70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Spór o sprawiedliwość polityczną

Ustawa regulująca dostęp do przerywania ciąży ma społeczne konsekwencje, które w sposób groźny deprawują wszystkich żyjących pod jej władzą. Jest tak zresztą zawsze, gdy zachwianiu ulega zasada równości praw.

Trudno nie zgodzić się z Krzysztofem Nawratkiem, kiedy opisuje on spór o aborcję, ujawniając to, co ukryte za roszczeniem do moralnej przewagi – dążenie do hegemonii i narzucenia wspólnocie politycznej określonego dyskursu i związanego z nim modelu społeczeństwa. Dyskusję z nim podjąć można – a pewnie nawet trzeba – właśnie w tym momencie, w którym kończy on swój wywód. Waga tego sporu jest ogromna – ciąży on tak na najintymniejszych sprawach ludzkiej seksualności, jak na kwestii stosunków społecznych. Spór ów jest przy tym nie bez znaczenia dla równowagi w budżetach państw, a więc dla sfery ekonomicznej.

Moja niezgoda z tekstem Nawratka dotyczy dwóch kwestii. Jedna z nich wiąże się z twierdzeniem o pozornej symetrii stanowisk, które tkwią w sporze. Ta elegancka formuła ukrywa jednak prawdziwą asymetrię, a rzekłbym: niesprawiedliwość, która domaga się wydobycia na światło dzienne. Z tym wiąże się sprawa głębsza, dotycząca ogólnego zamysłu budowania wspólnoty politycznej, czy szerzej – wszelkiej wspólnoty.

Nawratek opisuje spór światopoglądowy, nie dotykając związanego z tą różnicą zdań wymiaru społecznego. Z jednej strony jest to święte prawo autora, z drugiej – charakterystyczny wybór. Kształt prawa nie tylko jest bowiem uzasadniany poprzez taki czy inny dyskurs, ale ma także społeczne konsekwencje, które zazwyczaj, a w tym wypadku na pewno, dotykają fundamentalnej zasady sprawiedliwości. Ustawa regulująca dostęp do przerywania ciąży ma społeczne konsekwencje, które w sposób groźny deprawują wszystkich żyjących pod jej władzą. Jest tak zresztą zawsze, gdy zachwianiu ulega zasada równości praw.

Niesprawiedliwe prawo

Polska jest krajem aborcyjnym. Niski przyrost naturalny, mała ilość dzieci – są skutkiem nie tyle skutecznej antykoncepcji, ile tysięcy nielegalnie dokonywanych aborcji. Ustawa więc praktycznie nie działa. Głównym jednak skutkiem penalizacji przerywania ciąży jest stworzenie sytuacji skrajnie nierównego dostępu do tego, dość powszechnie wykonywanego, „zabiegu”. Ci, albo te, którzy/które mają wystarczające środki finansowe, a także umiejętności, składające się na ich kapitał kulturowy, znajdują ogłoszenia o bezbolesnym wywoływaniu miesiączki i – po zapłaceniu kilku tysięcy złotych – realizują swoją decyzję. Ewentualnie jadą na aborcyjną wycieczkę do Czech, Anglii czy na Łotwę. Ci, a częściej samotne te, którzy/które na aborcję są zdecydowani/-ane, ale pieniędzy nie mają, albo nie umieją dotrzeć do lekarza, wykonującego nielegalny w Polsce zabieg, zwracają się do różnych „domokrążców”, przy czym kobiety płacą za to często swoim najbardziej przecież rzeczywistym życiem albo zdrowiem. Część w upokorzeniu czeka na poród, jak na dopust. Bardzo wielu lekarzy, którzy w publicznych szpitalach zasłaniają się „klauzulą sumienia” nawet wtedy, gdy przerwanie ciąży jest legalne, w prywatnych gabinetach wykonuje zabiegi „na życzenie”. „Sumienie” stało się narzędziem instytucjonalnej przemocy, która pozwala wyciskać z ludzi haracz. Kształt aborcyjnego prawa stwarza lekarzom pokusę – niewyobrażalną możliwość wzbogacenia się.

Wszyscy zaangażowani w tę sytuację są demoralizowani. Bogaci/bogate, bo uczą się podwójnego myślenia i języka; uczą się lekceważenia prawa i tego, że mając pieniądze, można je bezkarnie łamać. Biedni/biedne, bo są upokarzani i obwiniani, narażeni na cierpienie, a często zagrożenie życia. Jednocześnie wiedzą dobrze, że jest to kara jedynie za to, że są biedni. Lekarzom stwarza się zaś pokusę cynicznego wykorzystywania prawa do grabienia bliźnich. Przede wszystkim jednak niszczone jest – mizerne zresztą w Polsce – przekonanie o sprawiedliwym charakterze wspólnoty, w której żyjemy, niszczony jest język sprawiedliwości, bo kryje się za nim bezwzględność silnych wobec słabych.

Porządek silnych

I tu dochodzimy do kwestii asymetrii w argumentacji stron spierających się o aborcję. Zanim bowiem przejdziemy do kwestii tego, w imię jakich wartości się tu występuje i jaki model społeczeństwa się za nimi kryje, warto spytać, czy któraś ze stron naprawdę identyfikuje się z wartościami, które pozornie reprezentuje. Rozpoznać to można po rzeczywistości, którą kreuje pewien dyskurs. „Po owocach go poznacie…” Gdybyśmy mieli do czynienia ze sporem pomiędzy autentycznymi konserwatystami/konserwatystkami, z ich szczerą wiarą w patriarchalną rodzinę, a radykalnymi liberałami/liberałkami stawiającymi wolność jednostki ponad wszystko, wywód Krzysztofa Nawratka nie budziłby moich wątpliwości. Sytuacja jednak nie przedstawia się w ten sposób.

W Polsce przewagę mają „obrońcy życia”, i to oni decydują o instytucjonalnym kształcie życia społecznego. Ta konstatacja obciąża ich w większym stopniu odpowiedzialnością, uzasadnia też większą nieufność w stosunku do ich argumentacji. Niezależnie bowiem od tego, że dyskurs pro-choice i feministyczny jest obecny w mediach, to nie trzeba Michela Foucaulta, by widzieć, jak bardzo w praktykach życia codziennego, w szpitalu, gabinecie lekarskim, w sądzie, nie mówiąc o parafii, dominuje dyskurs „obrońców”. Przejawia się to choćby w tym, że powszechnie przyjmuje się, iż zarodek jest człowiekiem, choć – na miłość boską – nie jest to oczywiste.

„Obrońcy życia” są więc też obrońcami aktualnego porządku, z jego brutalnością wobec słabych i fundamentalną niesprawiedliwością. Bronią silnych, których obecne prawo faworyzuje, a przede wszystkim są obrońcami zakłamania i deprawacji języka, które czynią tę przemoc możliwą. Nie mamy tu więc do czynienia ze szczerymi konserwatystami, dążącymi, niech będzie, do politycznej hegemonii. Mamy do czynienia, przynajmniej w przypadku dużej części „obrońców”, z pewnym szczególnym wydaniem współczesnego cynizmu: przekonaniem, ukrytym za moralnym szantażem, że nierówność jest przyrodzona, silni mają prawo łupić słabych i naiwnych, obłuda zaś jest lepiszczem wspólnoty. Trzeba bowiem dużo złej woli, by nie widzieć, że aborcja w Polsce kwitnie, zaś prawo jej dotyczące rodzi niesprawiedliwość.

Kształt wspólnoty

Pierwszy krok w sporze o aborcję to krok w stronę uznania pewnych elementarnych faktów i wyciągnięcia z nich konsekwencji. I rzeczywiście, stawką jest tu model społeczeństwa, ale wcale nie mamy do czynienia ze sporem pomiędzy „konserwatywnym” a „liberalnym”, czy nawet „libertyńskim” modelem społecznego porządku. „Obrońcy” bowiem reprezentują raczej model de Maistre’a, oparty na nierówności, rytuale i obłudzie, ba, uznający ich konieczność. Stawką tego pierwszego kroku w sporze jest więc konstatacja, że niesprawiedliwość i krzywda spotyka wszystkich, których dotyczy problem aborcji – łącznie z „nienarodzonymi”, będącymi w Polsce o wiele powszechniej usuwanymi niż w Szwecji czy Holandii, gdzie przerywanie ciąży jest legalne.

Nie wydaje mi się, żeby w sporze o to, czy mamy żyć w społeczeństwie brutalnej niesprawiedliwości, na dodatek zakłamującym ten fakt, czy w takim, które uznaje rzeczywistą skalę problemu, mogła istnieć jakakolwiek symetria. Nie widzę też jakiegokolwiek uzasadnienia dla budowania wspólnoty – a jakże, narodowej – na zaprzeczaniu niesprawiedliwości i kreowaniu w ten sposób królestwa obłudy. Mój osobisty pogląd jest taki, że jeśli zinstytucjonalizowana niesprawiedliwość i permanentne zakłamanie musi być warunkiem wspólnoty, to ja dziękuję za taką wspólnotę.

Dopiero po zrobieniu tego kroku – a jeszcze raz zaznaczę, że być może jest on najważniejszym momentem sporu o prawa prokreacyjne – możemy przejść do momentu drugiego, tzn. do walki o hegemonię w obrębie klasy średniej – a także proponowanych modeli, hierarchicznie wspólnotowego, który odróżniam od de Maistre’ańskiego, i liberalnego, zezującego w stronę libertyńską. Tak jak jednak nieuczciwe jest utożsamianie rzetelnego konserwatyzmu z zakłamaną brutalnością, tak utożsamianie indywidualistycznego liberała z libertyńskim „grabarzem” wspólnoty jest też przesadą.

Oddawszy więc sprawiedliwość, komu się ona należy, możemy przejść do obrony polityczności. Chodzi bowiem o to, że w ostatniej części swego wywodu Nawratek, jak sądzę, pomylił wymiar moralny, obyczajowy, społeczny, z wymiarem politycznym. Często czynią tak komunitarianie. Oczywiście, zwolennicy „wspólnoty”, a nie „społeczeństwa”, jak ujmuje to Nawratek, mogliby szukać jakiegoś kompromisowego modelu, w którym „relacyjna, hybrydowa podmiotowość politycznie musi prowadzić z powrotem ku temu, co wspólne, stwarzając szansę i na emancypację, i na odbudowę społeczeństwa”. Podobnie uważam, że podmiot jest relacyjny, a nie „punktowy”.

W sporze o wspólnotę polityczną nie w tym jednak rzecz. Właśnie bowiem w tym wymiarze wspólnota nie jest po prostu zbiorem luźno – albo spoiście – związanych ze sobą osób. Wspólnota polityczna jest obszarem mniejszej lub większej dominacji albo równości.

We wspólnocie politycznej spotyka się wiele poglądów, które w gruncie rzeczy się wykluczają albo zupełnie rozmijają. Tak jest, jak sądzę, w sporze o to, czy zarodek jest człowiekiem. Wspólnota polityczna musi więc zadecydować, jak ten rodzaj antagonizmu uregulować. Może to zrobić poprzez dominację albo przez tworzenie przestrzeni równości. Przestrzeni równości, w której oponenci trzymają się – albo są trzymani – na dystans, bo nie ma między nimi możliwości porozumienia. Ba, często nawet nie szanują się wzajemnie. A jednak żyją w jednej wspólnocie – politycznej właśnie. Przykładem są demonstranci rozdzielani przez kordony policji przed klinikami aborcyjnymi w USA.

Dominacja jest łatwa, ale niesprawiedliwa. Przestrzeń równości zaś trudna, prawie niemożliwa do zrealizowania w pełni. Stanowienie prawa w równościowym społeczeństwie przyprawia wszystkich o ból głowy. Czy to jest jednak powód, żeby z niego zrezygnować?

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata