektywie doświadczenie traci swoją równorzędność wobec tekstu biblijnego. Dlaczego tak się dzieje? O ile zarówno „słowo tekstu”, jak i „słowo wspólnoty” podlega interpretacji, o tyle „słowo tekstu” jest łatwiejsze do uchwycenia, odczytania i rozpoznania obiektywnej treści. Podkreślmy – łatwiejsze, a to nie znaczy, że wykluczające omylność w jego rozpoznaniu, stąd tak rozbudowana struktura reguł hermeneutycznych. A jakie są reguły hermeneutyczne odczytania o wiele bardziej wieloznacznego „słowa wspólnoty”? Dotychczas były nimi wnioski z egzegezy i teologii biblijnej, które pozwalały mniej lub bardziej poprawnie odczytać „znaki czasu”.

Teologia zaangażowana

Zarzut odwrócenia porządku hermeneutycznego stawia się najczęściej tzw. teologiom zaangażowanym: teologii feministycznej, teologii wyzwolenia, teologii queer, które w gruncie rzeczy posługują się tą samą metodologią. Mastalska nazywa to teologią z „Objawienia w zawieszeniu”. Przyjrzyjmy się im pokrótce. Jak pisze Elżbieta Adamiak, teologia feministyczna „pragnie rozwinąć nową koncepcję teologii, w której doświadczenia kobiet mają stanowić centralny locus theologicus”. Dodajmy jednak, iż nie chodzi o doświadczenia kobiet jako takie, czyli – jeśli tak można powiedzieć – „kobiecą” interpretację słowa Bożego. Punktem wyjścia teologii feministycznej jest negatywne doświadczenie bycia kobietą, „opiera się ona na doświadczeniach (…) wiary i życia, cierpienia, marginalizacji i dyskryminacji, jak również wyzwolenia i wolności” . Tak rozumiana teologia, z punktu widzenia klasycznego rozumienia teologii źródeł, zostaje oczywiście odrzucona. Jak pisze Mastalska, doświadczenie bycia kobietą „może być punktem wyjścia w tym znaczeniu, że czyni je przedmiotem zainteresowania teologii”, nie może jednak stanowić punktu wyjścia w znaczeniu źródła, a więc miejsca, z którego wyrasta teologiczne dowodzenie. „Kluczem hermeneutycznym teologii feministycznej (jeśli chce pozostać teologią) nie może być doświadczenie kobiet, ale Objawienie – zwłaszcza Ewangelie i Chrystus” – konkluduje autorka.

Podobny zarzut formułowany jest wobec teologii wyzwolenia, której ikonicznym wyrazem jest obraz Chrystusa z karabinem. Również i tutaj punktem wyjścia jest negatywne doświadczenie ucisku i niesprawiedliwości społecznej, co w konsekwencji prowadzi do zastąpienia wyzwolenia wiecznego wyzwoleniem doczesnym bądź też utożsamienia jednego z drugim. Teologia queer bazuje na tej samej metodologii co poprzednie koncepcje. Jej punktem wyjścia jest znów negatywne doświadczenie bycia osobą homoseksualną: doświadczenie odrzucenia, homofobii, dyskryminacji – i to nie tylko ze strony społeczeństwa, ale także ze strony Kościoła. Jak uważają sami przedstawiciele tego nurtu, teologia queer to teologia pisana pośród prawdziwego cierpienia i prześladowań .

Wszystkie te teologie, do których należałoby jeszcze doliczyć inne, choćby teologie czarne i postkolonialne i inne liberacjonistyczne, „są oczywiście teologiami kontekstualnymi, więc ich zderzenie z konserwatywnymi teologiami kościelnymi to nie tyle strategiczna »konfrontacja idei«, ile zwarcie radykalnie odmiennych hermeneutyk i wizji / metodologii samej teologii” – pisał Marek Woszczek . Autor przyznaje dalej, iż wszystkie teologie z tego metodologicznego obszaru będą odczytywane jako konfrontacyjne, irytujące, dziwne, a nawet niebezpieczne. Nie może być inaczej, skoro punktem wyjścia są „subiektywne doświadczenie i konkretny, historyczny kontekst myślenia religijnego, co przez »teologię T« jest zwyczajowo lekceważone jako »słabość«, »widoczna ułomność« i »jednostronność«” . To właśnie owo „subiektywne doświadczenie” traktowane jako centralny locus theologicus, z jednoczesnym odrzuceniem Objawienia rozumianego jako norma normans non normata, powoduje, iż tradycyjna teologia odrzuca takie teologie kontekstualne.

Co zrobić z taką teologią? „Stawka teologii queer (i dodajmy: każdej innej teologii kontekstualnej) i queerowania chrystologii jest więc bardzo wysoka, ponieważ dotyczy obrazu tego, czym właściwie jest »wspólnota chrześcijańska« samodeklarująca się jako »Ciało Chrystusa«” – pisze Woszczek. Pójdźmy dalej. Stawką teologii kontekstualnych jest nie tylko obraz wspólnoty chrześcijańskiej, czyli Kościoła, ale także obraz Boga, który podlega wszelkim możliwym redefinicjom wynikającym z założeń danej teologii. Przykładem niech będzie kluczowe dla teologii feministycznej zdanie Mary Daly: „Jeśli Bóg jest męski, to, co męskie, jest bogiem” . To antyandrocentryczne rozumienie Boga i boskości prowadzi choćby do odkrycia „kobiecej” strony Boga, co pozwala lepiej zrozumieć Boga (Ojca), który w chrześcijańskim imaginarium występuje zazwyczaj jako biały mężczyzna. Zastosowanie tej samej formuły do Chrystusa daje jeszcze bardziej radykalne konsekwencje.

Należy się zgodzić z Elżbietą Adamiak, gdy pisząc o konieczności ukazania równości kobiety i mężczyzny, stwierdza, iż „teologia feministyczna odkrywa i nazywa obszary, w których Kościół tego świadectwa nie dawał i nie daje” . Powiem więcej, teologia feministyczna, jak i inne teologie kontekstualne, ma szansę ukazać te obszary, w których Kościół „nie dawał i nie daje” świadectwa w wielu innych kwestiach, takich jak godność osób homoseksualnych, sprzeciw wobec rasizmu, sytuacja „innego” w społeczeństwie, chrześcijaństwo wobec pluralizmu religii, kultur, poglądów i idei. Wszystkie te teologie mogą wnieść swój cenny wkład „podpowiadając” klasycznej (konserwatywnej) teologii nowe pola eksploracji, problemy do oświetlenia słowem Bożym, wnosząc nowe punkty widzenia, a także żywą obecność słowa we wspólnocie Kościoła. Mówiąc inaczej, teologie te trzymają rękę na pulsie życia wspólnoty kościelnej. Owszem, diagnozy, które stawiają, często są nie do przyjęcia, a propozycje „leczenia” kościelnych i egzystencjalnych stanów zapalnych wykraczają poza ortodoksję.

„Czy wystarczy »zdrowe jądro dogmatu« podawane jakkolwiek, by pacjentowi przeszła egzystencjalna gorączka?” – pytał Szymik. Teologiom kontekstualnym można zarzucić, że trudno w nich odnaleźć owo „zdrowe jądro dogmatu”, że wykraczają poza uznaną doktrynę tradycji judeochrześcijańskiej. Ale znów – choć na biegunie przeciwległym do propozycji takiego typu jak teologia ks. Natanka – propozycje te bywają rozpoznane i przyjęte jako lekarstwo skutecznie zbijające gorączkę, a nie zbijające termometr, co często można zarzucić tradycyjnej teologii, która – niestety – niejednokrotnie zakłada opaskę na oczy, nie dostrzegając palących problemów ludzi. Tak, to prawda, że bardzo często różnego rodzaju teologie wyzwolenia dryfują z dala od Kościoła i tradycji wiary, stając się niejako nowymi „wersjami” chrześcijaństwa, często akonfesyjnymi, niezwiązanymi już z żadnym konkretnym wyznaniem chrześcijańskim. Niedaleko już od teologii feministycznej do feministycznego Kościoła, od teologii queer do Kościoła queer itd. Nie jest to jednak tylko ich „wina”. Nie czując się w Kościele jak w domu, znajdują inne miejsce, gdzie czują się „u siebie”.

***

Postulat uprawiania teologii bliższej życiu wydaje się oczywisty. Trudniej odpowiedzieć na pytanie o właściwą metodologię dla takiej teologii. Na którym etapie refleksji miałoby się owo życie pojawić? Na początkowym czy na finalnym? Co ma stać się punktem wyjścia teologii bliższej życiu: czy życie z całym bagażem doświadczenia – jak w teologiach wyzwolenia o charakterze kontekstualnym – czy może jednak – jak w klasycznym ujęciu – słowo Boże? Czy w jednym i drugim przypadku nie ma niebezpieczeństwa instrumentalizacji teologii, swoistego na niej gwałtu? Teologia za późno skonfrontowana z życiem może stać się ideologią. A co z teologią zbyt późno skonfrontowaną ze słowem Bożym albo taką, która faktycznie je ignoruje? Czy taka „teologia” może być jeszcze teologią?

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata