70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Piękni dwudziestoletni idą po władzę

Po co młodym aktywistom polityka? Bo chcą coś zdziałać, zrobić karierę jak w korporacji lub po prostu być kimś znanym. Jedni są idealistami, inni koniunkturalistami. Kto liczy w przyszłości na poważną zmianę w polskiej polityce, może się rozczarować.

Dobrawa Morzyńska wstąpiła do młodzieżówki PO, bo chciała poznać z bliska ludzi, których dotychczas znała, jak mówi, „ze szklanego ekranu”.

Grzegorz Gruchalski został Młodym Socjaldemokratą, bo chciał zmieniać świat, a jego zdaniem największy wpływ na świat mają politycy, którzy uchwalają ustawy.

Michał Ciechowski już od pierwszej klasy liceum interesował się polityką. Odczekał do matury, a jak tylko zdał, zapisał się do młodzieżówki PiS.

Bogumił Kolmasiak jako nastolatek pochłaniał wręcz gazety i książki na temat polityki. W liceum nadeszła refleksja – warto by się samemu zaangażować. Przeszedł przez kilka partii i młodzieżówek, by dojść do Zielonych.

Dla wielu młodych ludzi start w czynnej polityce zaczyna się właśnie w młodzieżówkach, mimo że ich znaczenie w ostatniej dekadzie zmalało. W latach dziewięćdziesiątych były naturalnym etapem między politycznym pucybutem a prezydentem. Jednak wizerunek młodego działacza noszącego teczkę za liderem skompromitował się w oczach młodych ludzi. Zdegradował się też wizerunek samych partii politycznych. – Młodych zainteresowanych polityką przyciągają teraz modne środowiska ideowe, jednak ich wpływy są niewielkie – mówi Przemysław Radwan-Röhrenschef, dyrektor Szkoły Liderów w Warszawie, przez którą przewijają się młodzi politycy. – Mówiło się, że środowisko „Krytyki Politycznej” zastąpi partie lewicowe, a Projekt Polska – partie liberalne. Potrzebne są jednak jedne i drugie. Od młodzieżówek nastąpił wprawdzie odwrót, ale one nie zamarły. Pojawia się w nich sporo młodych radnych.

Nadal są więc powody, dla których ludzie chcą zapisać się do przeznaczonych dla nich przybudówek partyjnych. – Jaki kontakt ze środowiskiem, np.„Frondy”, ma zaangażowany ideowo prawicowy nastolatek spod Słupska? – pyta retorycznie Olgierd Annusewicz, politolog Uniwersytetu Warszawskiego. Rozpolitykowany prawicowo nastolatek, któremu nie wystarcza już Internet, idzie więc do miejsca, które znajdzie w swojej okolicy, czyli do biura PiS. A stamtąd do młodzieżówki.

Inny powód – kariera. Wciąż można ją zrobić startując w młodych strukturach. Nadal aktualna jest bowiem oferta, którą wielu obecnych wpływowych polityków kiedyś przyjęło: nosisz tę teczkę za liderem i stajesz się dzięki temu jego człowiekiem, a lider ma w zamian oddaną sobie, lojalną grupę wychowanków. To oferta raczej dla bezideowców, którym wszystko jedno, w jakiej partii zrobią karierę, byle była to partia przynajmniej od czasu do czasu rządząca. Albo taka, która zagwarantuje im szybką i efektowną karierę.

Jednak wspólnym mianownikiem motywacji ludzi, którzy zasilają młody aktyw, jest chęć działania. I to natychmiastowa, bez czekania na efekty starcia idei w rozdyskutowanych polityczno-intelektualnych środowiskach.

Jak trafiłem do polityki

Czy będą to sejmowe masy, liderzy, czy osoby, które w ogóle nie wytrwają na tej drodze – pokaże czas. Rozmawiając z nimi teraz, można jednak zastanowić się, jak będzie wyglądała polityka za dwadzieścia lat, bo to spośród nich będą rekrutować się przyszłe elity. O tym, jacy są i jacy mogą być, mówią ich wybory i oceny polityczne, motywy, dla których zajęli się tą działalnością, ich zaangażowanie, dotychczasowe przedsięwzięcia i plany.

Dobrawa Morzyńska ma 21 lat. Na Politechnice Gdańskiej studiuje International Management, ma już licencjat z europeistyki. W wieku 16 lat, kiedy uczyła się jeszcze w liceum – gdańskiej Topolówce znanej z opozycyjnej przeszłości, obecnie szczycącej się nazwiskami absolwentów znanymi w polityce i dziennikarstwie – wstąpiła do Młodych Demokratów. Teraz należy do władz stowarzyszenia – Zarządu Regionu Pomorskiego. Należy też do PO. Pracuje na pół etatu w biurze zarządu regionu partii jako pełnomocnik platformy internetowej. Administruje stroną PO, koordynuje strony powiatowe. Od ubiegłego roku jest radną Pruszcza Gdańskiego.

Do Młodych Demokratów Morzyńską wprowadził kolega z liceum. Zabrał ją na spotkanie z Jarosławem Wałęsą. Poszła, bo zawsze chciała poznać polityka, zobaczyć z bliska człowieka znanego z telewizji, posłuchać, jak wygląda jego praca od kuchni. Słuchała zafascynowana, jak opowiadał sejmowe plotki – kto z kim knuje, jak przepychano za kulisami ostatnią ważną ustawę, kto i na co ma szanse i jaką kto ma ksywę. – W telewizji słuchało się frazesów, tu można było dowiedzieć się więcej – podsumowuje tamto pamiętne dla niej spotkanie.

Skoro jednak poszła na spotkanie z politykiem dlatego, że chciała poznać człowieka znanego z telewizji, to dlaczego nie wybrała znanego artysty, czy jeszcze bardziej popularnego serialowego aktora? Czy polityk jej imponował? Czy imponował bardziej niż artysta? Czy uważa, że polityk ma większy wpływ na umysły ludzi niż wybitny pisarz, czy reżyser? Dlaczego poszła właśnie na spotkanie młodzieżówki partyjnej? Dlaczego wybrała politykę? Odpowiada tak: – To pewnie przez dom, wyniosłam to z domu.

Jak opowiada, polityka w jej domu bywała częstym tematem rozmów. W latach osiemdziesiątych mama Dobrawy „była waleczna” i „biegała z petardami”. Kiedy Dobrawa dorastała w domu, zawsze były gazety. Czytała wszystkie, ale głównie wciągał ją „Wprost” Marka Króla sprzed kilku lat, czytała też „Politykę” i „Przekrój”. Z babcią oglądała w telewizji posiedzenia komisji sejmowej w sprawie afery Rywina. Pamięta to jako jeden z momentów granicznych – przesłuchania śledczych i zeznania czołowych postaci polskiej polityki i dziennikarstwa wciągnęły ją w świat polityki bezpowrotnie. Jednak pytana o szczegóły tej fascynacji mówi o „śmiesznych rzeczach”, które tam się działy, na przykład o sprawie skarpetek „pedałów” według Anity Błochowiak.

Michał Ciechowski z młodzieżówki PiS ma 26 lat. Wstąpił do niej po maturze, w 2005 roku, a kilka miesięcy później do PiS. Właśnie trwała kampania wyborcza. – Pojechałem na konwencję PiS do Warszawy, to była ta słynna Konwencja w Pałacu Kultury, pierwsza taka nowoczesna w Polsce, urządzona według amerykańskich wzorów – opowiada. – Robiła wrażenie. Kiedy znalazłem się na tej wielkiej sali, zobaczyłem te tłumy ludzi i usłyszałem, jak trzy tysiące osób krzyczy te same hasła, poczułem, że jestem w swoim świecie i że ze swoimi poglądami nie jestem sam – opowiada. Teraz Michał Ciechowski prowadzi w Krakowie biuro poselskie Andrzeja Adamczyka i europejskie – Zbigniewa Ziobry.

Jako nastolatek lubił porównywać programy informacyjne w telewizji. Oglądał niemal wszystkie serwisy i sprawdzał jak te same wiadomości są w nich prezentowane w odmienny sposób. Potem czytał to wszystko jeszcze w prasie codziennej i tygodnikach. To był jego żywioł.

W liceum denerwowało go, że podręcznik do historii kończy się na 1945 roku, jakby później już nic się na świecie i w Polsce nie wydarzyło. Szukał więc książek na własną rękę i czytał. To kolejny żywioł. – Czytałem wszystko o III RP, co się działo po kolei po 1989 roku, ile partii powstawało, upadało, wchodziło do sejmu, o powstaniu AWS i jak wiele partii weszło do tej formacji, potem rozpad AWS, powstanie PiS, Kaczyński – wymienia jednym tchem tematy, które go pasjonowały.

Jednak zainteresowanie polityczne, historyczne i społeczne można wykorzystać w różnych dziedzinach aktywności – w dziennikarstwie, w organizacjach pozarządowych, dlaczego Ciechowski wybrał akurat politykę? – Interesuje mnie działalność samorządowa, to daje namacalne efekty, pracę magisterską na politologii pisałem o samorządach – odpowiada. I dodaje wesoło: – Pracę obroniłem z opóźnieniem, bo z powodu wyborów do europarlamentu, musiałem się zaangażować w kampanię. Wcześniej z opóźnieniem obroniłem licencjat o Turcji i Unii Europejskiej. To był rok 2007 i wybory parlamentarne…

Czy znajomi ze studiów nie dziwili się, że angażuje się w kampanię tak niemłodzieżowej partii jak PiS? Ciechowski nie przejmuje się takim rzeczami. Kiedy ktoś dyskutuje z jego argumentami, uszanuje jego racje i pozostanie przy swoich. Ale kiedy ktoś mu mówi, że nie lubi jakiegoś polityka, bo ten mlaska, to Ciechowskiemu opadają ręce i zmienia temat.

Grzegorz Gruchalski przedstawia się na swoim blogu: „Przewodniczący Federacji Młodych Socjaldemokratów w Warszawie. Członek Zarządu Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Warszawie. Rzecznik prasowy FMS. Członek Rady Krajowej FMS. Przewodniczący Koła SLD „Zmiana” Warszawa-Wola. Student socjologii, fanatyk Czerwonych Diabłów z Manchesteru oraz koneser dobrej literatury”.

Do tego jeszcze jest szefem biura poselskiego Ryszarda Kalisza. Ma 22 lata. Studiuje w Szkole Głównej Handlowej interdyscyplinarny kierunek z elementami socjologii, ekonomii, psychologii, zjawisk społecznych. Pracuje w firmie z branży internetowej.

Nie ma najmniejszych problemów, żeby wyjaśnić, dlaczego wybrał akurat politykę, a nie na przykład dziennikarstwo. – W polskim systemie tylko partie mogą odegrać jakąś rolę, tylko one mogą coś zmienić. Media mogą oddziaływać na polityków, mogą ich opisywać i oceniać, ale dziennikarze czy publicyści nie są kreatorami rzeczywistości. Mogą relacjonować debatę publiczną, ale nie są jej motorem. To partie przygotowują projekty ustaw, to one wprowadzają je w życie, dziennikarze mogą nakreślić partiom, gdzie iść, ale życie organizują partie.

A Gruchalski chce być z tymi, którzy decydują, a nie z tymi, którzy tylko proponują. Dlatego związał się z partią, a nie na przykład z klubem „Krytyki Politycznej”, w którym modnie jest realizować dziś lewicowe zainteresowania. „Krytyka”, choć modna, też tylko proponuje.

Do młodzieżówki wstąpił, kiedy miał 16 lat. Był w szeregach najmłodszy. Szybko awansował. Już po roku został wiceprezesem warszawskiego koła młodych socjaldemokratów, a przewodniczącym jest od półtora roku. Czy nie wstydził się przed kolegami, że związał się z aktywem, z partyjną przybudówką? – Młodzi ludzie nie interesują się polityką, wielu z nich nie potrafi rozpoznać premiera. Nie rozumieją, że polityka wpływa na ich życie. Jak można nie interesować się sprawami, które nas dotyczą? – odpowiada.

Bogumił Kolmasiak ma 24 lata. Skończył socjologię na warszawskiej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, studiuje stosunki międzynarodowe na Uniwersytecie Warszawskim. On też miał 16 lat, kiedy związał się z partyjną przybudówką. Wstąpił do Młodego Centrum – młodzieżówki Unii Wolności, a właściwie tego, co z niej zostało po odejściu części Młodych Demokratów – dotychczasowej młodzieżówki UW, do powstającej właśnie PO. – To była młodzieżówka, która wykazywała cechy organizacji pozarządowej. Organizowała koncerty charytatywne, parady, debaty. Fajna szkoła działania, nie tylko politycznego.

Kolmasiak dobrze się czuł w Młodym Centrum. Odpowiadało mu też to, jaką partię wspiera jego stowarzyszenie. – Miałem zaufanie do wyborów politycznych moich starszych kolegów – mówi. Problem pojawił się w latach 2005–2006, kiedy Partia Demokratyczna zawiązała koalicję przedwyborczą z SLD w ramach projektu Lewica i Demokraci. – W sprzeciwie wobec powstania LiD przystąpiłem do Forum Liberalnego – opowiada o swojej politycznej przeszłości Kolmasiak. – Nie odpowiadał nam dyskurs towarzyszący LiD, a koncentrujący się tylko na PiS.

Wystartował w wyborach samorządowych, jako Forum Liberalne, ale z list PO. – Zdobyłem ciekawe doświadczenie, czyli prowadzenie własnej kampanii wyborczej – opowiada. Obkleił plakatami miasto. Dziś wspomina, że na zdjęciu na plakacie wyglądał jak Nosferatu – groźne spojrzenie, burza włosów i jeszcze źle dobrana marynarka. Może dlatego wyniki głosowania były mierne. Zdobył sto pięćdziesiąt głosów, a żeby wejść do rady dzielnicy Śródmieście trzeba było dostać ich sześćset. W innych dzielnicach wystarczyło siedemdziesiąt. Jednak Kolmasiak nie poczuł zniechęcenia. – Jeśli chce się funkcjonować w polityce, trzeba startować w wyborach, nawet jeśli to walka beznadziejna – podsumowuje.

Mimo porażki nadal działał w Forum Liberalnym. Z kolegami organizował debaty polityczno-społeczne w popularnych warszawskich klubach, do dziś prowadzi portal Polska Liberalna. Jednak z czasem Forum zaczęło się rozpadać. Część działaczy odeszła do PO, część do innych partii. – Nie było rąk do pracy, aktywności nie starczało nawet do tego, by przyjść na spotkanie – wspomina Kolmasiak. Wtedy zaczął się kształtować pomysł rozwinięcia Stronnictwa Demokratycznego. I to było kolejne miejsce, w którym Kolmasiak zaczął z zapałem, a skończył rozczarowany brakiem chęci działania i aktywności kolegów. Więc odszedł, bo jak powtarza, partia to instytucja, dzięki której można coś zmienić, a nie taka, w której się tylko trwa. Od kilku miesięcy działa w Zielonych. Zajmuje się obsługą techniczną strony partii, pisze relacje z wydarzeń. – Jeśli chce się zmienić rzeczywistość, trzeba wejść w partię, nawet pozaparlamentarną – mówi.

Ideowość i pragmatyzm

Czy w polityce, którą za dwadzieścia lat będą uprawiać ci ludzie, znajdzie się miejsce na wizję i wartości? Proces odideologizowania życia publicznego wydaje się nieodwracalny. – Sejm z lat dziewięćdziesiątych był agorą idei, teraz to sala z maszynkami do głosowania – mówi Przemysław Radwan-Rohrenschef, dyrektor Szkoły Liderów. Na dzisiejszym etapie rozwoju polityki nie chodzi już o to, by przekonać wyborców do swojej wizji świata, jak to było w pionierskich czasach polskiej demokracji, tylko o to, by rozpoznać oczekiwania elektoratu i sformułować program, który na nie odpowie.

Jak będzie w przyszłości? Być może proces się odwróci. Nastąpi przesilenie i młodzi ludzie zniechęceni bezideowością dzisiejszych partii zwrócą się w stronę wielkich wizji? A może pogłębią trwającą już tendencję. To zależy między innymi od tego, po co przyszli do polityki i co chcą dzięki niej osiągnąć. Czy to ideowcy o rozpalonych głowach? A może to pragmatycy, którzy partię traktują jak korporację, czyli miejsce, w którym trzeba sobie najpierw zaplanować, a potem realizować ścieżkę kariery, przy czym ani nazwa korporacji, ani partii nie ma znaczenia, poza tym, że powinna być dobra.

W młodzieżówkach są typy z obu sortów, chociaż, jak twierdzi Przemysław Radwan-Rohrenschef, tych drugich jest już mniej. Postawa koniunkturalna była w młodych formacjach charakterystyczna w późnych latach dziewięćdziesiątych, kiedy to młodzieżówki były naturalnym stopniem kariery. – Jak się wpadło w dobre miejsce, była szansa, że się pójdzie dalej – mówi. – Teraz ci, którzy tak funkcjonują idą od razu do partii.

Stopień zaangażowania ideowego młodego działacza łatwo ocenić pytając go, dlaczego wstąpił właśnie do tej, a nie innej młodzieżówki. Dlaczego wybrał tę, a nie inną partię. Odpowiedzi dają równie złożony obraz jak teoria.

Dobrawa Morzyńska wybrała Młodych Demokratów, bo wiedziała, że jeśli ma się związać z jakąś partią, to tylko z PO. Uzasadnia to tak: – W PO jest możliwość dyskusji, czego w innych partiach nie ma, różnorodność, wachlarz rozmów, które prowadzą do kompromisu.

W taki właśnie sposób, zaskakująco zbieżny z wizerunkiem kreowanym przez przywódców PO, widziała tę partię jako 16-letnia licealistka. Pamięta, jak była na Openerze i na telebimie śledziła wieczór wyborczy po ostatnich wyborach prezydenckich. Przez jakiś czas wydawało się, że może wygrać Jarosław Kaczyński. Morzyńska stała w tłumie młodych ludzi, który buczał, kiedy pojawiało się nazwisko prezesa PiS. Ona truchlała. Dlaczego? Odpowiada, że bała się powrotu tego, co już było, wetowania ustaw, kłótni o krzesło. O ideach to by było tyle.

Grzegorz Gruchalski od dzieciństwa przejawiał wrażliwość społeczną. Jako mały chłopiec znosił do domu chore psy i koty z okolicy. Jako młody chłopak dostrzegając nędzę sąsiadki emerytki, wydłubywał ostatnie drobniaki ze skarbonki i kupował staruszce bułki. Jako licealista wiedział, że chce budować świat, w którym jego sąsiadka nie zostanie ze swoją nędzą sama. Tak mogłaby się zacząć opowieść o kształtowaniu się wizji świata Grzegorza Gruchalskiego, ale… nie zacznie się. Gruchalski stanowczo zaprzecza, kiedy pytam, czy właśnie tak odkrywał w sobie lewicową ideowość. Siedzi prosto na krześle, ręce ze splecionymi palcami trzyma wyciągnięte na stole, patrzy prosto w oczy, mówi z kamienną twarzą. I deklaruje: – Nie można mylić rozdawnictwa z lewicowością. Rozwija: – Rozdawnictwem nie będą rozwiązania systemowe, które stworzy państwo.

A lewicowość Gruchalskiego kształtowała się w domu. Dziadek, dawny działacz PZPR podsuwał wnukowi „Trybunę”. Oglądał też wspólnie z wnukiem wiadomości. Wskazywał: ten mówi dobrze, ten źle. – A ja go słuchałem – mówi Gruchalski. Dlaczego jednak indoktrynacja, jak sam to nazywa, ze strony dziadka nie przyniosła efektów odwrotnych do zamierzonych? W poprzednim pokoleniu synowie działaczy partyjnych lgnęli raczej do działających w PRL-u środowisk opozycyjnych. To był bunt pokoleniowy i ideowy. Dlaczego Gruchalski nie przeżył takiego buntu wobec dziadka? – Ja się urodziłem w 1989 roku, kiedy PRL już nie było, nie miałem aspiracji do buntu – odpowiada roześmiany.

Tak więc dziadek nauczył wnuka, że dobro wspólne jest ważniejsze niż dobro jednostki. Brzmi znajomo? Jednak w dzisiejszych czasach jest to definiowane inaczej, niż za czasów rozkwitu PZPR. – Chodzi o to, żeby nie myśleć tylko o sobie, żeby nie być egoistą, tylko szukać rozwiązań dobrych dla wszystkich – tłumaczy swój punkt widzenia Gruchalski. I kontynuuje: – Nie dla wyścigu szczurów, nie dla pędu za pieniądzem. Przyjaźnie – to jest ważne.

Jednak ostatecznie do młodzieżówki SLD Gruchalskiego przekonał Wojciech Olejniczak, który jako młody polityk przejął przywództwo w Sojuszu. 16-letni Gruchalski poczuł w lewicy szansę dla ludzi młodych i postanowił się do niej przyłączyć. I nie ma wątpliwości, że SLD pod wodzą Grzegorza Napieralskiego właśnie tę szansę realizuje.

Bogumił Kolmasiak na pytanie „dlaczego Zieloni?” odpowiada z własnej inicjatywy, na stronie internetowej partii, w swojej notce biograficznej: „uważam, że w czasach, gdy dyskurs konserwatywno-liberalny zdominował debatę publiczną, a wszelkie próby poszerzania wolności i równości są skutecznie blokowane przez dominujący przekaz, trzeba wesprzeć środowisko, które od lat staje po stronie człowieka, przyrody i myśli o Polsce i świecie w długiej perspektywie. Zieloni są konsekwentni w tym, co robią, prezentują ginący gatunek osób, które uprawiają politykę opartą na wartościach, a postulaty zawarte w Zielonym Manifeście cały czas zachowują aktualność”.

Warto jeszcze zapytać, dlaczego wcześniej wstąpił do młodzieżówki rozbitej Unii Wolności, a potem do Stronnictwa Demokratycznego. Kolmasiak, żeby to wytłumaczyć, opowiada o swoich książkowych fascynacjach z czasów, gdy był nastolatkiem. Na pierwszym miejscu wymienia Wiarę i Winę Jacka Kuronia. Interesowało go wszystko, co zostało napisane o opozycji demokratycznej z okresu PRL i o tym, jak jest urządzona polityka. Dlatego, kiedy poczuł, że sam chce się zaangażować, poszedł tam, gdzie skupiały się postacie znane mu z jego najważniejszych lektur: Kuroń, Lityński, Geremek. A więc do młodzieżówki UW. Tłumaczy: – Nie do końca rozumiałem werdykt wyborców, kiedy to Unia Wolności nie weszła do sejmu. Uważałem, że ci ludzie powinni funkcjonować w debacie publicznej. Bałem się też, że LPR i Samoobrona, które dostały się wtedy do parlamentu, zaczną sprawować władzę. Bałem się Giertycha i jego faszyzującej młodzieży, z kolei Lepper wprowadził masę ludzi niekompetentnych, bez pomysłu, roszczeniowych.

Po upadku Forum Liberalnego zainteresował się partią, która jego zdaniem stwarzała szansę na uzdrowienie jakości uprawiania polityki – wzmacnianym i organizowanym na nowo przez Pawła Piskorskiego Stronnictwem Demokratycznym. Budowa liberalnego centrum, czegoś tak bliskiego poglądom Kolmasiaka, wydawała się kusząca. Jednak przystąpienie do ekipy, która dołączyła do stronnictwa było dla niego decyzją ryzykowną. Nazwisko Pawła Piskorskiego nie było wiarygodne, nie wiadomo też było, jacy są ludzie z SD, wiadomo było natomiast na pewno, że nie mają żadnego pomysłu na działalność. A Kolmasiak jest niezmiennie przekonany, że nie można przystępować do partii tylko dlatego, by się gdzieś zaczepić. Chciał robić to, w co wierzył. Ostatecznie przekonała go obecność w partii Bogdana Lisa i Mariana Filara. Odszedł natomiast, gdy przekonał się, że tego, w co wierzy, robić się tam nie da. Opowiada: – Panowała tam atmosfera czekania, lenistwa, jakby tym, którzy tam wstąpili zależało tylko na wczesnej emeryturze politycznej na przyzwoitym poziomie. Ja uważam, że trzeba coś robić, inicjować akcje społeczne, realizować projekty medialne, a nie siedzieć w starym budynku i grać w pasjansa. Oni zbudowali nadzieję, ale nie przekuli jej w działanie. I jeszcze jedno mu nie odpowiadało – w partii nie liczyła się praca, tylko wieloletnie przyjaźnie, a to sprawiało, że nie było tam, jak zauważył Kolmasiak, krążenia elit.

Dlatego odszedł bez żalu. – Są granice żenady – kwituje. W Zielonych odżył. Tu ciągle ktoś czegoś od niego chce, wokół roi się od nowych pomysłów i zapału do pracy. A jak lewicowy w końcu profil partii ma się do liberalnych poglądów Kolmasiaka? – Jestem socjalliberałem, wolność i równość to wartości, które powinny się uzupełniać. Zgadza się z kolegami z partii, że praca młodych, jak każda praca powinna być wynagradzana, a często nie jest, bo nie płaci się za staże. Z kolei ciągłe zatrudnianie na umowę zlecenie to przestępstwo, nagminnie popełniane przez polskich pracodawców. Zieloni są równościowi, Kolmasiak też. Jest zwolennikiem silnego państwa, ale tylko w takim zakresie, by służyło ono obywatelowi, ułatwiało mu życie, a nie nim sterowało. To również jest zgodne z filozofią Zielonych.

Choć więc widzi pewne ideowe rozbieżności między sobą, a swoją partią, to nie są one dotkliwe. Twierdzi, że nie mógłby kierować się takimi motywacjami, jakimi kierują się często młodzi politycy wiążący się z partią władzy, na przykład z PO – mają na wiele spraw inny pogląd niż oficjalna linia partii, ale wolą się bezsilnie temu przyglądać niż odejść, bo wierzą, że tylko tam, będąc w parlamencie, można coś sensownego zdziałać. Może dlatego wszystkie dotychczasowe wybory Kolmasiaka były w pełni ideowe, ale również niszowe.

Taka postawa jest niezrozumiała dla Michała Ciechowskiego, młodego aktywisty z PiS. Wspomina decyzję Marka Jurka, który odszedł z partii po porażce forsowanej przez niego poprawki do konstytucji w sprawie ochrony życia poczętego. Decyzja honorowa – przyznaje Ciechowski, Jurek wziął odpowiedzialność za swój projekt i za swoje przekonania. Ale wystarczyło poprzestać na rezygnacji z funkcji marszałka Sejmu. Rezygnacja z członkostwa w ówczesnej partii rządzącej to zdaniem Ciechowskiego błąd, który pozbawił polityka wpływu na życie publiczne. – Poza głównym nurtem dziś się nic nie da zrobić. A każda próba budowy czegoś nowego rozbija się o brak pieniędzy jak w PJN albo o brak kadry, jak to było w SD – uważa.

On sam jednak nie ma problemu z akceptacją linii swojej partii. Od lat czuł, że utożsamia się z tym, co głosi PiS. Wcześniej w podobny sposób trafiały do niego idee AWS, jednak rozczarowała go dotkliwie koalicja tego ugrupowania z Unią Wolności. Z sentymentem wspomina swoje pierwsze spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Właściwie obecność na spotkaniu z nim, w 2005 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim. – Na sali było z dwieście, trzysta osób, słuchałem Kaczyńskiego i to, co mówił było dla mnie niesamowite – wspomina i robi minę, jakby wspominał swoją pierwszą miłość.

Czy właśnie dlatego wstąpił do młodzieżówki PiS? Czy może dlatego, że właśnie wtedy nadchodziły wybory, z których, jak się później okazało, PiS wygrał i prezydenckie, i parlamentarne? – Interesuje mnie program, nie politycy. Gdyby inni głosili ten sam program, byłbym z nimi – zapewnia.

Porozmawiajmy o polityce

Michał Ciechowski wygłasza swoje poglądy zapalczywie, ale nie napastliwie, mnoży przykłady, nie waha się. – Wciąż odczuwamy skutki nierozliczenia przeszłości. Nie chodzi o to, żeby wsadzać ludzi do więzienia, ale wszyscy ważniejsi działacze z PZPR uciekli w biznes. Nie może być tak, że pozwalamy im funkcjonować w życiu publicznym i gospodarczym. Podobny manewr, błyskawiczną ucieczkę w biznes i w spółki skarbu państwa, wykonała po przegranych wyborach Unia Wolności, jej też nikt nie rozlicza…

Może tak długo. O silnym państwie, którego Polacy potrzebują, o bezpieczeństwie obywateli, konieczności walki z korupcją, obniżenia podatków i wspierania najuboższych, o bezradnym premierze, który karze wszystkich kibiców, zamiast bandytów.

Wszystko to można już było usłyszeć podczas przemówień Jarosława Kaczyńskiego. A co Michała Ciechowskiego w jego partii drażni? Co chciałby w niej zmienić? Czy jest w ogóle coś takiego? Bo jeśli młodzi ludzie przychodzą do polityki bez nowych pomysłów, co wniosą do niej później? Czyżby argumenty i tezy dostarczane od dwóch dekad miały starczyć na następnych dwadzieścia lat? Słuchając młodych działaczy można obawiać się, że tak będzie. Wszyscy mają problemy z podaniem różnic między swoimi poglądami, a linią partii. Ciechowski ma najmniejsze, wymienia je szybko, ale enigmatycznie. – Drażnią mnie wypowiedzi niektórych polityków, z jednej strony mamy Antoniego Macierewicza, a z drugiej – Adama Hoffmana. Ale to ogromna partia, z dużym dyskursem, niektóre poglądy mnie denerwują, ale wiem, że tak musi być. Ważne, żeby w partii była ideowość, a u nas jest – dodaje szybko.

Grzegorz Gruchalski zdobywa się na krytykę Leszka Millera, mówi, że ten nie powinien startować z list SLD w wyborach, bo był związany z Samoobroną, która z kolei rządziła z PiS i LPR. Jednak tę krytykę w SLD wygłosiło już wielu starszych kolegów, więc trudno podziwiać Gruchalskiego za niezależne spojrzenie. Inaczej jest z parytetami, których, zdaniem Gruchalskiego, kobiety nie potrzebują. Dlatego, inaczej niż jego partia, jest parytetom przeciwny.

Dobrawa Morzyńska wymienia jedną różnicę, ale nie chce, żeby o tym pisać. A co sądzi o głośnej sprawie OFE? Wierzy profesorowi Rostowskiemu i nie śmie się wypowiadać na ten temat po nim, bo cóż mogłaby dodać?

– Prywatyzacja?

– Prowadzi do zdrowszego modelu zarządzania.

– A prywatyzacja państwowej firmy przez inną państwową firmę, jak to forsowała PO w branży energetycznej?

– Kłócą się o to ekonomiści. Jak tu wybrnąć? Nie wybrnę, sprawy nie znam.

– In vitro?

– Dopóki nas nie będzie stać na szereg innych badań i zabiegów, co do których nie ma wątpliwości, że nie są moralnie kontrowersyjne, złotówka nie może iść z budżetu na coś, co jest wątpliwe.

Bartosz Paturej to młody dziennikarz, który w krakowskim radio prowadził audycję „Polifonia”. Zapraszał polityków z młodzieżówek partyjnych. – Dawaliśmy im się wypowiedzieć, mogli długo mówić i pokazać swój punkt widzenia – opowiada. – Mieliśmy nadzieję, że to będzie krytyczny głos, który wniesie coś nowego. Niestety najczęściej słyszeliśmy kalkę wypowiedzi starszych kolegów.

Debata publiczna – słaba prognoza

Jedno ich wszystkich łączy, nie mają wątpliwości, że poziom debaty publicznej ostatnio się zmienił. To koniec wspólnego myślenia. Dobrawa Morzyńska uważa bowiem, że debata nabrała klasy i że podniósł się jej poziom, a stało się tak od czasu, kiedy PiS przegrał wybory. Znacznie lepiej prowadzi się debatę w polityce międzynarodowej, a w kraju wyraźnie poprawił się poziom konferencji prasowych polityków rządzących. Pozostałym rozmówcom sposób, w jaki omawia się w Polsce doniosłe kwestie i uciera wnioski, nie odpowiada. Każdy z nich chciałby, by dyskurs stał się merytoryczny.

Do czasu, gdy przyjdzie pomówić o szczegółach.

Grzegorz Gruchalski ma dosyć nieustannego happeningu w polskim życiu publicznym. Śmieszne spoty, kontrowersyjne wypowiedzi bez treści wygłaszane tylko po to, by media je podchwyciły i mieliły przez cały dzień. Debata powinna się toczyć wokół sejmowych ustaw, a nie wokół smoleńskich trumien. Kiedy jednak szef jego partii rozdaje czerwone jabłka przed hutą Sendzimira, to już nie jest happening, tylko wrażliwość społeczna. Kiedy jego młodzieżówka pali teczki przed siedzibą IPN, to owszem jest to happening, ale potrzebny, by zwrócić uwagę na poważny problem dotyczący skandalicznie przeprowadzanej lustracji.

Czy Michałowi Ciechowskiemu odpowiada to, że europoseł, któremu prowadzi biuro, mówi w Parlamencie Europejskim, że w Polsce nie ma wolności? – Zbigniew Ziobro jest wyrazistym politykiem. Zasłużonym, ale ostrym, taki ma charakter. Ja jestem bardziej stonowany, wolę dyskusję, ale każdy jest inny – odpowiada. On również łaknie wyważonej, merytorycznej debaty. Łaknie jednak również uwagi mediów, kiedy chce skierować dyskusję na ważne tematy. A bez happeningu się nie da. – Media przyciąga konflikt – mówi. I opowiada, jak zorganizował z kolegami w krakowskiej siedzibie PiS konferencję prasową na temat sprzeciwu jego partii wobec podniesienia podatku VAT na książki. – Przyszło dwóch dziennikarzy. Kiedy urządziliśmy przed siedzibą happening na ten temat, przyszły chyba wszystkie lokalne gazety, radia, telewizje i portale.

Podobnie było z akcją dotyczącą budowy nowego ronda, na konferencji pustki, po pomysłowym happeningu byli w gazetach przez tydzień. – Dlatego trzeba być kontrowersyjnym, bo inaczej nie przyciągnie się uwagi mediów – kwituje.

Działanie, służba, walka – plany

Dożynki, festyny, konferencje, spotkania szefa z wyborcami, wystąpienia w radio – Ciechowski przed takimi wydarzeniami ma mnóstwo roboty. Musi przygotować dla swojego posła materiały, z których ten będzie korzystać, by przygotować się do przemówienia, debaty czy wywiadu. Czasami sugeruje, co jego zdaniem warto podkreślić, poseł skorzysta albo nie, ale widzi. Ciechowski lubi to. – Wtedy czuję, że mam jakiś wpływ na to, co poseł powie. Nie mam wpływu na wielkie sprawy programowe, ale jednak coś ode mnie też zależy – mówi.

Grzegorz Gruchalski chwali się wymyślonymi przez siebie akcjami, dzięki którym o SLD i jego młodzieżówce było głośno – przeciw prywatyzacji SPEC (Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej) i przeciw „janosikowemu”, czyli obowiązkowi oddawania przez Warszawę części swoich dochodów biedniejszym gminom regionu.

Rok temu pracował w sztabie wyborczym Grzegorza Napieralskiego. – Ciężka praca, dużo frajdy. Zobaczyłem politykę od kuchni – wspomina. Od dwóch lat pracuje dla Ryszarda Kalisza. – Świetny adwokat – kiwa głową Gruchalski. Czy liczy na to, że wpływowy szef pomoże mu się odbić? Zaprzecza. Kalisz jest z Warszawy i Gruchalski jest z Warszawy, to naturalne, że pracują razem. – To ciężka praca, a nie przyjaźnie powoduje, że ktoś się dalej wspina – przyznaje Dobrawa Morzyńska, która czuje, że w PO jeszcze od niej nic nie zależy, ale ma wpływ na życie koła młodzieżówki.

Jednak przeciętny młody człowiek w partyjnej przybudówce nie ma lekkiego życia. Początkujący aktywista sprawdza się w boju, a więc w kampanii wyborczej. Jednak wtedy łatwo go wykorzystać. – Młodzi bywają traktowani jako bezpłatne firmy public relations – opowiada Bartosz Paturej, krakowski dziennikarz. – Rozmawiałem z dziewczyną, która przyszła do partii i była zachwycona. Mnóstwo roboty, zgrane towarzystwo. A potem skończyła się kampania i przestała być potrzebna.

Młody działacz, podobnie jak starszy, musi walczyć o dostęp do ucha szefa, pokazać, że jest skuteczny, lojalny. Jednak ten pierwszy musi się starać bardziej. – Młodzi potrafią być brutalniejsi niż starsi politycy, bo muszą się przebić – mówi Bartosz Paturej.

Po co więc tak się starają? Co chcą dzięki temu osiągnąć? Tylko Gruchalski przyznaje: – Tak, chciałbym za dwadzieścia lat zostać premierem. To daje instrument do przeprowadzenia faktycznych zmian. Dodaje jednak szybko: – Na razie jako takie narzędzie wyobrażam sobie karierę w samorządzie. To tu chcę działać w najbliższych latach. Do Sejmu może wystartuję za osiem lat.

O samorządzie mówi także Dobrawa Morzyńska, Bogumił Stelmasik, Michał Ciechowski. Wszyscy uważają, że to tam, a nie w Sejmie można rozwiązywać realne problemy wyborców – załatać dziurę w drodze i budować rondo. Przemysław Radwan-Rohrenschef zauważa: – Młodzi, którzy chcą mieć wpływ na życie, zostają radnymi. Wtedy mogą realizować swoje pomysły. Ale jest też wielu takich, których kręci wielka polityka i lubią w niej być.

Ani Morzyńska, ani Ciechowski, ani Kolmasiak nie widzą siebie w takim świecie. Morzyńska dlatego, że nie ma jeszcze planów na życie, skończyła dopiero 21 lat. Ciechowski dlatego, że lubi Kraków, samorząd i jest rodzinny. A jeśli poseł chce wykonywać swoje obowiązki serio, pracować w parlamencie, bywać na dyżurach, dla rodziny ma bardzo niewiele czasu. A Kolmasiak – cóż, dostał się na wyborcze listy SLD, tak jak inni Zieloni, ale nie spodziewał się, że zdobędzie mandatu z tak odległego miejsca.

Wielka polityka jest na razie poza ich zasięgiem.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata