70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gorliwy nadinterpretator

Jak na człowieka, który – bez względu na jakość swych dzieł – szczerze przejmuje się tragediami, o których pisze, poglądy Goldhagena na geopolitykę wydają się albo umyślnie naiwne, albo po prostu idiotyczne.

Daniel Jonah Goldhagen – politycznie zaangażowany amerykański historyk dziejów najnowszych – od początku swojej kariery nie uciekał od kontrowersji. Już w swojej pierwszej książce – Gorliwych katach Hitlera – poruszył światową opinię publiczną pytaniem o kolektywną odpowiedzialność Niemców za okrucieństwa drugiej wojny światowej. W kolejnej – w nie mniej stanowczym i stronniczym tonie – pisał o stosunku Kościoła katolickiego do Zagłady Żydów. Dziś po kilku latach przerwy Goldhagen wydał nową książką, poświęconą tym razem przyczynom pojawiania się ludobójstw lub – w jego własnej terminologii – praktyk eliminowania, tj. okrutnego zabijania milionów ludzi w całym XX w. Nowa praca Goldhagena, pod wieloma względami podsumowująca jego dotychczasowy dorobek, ma jednak jeszcze jeden cel – ma wywołać dyskusję na temat sposobów przeciwdziałania przyszłym aktom ludobójstwa, z którymi nie radzą sobie dziś ani państwa, ani współczesne organizacje międzynarodowe. Goldhagen jako historyk pisze więc o masakrach i ludobójstwach, jako polityk – stawia palące pytania i wzywa do działania.

David Rieff – amerykański pisarz i publicysta, znany m.in. z reportaży z ogarniętej wojną Jugosławii – omawiając najnowszą, opublikowaną niedawno po polsku, pracę Goldhagena pt. Wiek ludobójstwa kreśli krytyczny obraz całej jego twórczości. Pełne moralnego oburzenia pisarstwo Goldhagena warto zderzyć z nieraz sarkastycznym tonem tekstu Rieffa – pytania zadawane przez tego pierwszego nie stracą przy tym na ważkości, a odpowiedzi zyskają więcej koniecznej powagi.


Niemal nie sposób sobie wyobrazić, by Daniel Jonah Goldhagen – niegdyś harwardzki politolog, dziś pełnoetatowy moralista, proizraelski polemista i historyk-amator – mógł mieć wielbiciela bardziej sobie oddanego niż, no cóż – on sam. Już w swoim książkowym debiucie – Gorliwych katach Hitlera – zapowiedział, że, by wyjaśnić Holokaust, konieczna będzie radykalna rewizja wszystkiego, co dotąd napisano, i że jego dzieło właśnie takiej rewizji dokona. W Niedokończonym rozrachunku postawił sobie cel jeszcze ambitniejszy: ujawnić zbrodniczą rolę, jaką Kościół katolicki odegrał w Szoa – nie tylko w trakcie wojny, ale praktycznie od zawsze, gdyż – jak tłumaczy – instytucja ta stanowiła główny ośrodek zachodniego antysemityzmu niemal od chwili swego poczęcia.

Rozprawiwszy się w ten sposób z „fałszywym paradygmatem” badań nad Holokaustem, zastąpiwszy przekłamania własną adekwatną analizą, a następnie zdemaskowawszy olbrzymie „winy i wykroczenia” Kościoła katolickiego oraz duchowieństwa, winy, którym w ich historycznym zarysie, jak powiada, nikt nie może uczciwie zaprzeczyć, niedawno oddał w nasze ręce kolejne dzieło – Wiek ludobójstwa. Jego skromnym celem jest „na nowo określić, zrozumieć, inaczej zinterpretować i właściwie wyjaśnić katastrofalny i systematycznie pojawiający się problem eliminacjonizmu oraz zaproponować realne reakcje na ten problem” (s. 802) .

W zależności od punktu widzenia Wiek ludobójstwa można uznać albo za logiczne następstwo drogi, jaką autor konsekwentnie podąża od piętnastu lat, albo jej reductio ad absurdum. Wbrew szumnym zapewnieniom, w wielce wymownym posłowiu sam nieświadomie zdradza, że w zasadzie nie przedstawia w książce wyników żadnych oryginalnych badań. Nie kłopocze się tym jednak zanadto, książka bowiem „nie ma zawierać wyczerpującej dokumentacji żadnego ludobójstwa z osobna, nie mówiąc o historii wszystkich masowych mordów, a tym bardziej innych przejawów eliminacjonizmu naszej epoki” (s. 802).

Dlaczego jednak mielibyśmy się godzić z faktem, że Goldhagen pisze książki, które – jak sam wyznał w 2003 r. przy okazji publikacji Niedokończonego rozrachunku – dotyczą raczej „moralności niż historii”, a jednocześnie autor zastrzega sobie prawo do potępienia i pogardy (pogarda to typowy motyw jego twórczości) względem prac wielu wybitnych współczesnych historyków, to już zupełnie inna sprawa.


Jak się wyważa otwarte drzwi?

Początki tego schematu można zaobserwować już w Gorliwych katach Hitlera, gdzie Goldhagen – o ile nie ustanawia akurat prawa moralnego – koncentruje się na polemice z panującym w historiografii konsensusem wokół Holokaustu, ze szczególną wzgardą odnosząc się do prac wybitnego badacza, Raula Hilberga. Historię Niemiec od wczesnych lat XIX w. po upadek Berlina w 1945 r. Goldhagen postrzega w sposób esencjalistyczny – jej istotę, w ogólnym zarysie, miałby stanowić tak zwany antysemityzm eliminacyjny. Z równie niezachwianą pewnością diagnozuje jednak i szczodrze wychwala moralne odrodzenie postnazistowskiego państwa i społeczeństwa niemieckiego w okresie powojennym.
Szkopuł w tym, że Goldhagen – jak już przed dekadą zauważył historyk nazizmu, Christopher Browning (skądinąd ulubiony obiekt ataków w Gorliwych katach Hitlera) – bez względu na to czy chwali, czy oskarża, konsekwentnie twierdzi, że przeciera nowe szlaki w zrozumieniu zjawiska. W rzeczywistości jego poglądy nie odbiegają od obiegowych sądów, które z taką zaciekłością zwalcza i które wedle własnego mniemania stara się poddać rewizji i skorygować.

Tymczasem niewielu historyków kiedykolwiek podawało w wątpliwość fakt, że zwyczajni Niemcy dobrowolnie uczestniczyli w zagładzie europejskich Żydów. Wcześniejsi badacze nie twierdzili też nigdy, że zabijali oni z lęku przed represjami. Innymi słowy, idea gorliwych katów Hitlera była wśród historyków powszechnie akceptowana na długo przed tym, nim harwardzka dysertacja Goldhagena stała się światowym bestsellerem.

Niedokończony rozrachunek mierzy już w grubszą zwierzynę niż prace innych historyków. Goldhagen stwierdza tam, że Kościół katolicki i jego duchowni na przestrzeni wieków wyrządzili tyle zła (jego kulminację stanowiło ideologiczne przygotowanie Holokaustu), że ich pilnym, zbiorowym obowiązkiem powinno być obecnie, jak powiada za katechizmem, „moralne naprawienie szkody” w oparciu o historię, którą nie kto inny, jak on sam, Daniel Jonah Goldhagen, w swojej pracy niepodważalnie wykłada. Czy jednak rzeczywiście to czyni? Po raz kolejny zaledwie podnosi on dobrze już znany motyw – oskarżenie Watykanu o współudział w Holokauście – i łączy go z innym, znacznie mniej dyskusyjnym (niekwestionowanym nawet przez większość poważnych historyków katolickich): z tragicznym nurtem antysemityzmu w historii Kościoła. Następnie, ponieważ nie umie się oprzeć pokusie esencjalizmu, pierwszy wątek czyni egzemplifikacją drugiego, a tym samym podnosi antysemityzm do rangi centralnego faktu w moralnych dziejach katolickich instytucji.

Praca ta, choć obszerna i napuszona, stanowi dokonanie znacznie mniej imponujące niż wskazywałyby na to jej długość i zapowiedzi samego autora.

Podobnie jak w swej analizie niemieckiego antysemityzmu eliminacyjnego w Gorliwych katach Hitlera i systemowej winy Kościoła katolickiego w Niedokończonym rozrachunku, tak i tu Goldhagen po raz kolejny stawia uogólniające twierdzenie, że na dobrą sprawę żaden rząd, żadna instytucja, a nawet większość jednostek, nie okazały się dotąd gotowe, by otwarcie zmierzyć się z problemem ludobójstwa, a co ważniejsze, by właściwie zrozumieć jego naturę. Tutaj wkracza zaproponowany przez Goldhagena klucz wyjaśniający oraz aktualne reakcje instytucjonalne i rozwiązania polityczne. Ten człowiek naprawdę nie wystawia dobrego świadectwa wysokiej samoocenie.

O ile już we wcześniejszych pracach zdradzał Goldhagen pewną skłonność do nadęcia, o tyle w porównaniu z zakresem analizy, jaki rysuje w przedmowie do książki Wiek ludobójstwa, a która nosi koturnowy niemal tytuł Wybór, jego wcześniejsze pretensje mogą się wydać wręcz śmiesznie skromne. Już w pierwszym zdaniu kategorycznie oznajmia, że „setkom milionów ludzi grozi niebezpieczeństwo, że padną ofiarą ludobójstwa i związanych z nim aktów przemocy” (s. 11). Zważywszy, że twierdzenie to opiera na ocenie ryzyka nie tylko tych krajów, w których ludobójstwo rzeczywiście miało miejsce lub gdzie jego możliwość wciąż zdaje się realna, ale również tych, gdzie – jak sam przyznaje – „nie widać sygnałów ostrzegawczych wskazujących na bezpośrednie zagrożenie” (s. 11), poniekąd zaskakiwać może, że nie szacuje liczby potencjalnych ofiar na miliard. Przy tak dowolnych kryteriach naprawdę nie wiadomo, dlaczego nie miałby wybrać tej właśnie, czy nawet jeszcze wyższej liczby. W rzeczywistości liczba ta wyraża przede wszystkim emocje autora – doskonale zrozumiałe ubolewanie nad tym, co aż nazbyt często i w zbyt wielu miejscach działo się w minionym stuleciu. Stanowi również nieco wyolbrzymiony przejaw lęku o to, co wciąż może spotkać ludzi w krajach rządzonych dziś przez reżimy polityczne, które dopuszczają się lub – co już bardziej sporne – jak uważa Goldhagen, mają wrodzoną skłonność do popełniania masowych mordów.

W pierwszych dziewięciu rozdziałach pracy Wiek ludobójstwa, czyli niemal na 500 stronach tekstu, autor chce ustalić ramy interpretacyjne pozwalające zrozumieć naturę eliminacjonizmu w historii i współczesnej geopolityce. Znajdziemy tam długie opisy (raz narracyjne, raz porównawcze) szeregu okrucieństw dwudziestego stulecia: dokonanego z początkiem wieku przez Niemców ludobójstwa Herero w dzisiejszej Namibii, rzezi Ormian, Gułagu, zbrodni Pol Pota, masakry dokonanej na rdzennych Gwatemalczykach w latach 80. przez dyktatorski reżim generała Efraína Ríosa Montta i ludobójstwa w Rwandzie. To tylko garść przypadków, które Goldhagen stara się zbadać. Ustalenia te rzeczywiście są przejmujące. Przykłady jednak – bez względu na to, jak bardzo go poruszają i jak bardzo pragnie, by oburzyły i pchnęły czytelnika do czynu – zawsze mają służyć większemu projektowi, jakim jest skonstruowanie schematu dla zrozumienia eliminacjonizmu i ludobójstwa.

Nie powinno dziwić, że we własnym mniemaniu autor odnosi olśniewający sukces. W posłowiu zatytułowanym Refleksje i podziękowania – które po części jest konwencjonalną laurką, a po części ma służyć dziecinnemu wyrównaniu rachunków z krytykami i naukowcami, z którymi w przeszłości przyszło mu skrzyżować miecze – Goldhagen obwieszcza, że udało mu się znacznie przekształcić nasze rozumienie tego zjawiska.

Mimo całej rozwlekłości dzieła, poglądy Goldhagena na to, jak eliminacjonizm funkcjonuje w społeczeństwach, a także na dyskurs o prawach i charakter struktur politycznych, mają zazwyczaj naturę zdroworozsądkową.

Z kolei opinie, które stara się zwalczyć, wydają się w dużej mierze wydumane. Jego oburzenie budzą w szczególności dwa sądy. Po pierwsze, pogląd, że czyny uczestników masowych mordów „są zdeterminowane przez siły zewnętrzne; że ludzie nie mają wielkiego lub żadnego zgoła wpływu na to, jak postępują; że wolna wola to złudzenie”. Po drugie, że „ludzie dopuszczają się ludobójstwa pod wpływem wewnętrznych popędów” – co trafnie nazywa „Kaligulą tkwiącym w każdym człowieku” (s. 24). Szkopuł w tym, że ani wulgarny materializm pierwszego poglądu, ani wulgarny freudyzm drugiego kompletnie nie przystają do tego, co ludzie mający jakiekolwiek pojęcie o wojnie czy masowych rzeziach kiedykolwiek twierdzili na temat losu, jaki spotkał choćby bośniackich muzułmanów czy rwandyjskich Tutsi. To prawda, w Bośni przed 1945 r. panował względny spokój (nawet jeżeli wzajemna kurtuazja nie wykraczała poza obręb miejskich twierdz takich, jak Sarajewo czy Tuzla), a na rwandyjskiej wsi – od czasu wypędzenia części populacji Tutsi w latach 60. do początku wznowienia walk u końca lat 80. – mordy miały epizodyczny charakter. Nikt, kto zwracał się do bośniackich Serbów i rwandyjskich Hutu w czasie masowych mordów, nie mógł jednak wątpić, że wielu zabijało z własnej nieprzymuszonej woli, a nie pod groźbą utraty życia. Ponadto zbrodnie te zostały uprzednio przez sprawców obmyślone w kategoriach politycznych, etnicznych, rasowych i religijnych, choć w zależności od miejsca i czasu nieco się one różniły. Nie jest to czcza spekulacja; dziennikarze, relacjonujący wydarzenia obu tych okropieństw, w tym ja, a także wielu, których nazwiska przywołuje sam Goldhagen, posiadają taśmy pozwalające twierdzenie to udowodnić.

Pojęcie społeczeństwa obywatelskiego często stosuje się mylnie na określenie instytucji, które po prostu odpowiadają upodobaniom liberalnych internacjonalistów i działaczy praw człowieka (i tak np., na gruncie amerykańskim, subsydiowane Human Rights Watch uznaje się za filar społeczeństwa obywatelskiego, podczas gdy wspieranego finansowo przez członków National Rifle Association już nie, a przynajmniej się nie powinno).

Wydaje mi się jednak, że w przypadku Bośni rząd serbski odwoływał się do poglądów swoich wyborców, gdy wzywał do mordu i czystek etnicznych. W jeszcze większym stopniu odnosi się to do rwandyjskich Hutu w okresie bezpośrednio poprzedzającym ludobójstwo z 1994 r. Kiedy więc Goldhagen pisze – jak gdyby odkrył coś, czego nikt przed nim nie miał dostatecznej śmiałości przemyśleć – że, aby zrozumieć ludobójstwo, należy najpierw przyjąć, że „ludzie dokonują wyboru sposobów postępowania, nawet jeśli nie wybierają sobie kontekstów, w jakich go dokonują (…) ich wybory wypływają z tego, jak oni sami wyobrażają sobie sposoby kształtowania świata i rządzenia nim” (s. 25) – któż by się z tym nie zgodził? Nie ma również nic kontrowersyjnego, choć też i szczególnie oryginalnego, w apelu o ścisłość językową i w nawoływaniu, by nazywać morderców po imieniu – np. mówić o Niemcach, a nie nazistach – zamiast chronić się w poprawnych politycznie, sterylnych określeniach, choć nawet sam Goldhagen zaciemnia nieco obraz, gdy islamskich terrorystów nazywa politycznymi islamistami, a nie Saudyjczykami czy Kuwejtczykami. Gdy zaś stwierdza, że „musimy stawiać podobnie dociekliwe pytania na temat krytycznej roli świadków” (s. 301), chyba nie sądzi, że poważni ludzie tego nie czynią.

Mimo że do książki dołączona jest wyczerpująca bibliografia, domyślnie przyjmowane przez Goldhagena stanowisko, że obiegowy pogląd głosi „X”, on natomiast wykaże, że w rzeczywistości to „Y”, sprawia, że człowiek musi się poważnie zastanowić nad jego doborem lektur. Za przykład niech posłuży zdanie, że wbrew temu, co „się powszechnie twierdzi”, „ludzie żywiący ludobójcze i eliminacjonistyczne aspiracje często inicjują lub rozszerzają konflikty militarne w celu ich realizacji albo uważają oparte na przemocy eliminowanie innych za integralny element zdobywania czy kolonizacji obcych terytoriów” (s. 70). Czyż ktoś, kto zna historię ekspansji Stanów Zjednoczonych na Dziki Zachód, czy hiszpańskiego podboju Peru, zaprzeczyłby temu ostatniemu twierdzeniu? A po doświadczeniach szeregu wojen, od Bośni, przez Kosowo, po Kurdystan, w których jawnym celem były czystki etniczne, któż nie zgodziłby się z pierwszym?


Pojęciowe subtelności

W poszukiwaniu podstawowego schematu dla zrozumienia eliminacjonizmu Goldhagen sam zmuszony jest przyznać, że: „Kampanie mające na celu zagładę albo eliminowanie dają różne rezultaty. Czasami sprawcy zabijają przede wszystkim mężczyzn, czasami również kobiety i dzieci. Czasami zabijają całościowo, czasami wybiórczo. (…) Stopień i charakter okrucieństwa sprawców, poza samym zabijaniem, nie jest stały” (s 53).

Goldhagen otwarcie pogardza tym, co uznaje za przejaw ignorancji wielu badaczy. Jednak jego instynktowna skłonność do uogólnień sprawia, że zjawiska, których jedyną cechą wspólną jest rzeź niewinnych ludzi, wtłacza w ramy, w których z trudem – jeżeli w ogóle – się mieszczą, a często wręcz jawnie sam sobie przeczy. Obwieszcza np., że „nasze czasy są epoką ludobójstwa” (s. 85). O problemie wspomina pobieżnie i nie udziela zadowalającej odpowiedzi na nastręczające się pytanie, czy rzeczywiście nasza epoka jest bardziej zbrodnicza niż wcześniejsze.

Sam dostrzega przecież, że pod tym względem wiek XX nie jest szczególnie wyjątkowy – wspomina o transatlantyckim handlu afrykańskimi niewolnikami, który pochłonął od 15 do 20 mln istnień ludzkich. Przywołuje też mordercze postępowanie europejskich kolonizatorów w Afryce. Książce bez wątpienia wyszłoby na dobre, gdyby zamiast jedynie pobieżnie omówić, na dłużej pochylił się np. nad popełnioną przez króla Belgów Leopolda II rzezią w Wolnym Państwie Kongo w czasie, gdy ten olbrzymi kraj stanowił rodzaj prywatnego rezerwatu monarchii; wydarzenie owo stanowiło w istocie przykład znacznie większej zbrodni niż to, co niemiecki generał Lothar von Trotha uczynił z ludem Herero w Namibii. Jednak Goldhagen stwierdza, że zachodzi fundamentalna różnica między masakrami ubiegłego stulecia, a wszystkim tym, co zdarzyło się wcześniej, ponieważ kolonizatorzy „systematycznej eksterminacji całości lub części ludów obranych za cel prześladowań nie nadali statusu oficjalnej polityki państwa” (s. 61), podczas gdy w XX w. rządy, przy wsparciu znaczącego odsetka obywateli, tak właśnie postąpiły.

Inna możliwość jest taka, że owym „gorszym niż wojna” zjawiskiem, z którym Goldhagen próbuje się uporać, ale które całkowicie błędnie rozpoznaje i interpretuje, jest niezaprzeczalny fakt, że w XX w. wojna w Europie (a w konsekwencji również na całym świecie, zwłaszcza na obszarze komunistycznym, w Chinach i Kambodży) stała się tak brutalna, jak wcześniej zawsze brutalne były wojny kolonialne, i że w Stanach Zjednoczonych, Australii i na większości terenów Ameryki Łacińskiej przybrała charakter otwarcie eliminacjonistyczny. Jedynie bowiem ignorując ten fakt, Goldhagen może – na dowód wyjątkowości naszej epoki – naiwnie przytaczać statystyki, które pochodzą – jeśli mnie pamięć nie myli – z Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża. Głoszą one, że o ile w 1900 r. stosunek liczby ofiar cywilnych do wojskowych wynosił 1 do 9, to pod koniec stulecia na każdego poległego w walce żołnierza przypadało już 9 ofiar wśród ludności cywilnej. Statystyki te będą zgodne z prawdą tylko wtedy, gdy z równania wyłączy się masakry popełniane na ludach kolonizowanych.

Kolegom po fachu, którzy mieli skłonność do nadmiernego teoretyzowania na temat tego, co widzieli w Bośni, szkocki dziennikarz Ian Traynor zwykł mówić: „jeśli chcesz być prorokiem, musisz trafiać w sedno”. Mając w pamięci te słowa, można powiedzieć, że pierwsze dwie trzecie książki – choć odpychające ze względu na przesadę, z jaką Goldhagen wychwala własną oryginalność, głębię i moralność – jeszcze nie budzą śmiechu. Niestety, jej pozostała część, nosząca tytuł – uwaga! – Zmienianie przyszłości już bez dwóch zdań ociera się o komizm.

Zaczyna się dość osobliwie. Po tym, jak w pierwszych dziewięciu rozdziałach autor wyczerpująco omówił praktycznie każdy wariant dwudziestowiecznego eliminacjonizmu, można by oczekiwać, że pierwsze akapity trzeciej części, jak zapowiada, rzeczywiście skupią się na tym, co faktycznie można zrobić. Tymczasem, po kilku sentencjonalnych chrząknięciach (pierwsze zdanie rozdziału brzmi: „masowy mord rozpoczyna się w ludzkim umyśle”) i przeglądzie krajobrazu współczesnych nurtów (eliminacjonizm imperialny to już właściwie rozdział zamknięty; wielki projekt komunistyczny również), Goldhagen przechodzi do tego, co jego zdaniem stanowi główne zagrożenie dzisiaj i w nadchodzącej przyszłości: do ideologii politycznego dżihadu. Niebezpieczeństwo jest bez wątpienia realne; czy jednak aż tak ważne i groźne, jak utrzymuje autor, to już całkiem inna kwestia. I w tym miejscu pozwala on, by postronne cele wybiły go z toku własnej argumentacji. Twierdzi, że „ w ciągu minionych stu lat nie było żadnego znacznego ruchu politycznego – z wyjątkiem nazizmu i być może imperialistycznej Japonii – który by dorównywał tej kulturze śmierci” (s. 668). Ale przecież taka diagnoza nie pozwala wiele powiedzieć o eksterminacyjnym potencjale politycznego islamizmu, jak się nietrudno przekonać na przywołanym przykładzie Japonii. Również prześledzenie trajektorii eliminacjonizmu od generała von Trotha, przez Hitlera, do Osamy bin Ladena, wydaje się, litościwie rzecz ujmując, nieco przesadzone. To prawda, że wszyscy trzej mieli na myśli to, co mówili, gdy zapowiadali eksterminację ludów. Nie oznacza to jednak, że wszyscy trzej dysponowali również taką samą możliwością wcielenia swych gróźb w życie.

Nie jest dla mnie jasne, w jakim stopniu obawy, jakie autor żywi wobec politycznego islamizmu, stanowią rzeczywisty podtekst analizy współczesności. Oficjalna strona internetowa autora głosi, że Goldhagen „wypowiada się na arenie krajowej (…) na temat ofensywy politycznego islamu, zagrożeń dla istnienia Izraela, gorliwych katów Hitlera, globalizacji, antysemityzmu i nie tylko”. Kiedy więc pisze, że zagrożenie eliminacjonizmem w dzisiejszych czasach płynie z dwóch źródeł – politycznego islamizmu i broni nuklearnej (czytaj: Północnej Korei i Iranu, choć ten drugi podpada równocześnie pod oba kryteria), jego szumne apele, by „usunąć praktyki eliminacjonistyczne z normalnego arsenału polityki, tak jak usunięto niewolnictwo z normalnego arsenału relacji społecznych” (s. 680), coraz trudniej odróżnić od dobrze już dzisiaj rozpoznawalnych wojennych werbli polityków takich, jak John Bolton, William Kristol czy Norman Podhoretz i im podobni.

Weźmy jednak Goldhagena za słowo. Jak w takim razie proponuje dokonać tego, co dotychczas zdawało się niemożliwe? Po pierwsze, powiada, „media muszą zrobić więcej, by stworzyć i utrzymywać zdecydowaną frazeologię antyeliminacjonistyczną” (s. 687). Na dowód, jak skuteczna może być taka praktyka, przytacza słowa byłego premiera Bośni, Harisa Silajdžicia, który powiedział mu, że media były niezwykle pomocne w nagłaśnianiu bośniackiej sprawy. To daje Goldhagenowi asumpt do stwierdzenia, „jak wielkim bodźcem do działania mogą być media” (s. 687). Jako ktoś, kto pracował w roli dziennikarza w oblężonym Sarajewie, po raz kolejny muszę z przykrością zawiadomić pana Goldhagena, że doniesienia o naszej skuteczności są mocno przesadzone. Poza nami Bośniacy nie mieli praktycznie nic i rzeczywiście w pewnej mierze udało nam się przekazać światu ich historię. Nie my jednak zdecydowaliśmy o interwencji; wszystko, czego udało nam się dokonać, to nieco dłuższe utrzymanie tej sytuacji w umysłach przynajmniej niektórych odbiorców wiadomości. Znacznie bardziej istotnym motywem ostatecznej interwencji militarnej Zachodu była zapowiedź złożona w 1994 r. Clintonowi przez obejmującego wówczas stanowisko prezydenta Francji Jacques’a Chiraca, że nie zatwierdzi obecności francuskiego kontyngentu w Bośni na kolejną zimę. W obliczu perspektywy, że zgodnie z traktatem NATO konieczne będzie zabezpieczanie wyjścia sił francuskich z Bośni przez armię amerykańską, Clinton pozwolił wreszcie głównemu negocjatorowi, Richardowi Holbrooke’owi zdjąć białe rękawiczki. Jest to wyjaśnienie może bardziej prozaiczne niż to, które proponują Silajdžić czy Goldhagen, ale też znacznie bliższe rzeczywistości niż na wpół inspirowany Kantem, na wpół Lakoffem argument o „ramach pojęciowych”.

Goldhagen jak zwykle zdaje się nie dostrzegać, że gdy apeluje do mediów: „przedstawiajmy fakty ” i „przedstawiajmy przyczyny (…) w języku, który jest precyzyjny, obrazowy i zindywidualizowany” (s. 697), owe – jak beztrosko powiada – „fakty” są często kwestią interpretacji. Co gorsza, żeby zdobyć uwagę świata dla swojej sprawy, aktywiści niekiedy wręcz karykaturalnie, upraszczają to, co rzeczywiście ma miejsce. Ruch Save Darfur, z którego celami, jak można przypuszczać, Goldhagen sympatyzuje, upraszczał sprawę w sposób wprost bajeczny, rozpowszechniając wątpliwe twierdzenie, jakoby konflikt w Darfurze (jak i wcześniej w Sudanie Południowym – pogląd, który Goldhagen naiwnie powtarza) można było zrozumieć jako w swej istocie kampanię Arabów przeciwko czarnym. To całkiem wygodne, jeżeli udało nam się uwierzyć, że w Darfurze żyją jedynie kaci i ofiary. Moralitet dlatego jednak wystawia się na scenie, że w rzeczywistości miejsca dla niego brak. W każdym razie, jeśli chodzi o Darfur, poglądy Goldhagena są dziwnie nieustępliwe. Masowe mordy popełniano tam w 2003 r.; dzisiaj już nie, bez względu na to, jak apokaliptyczne opowieści rozprowadzają niektórzy aktywiści w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Jak wyrazić to „w języku, który jest precyzyjny, obrazowy i zindywidualizowany”? Takie wahania Goldhagen bez wątpienia zrzuciłby na karb owego „obezwładniającego cynizmu i bezwładu, które przyczyniają się do ludobójstwa” (s. 739). Jak na człowieka, który – bez względu na jakość swych dzieł – szczerze przejmuje się tragediami, o których pisze, jego poglądy na geopolitykę wydają się albo umyślnie naiwne albo po prostu idiotyczne.


Wojny przeciwko ludzkości

W jaki jednak sposób powstrzymać eliminacjonizm? Daniel Jonah Goldhagen powiada, że „w zasadzie nie powinno to być trudne”, ponieważ „kraje, które nie dopuszczają się masowych mordów, są bogate i silne, mają olbrzymie możliwości militarne (i mogą działać w grupie)”. Tymczasem kraje dopuszczające się ludobójstwa „są w przeważającej mierze biedne i słabe” (s. 739). Według Goldhagena pozostaje jedynie wymienić obecną koncepcję „zbrodni przeciw ludzkości” (pod tym zarzutem Międzynarodowy Trybunał Karny postawił w stan oskarżenia np. prezydenta Sudanu Omara al-Baszira) na „wojnę przeciwko ludzkości”, która zasadniczo pozwalałaby, a nawet zobowiązywała, żeby kraje zewnętrzne pozostawały w „nieustannym” (słowo Goldhagena) stanie wojny z ludobójczymi państwami do czasu, aż te drugie zostaną ostatecznie pokonane, a ich przywódcy zabici lub schwytani („z użyciem jawnych lub tajnych środków”, spieszy dodać Goldhagen).

Przeświadczenie, że obecny system międzynarodowy praktycznie gwarantuje bezkarność przywódców o ludobójczych zapędach, jedynie utwierdza Goldhagena w przekonaniu, że cały ów system należy przemyśleć na nowo i przeformułować. Organizację Narodów Zjednoczonych (ONZ), która nie widzi różnicy między państwami demokratycznymi i dyktaturami, i w pojęciu Goldhagena jest miejscem, gdzie dyktatorom popuszcza się cugli, trzeba rozwiązać. „Przywódcy państw demokratycznych” – pisze Goldhagen – „i narody świata powinny przestać utrzymywać tę prawną, instytucjonalną i polityczną fikcję – najbardziej rażącą w Organizacji Narodów Zjednoczonych – że tyrańskie reżimy i ich przywódcy reprezentują kogokolwiek czy cokolwiek poza własnymi, przestępczymi interesami, rodzącymi wojny i eliminacjonizm” (s. 787). Jak to się ma do wcześniejszego stwierdzenia, że często znajduje on poparcie szerokich mas społeczeństwa, a nie jest jedynie narzucany przez władców, tego autor nam nie wyjaśnia. Nie ma jednak wątpliwości, co należy uczynić. „Przywódcy państw demokratycznych”, obwieszcza monotonnym głosem, „i narody powinni zastąpić Organizację Narodów Zjednoczonych nową Organizacją Demokratycznych Narodów Zjednoczonych, która będzie przyjmować jedynie państwa demokratyczne” (s. 788).

Jak zauważa sam Goldhagen, pomysł ten nie jest wcale nowy; wystąpił z nim już senator John McCain podczas kampanii prezydenckiej w 2008 r.; był on również przedmiotem niezliczonych prac doradców politycznych takich, jak Robert Kagan czy Ivo Daalder. Ale Goldhagen chce, by jego „liga” sięgała znacznie dalej. Powinna, jak twierdzi, zrzeszać „państwa demokratyczne zjednoczone przeciwko tyranii, ludobójstwu i wszelkiej polityce eliminacjonistycznej oraz zjednoczone dla ludzi całego świata” (s. 788).

W tej niezwykłej propozycji ONZ zastąpiłaby organizacja, która nie tylko będzie twierdzić, że ma prawo militarnie interweniować wszędzie, gdzie istnieje podejrzenie ludobójstwa, ale także wykluczy ze swego grona przedstawicieli dyktatur Globalnego Południa, a być może również Rosję i Chiny (chociaż w tych dwóch przypadkach Goldhagen zaleca jednak uczynić wyjątek). Nowa, ponadnarodowa instytucja – tutaj pobrzmiewa triumfalny ton George’a Busha z okresu przemowy Mission Accomplished – wznowi wówczas „pełne oddania międzynarodowe parcie w stronę demokratyzowania większej liczby krajów”. Goldhagen oznajmia, że przedstawił oto szereg „prostych i skutecznych kroków, by zapobiec przyszłym wojnom przeciwko ludzkości” (s. 793). W istocie jednak niczego takiego nie dokonał. Przeciwnie. Jego propozycja to doskonały przepis na zachodnie imperium XXI w. i gdyby udało się – na co, dzięki Bogu, nie ma najmniejszych szans – wcielić ją w życie, recepta na początek wojny bez końca.

 

Tłumaczyła Urszula Jachimczak

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter