70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nadużycia pamięci

Głosząc bezwarunkową pochwałę pamięci, strzeżmy się jednak rytualnie piętnować zapomnienie. Wszystko, co nosi ślad totalitarnej przeszłości, może być naznaczone traumą. Doświadczający jej ludzie bronią się przed trudem wyjaśniania, przed wezwaniem do analizy poprzedzającej osąd. Jednak stawka pamięci jest za wysoko, aby zdać się na poryw entuzjazmu czy wściekłości.

„Pamięć, z której czerpie zataczająca krąg historia, stara się ocalić przeszłość tylko w służbie teraźniejszości i przyszłości. Uprawiajmy historię w taki sposób, aby pamięć zbiorowa służyła wyzwoleniu, a nie ujarzmieniu ludzi”

Jacques Le Goff

 

PAMIĘĆ ZAGROŻONA

Totalitarne reżimy XX wieku ujawniły zagrożenie, którego istnienia nie podejrzewaliśmy – możliwość wymazania pamięci. Oczywiście ignorancja jest stara jak świat, podobnie zresztą jak praktyka systematycznego niszczenia dokumentów i zabytków. Wiadomo – żeby wziąć przykład z odległego nam czasu i miejsca – że na początku XV wieku aztecki władca Itzcoatl, chcący odtworzyć przeszłość wedle własnych pomysłów, rozkazał zniszczyć wszystkie stele i księgi. Ledwie sto lat minęło, a hiszpańscy konkwistadorzy podjęli trud wymazania i spalenia śladów dawnej wielkości podbitych Azteków. Jednak reżimy te, ponieważ nie były totalitarne, uderzały tylko w oficjalne rezerwuary pamięci, dzięki czemu zostawiały przy życiu inne jej formy – chociażby ustne opowieści czy poezję. Tymczasem tyranie XX wieku zrozumiały, że do podboju ziem i ludzi potrzebne jest panowanie nad informacją i komunikacją, podeszły więc do zawłaszczania pamięci w sposób usystematyzowany i postanowiły przejąć kontrolę nad nią w najbardziej nawet ukrytych zakamarkach. Część takich projektów spełzła na niczym, lecz bez wątpienia wiele (a z istoty rzeczy nie możemy wiedzieć których) śladów przeszłości zostało skutecznie zatartych.

Liczne przykłady nie do końca udanych prób przywłaszczenia jej są dobrze znane. „Całe krótkie dzieje »tysiącletniej Rzeszy« można rozpatrywać jako wojnę z pamięcią” – pisze słusznie Primo Levi . Ale to samo można by powiedzieć o dziejach ZSRR czy komunistycznych Chin. Ślady tego, co istniało bywały zamazywane lub przemalowywane i przemieniane; miejsce faktów zajmowały kłamstwa i zmyślenia; zakazywano szukania i głoszenia prawdy – cel uświęcał środki. W obozach koncentracyjnych odkopywano trupy po to, by je spalić, a popioły rozsypać. Umiejętnie manipulowano rzekomo prawdziwymi fotografiami, by odsunąć wstydliwe wspomnienia. Po każdej zmianie ekipy rządzącej na nowo pisano Historię, a użytkownikom encyklopedii nakazywano, by sami wyrywali z niej stronice, które w nowej rzeczywistości były niepożądane. Strzelano podobno do łodzi z Sołowek, żeby wieści od skazanych nie poszły w świat. Konieczność wyciszenia działań ocenianych przez ich sprawców jako doniosłe prowadziła czasem do paradoksów – widać to w słynnym zdaniu Himmlera na temat „ostatecznego rozwiązania”: „To jest chwalebna karta naszej historii, która nigdy nie została i nigdy nie zostanie napisana” .

Reżimy totalitarne czynią z kontroli informacji priorytet i zapewne właśnie dlatego ich wrogowie usilnie tej polityce przeszkadzają. Znajomość i zrozumienie takiego ustroju, a ściślej jego instytucjonalnej skrajności – obozów, jest dla więźniów sposobem na przeżycie. Więcej – powiadomienie świata o istnieniu obozów jest krokiem w stronę ich likwidacji. Za to warto było zapłacić każdą cenę. Właśnie z tego powodu syberyjscy łagiernicy obcinali sobie palec i przywiązywali do spławianych rzeką pni. Ten znak, lepiej niż rzucona w morze butelka z listem, wskazywał znalazcy, przez jakich drwali drzewa były ścięte. Rozprzestrzeniająca się informacja pozwala ratować ludzkie życie – deportacja węgierskich Żydów została przerwana dzięki Vrbie i Wetzlerowi, którym udało się uciec z Auschwitz i upublicznić raport o tym, co się tam działo. Nie można oczywiście lekceważyć zagrożenia, jakie to ze sobą niesie – Anatolij Marczenko właśnie za rozgłoszenie prawdy o Gułagu spędził w nim resztę życia.

Nietrudno więc zrozumieć, dlaczego pamięć cieszy się taką admiracją wszystkich wrogów totalitaryzmu; dlaczego każde, choćby najskromniejsze wspomnienie, włącza się w nurt oporu (zanim rosyjskie słowo pamjat’ – „pamięć” przywłaszczyła sobie pewna antysemicka organizacja, było tytułem znakomitej serii wydawanej w samizdacie – już samą rekonstrukcję przeszłości postrzegano jako przeciwstawienie się władzy). Być może dzięki kilku utalentowanym literatom z krajów totalitarnych oskarżenie zapomnienia uzyskało ostatnimi laty kontekst daleko szerszy niż pierwotnie. Często zarzuca się liberalnym demokracjom Europy Zachodniej czy USA, że dziś to one przyczyniają się do uwiądu pamięci one sprzyjają królestwu zapomnienia. Zmuszeni do coraz szybszego pochłaniania informacji, siłą rzeczy coraz prędzej je eliminujemy. Odcięci od tradycji, ogłupieni przez wymogi „społeczeństwa wypoczynku”, pozbawieni zarówno duchowej ciekawości, jak i chęci poznania dawnych wielkich dzieł, zostaniemy skazani na beztroskie celebrowanie niepamięci, na pustotę chwilowych rozkoszy. Zagrożeniem jest tu nie tyle wymazanie informacji, ile ich nadmiar. W ten mniej brutalny, lecz skuteczniejszy, bo niebudzący oporu sposób (czyniący z nas wspólników w zacieraniu pamięci) demokratyczne państwa prowadzą ludzi do tego samego celu, co ustroje totalitarne – do barbarzyństwa.

MORFOLOGIA

Głosząc bezwarunkową pochwałę pamięci, strzeżmy się jednak rytualnie piętnować zapomnienie. Wszystko, co nosi ślad totalitarnej przeszłości, może być naznaczone traumą. Doświadczający jej ludzie bronią się przed trudem wyjaśniania, przed wezwaniem do analizy poprzedzającej osąd. Jednak stawka pamięci jest za wysoko, aby zdać się na poryw entuzjazmu czy wściekłości.

Zacznijmy od pewnej oczywistości – otóż pamięć bynajmniej nie jest przeciwieństwem zapomnienia.  Właściwym przeciwieństwem zapomnienia (zatarcia) jest zachowanie, zaś pamięć polega, zawsze i z konieczności, na współdziałaniu tych dwóch opozycyjnych pojęć.Całkowite odtworzenie przeszłości jest  oczywiścieniemożliwe (choć Borges wyobraził je sobie w opowiadaniu o Pamiętliwym Funesie), a gdyby było możliwe, byłoby czymś przerażającym. Obraz minionych zdarzeń jest z istoty doborem – pewne aspekty będą zachowane, inne zostaną natychmiast lub stopniowo oddalane, a więc zapominane. Dlatego jest coś głęboko mylącego w nazywaniu „pamięcią” zdolności komputerów do kumulowania informacji; operacji tej brakuje przecież konstytutywnej cechy –  pamięci, czyli selekcji.

Zachowywanie bez doboru nie jest jeszcze pracą pamięci. Hitlerowskim i stalinowskim oprawcom nie zarzucamy, że usuwali pewne elementy przeszłości zamiast zostawić wszystkie (przecież sami nie potrafimy robić inaczej), lecz że uzurpowali sobie prawo decydowania, co odrzucić. Żadne organy władzy nie powinny oznajmiać obywatelom: „nie macie prawa sami szukać prawdy faktów; osoby nieakceptujące oficjalnej wersji przeszłości zostaną ukarane”. Wynika to z samej definicji życia w demokracji – zarówno jednostki, jak i zbiorowości mają prawo do wiedzy o swojej historii, a zatem do jej poznania i przekazywania innym – nie leży w gestii rządów pozwalać na to lub tego zakazywać. Dlatego wprowadzona niedawno ustawa Gayssota, przewidująca karę za negacjonistyczne elukubracje, choć płynęła z dobrych intencji, została źle przyjęta – nie do prawa należy ustalanie Historii. Wystarczy, jeśli będzie ono walczyć z oszczerstwem czy nawoływaniem do nienawiści rasowej.

Przytoczywszy te fakty, chciałbym wskazać pierwsze narzucające się rozróżnienie – na odzyskiwanie przeszłości i użytek, jaki z niej później robimy. Trzeba podkreślić, że te dwa gesty nie są automatycznie połączone – wymóg przypominania sobie, odzyskiwania przeszłości  nie wskazuje jeszcze na sposób, w jaki  jej użyjemy – każdy z nich ma swoją własną specyfikę i swoje własne paradoksy. Jednak rozróżnienie to, jakkolwiek wyraźne, nie zakłada też całkowitej odrębności tych działań. Pamięć jest selekcją. Trzeba dokonać, wedle pewnych kryteriów, wyboru między wszystkimi otrzymanymi informacjami. Kryteria owe, bez względu na to, czy zastosowano je świadomie, najprawdopodobniej posłużą też do podjęcia decyzji o sposobach wykorzystania przeszłości. Lecz jeśli spojrzy się na całość nie z punktu widzenia źródeł, lecz legitymizacji, tu właśnie widać brak ciągłości – nie należy usprawiedliwiać podstępnego, oszukańczego użycia przeszłości koniecznością jej przypominania. Nic nie powinno przeszkodzić w odzyskiwaniu wspomnień – oto zasada stosująca się do pierwszego z tych dwóch procesów. Kiedy zdarzenia przeżyte przez jednostkę lub przez grupę są tragiczne, prawo to staje się powinnością, obowiązkiem dawania świadectwa. We Francji mamy doskonały przykład takiej pracy – to powstały z inicjatywy Serge’a Klarsfelda memoriał wygnanych Żydów. Nazistowscy zbrodniarze chcieli unicestwić swoje ofiary i nie pozostawić po nich żadnego śladu. Dzieło to z szokującą prostotą przywraca nazwiska, daty urodzenia daty wysyłki do obozów zagłady. Oddaje zaginionym ich ludzką godność. Życie przegrało ze śmiercią, ale pamięć wygrywa walkę z nicością.

Jeśli chodzi o drugi proces – użycie pamięci, a co za tym idzie o rolę, jaką przeszłość gra w teraźniejszości – nie sposób ująć go tak prosto.

MIĘDZY TRADYCJĄ A NOWOCZESNOŚCIĄ

Nie trzeba wnikliwych historycznych badań, by odkryć, że różne społeczeństwa różnie ten problem rozwiązują. Przeszłość i jej przywoływanie nie może przyjmować tej samej funkcji w społeczeństwie niepiśmiennym, takim jak dawne cywilizacje Afryki, i ,wykształconym jak średniowieczna Europa. Powszechnie wiadomo, że od renesansu, a jeszcze wyraźniej od końca XVIII wieku, w Europie zaczął powstawać nieznany wcześniej typ społeczeństwa, które przestało bezwarunkowo wielbić tradycje i przeszłość, które, jak mawiał utopista Saint-Simon, wydarło jej złoty wiek, by umieścić go w przyszłości; które zdegradowało pamięć na rzecz innych władz umysłowych. W tym sensie zasadne poniekąd są lamenty nad niedostatecznym docenieniem jej dzisiaj w zachodnich krajach – bo tylko one nie posługują się przeszłością jako uprzywilejowanym sposobem uprawomocniania, nie stawiają pamięci na honorowym miejscu. Wypada jeszcze dorzucić, że jest to cecha konstytuująca tożsamość naszego społeczeństwa, a zatem nie sposób się jej pozbyć nie przekształcając samej jego istoty.

Zresztą miejsce pamięci i rola przeszłości zmieniają się w zależności od sfery życia społecznego i wchodzą w różne konfiguracje. Jak zauważają filozofowie, ogólna koncepcja życia publicznego przewędrowała od heteronomii do autonomii, od społeczeństwa legitymizowanego przez tradycję (a zatem coś dlań zewnętrznego) do społeczeństwa opartego na umowie, którą każdy musi zaakceptować bądź odrzucić. Wiadomo, że nie stoi za nią żaden historyczny czy antropologiczny fakt, niemniej jest ona ideą regulatywną naszych instytucji. Nie odwołujemy się już do przeszłości, lecz do zgody i do decyzji większości. Pozostałości uprawomocnienia przez tradycję bynajmniej nie zostają usunięte. Ale – co niezwykle ważne – dozwolone jest kontestowanie jej w imię woli ogółu czy wspólnego dobra. Przykładów nie trzeba długo szukać. Pamięć została zdetronizowana, oczywiście nie na rzecz zapomnienia, lecz pewnych uniwersalnych zasad i woli ogółu. To samo można powiedzieć o całej dziedzinie prawa.

Kolejnym polem, na którym pamięć straciła wiele ze swoich przywilejów, jest nauka. Nie byłoby fałszem stwierdzenie, że powstała ona w czasach renesansu dzięki stopniowemu uwalnianiu się spod nazbyt ścisłej kurateli pamięci. Nauki rozwinęły żagle, ponieważ zrezygnowały z ciągłego odtwarzania scholastycznej wiedzy – tej rzekomej mądrości starożytnych –  zakwestionowały system Ptolemeusza i  arystotelesowskie klasyfikacje. Dopiero po odrzuceniu dawnego wyobrażenia świata udało nam się włączyć skutki wielkich odkryć geograficznych w jego nową wizję (aktualną do dziś). Kartezjusz z absolutnym przekonaniem stwierdza, że postęp w wiedzy może następować przez sprowadzanie „rzeczy do ich przyczyn”, a w konsekwencji „nie jest konieczne pamiętać wszystkie nauki”[1]. Dziś pamięć przegrywa z obserwacją i doświadczeniem, z inteligencją i rozumem. Ich dominacja nie jest i nie powinna być absolutna (nauki mają przeszłość, która nie pozostaje bez wpływu na teraźniejszość), lecz jest faktem niezaprzeczalnym – wystarczy spojrzeć, jakie miejsce zajmuje w powszechnej edukacji matematyka, dyscyplina rozumowa, w stosunku do opartych na pamięci historii, geografii czy literatury.

Zachodnią sztukę od innych wielkich artystycznych tradycji, chociażby chińskiej czy hinduskiej, odróżnia szczególne miejsce dla innowacji, inwencji, oryginalności. Miejsce tak ważne, że w XIX wieku wyłoniła się idea artystycznej awangardy, ruchu zwracającego się w stronę przyszłości, a nie jak dotąd – przeszłości. Na skutek tego nowość stała się jedynym (a co za tym idzie, absurdalnym) kryterium artystycznej wartości. Dziś wiatr nie wieje już w żagle awangardy, przedkładamy nad nią estetykę zwaną postmodernistyczną, która z kolei podkreśla swój związek, często ludyczny, z przeszłością i tradycją. W rzeczywistości granica nie jest tak wyraźna, jak wynika to z manifestów twórców – w samej istocie średniowiecznej poezji czy klasycznego chińskiego malarstwa tkwiła już możliwość innowacji, z kolei najbardziej nawet awangardowi autorzy, jakkolwiek usilnie odrywają się od tradycji, zawsze wiele jej zawdzięczają. Na ogół nie doceniamy roli pamięci w twórczości artystycznej, a przecież sztuki, która naprawdę zapomniałaby o przeszłości, nie sposób byłoby pojąć. Trzeba jednak po raz kolejny podkreślić, że nie chodzi tu o różnicę między pamięcią a zapomnieniem, lecz między nią a innym pretendentem do honorowego miejsca – twórczością czy oryginalnością.

Kultura – w sensie, jaki etnolodzy nadają temu słowu – w samej swej istocie polega na pamiętaniu, na znajomości pewnych zasad zachowania i umiejętności posłużenia się nimi. Należeć do kultury francuskiej znaczy przede wszystkim znać historię i geografię Francji, jej zabytki i dokumenty, obowiązujące w niej sposoby działania i myślenia. Osoba kulturowo wykorzeniona to taka, która nie poznała kultury przodków lub która ją utraciła, wyrzuciła ją z pamięci. Tu znów trzeba wspomnieć o specyfice zachodnich cywilizacji. Po pierwsze, mimo etnocentryczności swoich członków, dawno temu uznały one istnienie i wartość obcych kultur i nie wzbraniają się przed mieszaniem z nimi. Po drugie – doceniają, przynajmniej od XVIII wieku, zdolność do oderwania się od własnych korzeni. Filozofowie oświecenia ostatecznie uznali tę zdolność ją – czyli możliwość doskonalenia się – za cechę wyróżniającą rodzaj ludzki. Jednostki, którym udaje się wznieść ponad swoje ograniczenia i środowisko, z którego pochodzą oraz społeczeństwa, które wchodzą na drogę rewolucji, są przychylniej nastawione do innych. Nie wierzymy dziś, jak niektórzy myśliciele, że ludzki umysł jest białą kartą i że jest niezależny od kultury, w której się kształtował, że niezdeterminowany, może z równym prawdopodobieństwem podjąć każdą decyzję. A jednak wciąż stawiamy wolność ponad pamięcią tradycją.

Nie warto ciągnąć tej wyliczanki – jakkolwiek wyglądałoby w szczegółach miejsce pamięci w każdej z tych sfer, wyłaniają się nam tu pewne punkty wspólne. Przede wszystkim fakt wielości i różnorodności samych sfer. Następnie to, że pamięć podlega różnym przewodnim zasadom – woli, konsensusowi, rozumowaniu, twórczości, wolności. Jasne jest więc, że w zachodnich społeczeństwach historia na ogół nie zajmuje dominującej pozycji. Co więc powiedzieć o sferze zachowań publicznych, etycznych i politycznych?

DOBRY UŻYTEK

Odpowiedniej paraleli dostarcza nam tu uczuciowe życie jednostki. Jak dobrze wiemy, psychoanaliza przyznaje pamięci centralne miejsce. Nerwica ma faktycznie polegać na tym specyficznym zaburzeniu stosunku do przeszłości, jakim jest wyparcie. Podmiot odsunął ze swoich żywych wspomnień, ze świadomości, te fakty i wydarzenia z wczesnego dzieciństwa, które są dla niego, w taki czy inny sposób, nie do przyjęcia. Uleczenie wymaga odzyskania wypartych wspomnień . Jaki użytek uczyni z nich podmiot, kiedy już je włączy w obręb świadomości? Nie będzie przecież chciał nadać im dominującej pozycji – dorosły człowiek nie może organizować swojego życia wokół wspomnień z dzieciństwa – raczej spróbuje zepchnąć je na obrzeża, tam, gdzie będą nieszkodliwe. Oswoi je, a tym samym rozbroi.  Wyparte wspomnienia były aktywne (przeszkadzały podmiotowi w życiu); odzyskane mogą zostać nie tyle zapomniane, co odstawione na boczny tor. Inna forma marginalizacji wspomnień dokonuje się w czasie żałoby. Na początku nie godzimy się z realnością straty, którą właśnie ponieśliśmy, jednak stopniowo, nie przestając kochać zmarłej osoby, modyfikujemy status związanych z nią obrazów – oddalając je w pewien sposób, łagodzimy ból.

Odzyskiwanie pamięci jest nieodzowne, nie oznacza jednak, że powinna ona rządzić teraźniejszością. Przeciwnie, ta ostatnia czyni z przeszłości dowolny użytek. Świadczyłoby o skrajnym okrucieństwie bezustanne przypominanie komuś najboleśniejszych wydarzeń z jego życia – mamy przecież prawo do zapomnienia. Eufrozyna Kiersnowska pod koniec swojej zadziwiającej ilustrowanej kroniki dwunastu lat spędzonych w Gułagu pisze: „Mamo, prosiłaś, żebym spisała historię tych smutnych »lat terminowania«. Spełniłam twoją ostatnią wolę. Lecz może lepiej byłoby spuścić na to wszystko zasłonę milczenia?”[2]. Zaś Jorge Semprún w Écriture ou la vie opowiada, jak zapomnienie pomogło mu w pewnym momencie otrząsnąć się z koszmaru doświadczeń obozu koncentracyjnego. Każdy ma prawo decydować sam.

Nie znaczy to, że jednostka może całkowicie uniezależnić się od swojej przeszłości, czy używać jej zupełnie swobodnie wedle uznania. Tym bardziej jest to niemożliwe, że przecież na naszą tożsamość składają się, między innymi, obrazy przeszłości. Aktualne „ja” jest sceną, na której pojawiają się jako aktywni bohaterowie: „ja archaiczne” – ledwo świadome, ukształtowane we wczesnym dzieciństwie i „ja refleksyjne” – obraz naszego obrazu w oczach innych, czy raczej tego, jak sobie ten obraz wyobrażamy. Pamięć odpowiada nie tylko za nasze zapatrywania, lecz także za uczucia. Brutalne odkrycia dotyczące przeszłości, konieczność radykalnej reinterpretacji obrazu bliskich czy naszego własnego, to sytuacje bardzo niebezpieczne, czasem nie do zniesienia – nic więc dziwnego, że gwałtownie się przed nimi bronimy.

Wróćmy teraz do życia publicznego i posłuchajmy historii opowiedzianej przez eksploratora amerykańskiego kontynentu, Ameriga Vespucciego. Opisawszy spotkanie Europejczyków z tubylczą ludnością (czasem idące w stronę współpracy, czasem przeradzające się w konfrontację) dodał, że różne miejscowe grupy często toczą wojny ze sobą. Jaka jest tego przyczyna? Oto zaproponowane przez Vespucciego wyjaśnienie: „Nie walczą ani o władzę, ani o poszerzenie swojego terytorium, nie popycha ich też do tego żadna irracjonalna zawiść. Przyczyną jest stara, od dawien dawna w nich istniejąca nienawiść”[3]. Jeśli Vespucci ma rację, to czy powinniśmy życzyć tym ludom, aby dla pokoju zapomniały o nienawiści, aby odsunęły na bok swój gniew i znalazły lepsze zastosowanie dla uwolnionej w ten sposób energii? Ale to znaczyłoby pragnąć, by były inne, niż są.

Do tego prawie już mitycznego przykładu nadużycia pamięci można z łatwością dorzucić inne, wzięte z naszych czasów. Serbowie, uzasadniając swoją agresję wobec innych narodów byłej Jugosławii, odwołują się przede wszystkim do Historii – bliskiej (II wojna światowa) lub dalekiej (walki z Turkami). Jeśli przeszłość powinna rządzić teraźniejszością, to kto – Żydzi, chrześcijanie czy Palestyńczycy – powinien zrezygnować z terytorialnych roszczeń do Jerozolimy? Czy nie mieli racji ci Izraelczycy i Palestyńczycy zgromadzeni przy jednym stole w Brukseli w marcu 1988 roku, którzy byli przekonani, że „aby po prostu zacząć rozmowę, trzeba wziąć przeszłość w nawias”[4]? Do niedawna w Irlandii Północnej katoliccy nacjonaliści wciąż podkreślali, że nie chcą ani zapomnieć, ani wybaczyć, i każdego dnia dorzucali nowe nazwiska do listy ofiar przemocy, która prowokowała w odwecie represje i przemoc z drugiej strony. Niekończącej się wendetty nie zdołałby przerwać żaden nowy Romeo z żadną nową Julią. Słyszy się też dość przekonujące opinie, że znaczna część problemów Afroamerykanów wynika nie z dyskryminacji, z którą się dziś spotykają, lecz z nieumiejętności przekroczenia traumy przeszłości – niewolnictwa i upokorzeń, których ofiarą padali; oraz z płynącej z tego pokusy, żeby, jak pisze Shelby Steele „wykorzystać tę pełną cierpień przeszłość jako źródło władzy i przywilejów”[5].

Nie powinniśmy się dziwić, że we współczesnym świecie kult pamięci nie zawsze służy dobrej sprawie. Jak mówi Jacques Le Goff, to nazistowskie Niemcy i faszystowskie Włochy (moglibyśmy do tego dodać jeszcze stalinowską Rosję) osiągnęły mistrzostwo w czczeniu przeszłości – starannie rzecz jasna wyselekcjonowanej –co pozwalało umocnić narodową dumę i uzupełnić niedostatki słabnącej wiary w ideologię. W 1881 roku Paul Déroulède, wierzący żarliwie w sens wojny założyciel Ligi Patriotów, wykrzykiwał: „Wiem, są tacy, co wierzą, że nienawiść minie, / Lecz nasze serca nie znają, co to zapomnienie (…)”. Tymi słowami brukował drogę do rzeźni Verdun. A jednocześnie potwierdzał bezwiednie potwierdzał opinię Plutarcha, zdaniem którego za sprawą polityki nienawiść przestaje być czymś wiecznym. Innymi słowy polityka podporządkowuje przeszłość teraźniejszości.

PAMIĘĆ I SPRAWIEDLIWOŚĆ

Tych kilka chaotycznych przykładów wystarczy, by pokazać, że i w sferze publicznej nie wszystkie odwołania do przeszłości są równie godne szacunku. Zwłaszcza te pielęgnujące pragnienie zemsty czy rewanżu we wszystkich wypadkach budzą zastrzeżenia. Słusznie, że podoba nam się gest polskiego prezydenta Lecha Wałęsy zapraszającego na obchody pięćdziesiątej rocznicy powstania warszawskiego przedstawicieli rządów niemieckiego i rosyjskiego, bo zakończył się czas podziału i konfrontacji. Powstaje więc pytanie – czy istnieje jakiś sposób pozwalający z góry odróżnić dobry użytek z przeszłości od tego złego? A skoro pamięć konstytuuje się jednocześnie przez zachowanie informacji i ich przesiewanie, jak określić kryteria pozwalające dokonać prawidłowego doboru? Czy powinniśmy ogłosić, że nie ma racjonalnej odpowiedzi na te pytania? Zadowolić się zrzędzeniem na zanik tradycji zmuszającej do wyboru jednych faktów i odrzucania innych? Pogodzić się tym samym z nieskończoną różnorodnością pojedynczych wypadków?

Na co dzień odróżniamy słuszne użycie od nadużycia zastanawiając się nad ich skutkami, mierząc, ile dobrego, a ile złego przyniosły czyny, które mają wynikać z pamięci o przeszłości – na przykład czy prowadzą do pokoju czy do wojny. Lecz możemy także, i to hipoteza, którą chciałbym tu rozwinąć, analizę użytkowania pamięci oprzeć na pokazaniu różnych form wspomnień. Odzyskane wydarzenie da się odczytać w sposób literalny, bądź egzemplifikacyjny. W pierwszym wypadku – załóżmy, że jest to jakiś bolesny fragment przeszłości mojej lub grupy, do której należę – zachowane ono zostaje w swojej dosłowności (co nie znaczy, że również prawdzie), a zatem jest faktem nieprzechodnim, nie prowadzi poza siebie. Skojarzenia, które budzi, mieszczą się w jego bezpośrednim sąsiedztwie – znajduję przyczyny i skutki danego czynu, odkrywam wszystkie osoby powiązane z bezpośrednim sprawcą mojego cierpienia i je też obciążam, ustalam ciągłość między bytem, którym byłem, a tym, którym jestem teraz, lub też między przeszłością a teraźniejszością mojego narodu, i rozciągam konsekwencje pierwotnej traumy na całość mojego czy naszego istnienia.

W drugim wypadku, choć nie neguję wyjątkowości samego odzyskanego wydarzenia, decyduję się użyć go jako jednej z podstruktur pewnej ogólniejszej kategorii, jako modelu służącego zrozumieniu innych sytuacji, w którym pojawiają się nowe czynniki. Jest to operacja podwójna. Z jednej strony, podobnie jak w psychoanalizie czy w żałobie, osłabiam powodowany przez wspomnienia ból, oswajam go i spycham na obrzeża. Z drugiej strony – i tutaj moje działanie wchodzi w sferę publiczną – otwieram się na analogie i na uogólnienia, czynię z tego, co się wydarzyło exemplum i wyciągam naukę. W ten sposób przeszłość staje się zasadą działania dla teraźniejszości. Pojawiające się w moim umyśle skojarzenia biorą się z podobieństwa, a nie z faktu bezpośredniego sąsiedztwa, a moim celem jest nie tyle umocnienie własnej tożsamości, co uzasadnienie znalezionych analogii. Powiedziałbym więc, że pamięć w ujęciu literalnym, zwłaszcza w skrajnych przypadkach, jest nośnikiem zagrożenia, podczas gdy egzemplifikacyjna ma potencjał wyzwalający. Oczywiście nie wszystkie wyciągnięte nauki są dobre, ale możemy je porównywać i oceniać dzięki uniwersalnym, racjonalnym kryteriom – co nie ma miejsca w wypadku wspomnień traktowanych literalnie, nieprzechodnich i niewspółmiernych z innymi. Dosłowne użycie pamięci sprawia, że dawne wydarzenie staje się czymś nie do przejścia, i w rezultacie prowadzi do tego, że teraźniejszość jest podporządkowana przeszłości. To drugie zaś pozwala wykorzystać przeszłość dla dobra teraźniejszości, posłużyć się doznaną niesprawiedliwością do zwalczania tych, które dzieją się dziś, pozwala porzucić siebie i wyjść ku innemu.

Mówiłem o dwóch formach pamięci, ponieważ za każdym razem zachowujemy pewną część przeszłości. Na co dzień najczęściej używamy dwóch innych terminów tę pierwszą, literalną nazywamy po prostu pamięcią, zaś egzemplifikacyjną zwiemy sprawiedliwością. Sprawiedliwość rodzi się w efekcie uogólnienia jednostkowej krzywdy, dlatego wciela się w bezosobowe prawo, zastosowane przez anonimowego sędziego i wprowadzone w życie przez przysięgłych, którzy nie znają ani krzywdzącego, ani pokrzywdzonego. Oczywiście ofiary, potraktowane jako jeden spośród wielu przypadków podpadających pod tę samą zasadę, cierpią z tej przyczyny, bo uważają, że ich historia jest jedyna w swoim rodzaju. Często żałują – zwłaszcza rodzice zgwałconych czy zamordowanych dzieci – że zbrodniarz uniknął wyjątkowej kary, kary śmierci. Ale taka właśnie jest cena sprawiedliwości. I nie jest przypadkiem, że osąd nie należy do samych pokrzywdzonych. Właśnie owo „odindywidualizowanie” – jeśli można użyć takiego słowa – umożliwia pojawienie się prawa.

Jednostce, której nie udaje się przejść przez to, co nazywamy pracą żałoby, która nie przyjmuje realności straty, nie uwalnia się od bólu i wciąż żyje przeszłością zamiast włączyć ją w teraźniejszość, która nie potrafi oswoić wspomnień (a to, w różnym stopniu i nasileniu, dotyczy wszystkich ocalałych z obozów śmierci), należy oczywiście współczuć, należy ją chronić, bo wbrew własnej woli skazuje siebie samą na bezdenną rozpacz, jeśli nie na szaleństwo. Ale społeczność stale rozdrapująca rany i niedająca im szansy na zagojenie, mniej zasługuje na litość – zwłaszcza ci jej członkowie, którzy w jątrzeniu znajdują upodobanie. W tym wypadku przeszłość służy wyparciu teraźniejszości, a to zawsze jest niebezpieczne. Każdy ma prawo odzyskać swoją historię, lecz nie warto budować kultu pamięci dla niej samej. Uświęcić ją znaczy w pewien sposób uczynić ją jałową. Gdy już odtworzymy przeszłość, musimy zastanowić się, w jaki sposób oraz w jakim celu mamy się nią teraz posłużyć.

 

Przełożyła Anastazja Dwulit

 

Pierwsza wersja tego tekstu została przedstawiona na zorganizowanej w listopadzie 1992 roku w Brukseli przez Fundację Auschwitz konferencji pt. „Historia i pamięć nazistowskich zbrodni i zagłady Żydów”.


[1] Fragmenty cytowane przez Le Goffa w Historii i pamięci, tłum. A. Gronowska, J. Stryjczyk, Warszawa 2007, s.139.

[2] E. Kiersnowska, Coupable de rien, Paryż, Plon, 1994, s. 253.

[3] A. Vespucci i in., Le Nouveau Monde, Paryż 1992, s. 90.

[4] Zdanie przytoczone przez N. Loraux w Politiques de l’oubli. Pour quel consensus?, „Le Genre humain” 1988, 18.

[5] Sh. Steele, The Content of Our Character, Nowy Jork 1991, s. 118.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter