70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ksiądz Paradoks

Wikary Jan Twardowski czuł się w swojej pierwszej parafii samotny. Nie pasował tutaj. Nie potrafił śpiewać. Nie potrafił głośno mówić. Wątły, kulejący inteligent słabego zdrowia.

Po ukończeniu seminarium ksiądz Twardowski spędzał wakacje w Katowicach, gdzie otrzymał pismo z Kurii Metropolitalnej, że został mianowany prefektem parafii Żbików dekanatu Pruszkowskiego.

„Zechce przeto WJKS Wikarjusz Prefekt udać się do parafii Żbików i objąć obowiązki wskazane mu przez proboszcza. Jednocześnie Kuria Metropolitalna zaznacza, że opłaty pobrane za lekcje winny być dołączone do iura stolae”.

Walizka i tobołek

Dziwne to było miejsce. Z ogromną świątynią, przysadzistą jak kwoka, która zagarnęła pod skrzydła pisklęta – wiejskie, drewnianie chałupki kryte strzechą, z glinianymi garnkami zatkniętymi na żerdziach płotów. A wokół pola i łąki. I cztery kilometry do najbliższego przystanku autobusowego, krzywą, brukowaną drogą.

Kościół wielkością swoją pasował raczej do miasta niż wsi i był pamiątką po dobrych czasach Żbikowa, które skończyły się wraz z pierwszą wojną światową.

Ale wcześniej wieś była zamożna, parafię erygowano tu już w XIII wieku, poprzedni kościół słynął z bogatego wyposażenia w kielichy, ornaty i komże ministrantów.

Do Żbikowa na wakacje przyjeżdżała inteligencja. Żbików zadzierał nosa przed proletariackim Pruszkowem, którego potem stał się ubogą dzielnicą.

Jeszcze z walizką w jednym ręku i tobołkiem w drugim, prosto z drogi, wikariusz Twardowski poszedł za swoim pierwszym proboszczem Franciszkiem Dyżewskim do kościoła, przed główny ołtarz. Ksiądz Dyżewski otworzył tabernakulum i wygłosił homilię o Jezusie Eucharystycznym. Modlili się.

Jana zachwycił kościół i dopiero po latach mówił, że tak naprawdę był w złym smaku, nieogrzewany – zimą wino zamarzało w kielichu, pełen bohomazów i brzydkich przedmiotów. Jednak wtedy pisał matce, że trafił do pięknej świątyni. Dziwiła się po przyjeździe gustom syna.

A jeśli źle wybrał?

Jan Twardowski nie pasował tutaj.

Nie potrafił śpiewać.

Nie potrafił głośno mówić.

Wątły, kulejący inteligent słabego zdrowia.

Miał szczęście, że ksiądz Dyżewski uwielbiał wygłaszać kazania i niechętnie dopuszczał do nich swoich wikarych. Jan, zawstydzony, spoglądał z ambony na parafian oczekujących huczących kazań w stylu łysego jak kolano proboszcza. Sam coś mamrotał z góry.

– To nie kazanie, to bąkanie pod nosem – powiedział ksiądz Dyżewski wikaremu po wysłuchaniu pierwszego wystąpienia na ambonie.

Któregoś roku w pierwszym dniu Wielkanocy rezurekcję odprawiał proboszcz. Następna msza święta przypadła księdzu Twardowskiemu. W kościele było niewielu wiernych. Wszedł na ambonę i stremowany oparł się mocniej o pulpit, pod którym proboszcz chował ludzką czaszkę. Potoczyła się po schodach ambony.

– Amen – powiedział wikary Twardowski i zszedł na dół.

Słabł przy ołtarzu, uginały się pod nim nogi, drżały ręce. Badał się u lekarzy, podejrzewano epilepsję albo stwardnienie rozsiane. Okazało się jednak, że jest zupełnie zdrowy.

Wspominał po latach: „Więc to chyba brało się z wielkiego uczuciowego poruszenia”. „Bardzo trudno było mi na początku po prostu być księdzem. (…) Dla mnie oznaczało to całe lata cierpienia. To było życie nieudane w bardzo konkretnym sensie”. „Miałem poczucie małej wartości, własnej brzydoty, niedoskonałości. Wydawało mi się, że nikt na mnie nie patrzy, czułem się niedowartościowany i niepewny”. „Tak naprawdę jestem od urodzenia wprost chorobliwie nieśmiały. Torturą było dla mnie odprawianie mszy świętej tyłem do ludzi. Myślałem: »Patrzą na mnie, widzą długą tyczkę na chwiejących się nogach. Zaraz zemdleję!«. I mdlałem”. Był zagubiony.

Z jednej strony miał księdza Franciszka Dyżewskiego, urodzonego jeszcze w XIX wieku czciciela Matki Bożej, który co roku organizował pielgrzymki na Jasną Górę, gdzie dostępował zaszczytu wygłoszenia kazania, który porządkował życie parafian, urządzał im teatr, na którego imieninach stół z zaproszonymi gośćmi sięgał korytarza plebanii.

Z drugiej był ksiądz Aleksander Kamiński, katecheta, tutejszy życzliwy człowiek podwożący na rowerze ministrantom teczki do szkoły.

Ksiądz Jan czuł się przeraźliwie samotny. Nie miał kontaktu z parafianami. Żył jeszcze Stalin, zbyteczny kontakt z księdzem mógł się skończyć wezwaniem na milicję. Chciał odwiedzić kogoś, dawali mu przez okna znak, żeby nie podchodził. Najbliższą mu osobą stała się osiemdziesięcioletnia staruszka ze wsi, która mu usługiwała.

Tęsknił za przeszłością. Pisał o tym wiersze. Bał się trudu, który go czeka. A jeśli źle wybrał?

Pisał w wierszach: „Wydaje się czasami, że Pan Bóg odszedł, minął (…). Tylko wątpiące serce wciąż spada w przepaść czarną”.

„Boże, po stokroć święty, mocny i uśmiechnięty (…) dzisiaj, gdy mi tak smutno i duszno, i ciemno – uśmiechnij się nade mną”.

Czasem się wyrywał ze Żbikowa, jechał do Warszawy. Na uniwersytecie, u profesora Borowego, przygotowywał się do pracy doktorskiej.

Miał jednak pecha.

Najpierw, w 1949 roku ciężko zachorował na malarię, która panowała wówczas w podmokłych okolicach Żbikowa. Wyzdrowiał, jednak choroba uszkodziła mu serce i nerki. Do końca życia miał się zmagać z jej skutkami.

Potem, w październiku 1950 roku, zmarł Wacław Borowy. Kierownictwo nad doktoratem przejął profesor Julian Krzyżanowski, historyk literatury, badacz pogranicza i folkloru. Jan Twardowski, choć złożył podanie o ponowne przyjęcie go w poczet doktorantów, pracy doktorskiej nigdy już nie napisał. To nie był dobry czas dla księży.

Katecheta

Chyba nie bardzo wiedziano, co z nim zrobić. Proboszcz Dyżewski rządził niepodzielnie w parafii niepodzielnie, ksiądz Kamiński uczył religii w okolicznych podstawówkach.

Jan Twardowski został więc prefektem w szkole podstawowej w Koszajcu, pięć kilometrów od parafii, i w szkole dla dzieci specjalnej troski w Pruszkowie.

Pracę w Koszajcu wkrótce utracił, pod naciskiem władz komunistycznych.

Zostały mu tylko dzieci niepełnosprawne. W pruszkowskiej szkole na ulicy Narutowicza uczyły się lżej upośledzone, u sióstr samarytanek w internacie przebywały dotknięte dużym stopniem upośledzenia. Uczył obie grupy.

Pisarz Jerzy Zawieyski kilka lat po odejściu księdza Jana ze Żbikowa odwiedził pruszkowski ośrodek dla dzieci ciężej upośledzonych. Był wstrząśnięty wizytą.

Notował w dzienniku: „Wrażenie niedające się opisać. Wypadki ciężkich upośledzeń, sami idioci. W większości wypadków dzieci alkoholików albo weneryków. Praca sióstr budzi najwyższe zdumienie i podziw. (…) Są tam dzieci z wodogłowiem, dzieci zdeformowane, najczęściej niemówiące, z patologią wszelkiego rodzaju. Dziewczynka w wieku siedemnastu lat wygląda jak niemowlę, ciągle leży, nie mówi, pozbawiona nawet instynktu głodu”.

Twardowski nigdy wcześniej nie prowadził katechezy. Bał się z początku swoich uczniów i szkoły z trzema klasami, bez dzwonków, bez tradycyjnych godzin lekcyjnych, z zajęciami przerywanymi na życzenie zmęczonych dzieci.

W listopadzie 1949 roku pisał do Jerzego Turowicza: „Jestem bardzo zapracowany, obowiązki parafialne, 40 godz. tygodniowo lekcji, nie mam czasu przyjrzeć dokładniej się swoim wierszom”…

Zastanawiał się, jak da radę wyjaśnić uczniom, czym są dobro, szlachetność i humanizm. Jak mówić, czym jest grzech? Jak wyjaśnić Ewangelię, choćby o jawnogrzesznicy?

Znalazł wtedy swoją drogę katechizacji, której miał się trzymać później. „Zawsze stosowałem zasadę, którą uświadomił mi Korczak: opowiadać ze szczegółami, a nie ogólnikami. Nazywać świat po imieniu. Nie ptak. Tylko szpak, drozd, słowik. Określić kolory. Nie drzewo, tylko dąb, wiąz” – wspominał.

Ważny był detal, szczegół, liczył z dziećmi pióra w ptasim ogonie, rozróżniał kształty liści, zaczynał rozmowę od pozornie nieważnych rzeczy, na przykład tego, co było dziś na obiad. Magdalena jawnogrzesznica była w jego katechezie obgadaną przez wstrętne skarżypyty kobietą, którą chciano zabić kamieniami, ale za którą ujął się Jezus.

„Na przykład walkę Dawida z Goliatem przedstawiałem bardzo szczegółowo – wspominał Jan Twardowski. – Podawałem, ile każdy z nich miał kamieni. Wtedy dziecko uważało, a jeśli mówiłem ogólnie, nudziło się. (…) Na przykład potop! Jonasz w brzuchu wieloryba! Masa barwnych obrazów, nawet więcej niż w Ewangelii”.

Przede wszystkim jednak okazał dzieciom serce.

Opowiadał: „Powiedziałem kiedyś do jednego chłopca »kochany Stefku«, a on na to zareagował bardzo żywo: »Jak ładnie ksiądz do mnie mówi! Inni do mnie mówią ty ośle albo zakało rodziny«”.

W Pruszkowie nadal działa szkoła, w której ksiądz Twardowski uczył niepełnosprawne dzieci. Dzwonię, pytam, czy zachowało się coś po nim, choćby wpis do dziennika. Ale słyszę, że nic nie ma. Szkoła dopiero planuje stworzyć izbę pamięci.

A ja Boga widziałem

Kupił buty bosej dziewczynce. Na plebanii zjawiła się jej matka.

– Jestem z UB – powiedziała. – Obuł ksiądz moje dziecko. Mam polecenie, żeby księdza śledzić, bo ksiądz nowy. Ale niczego złego nie powiem, mogę zapewnić.

W żbikowskiej parafii dość częste były wizyty ubeków, którym nie podobała się polityczna treść sztuk pisanych przez proboszcza Dyżewskiego i wystawianych w parafialnym teatrze.

Jan Twardowski wspominał, że ksiądz Aleksander Kamiński obiecał komuś przechować paczkę. Położył pod swoim łóżkiem. UB akurat zrobiło rewizję w wikariatce. W paczce był karabin maszynowy. Kamiński trafił na półtora roku do więzienia. Adwokat wybronił go, sugerując chorobę psychiczną wikarego, któremu recepty wypisywał znajomy psychiatra. Po powrocie ksiądz Kamiński przyznał, że został zmuszony do złożenia donosów na każdego ze znanych sobie duchownych. O Janie Twardowskim powiedział, że pisze wiersze i jest nie bardzo przytomny.

Któregoś dnia funkcjonariusze UB przyjechali po księdza Twardowskiego.

Musiało to być już po październiku 1949 roku, kiedy na zjeździe organizacji kombatanckich zrodził się pomysł stworzenia ruchu księży-patriotów popierających ustrój komunistyczny. Wśród księży-patriotów znaleźli się początkowo kapelani wojskowi, byli więźniowie obozów i ludzie skonfliktowani z władzami kościelnymi. Z czasem zaczęli do nich przystępować księża niezwiązani z ruchem kombatanckim, często przekupywani, zastraszani lub szantażowani. Księża-patrioci brali udział w „spontanicznych” wiecach i manifestacjach.

„Przyjechało dwóch panów z Urzędu Bezpieczeństwa – wspominał Jan Twardowski – aby zawiadomić nas, że musimy pojechać do stolicy na zebranie dyskusyjne. Wymienili nazwiska proboszcza i mojego poprzednika zamiast mojego. »Tak się nie nazywam – broniłem się – nie mogę pojechać«”.

Wrócili ponownie. Jan Twardowski ukrył się, zabrali tylko proboszcza.

Jednak UB nie odpuszczało. Następnego dnia rano przyjechali po księdza Twardowskiego. Zabrali go do budynku UB we Włochach pod Warszawą.

Mówił: „Po trzech godzinach trzymania na korytarzu wpuścili mnie na salę. Przy stole siedziało sześciu panów przygotowanych na przesłuchanie mnie. Byli na mnie źli.

– Dlaczego nie pojechaliście?

– Bo nie byłem zaproszony.

– A dlaczego ukrywaliście się?

– Bo nie chciałem tam wejść.

Każdy z nich zaczął mi udowadniać, że nie ma Boga, a jeden, widocznie historyk, przypomniał, że za króla Łokietka pewien biskup miał dziecko.

Raptem odpowiedziałem:

– A ja Pana Boga widziałem.

– Tak?

– Tak.

Zamilkli. Po chwili jeden wstał i oznajmił mi: »Ksiądz jest wolny«.

Wypuścili mnie, uważając za wariata, i odtąd więcej nie wzywali. Trudno im było zrozumieć, że dla mnie, wierzącego, Bóg jest oczywisty, że odczuwam Jego obecność przy sobie”.

 

Fragmenty książki, która ukaże się w drugiej połowie września nakładem wydawnictwa Znak

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter