70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Duch i ciało na rynku – duchowość na sprzedaż

W ciągu 0.08 sekundy Google odszukał około pięćdziesięciu jeden milionów portali poświęconych enigmatowi body and soul. Właścicielami portali okazały się na ogół ośrodki wakacyjne, producenci i sprzedawcy środków dietetycznych, wytwórcy kosmetyków i kliniki chirurgii kosmetycznej. Spirituality – „duchowość” – to najgoręcej od niedawna pożądana wartość. Ta duchowość czyni dbałość o zdrowie, sprawność i dobrostan ciała obowiązkiem moralnym. W praktyce założenie „przez ciało do duszy” tłumaczy się dziś jako zasada „do duszy przez sklepy”.

„Pod presją, jaką wywiera na nas i natura i społeczeństwo” – pisze Georg Simmel w eseju Estetyka ciężkości – „zapominamy – w ogólności i w szczegółach – że bez twardego oporu nie mielibyśmy żadnej materii, w której nasze życie mogłoby się spełniać i odciskać: gdyby dłuto nie natrafiało na opór marmuru, nie mogłoby mu nadać żadnej formy. Wolność duszy wyraża się w starciu z prawidłami reszty świata, przez które wprawdzie jest ograniczona, ale dopiero wespół z nimi owocuje rzeczywistym życiem”. I konkluduje: „życie wewnętrzne w każdej chwili naznaczone jest antagonizmem między właściwym Ja, które dąży do tego, by się w pełni wyżyć, a mocami, które je ograniczają; cała jego wolność zmierza do zniszczenia tych mocy, ale gdyby zostały one do szczętu unicestwione, zabrakłoby mu materii życia i możliwości ukształtowania się w trwałe formy”.

Zauważmy, że do wszystkich tych wniosków dotarł Simmel, próbując stworzyć, jak wskazuje tytuł eseju, fenomenologię „ciężkości”. Pojęcie „ciężaru” zawiera potężny ładunek niechęci, zrozumiałej i spodziewanej jako w pełni usprawiedliwiona, bo konfrontuje nas z czymś, co nam wadzi i przeszkadza, tarasując drogę do rzeczy czy stanów, których pragniemy: od ciężaru chcemy się uwolnić, łakniemy zrzucenia go z pleców czy sumienia, mamy dość ciężarów, protestujemy czy buntujemy się przeciw obciążaniu nas zadaniami, obowiązkami, powinnościami… We wszystkich tych wypowiedziach, jakże pospolitych, posługujemy się przenośnią. Odwołujemy się do znanych wszystkim bólu kości i mięśni, zmęczenia i wzbierającej tęsknoty za wytchnieniem, dzięki którym nasze ciało powiadamia nas, że przystając na wysiłek fizyczny, któregośmy się podjęli napychając torby zakupami, lub którym nas szef obarczył w ramach obowiązków służbowych, przeliczyliśmy się z naszymi siłami lub z gotowością do wysiłku, albo to zwierzchnicy pomylili się w ocenie naszej wytrzymałości. Wszystko, co nam dokucza i czego chcemy się pozbyć, na użycie tej przenośni zasługuje. Tyle że, jak nas Simmel ostrzega, biada nam, jeśli nasze marzenia o pozbyciu się „ciężaru” się spełnią – choć zauważa zaraz, że jest to równie mało prawdopodobne jak to, że o ich spełnienie przestaniemy zabiegać. Sam się z tego powikłania ludzkiego losu cieszy i tłumaczy, dlaczego i my winniśmy się nim radować: wszak w tych nieperspektywicznych zmaganiach właśnie, w wybieganiu poza to, co rzeczywiste (doznane, wypróbowane, znajome, przyswojone i opanowane), jak i w dążeniu do celów, na których zrealizowanie nas nie stać, tkwi to, co nas ludźmi czyni, czyniąc zarazem nasze ludzkie życie wartym życia. Powikłania tego nie można usunąć, rozsupłać i wyprostować. Jest nieznośne, ale i zarazem fortunne. Ta sprzeczność na wieki w kondycji ludzkiej zagościła. Ciśnie się na usta stwierdzenie: sprzeczność to nad sprzecznościami, archetyp wszystkich sprzeczności, którymi jest usiane nasze życie.

Jak Erich Fromm zalecił w studium nieprzypadkowo zatytułowanym Serce człowieka, naturę człowieka należy definiować w terminach przyrodzonych ludzkiej kondycji sprzeczności. A więc człowiek jest zwierzęciem, ale to, co w nim zwierzęce, jak choćby instynkty, jest niedopracowane i do życia niewystarczające. Zarazem człowiek ma, podobnie jak pozostałe zwierzęta, inteligencję pozwalającą mu przystosować się do zmian, ale w odróżnieniu od reszty zwierząt jest świadom, że jest możliwa więcej niż jedna reakcja na owe zmiany, a więc że musi wśród iluś (ale ilu?!) możliwości wybierać. Krótko mówiąc, życie człowieka jest siebie świadome, jak to wyraził Pierre Teilhard de Chardin:, „człowiek odkrył, że jest czymś więcej niż świadomą samej siebie ewolucją”(The Phenomenon of Man, s. 221). Człowiek tkwi „w przyrodzie”, ale i poza nią wiecznie wychodzi, a to dlatego, że brak mu owej (błogiej poniekąd) nieświadomości, która czyni zwierzę częścią natury:

„Człowiek stoi wobec przerażającego konfliktu między byciem więźniem przyrody, ale zarazem w myślach swych istotą swobodną; między byciem częścią natury, ale zarazem jej dziwolągiem (…) Ludzka samoświadomość wyobcowała człowieka ze świata i uczyniła go bytem izolowanym, samotnym i przerażonym”.

Ale czym jest owa samotna i przerażona zdaniem Teilharda istota – „człowiekiem” sama przez się, dla odróżnienia od reszty stworzeń i wyosobnienia się z ich grona, nazwana; czy owe Simmlowe „właściwe Ja”, zanurzone po uszy w gmatwaninie powikłań, przez którą pragnie się przedrzeć i od której chce się uwolnić, mogąc to jednak uczynić tylko na własną zgubę? Ilekroć próbujemy na to pytanie odpowiedzieć, natykamy się na przeszkody nie do pokonania. Język zawodzi. Ukształtował się on wszakże w zmaganiach ze światem „tam oto”, dla obsługi jego wobec „nas”, ludzi – i „naszych”, ludzkich, wobec niego poczynań. W tym języku obowiązuje prawo sprzeczności i prawo wyłączonego środka: nieprawda że p i nie-p; p albo nie-p. Jak dowodził Edmund Leach, znakomity antropolog brytyjski, język byłby nieużyteczny, gdyby nie nakładał (a przynajmniej nie usiłował nałożyć) surowego i pilnie przestrzeganego tabu na strefy zazębiania się obszarów znaczeniowych, do których odsyłają słowa języka (przydatne do ludzkich praktyk o tyle, o ile wprowadzają do obrazu świata opozycje w obrazowanym przez się świecie nieobecne); byłby on bezużyteczny (albo nie byłby językiem), gdyby istnienia terenów obciążonych nadmiarem znaczeń nie tuszował, nie wymazywał z pola widzenia i nie zakazywał wstępu na nie lub go (przez ich nienazwanie) nie uniemożliwiał (Anthropological Aspects of Language: Animal Categories and Verbal Abuse). Działanie językowego tabu ilustrował Leach, inwentaryzując zakazane rewiry sprośności (rozmywania granicy między człowiekiem a zwierzęciem) i bluźnierstwa (rozmywania granicy między tym, co ludzkie, a tym, co boskie).

Symptomatyczne i pouczające jest to, że obszarami granicznymi między duszą a ciałem Leach się wszakże nie zajął. Pewnie dlatego, że tu się bez nakładania tabu obejdzie – a raczej musi się obejść: zakaz wieloznaczności równałby się przecież nakazowi milczenia. Wieloznaczność jest w tym przypadku nieusuwalna, a domaganie się jednoznaczności równałoby się rezygnacji z poznawczego wysiłku. Tu żadne manewry czy wybiegi wypracowane dla likwidowania innych wieloznaczności nie pomogą. Tego supła nie da się rozwiązać i nawet Aleksandrowy miecz na nic się tu zda. Albo więc język przestanie się upierać przy swym dążeniu do jednoznaczności i przy założeniu, że jej przeciągający się brak jest li tylko symptomem jego własnych językowych (a więc lingwistycznymi metodami usuwalnych) dolegliwości – albo idąc za przykazaniem Ludwiga Wittgensteina, że o tym, czego wypowiedzieć się nie da, wypada milczeć, sam sobie zaknebluje usta i wybierze niemotę. Bo w rzeczy samej: kto wystukuje w tej chwili na komputerze te słowa? Moje „właściwe Ja”, czy ciało, którym owo „Ja” włada – moje ciało? „Moje” ciało – czyli czyje? Czyżbym „Ja” – „właściciel” ciała – był bezcielesny? Używamy tu przenośni zaczerpniętej ze świata podmiotów i przedmiotów, posiadaczy i rzeczy posiadanych, zarządzających i zarządzanych – i używamy jej na tyle bezrefleksyjnie i niefrasobliwie, że nie zauważamy, iż obszar, na który ją przenieśliśmy, całkiem się do spełnienia jej powołania (czyli rozdzielania, separowania i przeciwstawiania) nie nadaje. Ciało jest „uduchowione” albo jest trupem. Duch jest „ucieleśniony” albo jest bytem wyobrażonym. Przepraszam za niezdarność tych stwierdzeń; nie wynika ona z językowego niedbalstwa, z niewykurowanych jeszcze ułomności języka, lecz z niezłomnej odporności przedmiotu naszych rozważań na zabieg przeobrażania ciągłego (czyli świata doznawanego) w nieciągłe (czyli mowę artykułowaną) – które to zajęcie jest tyleż rzemiosłem języka, co jego racją bytu i jedynym sposobem istnienia.

To samo, ale w innej tonacji: ciało jest miejscem, w którym przedmiot i podmiot (jeśli ich rozróżnienie jest tu w ogóle czymś więcej niż wadliwą i chybioną alegorią) zrastają się w całość niepodzielną; ciało jest równocześnie skrzypcami, skrzypkiem i odbiorcą (wdzięcznym albo krytycznym) doznań miłych lub przykrych, przez skrzypce i skrzypka pospołu wywoływanych[1]. Wszystko, co ludzkie, jest cielesne i duchowe zarazem. Odrębnie te dwa atrybuty człowieczeństwa zaistnieć mogą tylko w odzmysłowionej wyobraźni, podobnej bezmózgłemu myśleniu czy jednorękim oklaskom. Już tylko z tego, jeśli nawet nie z żadnego innego powodu, problem relacji mind and body – ducha i materii czy duszy i ciała – jest skazany na to, by na wieki pozostać utrapieniem filozofów. Utrapieniem, ale zarazem polisą ubezpieczeniową przeciw filozofów bezrobociu: pod nieobecność rozwiązania nadal będzie przybywać uczonych traktatów zapełniających już biblioteki po brzegi, a debata filozoficzna o relacji mind and body, ciała i duszy, będzie się toczyć, absorbując umysły i nie pozwalając namiętnościom wygasnąć, w nieskończoność.

A czym jest owa relacja dla socjologów? Wdzięcznym przedmiotem obserwacji zmiennego stosunku ludzi do niej (w którym to stosunku, jak romantycy w ziarnku piasku, socjolog spodziewa się dopatrzeć znamion stanów ludzkiego wszechświata – świata przeżywanego): a więc czy się ludzie nią przejmują, jaki dają temu wyraz, co robią, by sobie z nią poradzić, kto i jakie ma motywy, czy i dla jakich celów z enigmatyczności jej enigmatów korzysta.7 maja 2011 roku w ciągu 0.08 sekundy Google na moje zlecenie odszukał około pięćdziesiąt jeden milionów portali poświęconych enigmatowi body and soul. Właścicielami portali okazały się na ogół ośrodki wakacyjne, producenci i sprzedawcy produktów zdrowotnych (poprawnych ekologicznie) oraz środków dietetycznych, przychodnie lekarskie i kluby dla pragnących zwiększenia sprawności fizycznej i pozbycia się tuszy, kliniki obiecujące zapobiec zaburzeniom zachowania i reakcji na różne bodźce, salony masażu, aromatoterapii i medycyny holistycznej, wytwórcy kosmetyków i kliniki chirurgii kosmetycznej; tu i tam pojawiał się portal z zaproszeniem na spotkanie z jakimś mędrcem, który obiecywał odsłonić tajemne związki między duszą a ciałem i pouczyć, jak je bardziej jeszcze (albo mniej) intymnymi uczynić. Ale bodaj najczęściej pojawiały się na portalach instytucje określające siebie sumarycznym mianem Health and Beauty Clinics. Można by powiedzieć, że ponad pięćdziesięciomilionowy zbiór internetowych anonsów odpowiadających na hasło wywoławcze „body and soul” przesycony jest „duchem mormońskim”. Jak ostatnio wyjaśniała istotę mormońskich wierzeń i rytuału Tresa Edmund: mormoni wierzą, że dusza jest zespoleniem ciała i ducha i że przez troskę o ciało i dbałość o jego zdrowie i sprawność wiedzie droga do „podłączenia wiecznego a eterycznego życia przyszłego do aktualnego ziemskiego, czasowo ograniczonego życia” (Mormon Underwear Keeps Body and Soul Together).

W mentalności płynnie-nowoczesnego społeczeństwa konsumentów tak frapujące do niedawna kwestie jak relacja ciała i duszy, ich względne wzajemne przewagi i ułomności i ich pozycja w hierarchii wartości, na skali obowiązków i na liście cnót ludzkich, zniknęły z wokandy niemal całkowicie – a w każdym razie wszelkie metodologicznie poprawne badanie częstotliwości i rozrzutu ludzkich trosk czy kwestii przykuwających uwagę i konsumujących energię ludzi ulokowałoby je na dalekich pozycjach i określiło jako marginalne. W tej chwili zdaje się, że „duch” wygrywa z ciałem w wyścigu za wyścigiem, i to już w przedbiegach. Spirituality – „duchowość” – to najgoręcej od niedawna zalecana i najgorliwiej pożądana wartość. O niej czyta się dziś najczęściej w prasie i słyszy w telewizji czy od przyjaciół, ona czyni kojarzone z nią obiekty czy usługi najbardziej pożądanymi towarami, za obietnicę jej osiągnięcia płaci się najszczodrzej organizatorom kursów weekendowych, letnich obozów i turystycznych wycieczek. „Duchowość” jest dziś tym, co Amerykanie nazywają buzz-word (termin zbiorczy ukuty dla oznaczenia rosnącej szybko rodziny modnych, ale niejasno bądź wcale niezdefiniowanych terminów technicznych, wymyślonych w celu wywarcia wrażenia na laikach). Jeśli tym większa jest moc przyciągania uwagi, im większe wrażenie dany buzz-word wywiera na laikach i jeśli siła wrażenia zależy od tego, jak doniosłe są interesy i jak dojmujące potrzeby i pragnienia, które obiekt przez ów buzz-word mgliście tylko sygnalizowany, ale natarczywie zalecany obiecuje zaspokoić, to „duchowość” wstrzeliła się w dziesiątkę.

Ze sposobu, w jaki „duchowość” kojarzy ciało z duchem (przedstawiając, tak jak Mormoni, troskę o ciało jako wymóg ducha i uniwersalny sposób na sprostanie wszelkim jego potrzebom), wywnioskować można, że duch o którym tu mowa, to nie dusza bytująca w innym wymiarze i zabłąkana w bezkresnej wieczności, lecz rzecz namacalna, pozostająca na podobieństwo ciała w zasięgu ręki i podobnie jak ciało obecna tu i teraz. Na skutki uduchowienia, na owoce dbałości o duszę nie trzeba już czekać do momentu uwolnienia ducha od jego cielesnej powłoki: są gotowe do użytku i przeznaczone do natychmiastowego spożycia – na miejscu. Ta „duchowość” jawi się w postaci doznań zmysłowych niegdyś uznawanych za cielesne – co dla ciała jest sążnistym awansem aksjologicznym, zaś dla troski o własne ciało, jego błogostan i uciechy nie tylko rozgrzeszeniem, ale i świadectwem moralności; nobilitując doznania zmysłowe, ta koncepcja „duchowości” podwaja czerpaną z nich radość. Ba, pomnaża ją – do innej zgoła podnosząc ją potęgi. Duchowość, o jakiej tu mowa, jest skrojona na miarę mentalności wytrawnego konsumenta i interesów konsumpcyjnego rynku, w którego łonie i przy którego nieustającej i wszędobylskiej asyście „właściwe Ja” (przeobrażone teraz w „szeregowego konsumenta”) nabywa swój sposób postrzegania świata i narzędzia do poruszania się w nim i z nim sobie poczyniania, poddaje się egzaminom ze sztuki życia i ubiega o dyplom i szlify oficerskie. Ta „duchowość” czyni dbałość o zdrowie, sprawność i dobrostan ciała oraz o zwiększanie jego chłonności na doznania obowiązkiem moralnym; to założenie staje się jawnym albo tylko domyślnym (jakby to określił Emil Durkheim, „niekontraktowym”), ale nieodzownym kodycylem wszelkiego kontraktu zawieranego między kupcem a klientem: ustawia ono sprzedawcę w roli moralisty i dostarczyciela dóbr moralnych, a popęd moralny nabywcy zaciąga przy tejże okazji na służbę obrotu towarowego. W terminach praktycznych założenie „przez ciało do duszy” tłumaczy się jako zasada „do duszy przez sklepy”.

Dla rynku konsumpcyjnego jest to skok jakościowy – największa chyba w jego dziejach rewolucja. Bo zważmy: popytu napędzanego przez konieczność zaspokajania potrzeb i chęć zadośćuczynienia pożądaniom nie można rozszerzać w nieskończoność; nadto artykuły tak zwanej „pierwszej potrzeby” są z reguły mało dochodowe, zaś zaszczepianie i podsycanie pożądań, choć potencjalnie w ostatecznym rachunku zyskowne, wymaga początkowo wielkich nakładów, o których nie wiadomo z góry, czy się zwrócą, a tym bardziej, czy zwrócą się z nawiązką. Całkiem inna sprawa jest z zakupami pobudzanymi przez impulsy moralne. Moralność, jak wyjaśniał Emmanuel Levinas, stawia człowieka wobec odpowiedzialności bezwzględnej, a więc już ze swej natury, z założenia nieograniczonej: ile by się nie uczyniło gwoli wywiązania z owej odpowiedzialności, nigdy nie nabierze się pewności, że uczyniło się dość – a więc że dalszego wysiłku wolno bez uszczerbku dla sumienia zaniechać. W „umoralnieniu konsumeryzmu” (czy w „konsumeryzacji moralności”) znalazły rynki od wieków poszukiwany przez alchemików kamień filozoficzny pozwalający wydestylować szlachetny kruszec etyki z całkiem nieszlachetnych rud żądzy i samolubstwa. Zakupy czynione w imię pobudek moralnych nie tylko nie szkodzą moralnemu sumieniu, ale wręcz służą jego oczyszczaniu. Zawłaszczając obszary ludzkich potrzeb duchowych i popędów moralnych i zakładając na nich plantacje „duchowości” oraz warsztaty jej przetwarzania w biopaliwo dla sklepowych wypraw, rynki konsumpcyjne ubiły najintratniejszy w swych dziejach interes.

Biopaliwo spala się w użyciu. Nie inny los rysuje się przed popędem moralnym, gdy się go używa w roli biopaliwa dla pielgrzymek do „świątyń konsumeryzmu” (jak nazwał George Ritzer współczesne centra handlowe). Ale zanim się zapasy paliwa wyczerpią (wbrew temu, że potencjał popędu moralnego jest w zasadzie niewyczerpalny!), komercjalizacja/konsumeryzacja odpowiedzialności moralnej może spowodować inne jeszcze „collateral damages”, czyli „szkody współbieżne”. Jak długo gospodarka konsumpcyjna utrzymywana jest w ruchu przez energię moralną, jej wzrost nie ma w zasadzie kresu. A nadto jeśli ma ona wywiązać się z zadania, którego się świadomie czy bezwiednie podjęła, nie wolno jej spowolnić tempa wzrostu ani na chwilę – nie wspominając już o wzrostu zaniechaniu. W łonie gospodarki konsumpcyjnej nierosnące obroty towarowe są zwiastunem katastrofy, jeśli nie wręcz contradictio in adiecto. Ta gospodarka musi zatem zakładać wbrew faktom (a przynajmniej zachowywać się tak, jakby zakładała), że wytrzymałość planety jest bezgraniczna, a jej zasoby nieskończone. Od zarania ery konsumeryzmu powiększanie bochenka promowano (zamiast przemyślenia na nowo jego podziału) jako panaceum na wszelkie dotychczasowe i przyszłe konflikty społeczne: propagowano je jako patentowany i zaiste niezawodny środek profilaktyczny przeciw konfliktom o wielkość kęsów. Jednak bez względu na jego skuteczność, stosowanie owego środka zakładało rosnące bez końca dostawy mąki, wody i drożdży. Zbliżamy się dziś szybko do momentu, w którym fałsz tej przesłanki i niechybność katastrofalnych następstw upierania się przy niej staną się ponad wszelką wątpliwość oczywiste. Czas więc najwyższy skupić odpowiedzialność moralną na powrót na jej pierwotnym powołaniu: na zapewnianiu przetrwania ludzkości i człowieczeństwa. Najważniejszym z nieodzownych warunków takiego przeogniskowania impulsów moralnych wydaje się dekomercjalizacja („dekonsumeryzacja”) moralnej odpowiedzialności – i duchowości.


[1] Wyłożyłem to zagadnienie obszerniej w książce Ciało i przemoc w obliczu ponowoczesności, Toruń 1995.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter