70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy Jezus Benedykta XVI jest wiarygodny?

Załóżmy, że książkę Benedykta XVI otwiera młody, inteligentny czytelnik, zainteresowany początkami wiary chrześcijańskiej. Słyszał on już wcześniej, że krytyczna analiza Ewangelii doprowadziła niektórych badaczy do przekonania, że „Jezus historyczny” był inny niż „Chrystus wiary. Dlaczego więc nie przeczytać książki Papieża, który postanowił osobiście rozprawić się z tego typu sensacyjnymi teoriami?

W swej trylogii Jezus z Nazaretu, której drugi tom niedawno trafił na półki księgarskie, Joseph Ratzinger/Papież Benedykt XVI twierdzi stanowczo i jednoznacznie, że gdyby w Ewangeliach „historyczności istotnych słów i wydarzeń rzeczywiście nie można było dowieść w sposób naukowy, wiara straciłaby swą podstawę” (t. 2, s. 117). Metoda historyczna nie może dostarczyć dowodów na każdy szczegół zawarty w ewangelicznych opowieściach o Nauczycielu z Nazaretu, jednak „pytanie, czy podstawowe przekonania wiary – także przy poważnym traktowaniu aktualnej wiedzy egzegetycznej – są historycznie możliwe i wiarygodne” ma dla chrześcijan „zasadnicze znaczenie” (t. 2, s. 117). W drugim tomie autor opisuje pobyt Jezusa w Jerozolimie, jego proces, egzekucję i zmartwychwstanie. Historyczności tych właśnie wydarzeń Benedykt XVI chce „dowieść w sposób naukowy”.

Czy ten cel zostaje osiągnięty? Ksiądz Grzegorz Strzelczyk z jednej strony chwali Papieską krytykę badaczy o „pooświeceniowej mentalności”, z góry wykluczających działanie Boga w świecie. Z drugiej – zarzuca Benedyktowi XVI podjęcie zbyt wielu zagadnień jednocześnie, co doprowadziło do nadmiernie powierzchownego ich potraktowania. „To z pewnością nie wystarczy specjalistom. A czytelnika mniej zorientowanego w stanie współczesnej dyskusji wokół problemu »Jezusa historycznego«, a jednocześnie borykającego się z egzystencjalnymi pytaniami, jakie ona ubocznie generuje, może wprawić w pewne zakłopotanie”.

Recenzent „Tygodnika Powszechnego” nie rozwija tych uwag. Warto jednak zadać sobie trud i dokładniej zbadać oba zarzuty. Biorąc pod uwagę, co chrześcijanie mają tutaj do zyskania lub do stracenia, brzmią one intrygująco i poważnie. Najpierw zajmę się problemami, jakie może mieć z książką Papieża niespecjalista.

*

Załóżmy, że pracę Benedykta XVI otwiera młody, inteligentny czytelnik, zainteresowany początkami wiary chrześcijańskiej, student uniwersytetu albo seminarium duchownego. Słyszał on już wcześniej, że krytyczna analiza Ewangelii doprowadziła niektórych – zwłaszcza protestanckich – badaczy do przekonania, że „Jezus historyczny” był inny niż „Chrystus wiary”, o jakim naucza Kościół. Dlaczego więc nie przeczytać książki Papieża, który postanowił osobiście rozprawić się z tego typu sensacyjnymi teoriami? Styl Benedykta XVI jest przejrzysty, książkę czyta się o wiele łatwiej i przyjemniej niż pierwszą część trylogii.

Pierwszą drobną niejasność można zauważyć w związku z ucieczką chrześcijan z Jerozolimy zagrożonej wojną żydowsko-rzymską toczoną w latach 66–73. Powołując się na pisarzy z IV wieku, Papież podaje, że na skutek nadprzyrodzonego ostrzeżenia „jeszcze przed oblężeniem Jerozolimy chrześcijanie zbiegli za Jordan, do miejscowości Pella” (s. 39). Na następnej stronie czytamy jednak o „ucieczce judeochrześcijan”. Trudno nie zapytać: Kim byli ci „judeochrześcijanie”? I czym się różnili od „zwykłych” chrześcijan? Kilkanaście stron dalej innego rodzaju problem. Zdaniem Papieża, „wielka teologiczna wizja Listu do Hebrajczyków jest tylko szczegółowym rozwinięciem tego, co w zalążku zostało powiedziane już przez Pawła” (s. 51). Dlaczego Papież wyraża się tak, jakby List do Hebrajczyków nie był dziełem Pawła z Tarsu? Na stronie 85 podobna niespodzianka. Joseph Ratzinger powołuje się na tekst nazwany Didache. Trudno odgadnąć, dlaczego Papieża zainteresował apokryf. Jeśli takie teksty miałyby zawierać wartościowe informacje o Jezusie, czy nie oznacza to, że chrześcijanie, skupiając się na kanonie, sami sobie jakoś ograniczają dostęp do wiedzy o Nauczycielu z Nazaretu? Raz po raz Joseph Ratzinger zdaje się nie dostrzegać pewnych konsekwencji swoich komentarzy.

Na stronach od 202 do 216 trafiamy na rozbudowaną niemal do rozmiarów małego opowiadania drobiazgową analizę mentalności Poncjusza Piłata. Zdaniem Papieża, w towarzystwie Jezusa Piłat „odczuwał swego rodzaju zabobonny lęk. Jednak jako człowiek epoki antycznej brał pod uwagę możliwość pojawiania się w ludzkiej postaci bóstw czy bogo-podobnych istot” (s. 210). Ma się wrażenie, że autor Jezusa z Nazaretu potrafi momentami wręcz odgadywać konkretne myśli przebiegające przez rozgorączkowany umysł Piłata: „Może w tym człowieku rzeczywiście było coś Boskiego? Może sprzeciwi się mocy Bożej, jeśli wyda na niego wyrok?” (s. 210). Wcześniej Joseph Ratzinger uznał jednak za „niepoważne (…) zaglądanie do świadomości Jezusa i usiłowanie jej wyjaśnienia na podstawie tego, co On myślał, czy też nie myślał – zgodnie z naszą wiedzą o tamtych czasach i ówczesnych koncepcjach teologicznych” (s. 149).

Mamy tu wyraźną niekonsekwencję. Czy, zdaniem Papieża, nasza wiedza o „tamtych czasach” pozwala nam nieomal czytać w myślach ówczesnych ludzi, jak w wypadku Piłata, czy też taki zamiar to coś „pretensjonalnego” i „niepoważnego”, jak w wypadku postaci Jezusa? Autor Jezusa z Nazaretu wydaje się twierdzić obie te rzeczy jednocześnie. Na stronie 218 Papież wskazuje na wersety 26n z 24 rozdziału Ewangelii świętego Łukasza, w których zmartwychwstały Jezus wykłada uczniom, dlaczego zginął na krzyżu: „Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego” (Łk 24, 26–27). Mając te słowa w pamięci, czytelnik niespecjalista przeżyje niemałe zaskoczenie, trafiając w kolejnym akapicie na twierdzenie, że w czasach Jezusa „nikt nawet nie brał pod uwagę tego, że końcem drogi Mesjasza będzie krzyż”. Co Joseph Ratzinger ma tu na myśli? Zapowiedź cierpień krzyżowych Mesjasza znajdowała się w całym Starym Testamencie, a mimo to nikt „nie brał jej pod uwagę”? „A może do tej pory tylko nie dostrzegano odnośnych aluzji w Piśmie Świętym?”, podpowiada Papież. Jak jednak współcześni Jezusowi zdołali przegapić aluzje, które znajdowały się „we wszystkich Pismach”?

Jeszcze więcej zamieszania wprowadza kolejny komentarz Benedykta XVI, dotyczący zacytowanych powyżej wersetów z Ewangelii świętego Łukasza: „To, co tutaj zostało streszczone w długiej rozmowie Jezusa z dwoma uczniami, w powstającym Kościele było procesem poszukiwania i dojrzewania”. Trudno nie zapytać: Dlaczego uczniowie musieli dopiero „szukać” czegoś, co zmartwychwstały Jezus osobiście i bardzo dokładnie im wyłożył, „od Mojżesza poprzez wszystkich proroków”? A może Papież sugeruje, że rozmowa na drodze do Emaus jest tylko literackim obrazem owego „procesu poszukiwania”, to znaczy poszukiwania przez chrześcijan jakiegoś sensu – tak naprawdę nieoczekiwanej – śmierci ich przywódcy? I tym razem laik nie znajduje odpowiedzi na swoje coraz trudniejsze pytania.

*

Załóżmy teraz, że nasz inteligentny student lub kleryk stracił już trochę początkowego zaufania do wywodów Papieża i postanawia sprawdzać pewne informacje. Sięga na półkę po Biblię Tysiąclecia, otwiera pierwszą w kolejności Ewangelię i czyta strony od 221 do 244, które zajmuje rozdział „Jezus na krzyżu”.

Benedykt XVI opowiada kolejno o prośbie Jezusa, aby Bóg przebaczył tym, którzy go krzyżują, o wyszydzaniu Jezusa przez przechodniów, „członków Sanhedrynu” i współskazańców, o wołaniu Jezusa pytającego Boga, dlaczego go opuścił, o rozlosowaniu szat Jezusa przez żołnierzy, o dwukrotnym podawaniu Jezusowi napojów, o niewiastach i matce Jezusa pod krzyżem, wreszcie o śmierci Jezusa i złożeniu go do grobu. A tymczasem w Ewangelii świętego Mateusza żadnej prośby o przebaczenie krzyżującym nie ma. Może zatem Papież oparł się na Ewangelii świętego Marka? Nie: u Marka także nie ma prośby o wybaczenie katom. Znajdujemy ją dopiero u Łukasza. Tutaj jednak brakuje Jezusowego dramatycznego pytania o opuszczenie przez Boga. U Jana brakuje najwięcej: i prośby o wybaczenie katom, i Jezusowego pytania o opuszczenie przez Boga, i jeszcze na dodatek wyszydzania.

Jak Papież stworzył swoją wersję wydarzeń? Czy gdy umieszczał w niej wybaczenie katom, nie niepokoiło go, że wspomina o tym tylko jeden z ewangelistów? Albo to, że w Ewangelii świętego Jana brakuje praktycznie połowy wydarzeń z trzech pozostałych opowieści? Na stronie 238 Joseph Ratzinger pisze: „Według Łukasza jego ostatnią modlitwą były słowa Psalmu 31: »Ojcze, w Twoje ręce powierzam Ducha mego« (23, 46, Ps 31, 6). Według Jana ostatnie słowo Jezusa brzmiało: »Wykonało się!« (19, 30)”. Także ta ewidentna sprzeczność obu świadectw nie zostaje w żaden sposób skomentowana.

Sytuacja jest tym bardziej zastanawiająca, że Joseph Ratzinger wydaje się stać na stanowisku, iż zgodność różnych źródeł zwiększa wiarygodność historyczną zawartej w nich informacji. Analizując wcześniej okoliczności skazania Jezusa, podkreślał: „W opisywaniu przebiegu procesu cztery Ewangelie są we wszystkich istotnych punktach zgodne ze sobą” (s. 199).

*

Przejdę teraz do obserwacji z punktu widzenia nie tyle specjalisty od Historical Jezus Quest[1] i początków chrześcijaństwa (co byłoby dla mnie niewykonalne), ile kogoś, kto ma ogólną orientację w kwestiach, których dotyczą te badania. Mam na myśli zupełnie elementarne zagadnienia, takie jak: problem synoptyczny, judeochrześcijaństwo i nauczanie pogan, autorstwo i datowanie pism Nowego Testamentu, proces kształtowania się kanonu, stosunek ruchu po-Jezusowego do innych form judaizmu i do władzy świeckiej, historyzacja i reinterpretacja przepowiedni z Biblii hebrajskiej, ewolucja chrześcijańskiego kerygmatu, ewolucja znaczeń tytułów Jezusa, chrystologia przed- i popaschalna. Od razu wyjaśnię, że choć wszystkie te terminy technicznie brzmią odstraszająco, tak naprawdę są one odmianami lub konsekwencjami jednego podstawowego, pasjonującego zagadnienia. Jakiego? Tego samego, z którym ma tyle kłopotów Papież w swojej książce. „W tendencji do harmonizacji Ewangelii – podpowiada nam tutaj ksiądz Strzelczyk – ujawnia się pewien głębszy problem hermeneutyczny. Benedykt XVI unika w istocie zmierzenia się z zasadniczą kwestią: roli wspólnoty uczniów w przekazie pamięci o wydarzeniach”[2].

O co konkretnie tu chodzi? Otóż nasze Ewangelie to pisma o Jezusie, ale bynajmniej nie pisma Jezusowe. Nauczyciel z Nazaretu nigdy własnoręcznie nie utrwalił żadnej ze swych nauk, nie pisał także pamiętników. Skąd zatem wiemy o nim to, co wiemy? Tradycyjna odpowiedź brzmiała: z pism dwóch bezpośrednich uczniów Jezusa (Mateusza i Jana) i jeszcze dwóch autorów, którzy mieli z uczniami Jezusa bezpośredni kontakt (Marka i Łukasza). Ani jedna z naszych Ewangelii w najstarszych greckich rękopisach nie nosi jednak imienia swego autora. Co więcej, okazało się, że pierwsze wyobrażenia o tym, kto napisał którą Ewangelię, możemy znaleźć dopiero w pismach pisarzy kościelnych pochodzących z II wieku (między innymi Papiasza z Hierapolis i Ireneusza z Lyonu). Jeśli dodać do tego informację, że w starożytności nie widziano nic złego w przypisywaniu autorstwa komuś innemu, byle była to osoba znana i jej imię podnosiło prestiż danego pisma, widzimy, z jakich powodów wyobrażenie, że o Jezusie dużo wiemy dzięki wspomnieniom naocznych świadków, szybko stało się dyskusyjne[3].

Jeszcze większy kłopot pojawił się w momencie, gdy uczeni zaczęli zestawiać z sobą – wers obok wersu – informacje z różnych Ewangelii i odkryto problem synoptyczny. Okazało się, że Ewangelie Marka, Mateusza i Łukasza opowiadają bardzo podobną historię wydarzeń z życia Jezusa i podobnie przedstawiają jego nauki. Kłopot polegał na tym, że „w mniejszości” znalazła się Ewangelia świętego Jana, której narracja, wyobrażenie o celach działalności Jezusa, a nawet język okazały się wyraźnie odmienne[4]. A właśnie na tej Ewangelii opierała się dotąd ortodoksyjna chrześcijańska chrystologia, widząca w Jezusie odwiecznego Boga.

Nie sposób przedstawić tutaj nawet ogólnego zarysu dwusetletniej już tradycji badań nad „Jezusem historii”, prowadzonych obecnie głównie na uniwersytetach i w instytutach teologicznych Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Anglii, Holandii, Skandynawii i Australii. Powrócę zatem do spostrzeżeń z pierwszej części artykułu. Spróbuję pokazać, że zaobserwowane niejasności, niekonsekwencje i wady logiczne pojawiły się dokładnie w tych miejscach, w których musiały się pojawić. Pytania o rolę uczniów w przekazywaniu tradycji o Jezusie uniknąć się bowiem nie da.

*

Kim byli judeochrześcijanie? Otóż historia chrześcijaństwa nie zaczyna się w Rzymie – zaczyna się w Jerozolimie. Tam powstała i do momentu ucieczki do Pelli przebywała pierwotna wspólnota[5]. Wiąże się z tym bezpośrednio kwestia przywództwa w ruchu po śmierci Jezusa. Według listów Pawła z Tarsu, „filarami” wspólnoty jerozolimskiej byli „Jakub, Kefas i Jan” (Ga 2, 9). Dlaczego aż trzech przywódców? Czy to nie dziwne, że Jakub wymieniony jest przed Piotrem? Dlaczego dwaj z tych przywódców nie zostali uwzględnieni w tradycyjnym łańcuszku tzw. sukcesji apostolskiej i dlaczego początek przeniesiono do Rzymu? Powstaje wreszcie pytanie, w jakim stopniu i dlaczego wspólnota jerozolimska – nie przypadkiem nazwana judeochrześcijanami – kontynuowała tradycje religii mojżeszowej, takie jak obrzezanie czy przepisy koszerności. Zrozumiemy wagę tego pytania, gdy uświadomimy sobie, że Kefas (czyli Piotr) i Jan należeli do grona najbliższych uczniów Jezusa, a Jakub był jego bliskim krewnym. Kto, jeśli nie oni, miał najlepszy dostęp do Mistrza z Nazaretu i rozumiał jego główne intencje?

Jak przedstawia się sprawa autorstwa Listu do Hebrajczyków? Dlaczego Joseph Ratzinger ewidentnie zakłada jego nieautentyczność, zarazem jednak nie pisze o tym wprost? Wahanie Papieża lepiej zrozumiemy, gdy uświadomimy sobie, że Nowy Testament zaledwie w trzech miejscach mówi w sposób wyraźny o tym, że Jezus to Bóg: są to dwa wersety z Ewangelii świętego Jana (J 1, 1; J 20, 28) i jeden werset właśnie z Listu do Hebrajczyków (Hbr 1, 8–9)[6]. Gdy w związku z badaniami nad problemem synoptycznym historyczna wartość Ewangelii świętego Jana straciła na znaczeniu, List do Hebrajczyków mógł nadal mocno łączyć tzw. wysoką chrystologię, widzącą w Jezusie człowieka-Boga, z najwcześniejszymi tradycjami, tymi sprzed 70 roku. Pod warunkiem oczywiście, że byłby to autentyczny list Pawła z Tarsu, pochodzący z lat pięćdziesiątych I wieku. Nie przypadkiem też odkupieńczy charakter śmierci Jezusa, będący samym centrum teologicznego wywodu całej książki, Joseph Ratzinger opisuje właśnie na podstawie Ewangelii świętego Jana i Listu do Hebrajczyków. Benedyktowi XVI niełatwo więc przyznać, że list nie jest autentyczny i najprawdopodobniej pochodzi z końca I wieku[7].

Czym jest Didache? Traktatem z przełomu I i II wieku, zawierającym głównie instrukcje dotyczące obrzędów, takich jak chrzest i eucharystia, a także organizacji wspólnot po-Jezusowych. Wiążą się z nim dwa problemy. Po pierwsze, przez długi czas uchodził on dość powszechnie za pismo kanoniczne, co pokazuje, jak nieadekwatne jest ortodoksyjne pojęcie kanonu przy badaniu pierwszych stuleci chrześcijaństwa. Po drugie, tekst ten pochodzi z kręgów chrześcijaństwa żydowskiego (wyżej nazywaliśmy je judeochrześcijaństwem), opisuje więc na przykład wędrownych nauczycieli, w przeciwieństwie do stałych, po-Pawłowych struktur administracyjnych, które dały początek ortodoksyjnemu Kościołowi[8]. Benedykt XVI z oczywistych powodów nie jest zainteresowany podnoszeniem żadnej z tych kwestii.

Czy jesteśmy w stanie zajrzeć do świadomości bohaterów Ewangelii, na przykład Poncjusza Piłata? Chodzi o to, że musielibyśmy najpierw rozstrzygnąć kwestię bardziej podstawową: w jakim stopniu ewangeliczne przedstawienie Rzymian jest oparte na wspomnieniach z życia Jezusa, a w jakim stanowi ono środek do zyskiwania przychylności mieszkańców imperium dla ruchu po-Jezusowego, zmuszonego do działania na emigracji. Tutaj nie można ograniczać się do samej sceny przesłuchania i skazania Jezusa, w której zresztą z jakiegoś powodu zabrakło kulminacyjnego momentu – wymownego, teatralnego obmycia rąk, dzięki któremu Piłat uwalniał się od odpowiedzialności za wydany przez siebie wyrok (Mt 27, 24). Dlaczego tego motywu nie ma? Papież analizuje także scenę, gdy po śmierci Jezusa pierwszym, który uznaje w nim Syna Bożego, jest Rzymianin – setnik (na przykład Mk 15, 39). Nie kojarzy jednak tego motywu z prorzymskością ewangelistów, po prostu zakłada historyczność tego wydarzenia (s. 239). Czy nie przywodzi ono na myśl wcześniejszego uzdrowienia sługi innego setnika (na przykład Mt 8, 5–13) i czy to wszystko razem nie daje do myślenia[9]?

Z drugiej strony z pewnością warto podkreślić, że Benedykt XVI stara się obiektywnie odtworzyć charakter i sposób działania Piłata także na podstawie źródeł pozabiblijnych, między innymi Filona z Aleksandrii. Przesłanie skierowane przeciw antysemityzmowi jest także bardzo czytelne. Papież, ryzykując wiele, otwarcie przyznał, że Mateusz, pisząc o obecności „całego ludu” żydowskiego, domagającego się śmierci Jezusa, „nie podaje faktu historycznego” (s. 201). Konsekwencje takiego postawienia sprawy sięgają bardzo daleko. „Jeśli według Mateusza »cały lud« wołał »Krew Jego na nas i na dzieci nasze« (27, 25) – komentuje Papież – to chrześcijanin powinien pamiętać, że krew Jezusa mówi innym językiem niż krew Abla (zob. Hbr 12, 24)”. Czy nie jest to pośrednie przyznanie, że ideologia ewangelistów nie zawsze nam odpowiada, że nie zawsze możemy jej ufać, że niekiedy potrzebujemy „innej opowieści”, bardziej „wiary-godnego Jezusa”? (Funk)

Najpoważniejszy dla tradycyjnego chrześcijaństwa wydaje się problem proroctw, jakie według Ewangelii świętego Łukasza (i wcześniej jeszcze Pawła z Tarsu) były zapisane w Biblii hebrajskiej i zapowiadały śmierć i zmartwychwstanie Mesjasza. „Idei cierpiącego mesjasza nie można jednak znaleźć nigdzie w Starym Testamencie, ani w żadnych żydowskich pismach poprzedzających lub współczesnych z Nowym Testamentem”[10]. Być może uwaga Benedykta XVI ze str. 218 o tym, że anegdota o spotkaniu na drodze do Emaus to odpowiednik „procesu poszukiwania i dojrzewania”, była takim momentem, kiedy Papież – wbrew własnej woli – nie widział już tej sceny jako historycznej, lecz tylko jako fabularny, literacki wyraz nowej, „popaschalnej” idei?

*

Najwięcej szans na historyczne ujęcie postaci Jezusa Benedykt XVI zaprzepaścił, budując swoją „harmonizację” relacji z ukrzyżowania. Wystarczy popatrzeć na to, jakie ostatnie słowa wypowiada Jezus. U Marka i Mateusza brzmią one rozpaczliwie: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15, 34b; Mt 27, 46b). Łukasz podaje zupełnie inne słowa, o przeciwnym wydźwięku – Jezus modli się z zaufaniem: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23, 46b). Jeszcze pewniejszy siebie jest Jezus Jana: „Wykonało się!” (J 19, 30b). Czy nie sprawia to wrażenia, że teksty te układają się w logiczny ciąg, że z jednego na drugi Jezus coraz lepiej znajduje się wobec śmierci, coraz bardziej panuje nad sytuacją? Dodam, że ułożyłem Ewangelie chronologicznie, według dominującej w badaniach nad problemem synoptycznym tzw. teorii dwóch źródeł[11]. Czy nie mamy tutaj przypadkiem śladów coraz wyższego kultu, postępującej z czasem teizacji prowincjonalnego Nauczyciela z Nazaretu w Galilei?

Dlaczego Papież tak wiele przeoczył? Łatwo domyślić się przyczyn, zapewne związanych z jego doświadczeniami jako wieloletniego szefa Komisji Doktryny Wiary i badacza chrześcijańskiej teologii systematycznej. Pisząc o fundamentalnych teologicznych przemianach po wojnie z Rzymem w roku 70 i po upadku Jerozolimy, Benedykt XVI zauważa: „Z nurtów judaizmu istniejących za czasów Jezusa przetrwał jedynie faryzeizm, którego nowym ośrodkiem stała się rabbinistyczna szkoła w Jamni i który w epoce pozbawionej świątyni wypracował szczególny sposób odczytywania i interpretowania Starego Testamentu przez pryzmat Tory, stanowiącej jego centrum. Dopiero od tego momentu mówimy o »judaizmie« we właściwym tego słowa znaczeniu” (s. 44). Zdania te są współcześnie jaskrawą nieprawdą historyczną. Wskazują na merytoryczny grzech pierworodny, z którego wzięły się wszystkie inne – zaobserwowane w trakcie powyższych analiz – mankamenty książki. Zniszczenie Drugiej Świątyni przetrwały bowiem DWA nurty judaizmu. Faryzeusze, którzy potem stali się ruchem rabinistycznym, i uczniowie Jezusa Nazarejczyka, którzy później stali się chrześcijaństwem[12].

Dodajmy zatem analogicznie, aby uzyskać pełnię obrazu: dla uczniów Jezusa nowym ośrodkiem stały się wspólnoty misyjne, zwłaszcza kościoły w Antiochii, a następnie w Rzymie, które w epoce pozbawionej świątyni wypracowały szczególny sposób odczytywania i interpretowania Starego Testamentu przez pryzmat osoby Jezusa z Nazaretu, uznanej za jego centrum. Dopiero od tego momentu mówimy o „chrześcijaństwie” we właściwym tego słowa znaczeniu.

 


[1] Problematyce poszukiwań Jezusa historycznego, a zwłaszcza najnowszemu, tzw. trzeciemu podejściu w tych badaniach (Third Quest) poświęcony był numer 4/2009 „Znaku”.

[2] Ks. G. Strzelczyk, Polemicznie o Jezusie, dz. cyt.

[3] Dwa skrajne stanowiska reprezentują: B. Ehrmann, Forged. Writing in the Name of God – Why the Bible’s Authors Are Not Who We Think They Are, New York 2011 (ujęcie sceptyczne) i R. Bauckham, Jesus and the Eyewitnesses. The Gospels as Eyewitness Testimony, Grand Rapids–Cambridge 2006 (ujęcie apologetyczne).

[4] Por. M. White, The Man from Heaven. The Gospel of John and Thomas, w: tenże, Scripting Jesus, New York 2010.

[5] Por. J. Dunn, The Earliest Community, w: tenże, Beginning from Jerusalem, Grand Rapids–Cambridge 2009, s. 172–240.

[6] R. Brown, Passages where Jesus Is Clearly Called God, w: tenże, An Introduction to the New Testament Christology, New York 1994, s. 185–189.

[7] Por. H. Attridge, H. Koester, Introduction, w: tenże, Hebrews. A Commentary on the Epistle to the Hebrews, Minneapolis 1989, s. 1–9.

[8] Por. Ga 2, 4 i Ga 2, 12, gdzie „fałszywi bracia” i „niektórzy z otoczenia Jakuba” sprawiają wrażenie wędrownych nauczycieli, a zarazem wizytatorów z Jerozolimy.

[9] Por. D. Crossan, Pilate. The Crowd and the Crucifixion, w: tenże, Who Killed Jesus, New York 1996, s. 147–159.

[10] Por. D. Kot, Zmartwychwstanie to za mało, „Znak” 2009, nr 6, s. 107–115.

[11] Zob. M. White, Modern Theories of Synoptic Relationship, w: tenże, From Jezus to Christianity, San Francisco 2004, s. 112–116.

[12] Por. M. White, Before They Were Christians, w: tenże, From Jezus to Christianity, dz. cyt., s. 117–142.

Czy ten cel zostaje osiągnięty? Ksiądz Grzegorz Strzelczyk z jednej strony chwali Papieską krytykę badaczy o „pooświeceniowej mentalności”, z góry wykluczających działanie Boga w świecie. Z drugiej – zarzuca Benedyktowi XVI podjęcie zbyt wielu zagadnień jednocześnie, co doprowadziło do nadmiernie powierzchownego ich potraktowania. „To z pewnością nie wystarczy specjalistom. A czytelnika mniej zorientowanego w stanie współczesnej dyskusji wokół problemu »Jezusa historycznego«, a jednocześnie borykającego się z egzystencjalnymi pytaniami, jakie ona ubocznie generuje, może wprawić w pewne zakłopotanie
 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata