70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nieznośna atrakcyjność nauki

O ile nauka jest kwestią nieabsolutystycznej, przybliżonej i niedoskonałej, ale kumulującej się i coraz lepiej przystającej do „osnowy rzeczywistości” wiedzy, o tyle religia pozostaje, i to się nie zmieni, domeną irracjonalnej i niemożliwej do jakiejkolwiek weryfikacji ale za to absolutystycznej wiary.

Niewątpliwie rosnąca atrakcyjność i wiarygodność nauki w społeczeństwie pozostaje w mniej lub bardziej bezpośrednim związku z rosnącą sekularyzacją. Heurystyczna płodność nauki czystej jako narzędzia poznawczego oraz praktyczna skuteczność nauki stosowanej (techniki, medycyny) stanowią czynnik w sposób przemożny kształtujący i polepszający, przynajmniej w warstwie materialnej, nasze codzienne życie. Tym samym w wielu społecznych rolach nauka wypiera lub wręcz zastępuje wiarę. Przez to wiele osób traktuje tę pierwszą jako zjawisko spłycające duchowość oferowaną przez religię i dlatego walnie przyczyniające się do wrażenia, które nazwać by można „nieznośną lekkością bytu”. Rozmaite elementy kultury to system naczyń połączonych, a ściślej mówiąc – sprzężeń zwrotnych dodatnich i ujemnych. Często więc trudno jest ustalić, co stanowi przyczynę, co skutek, a co równoległe procesy, pomiędzy którymi występują interakcje. Nie będę wobec tego próbował rozstrzygnąć prawdziwości hipotezy, że skuteczność nauki jest bezpośrednią i główną przyczyną sekularyzacji. Nie jest także moim zamiarem wartościować tę dziedzinę ludzkiej działalności i przesądzać o jej potencjalnym wpływie na głębię duchowości człowieka. Spróbuję jedynie pokrótce przeanalizować, co daje nauce tak wyjątkową pozycję w odniesieniu do innych sfer kultury aspirujących do działalności poznawczej, z religią (teologią) i filozofią na czele.

Niewątpliwie nauka wyróżnia się niespotykaną gdzie indziej siłą poznawczą. Siła ta bierze się z faktu, że dysponuje ona jako jedyna racjonalną metodologią pozwalającą na realne i wiarygodne zwiększanie wiedzy o otaczającej nas rzeczywistości. Chociaż w pewnym sensie zaczątkami takiej „metodologii” dysponujemy w życiu codziennym, na przykład jesteśmy w stanie sprawdzić „hipotezę”, że Jan jest w sąsiednim pokoju. Metodologii takiej brak religii i większości filozofii (że już nie wspomnę o np. astrologii). Za jedyną w miarę owocną rolę filozofii można uznać bezpośrednią interpretację i integrację dotychczasowych osiągnięć nauki, ewentualnie wykazywanie ograniczeń poznawczych człowieka (filozofia sceptyczna). Dziedziny te nie są zatem w stanie dokonać istotnego, dającego się udokumentować postępu w naszym zrozumieniu świata. Zarówno nauka, jak i religia (teologia) wraz z filozofią mogą formułować i konstruować rozmaite hipotezy, „prototeorie”, koncepcje i systemy pojęciowe. Jednak jedynie nauka potrafi je sfalsyfikować, warunkowo „zweryfikować” (proszę mnie tylko nie straszyć Popperem) oraz ocenić ich względny stopień przystawalności do „struktury rzeczywistości” lub „faktycznego stanu rzeczy” (cokolwiek by to oznaczało). Czyni to za pośrednictwem eksperymentów i obserwacji (a także ewaluacji spójności danej teorii z innymi, dobrze ugruntowanymi teoriami).

Sieć pojęciowa i rzeźba świata

W żadnym razie nie zamierzam idealizować nauki. Nie jest ona w stanie dotrzeć do prawdy absolutnej czy obiektywnej o świecie, choć zakłada, że świat zewnętrzny istnieje niezależnie od naszego umysłu. Natura nauki nigdy nie była zgodna z tym, co przypisywało jej większość filozofów nauki, a także – mniej lub bardziej explicite – wielu naukowców, w szczególności naiwni realiści, indukcjoniści i empiryści. Reprezentujący tych ostatnich nurt (neo)pozytywizmu w swej istocie negował nie tylko całą religię i filozofię, ale także znaczną (często tę najbardziej fascynującą) część współczesnej nauki. Ks. prof. Michał Heller w swojej niedawno wydanej książce Teologia i wszechświat (Tarnów 2009) słusznie skrytykował roszczenia neopozytywizmu do uzyskania przez naukę wiedzy w jakiś sposób pewnej. Jednakże zanegowanie naiwnego empiryzmu jako adekwatnej interpretacji (metodologii) nauki w żadnym razie nie oznacza zrównania pod względem racjonalnego uprawomocnienia czy „umocowania” religii i filozofii z nauką w stylu metodologicznego anarchizmu Feyerabenda , ani też nie poprawia, choćby minimalnie, ich skuteczności poznawczej. W pewnym sensie neopozytywizm jest, paradoksalnie, podobny do teologii. Tak jak ta ostatnia objawienie, tak on bezpośrednie świadectwo zmysłów chciałby uczynić opoką i rękojmią wiedzy pewnej, żeby nie powiedzieć: absolutnej. Z drugiej strony, nauka jest, cokolwiek by o niej filozofowie czy sami naukowcy nie mówili, w swej istocie antyabsolutystyczna, relacyjna, relatywistyczna; dotyczy to szczególnie tak abstrakcyjnych dziedzin, jak fizyka teoretyczna.

Nauka nie charakteryzuje się całkowitą odpornością na chwilowe mody (często taka „chwila” trwa dziesiątki lat) i błądzenie (chybione koncepcje). W wielu sprawach mylił się nawet Albert Einstein – przypuszczalnie największy geniusz w historii fizyki. Od religii i filozofii różni ją jednak to, że rozmaite hipotezy i teorie podlegają ewaluacji (falsyfikacji, warunkowej weryfikacji, ocenie względnej adekwatności w opisie świata) z pewnym skończonym opóźnieniem. Kluczową rolę odgrywa tu empiria – doświadczenia i obserwacje. Jednakże, dążąc do wiedzy ostatecznej, nauka nigdy nie będzie w stanie jej uzyskać. Podaje opisy i przepisy, ale nie potrafi sięgnąć „istoty rzeczy”. (To samo, wbrew niektórym uzurpacjom, dotyczy filozofii i teologii – na przeszkodzie stoi substancja i funkcjonalna organizacja ludzkiego mózgu ukształtowanego w ewolucji biologicznej). To antyabsolutystyczne podejście różni realną naukę od idealistycznych i naiwnych o niej wyobrażeń. Empiria, szczególnie w tak abstrakcyjnych dziedzinach, jak fizyka kwantowa, teoria względności czy kosmologia, nieuchronnie musi być uwikłana w teorię. Prosty falsyfikacjonizm Poppera także jest już dawno passé w filozofii nauki. Powstały znacznie bardziej wysublimowane koncepcje, posługujące się pojęciami np. paradygmatu czy projektów badawczych . Doskonały ich krytyczny przegląd daje D. Chalmers , który ze swojej strony zaproponował całkiem mi bliską ideę „realizmu niereprezentacyjnego”. Tak czy owak, w swej działalności „zawodowej” znakomita większość naukowców nie ogląda się na filozofię (nie mówiąc już o teologii) i jej „wytyczne” metodologiczne (najczęściej najzwyczajniej w świecie ich nie zna), a po prostu robi swoje.
Osobiście często w odniesieniu do kognitywistyki lubię posługiwać się ideą sieci pojęciowej (). W mojej ulubionej analogii w procesie poznania sieć pojęciowa oplata strukturę świata, tak jak sieć pajęcza może pokrywać powierzchnię kamiennej rzeźby. Oczywiście, w przeciwieństwie do dwuwymiarowej sieci pajęczej, sieć pojęciowa ma ogromną liczbę wymiarów, adekwatną do niezmiernego bogactwa aspektów poznawanego świata. Postęp kognitywny polega na zacieśnianiu ok sieci i przez to na wzroście dokładności odwzorowania, stopnia przystawalności sieci do rzeźby –świata. Co jakiś czas następuje także reorganizacja mniejszych lub większych fragmentów sieci. Ultymatywne poznanie, dotarcie do prawdy absolutnej nie jest jednak możliwe, ponieważ (1) nie da się zmniejszać wielkości ok sieci w nieskończoność, (2) niektóre rejony czy aspekty rzeźby – rzeczywistości („zagłębienia”) nie są dla sieci osiągalne, a przede wszystkim ponieważ (3) „substancja” sieci pojęciowej jest całkowicie różna od substancji świata, tak jak substancja sieci pajęczej różni się dramatycznie od substancji kamiennej rzeźby. Dotyczy to w całej rozciągłości statusu wiedzy naukowej – stanowi ona w najlepszym razie „quasi-izomorficzne” odzwierciedlenie pewnych aspektów rzeczywistości.

Jak wspomniałem, nauka z pewnością nie jest oparta na naiwnej wierze w bezpośrednie świadectwo zmysłów. Z drugiej strony, bez solidnego obciążenia wrodzonej lotności „czystego rozumu” empirią otrzymujemy tak zabawne z dzisiejszego punktu widzenia koncepcje, jak szyszynka jako siedlisko duszy u Kartezjusza, vis vitalis lub rozważania Kanta na temat początku świata i czasu, który dowodził, że świat ani nie mógł mieć początku, ani też nie może istnieć wiecznie. Pojęcia takie jak „czas”, stopniowo kształtowane i rafinowane w procesie rozwoju nauki, z reguły mają niewiele wspólnego z ich protoplastami wziętymi z życia codziennego. Kumulatywność nauki przypomina powój, który wysyłając na chybił trafił pędy w różnych kierunkach, oplata się wokół tyczki – świata zewnętrznego. Jedne pędy trafiają na tyczkę i przez to główna łodyga rośliny dalej pnie się w górę, inne – obumierają. Trochę przypomina to dobór naturalny w ewolucji biologicznej. „Czysty rozum” generuje (niejako na chybił trafił, chociaż to pewne uproszczenie) rozmaite koncepcje-mutacje, z których nieliczne polepszają „dostosowanie” teorii do rzeczywistości (zapewniają lepsze jej odzwierciedlenie), natomiast zdecydowana większość stanowi intelektualne potworki, które ze światem realnym mają niewiele (lub zgoła nic) wspólnego. Selekcyjne sito empirii działające w nauce oparte na konfrontacji prototeorii z wynikami doświadczeń i obserwacji odsiewa te potworki, przepuszczając jedynie koncepcje obiecujące poznawczo. Koncepcje te dalej mutują, i jedynie te zapewniające wzrost korespondencji pomiędzy teorią a strukturą świata przeżywają i mogą mieć dalsze „potomstwo” (teorie będące ich rozwinięciem i kontynuacją, choć często zarazem rewolucjonizujące ich podstawowe systemy pojęciowe).

Filozofia i teologia w zasadzie nie dysponują takim metodologicznym sitem – nawet jeśli przez przypadek uda im się dojść do jakiejś w miarę dobrze korespondującej z rzeczywistością idei (np. koncepcja atomów Demokryta, która jednak jest skrajnie prosta i drastycznie różna od współczesnego atomizmu), nie są one w stanie jej ugruntować i odróżnić od nieprzebranej mnogości konceptualnych potworków. „Kumulatywność” większości filozofii i teologii (religii) przypomina niczym nieskrępowany wzrost krzaka, w którym kolejne pędy rozrastają się i rozgałęziają na bazie pędów już istniejących – jedynym punktem odniesienia jest tu czysty, często jakże odległy od racjonalnego, a za to przesycony emocjami i myśleniem życzeniowym – umysł. Efekty znamy – wystarczy wspomnieć cztery żywioły, monady lub stworzenie świata w sześć dni. Inaczej mówiąc, jedynie nauka dysponuje metodologią pozwalającą na testowanie korespondencji pomiędzy prototeoriami (pędami) a „faktami” i aspektami świata (tyczką), a także na polepszanie tejże korespondencji w miarę dalszego rozwoju teorii. Nie od rzeczy jest także wspomnieć o powszechnej spójności nauki – rozmaite jej dziedziny doskonale do siebie pasują i się uzupełniają, np. geologia i ewolucjonizm, różne gałęzie fizyki i biologii itd. To prawda, że na dzień dzisiejszy np. mechanika kwantowa pozostaje w sprzeczności z ogólną teorią względności, ale takie tymczasowe sprzeczności fizyka wielokrotnie już przezwyciężała poprzez formułowanie teorii unifikujących. Natomiast jakakolwiek wzmianka o np. wewnętrznej spójności całej filozofii może w najlepszym razie wywołać niejaką konsternację.

Razem czy osobno?

Jeszcze trudniej byłoby mówić o spójności nauki i religii. Twierdzenie o niesprzeczności wiary i nauki jest równie często powtarzane, co błędne. Weźmy jeden z najbardziej dramatycznych przykładów. Religia ze swej natury zakłada istnienie ducha jako bytu radykalnie różnego od materii, a więc dualizm. Z kolei nauka siłą rzeczy ciąży ku materializmowi, rości sobie pretensje do wytłumaczenia genezy i istoty (rozumianej operacyjnie i instrumentalnie, a nie absolutystycznie) całości fenomenów psychicznych, ze świadomością i samoświadomością na czele, w kategoriach funkcjonowania mózgu. Traktuje te fenomeny jako zjawisko emergentne, będące pochodną odpowiednio zorganizowanego przekazywania sygnałów w sieciach komórek nerwowych – neuronów. Obecny stan wiedzy neurofizjologicznej podaje zadowalające fizykochemiczne wytłumaczenie takich zjawisk, jak generowanie i przewodzenie impulsów wzdłuż wypustek neuronów: aksonów i dendrytów (np. redystrybucja jonów sodu i potasu przy przewodzeniu impulsów w aksonach), zjawisk zachodzących w synapsach, procesu uczenia się itd. Fizyka zna cztery oddziaływania (siły): elektryczne (elektromagnetyczne), silne jądrowe, słabe jądrowe i grawitacyjne. Na poziomie funkcjonowania neuronów i ich zespołów istotną rolę odgrywa jedynie to pierwsze. Jego efekt jest albo ściśle zdeterminowany, albo probabilistyczny (nieoznaczoność mechaniki kwantowej).

Jeśli teraz założymy dualizm, to duch, aby wpływać na procesy myślenia i podejmowania decyzji (a dalej – na wprowadzenie ich w życie, czyli uruchomienie odpowiednich mięśni, które odpowiadają nie tylko za lokomocję i operacje manualne, ale także za generowanie mowy), musi wchodzić w jakieś przyczynowe interakcje z fizyczną substancją mózgu. Albo więc odkształca on, zaburza działanie siły elektrycznej opisywane w obrębie fizyki przez odpowiednie formuły matematyczne, albo też ma do dyspozycji jakieś piąte, nieznane nauce oddziaływanie (siłę). W obu przypadkach taki wpływ byłby niepodległy jakiejkolwiek systematyzacji i kodyfikacji jako obdarzony „wolną wolą” (która, w rozumieniu dualistycznym, jest całkowicie nieprzewidywalna i niepoddająca się matematycznej formalizacji jako wynikająca „sama z siebie”). Mamy tu więc do czynienia z ewidentną sprzecznością z paradygmatem naukowym, który głosi, że zachowanie się jakichkolwiek realnych układów materialnych podlega jednoznacznie sformułowanym, odkrytym lub możliwym do odkrycia w przyszłości, prawom deterministycznym lub stochastycznym (gdyż nawet probabilistyczna „interwencja z zewnątrz” także wywarłaby możliwy do wykrycia efekt, a mianowicie zmieniłaby opisywany przez mechanikę kwantową rozkład prawdopodobieństw zachowań np. cząstek elementarnych lub atomów). Koncepcja kompletnie nieprzewidywalnego, spontanicznego, „wolicjonalnego” działania siły elektrycznej (w ogólności – mechaniki kwantowej) lub tajemniczej (niemierzalnej doświadczalnie i nieformalizowalnej matematycznie) „piątej siły” jest całkowicie nienaukowa.

Podobny problem napotykamy w przypadku „cudów”, na przykład (rzekomo) niewyjaśnialnych obecną wiedzą medyczną ozdrowień. Po pierwsze, fizjologia ludzkiego ciała jest tak złożona i ciągle tak mało rozumiana, że ktoś, kto asertywnie głosi, że powrót do zdrowia na pewno nie nastąpił z przyczyn naturalnych, nie wie, co mówi. Po drugie, oczywiście np. modlitwa może pomóc w terapii choroby na drodze czysto psychologicznej. Po trzecie i najważniejsze, ponownie napotykamy nakreślony powyżej przy okazji omawiania relacji ducha do mózgu problem mechanizmu takiej „niematerialnej” interwencji. Cuda musiałyby albo deformować w sposób niezgodny z prawami nauki efekt znanych oddziaływań, albo mieć do dyspozycji jakieś dodatkowe oddziaływanie zdolne przestawiać na odpowiednie tory przebieg procesów w świecie materialnym. Taki efekt byłby oczywiście w zasadzie możliwy do wykrycia na drodze eksperymentalnej. Na razie jednak nikt nie zaobserwował np. elektronu lub jonu sodu tańczącego kazaczoka (lub podejmującego inne „wolicjonalne” lub tylko niewytłumaczalne akcje) – wszystkie zachowują się w sposób nieznośnie i obrzydliwie zgodny ze znanymi prawami fizyki (z mechaniką kwantową na czele).

„Piątej siły” wymagałoby także takie celowe pokierowanie ewolucją biologiczną, aby nieuchronnie doprowadziła ona do powstania człowieka (pomijam już konieczność spowodowania takich zdarzeń, jak wybicie dinozaurów przez asteroidę 65 mln lat temu oraz milionów innych przypadkowych zajść, bez których nasz gatunek by nie powstał). Tego rodzaju sprzeczności niewątpliwie skłaniają ludzi o racjonalnym sposobie myślenia do opowiedzenia się po stronie metody naukowej kosztem deklaratywnych tez religijnych. Nie wystarczy koncyliacyjne przyznanie, że stworzenie świata w sześć dni stanowi jedynie biblijną przenośnię. Religia prędzej czy później będzie się musiała zmierzyć z powyższymi problemami – na dłuższą metę nie da się ich zamieść pod dywan. Moim zdaniem na przeszkodzie stoi tu między innymi swoista schizofrenia religii – podział na religię dla elit-teologów i religię dla ludu.

„Dyfuzja autorytetu”

Istotnym elementem relacji pomiędzy nauką a religią jest także brzytwa Ockhama. Jeśli, dajmy na to, potrafimy w zadowalający sposób wyjaśnić w oparciu o prawa fizyki zatrzaśnięcie okiennicy przez wiatr, nie musimy dodatkowo zakładać, że pomogły tu krasnoludki. Nauka ze swej natury zajmuje się jedynie zagadnieniami podlegającymi badaniu przy użyciu stosowanej przez nią metodologii, i stara się zastosować tę metodologię do możliwie szerokiego spectrum zjawisk. Wiemy, że istnieją kwestie, na przykład zawartość etyki, które się jej wymykają. Zresztą, jest dla mnie całkiem oczywiste, że nauka nigdy nie będzie w stanie do końca opisać wszystkich aspektów czysto „materialnego” świata.

Nie dowodzi to jednak istnienia świata pozamaterialnego w sensie autonomicznego filozoficznie bytu, ale też mu nie zaprzecza. Głównym argumentem przeciw byłaby tu przywołana przed chwilą brzytwa Ockhama. Niewątpliwie jednak powszechność psychologicznej potrzeby wiary nie stanowi dla nauki najmniejszej przesłanki do przyjęcia istnienia Najwyższego. Podejmowane są mniej lub bardziej udane próby psychologicznego i społecznego wyjaśnienia korzeni religii, które dla wielu racjonalnie myślących osób brzmią przekonująco .

Bez wątpienia, wskazana powyżej sprzeczność lub chociażby niespójność nauki i religii ma naturę racjonalną. Z drugiej strony, wiara jest w swej istocie irracjonalna – w sensie neutralnym, nie pejoratywnym (chodzi tu oczywiście o treść religii, a nie psychologiczną motywację wiary). W pewnej mierze zatem samo podjęcie racjonalnej dysputy (a inna dysputa nie ma sensu) o relacji nauki i religii tworzy wewnętrzną sprzeczność na niejako wyższym poziomie.

Oczywiście wnioski płynące z filozofii i metodologii nauki dostępne są bezpośrednio jedynie garstce osób należących do elity intelektualnej. To samo dotyczy znajomości i zrozumienia całej przebogatej gamy osiągnięć współczesnej nauki – jedynie nieliczne z nich, z reguły w wersji bardzo powierzchownej, docierają do świadomości szerszych kręgów społecznych. Jednakże na zasadzie „dyfuzji autorytetu” przenikają one do masowego odbiorcy, co doprowadziło do w miarę powszechnego uznania teorii ewolucji i teorii względności, nie mówiąc już o teorii heliocentrycznej (oczywiście z dwóch pierwszych teorii ogół stosunkowo niewiele rozumie). Choć oczywiście przyznać trzeba, że takie poczynania nauki jak zdjęcia z teleskopu Hubble’a lub wykopane szkielety dinozaurów robią wrażenie nawet na laikach słabo orientujących się w astrofizyce czy ewolucjonizmie. Nie do przecenienia są też teksty popularnonaukowe, dotyczące np. kosmologii, fizyki mikroświata lub historii naturalnej.

Skąd zatem pomimo wysokiej elitarności wziął się dziś jakże trudny do podważenia autorytet nauki i naukowców? Z pewnością ogromną rolę odegrał tu sukces praktycznych zastosowań odkryć naukowych – siłą rzeczy musiały one zostać zauważone i docenione przez ogół społeczeństwa. Na myśli mam przede wszystkim technikę i medycynę. W pierwszym przypadku nie trzeba od razu przywoływać załogowych lotów na Księżyc czy wysyłania sond kosmicznych do najdalszych rubieży Układu Słonecznego, lub nawet poza jego granice. Wystarczy wspomnieć komputery, samochody, samoloty, roboty, telewizory, lodówki, elektrownie jądrowe, telefonię komórkową, GPS, Internet, drapacze chmur, mosty i tamy, i wiele, wiele innych. Wszystkie te wytwory nauki nie tylko budzą podziw, ale przede wszystkim ogromnie poprawiają (materialną) jakość życia, nie mówiąc już o ich roli kulturotwórczej. Większość ludzi uświadamia sobie ścisły związek pomiędzy rozwojem nauki i techniki – który jednakże miał miejsce głównie w ciągu ostatnich dwustu lat, przyspieszając ogromnie pod koniec tego okresu – podczas gdy religie istnieją od lat tysięcy.

Równie ważna jest medycyna. Jeszcze sto lat temu byle infekcja, wrodzona wada genetyczna lub umiarkowane uszkodzenie ciała mogło doprowadzić do śmierci lub kalectwa. W zasadzie jedyne, co pozostawało przy stosunkowo ciężkiej chorobie, była modlitwa. Dzisiaj nikt normalny nie poprzestaje na prośbach do Boga o uzdrowienie – przede wszystkim zdaje się na medycynę. Gdyby np. rodzice nie poszli z dzieckiem, które ma zapalenie płuc lub wyrostka robaczkowego, do lekarza, a poprzestali na modlitwie, w większości (cywilizowanych przynajmniej) krajów odebrano by im prawa rodzicielskie. Niektórzy, mówiąc ogólnie, idą konsekwentnie dalej, w zgodzie ze zdroworozsądkowo rozumianą brzytwą Ockhama: skoro i tak niezbędna jest medycyna, to z duetu „medycyna + modlitwa” w końcu wypada człon „modlitwa”… Proszę mi wybaczyć tę nadmiernie prymitywną psychologię, ale bez wątpienia proces podobny wyżej opisanemu odgrywa istotną rolę w postępującej sekularyzacji.

Z pewnością dla wielu „nieznośna atrakcyjność nauki” i związanego z jej zastosowaniami dobrobytu materialnego (i zdrowotnego) to nieledwie synonim „nieznośnej lekkości bytu”, które to wyrażenie rozumiem tu jako wyzbycie się wszelkiej głębszej duchowości, w szczególności tej związanej z wiarą (nakazującej m.in. przyjmować cierpienie), ale nie tylko. Niewątpliwie coś jest na rzeczy. Ale po pierwsze, istnieją duchowości niereligijne (racjonalne poznanie i zrozumienie świata, literatura, muzyka, sztuka, etyka, podziw dla piękna przyrody), a po drugie – jedynie raczej niewielki procent osób deklarujących się jako wierzące doświadcza duchowości prawdziwie głębokiej. Podejrzewam, że „krzywa Gaussa (dzwonowa) duchowości” u ludzi zsekularyzowanych wcale nie odbiega specjalnie od analogicznej krzywej rozkładu duchowości u ludzi tradycyjnie wierzących. Być może zatem nieznośna (dla wielu wyznawców Boga) atrakcyjność nauki związana jest ze zmianą nie tyle stopnia, co rodzaju duchowości. Jednakże na taką diagnozę duża część osób, którym bliska jest religia, z pewnością nie przystanie.

Co do etyki – racjonaliści nie potrzebują religii jako źródła praw moralnych. Imperatyw kategoryczny może dla nich brać się „sam z siebie”, nie wymaga osobowego autora. Co więcej, dla wielu racjonalistów liczne oparte na dogmatach moralne nakazy i zakazy religii, nie mówiąc już o praktykach wielu jej przedstawicieli w minionych wiekach i obecnie, są w swej istocie głęboko niemoralne.

A ponieważ racjonaliści nie potrzebują także religii do wyjaśnienia materialnego, fizycznego świata nie potrzebują oni religii do niczego (rezygnacja z życia po śmierci i „lafy niebieskiej” za dobre uczynki wymaga odwagi intelektualnej i duchowej, i oddala podejrzenia o kryptointeresowność etyczną). Z drugiej strony jakakolwiek religia nieotorbiająca się w autystycznej izolacji od fizycznego świata nie może ignorować rozwoju nauk przyrodniczych, techniki i medycyny. A zatem sytuacja w relacji pomiędzy nauką a religią zdecydowanie nie jest symetryczna.

Zakończyć można trywialną zdawałoby się konkluzją: o ile nauka jest kwestią nieabsolutystycznej, przybliżonej i niedoskonałej, ale kumulującej się i coraz lepiej przystającej do „osnowy rzeczywistości” wiedzy, o tyle religia pozostaje, i to się nie zmieni, domeną irracjonalnej i niemożliwej do jakiejkolwiek weryfikacji, ale za to absolutystycznej wiary. Oczywiście dialog pomiędzy wykazującymi dobrą wolę przedstawicielami tych dwóch dziedzin jest potrzebny, jako że obie są ważnymi zjawiskami społecznymi. Jednakże ich całkowita lub choćby tylko daleko idąca „unifikacja” nigdy nie będzie możliwa.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter