70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dotknąć bezpośrednio

Wojciecha Jagielskiego znamy choćby z Wież z kamienia czy Modlitwy o deszcz jako świetnego reportażystę. Ale od czasu poprzedniej książki, Nocnych wędrowców, używanie środków literackich dla lepszego opisania rzeczywistości zostało zastąpione myśleniem i postrzeganiem świata na sposób z gruntu literacki. Wypalanie traw jest jak dotąd najpełniejszą realizacją tej strategii pisarskiej.

Najnowsza książka Wojciecha Jagielskiego, Wypalanie traw, uprawnia do czynienia literackich zestawień. Można przywoływać pisarstwo Kapuścińskiego, ale z pewnością znajdziemy tu także echa prozy Conrada. I to nie tylko ze względu na afrykański krajobraz – co na samą tkankę tekstu. Wypalanie traw stanowi makroanalizę zjawiska apartheidu przeprowadzoną na podstawie obserwacji mikroorganizmu, jakim jest południowoafrykańskie miasto Ventersdorp. Tam właśnie żył, głosił swoje przekonania i zmarł (został zamordowany) samozwańczy wódz i bojownik o „idee” segregacji rasowej Eugène Terre’Blanche.

Jagielski pisze tak: „Do Ventersdorpu przyjeżdżało się dla Terre’Blanche’a, ale podróże tam były też swoistą wędrówką do jądra ciemności, by w mieszkańcach miasteczka, jak w zwierciadle, przyjrzeć się samemu sobie, własnym lękom, uprzedzeniom, obsesjom i przesądom, głęboko i wstydliwie skrywanym pod pancerzem dobrych manier, wpojonych granic między dobrem a złem, tym, co wypada, a co nie, co jest dozwolone, a co nie uchodzi” (s. 43). Otóż to. O ile bowiem autor Jądra ciemności, pisarz fiction, potrzebował Afryki, żeby symbol zakotwiczyć w konkrecie, o tyle Jagielski, pisarz non-fiction musi pokonać drogę w odwrotnym kierunku, udowadniając czytelnikowi, że konkretna rzeczywistość jest z natury symboliczna. Cel jednak w obu przypadkach okazuje się podobny: zminimalizować dystans między czytelnikiem a opowieścią. Innymi słowy: dotknąć ciebie i mnie bezpośrednio. Powiedzieć nam coś istotnego nie tylko o „Innych”, ale o nas samych. Jak się to w Wypalaniu traw dzieje?

Poza czasem i przestrzenią?

Po pierwsze, Jagielski odrealnia czas. A raczej – wprowadza nas w bezczas. Jest to być może najbardziej rzucająca się w oczy i zaskakująca cecha tej reporterskiej przecież z założenia opowieści. W książce właściwie nie ma dat. Kilka pojawia się niemal na ostatnich stronach i bynajmniej nie są to daty kluczowe dla historii miasteczka, mają one znaczenie w historii życia jednego z bohaterów. Są natomiast zepsute zegary na wieżach kościelnych, wieczne utyskiwania mieszkańców, że „czas stanął w miejscu”, „nie zmienia się nic” i komentarze narratora, w rodzaju: „W Ventersdorpie (…) przeszłość wciąż była dniem teraźniejszym”. To sprawia, że historia terenów położonych na przeciwległej półkuli globu staje się w oczach polskiego czytelnika uniwersalną historią postępków ludzkich.

Po drugie, odrealniona zostaje przestrzeń. Autor nie mógł oczywiście pozwolić sobie na umieszczenie akcji „nigdzie” albo też „wszędzie”, bo wtedy ostatecznie straciłby niefikcyjny grunt pod nogami. Jednak w ramach tej bardzo ściśle określonej i ograniczonej przestrzeni, w jakiej się porusza, również dokonuje pewnych zabiegów literackich zmierzających do jej uniejednoznacznienia. W scenie pierwszych wolnych wyborów w historii RPA, z udziałem zarówno białych, jak i czarnoskórych obywateli, Ventersdorp jest konsekwentnie opisywany jako „tekturowa makieta” z pracowni architektonicznej – opustoszały, wymarły, nierzeczywisty. Podobnie zadanie ma naczelna metafora wypalania traw. Jesienią na stepach Transwalu czarni robotnicy rolni wypalali trawy na farmach białych właścicieli, by oczyścić ziemię i przygotować ją na nowo do rodzenia. Jak tłumaczy jeden z bohaterów, Raymond Boardman: „Wypalanie traw to trochę takie pożegnanie z czasem, który upłynął, i wszystkim, co się w nim wydarzyło. Zamykamy to, zostawiamy za sobą i szykujemy się na to, co nowego przyniesie nam życie. (…) To jak rytuał oczyszczania, który ma przynosić nadzieję. Ale zdarza się, że przeradza się w dymną zasłonę, skrywającą śmiertelne zagrożenie” (s. 260). Dość dodać, że Ventersdorp, „jądro ciemności”, w tej książce nieustannie otoczony jest zasłoną dymu unoszącego się z okolicznych łąk.

Realizm szczegółu i prawda metafory

Te zabiegi nie odniosłyby jednak zamierzonego skutku i pozostałyby sztucznym konstruktem, gdyby nie został on zanurzony w wartkim nurcie narracji pełnej obserwacji realnych szczegółów, plastycznych opisów oraz umiejętnie przywołanych historii i przypadków ludzkich. Pierwszoplanowi bohaterowie Wypalania traw zostali wprawdzie wybrani jako „typy”, ale ich losy rozwijają się w sposób na tyle skomplikowany i niejednoznaczny, że stają się pełnokrwistymi bohaterami literackimi. Eugène Terre’Blanche z południowoafrykańskiego wcielenia Hitlera przemienia się w krzykacza bez żadnej realnej władzy w ręku. Henk Malan – w założeniu przeciętny Bur z Transwalu – niegdyś właściciel tawerny dla czarnych, a jednocześnie gorący zwolennik idei apartheidu, rozczarowany nieudolnością Terre’Blanche’a, popada w alkoholizm i apatię. Tommy Lerefolo, czarny aktywista i mściciel krzywd, wybijający się opozycjonista Ventersdorpu, a następnie jeden z pierwszych czarnoskórych radnych w miasteczku – zniechęcony niewydolnością nowego rządu i odsunięty przez własną partię od władzy, zakłada rodzinę, postanawia rozkręcić biznes i zająć się już tylko własnymi sprawami. I wreszcie Raymond Boardman, potomek kolonizatorów brytyjskich, nieakceptowany przez społeczność białych burskich farmerów, w którym mieszają się bierność i skupienie na własnych sprawach z wrażliwością na krzywdę ludzką i autentyczną przyzwoitością, odkrywa przewinienia własnych przodków poniekąd usprawiedliwiające wrogość mieszkańców Ventersdorpu.

W wojnie białego z czarnym nie ma bowiem wygranych, tak jak nie ma ich nigdzie tam, gdzie człowiek żywi utajoną nienawiść i lęk przed bliźnim. Wiemy, że istnieje paralela między apartheidem a nazizmem. Ale to, co chce nam powiedzieć Jagielski, dotyczy nie tylko przeszłości. Dotyczy naszego „tu” i „teraz”. Bo rasizm stanowi tylko jedną z form międzyludzkiej separacji, chodzi zaś o jej istotę. Każda separacja zaczyna się od zamknięcia na drugiego człowieka. W gruncie rzeczy idea równości w człowieczeństwie jest „nienaturalna” i wymaga bardzo wysokich kwalifikacji moralnych. Człowiek instynktownie przecież porównuje się z innymi i niemal zawsze znajduje tych „gorszych”. „Gorsze” to często po prostu „inne”, czyli „nie moje”. „Inne” kanalizuje cały wachlarz negatywnych emocji: niechęć, litość, lęk, pogardę, nienawiść, wreszcie agresję. A któż z nas nie doświadczył takich odczuć w życiu prywatnym lub w skali społecznej? Któż nie miał pokusy, żeby żyć „apart” – w oddzieleniu od osób czy grup, które nam nie odpowiadają?

Wojciecha Jagielskiego znamy choćby z Wież z kamienia czy Modlitwy o deszcz jako świetnego reportażystę. Wnikliwego analityka, znawcę tematu, utalentowanego obserwatora, który potrafi szczegół przemienić w metaforę. Ale od czasu poprzedniej książki, Nocnych wędrowców, w jego tekstach pojawiła się nowa jakość i nowe problemy twórcze. Używanie środków literackich dla lepszego opisania rzeczywistości zostało zastąpione przez myślenie i postrzeganie świata na sposób z gruntu literacki. Wypalanie traw jest jak dotąd najpełniejszą realizacją tej strategii pisarskiej. To bardzo zaostrza apetyt czytelnika czekającego na kolejną pozycję.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata