70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

To, czego nie wie Jarosław Marek Rymkiewicz

Od lat prowadzimy dyskusje o znaczeniu polskości, wciąż jednak powtarzamy te same argumenty. Poniżej publikujemy głos Szczepana Twardocha, który choć kontrowersyjny, próbuje zachęcić nas do ponownego przyjrzenia się tej nieco już może zatęchłej problematyce. Liczymy, że wywoła dyskusję, głosy aprobaty bądź sprzeciwu.

Piotr Skwieciński pisząc w „Rzeczpospolitej” o Samuelu Zborowskim Jarosława Marka Rymkiewicza charakteryzuje tę książkę bardzo precyzyjnie. Wytyka poecie błędy, niekonsekwencje i życzeniowe myślenie, bezwzględnie wykazując, że Rymkiewicz ma o polskim wieku XVI niewielkie pojęcie. Uważa wreszcie jego metapolityczne tezy za szkodliwe dla Polski. Wszystko to prawda. Jednocześnie jednak umyka Skwiecińskiemu coś ważniejszego od tych Rymkiewiczowskich błędów i szkodliwości.

Otóż: jestem przekonany, że w jakimś stopniu pomyłki Rymkiewicza usprawiedliwia waga podjętego zamierzenia –– chęć redefinicji polskości. Polskości artystycznie zapomnianej i niezagospodarowanej, bo też jedynej dojrzałej i literacko wyrafinowanej próby przemyślenia polskości w XX wieku podjął się Gombrowicz, za Gombrowiczem poszła fala epigonów i przeciwników niewielkiego formatu, a sama polskość stała się literackim trupem, nadzianym na trzonki flag – jeden obóz macha polskością obrzydliwą, drugi polskością uwielbioną i jest to artystycznie jałowe, niepotrzebne, głupie, nudne. Wymyślić polskość na nowo próbował Andrzej Trzebiński, jednak wymyślanie to przerwano mu brutalnie i niewiele z tej krwi i ust zagipsowanych wyrosło.

Sądzę, że tożsamości narodowe są konstruktami, chaotycznymi budowlami bez projektu i bez projektanta, tworzonymi przez tysiące budowniczych, z których każdy ma swój plan i próbuje dzieło i zamysł konkurencji zniszczyć i przysłonić swoim. Budowniczymi tożsamości są artyści, politycy, żołnierze, ojcowie narodów – ci, którzy konstruują metody myślenia o danej tożsamości, wyznaczają formy, w jakich życie narodu będzie się realizować.

Wieszanie Rymkiewicza wydało mi się nowym wątkiem w zmurszałym, zmęczonym budynku polskości, budynku, którego od czasów Gombrowicza nikt nie budował już z pasją. Od wielu lat budowniczowie, jeśli układali jakieś cegły, robili to już tylko według starych, zużytych projektów. A nagle w tym zaduchu zmurszałych belek polskości romantycznej i niemrawych prób definicji polskości „nowoczesnej” (której rzekoma nowoczesność zasadniczo jest ledwie odkurzonym popowstaniowym pozytywizmem), pojawia się, jak blok zimnego betonu, projekt ściśle modernistyczny, brutalny: Wieszanie właśnie. Próba całkowitej redefinicji polskości, odświeżająca próba pomyślenie Polaków jako podmiotu, nie zaś przedmiotu przemocy.

W naturalny więc sposób bardzo zawiodłem się na Kinderszenen. Zamiast dalszego konstruowania tej nowej, groźnej polskości, poeta pod naciskiem własnej biografii wycofał się na pozycje zmurszałe, na pozycje polskości cieplutkiej. Zamiast heglowskiej, krwawej historii – martyrologia, polskość zdziecinniała, jak określił ją Aleksander Kopiński w swojej recenzji Kinderszenen z drugiego numeru „44/Czterdzieści i Cztery”. Zamiast ducha narodu, który rodzi się z płynącej krwi ta smutna, nudna konstatacja: my, Polacy byliśmy po stronie dobra, zaś Niemcy po stronie zła. Czyli wątki słyszane już milion razy, zużyte całkowicie, niepotrzebne, banalne. I antropologicznie głupie. Skazane na klęskę próby konkurowania z żydowską martyrologią. Czyli po prostu polskość męczennicka, spleciona w idiotycznej walce z polskością antymęczennicką, rzekomo nowoczesną, obie komplementarne, nikomu niepotrzebne, odgrywane rytualnie jak misteria, których sensu już nikt nie pamięta.

Zresztą, może i ktoś potrzebuje tych dwóch polskości, ci, dla których mitem założycielskim jest albo Katyń, albo Jedwabne, za które odpowiednio należy żądać przeprosin lub przepraszać, mnie jednak nie interesuje ani przepraszanie, ani bycie przepraszanym.

Polskość projektowana w Samuelu Zborowskim jednak do tych dyskursów nie należy, ani do jednego, ani do drugiego. Oczywiście: nie jest to książka historyczna. Pośpieszne badania zawodzą, o czym osobiście mogę się przekonać przynajmniej w tych miejscach, w których autor zajmuje się działką, o której mam pewne pojęcie – rozważania o sztuce wojennej i militariach, tak przecież ważnych dla całego kontekstu historii Zborowskiego, są dyletanckie w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Historia potrzebna jest Rymkiewiczowi wyłącznie jako sztafaż, jako pewnego rodzaju historyzm nowej architektury polskości. Rymkiewicz czerpie z historii podobnie jak Dominikus Böhm, projektując swoje ekspresyjnie modernistyczne kościoły, w których wykorzystuje wątek rzymskiej i romańskiej arkady w całkowicie niemimetyczny sposób, nie mający nic wspólnego z wcześniejszymi o pół wieku neostylami. Ale czerpie przecież jakże inaczej niż ci, którzy o świecie współczesnym próbują myśleć kategoriami sprzed lat pięciuset (idea jagiellońska), stu (endecka geopolityka, Koneczny et consortes) czy czterdziestu (demoliberalny koniec historii).

W Samuelu Zborowskim przedstawia Rymkiewicz polskość, jakiej jeszcze nie znamy. Nie znamy jej dlatego, że takiej polskości jeszcze nie ma, Rymkiewicz konstruuje polskość nową –– pisze, abyśmy poszli tam, gdzie prowadzi nas krew cieknąca z trumny zdekapitowanego Samuela, z trumny zdekapitowanej polskiej wolności.

I należałoby odpowiedzieć sobie na pytanie: gdzie to jest? Dokąd krew cieknąca prowadzi? Trzymając się wewnętrznej logiki tej metafory: do grobu. Ale nie sądzę, aby o grób Rymkiewiczowi chodziło, więc w tym momencie metaforę należy porzucić.

Zresztą, o co Rymkiewiczowi chodziło, to w zasadzie nieważne, bo nie jego o to pytamy, lecz jego książkę. A z książki wynika, nie wiem, czy zgodnie z Rymkiewicza intencją, czy nie, iż krew cieknąca z trumny Zborowskiego prowadzi nas do świata, gdzie Polacy są dzicy i okrutni. I dzikich i okrutnych Polaków boją się ich królowie. Na tej dzikości i okrucieństwie funduje się wolność Polaków. To wizja polskości straszna i piękna. Wizja, która zakłada –– wbrew wizjom, które cenią tylko wagę i słoność polskich łez –– że nie ma nic straszniejszego na świecie niż wściekłość polskich rycerzy i że tej wściekłości nie należy się wstydzić, tę groźną, krwawą wściekłość należy pielęgnować. To wizja, która się o tę wściekłość upomina, która upomina się o okrucieństwo, o egoizm, o imperialność, o skłonność do przemocy, wizja, która nie wstydzi się mordowania ludzi czekanem, ani obcinania nosów prostytutkom, „biednym małpom” jak pisze Rymkiewicz.

Jest to wizja, która w dziwny, po spenglerowsku anachroniczny sposób wydaje mi się spójna z obrazem polskiego konspiratora i żołnierza, wyłaniającym się z Egzekutora –– wspomnień Stefana Dąmbskiego, żołnierza AK. Dąmbski, nastoletni egzekutor z parabellum jest właśnie dziki i okrutny, jest wolny, bo nie ceni życia ani swojego, ani swoich ofiar. Pisze o sobie tak: „Ponieważ nie robiło mi różnicy, czy ja żyję, nie dbałem zupełnie o to, czy żyją inni. Strzelałem do ludzi jak do tarczy na ćwiczeniach, bez żadnych emocji. (…) Spełniły się moje marzenia; byłem człowiekiem bez skrupułów… Byłem gorszy od najpodlejszego zwierzęcia. Byłem na samym dnie bagna ludzkiego. A jednak byłem typowym żołnierzem AK. Byłem bohaterem, na którego piersi po wojnie spoczął Krzyż Walecznych” (s.23).

Czy Dąmbski zabijający Niemców i kolaborantów –– ale też, w odwecie za ukraińskie mordowanie Polaków, niewinnych Ukraińców – nie wyrasta wprost z kart Samuela Zborowskiego? Czy setki winnych i niewinnych ofiar Dąmbskiego, latający czekan, wbijanie na pal, zabijanie sowieckiego żołnierza gwoździem, obcinanie nosów prostytutkom nie należą do tego samego świata zapomnianej, męskiej polskości, którą przykryto polskimi niewinnymi trupami z jednej strony a próbą zdławienia polskości kompleksem antysemityzmu z drugiej?

Nie wiem, czy taka była intencja Rymkiewicza. Widzę jednak jak daleko odszedł od projektu polskości sympatycznej, kobieco wybaczającej, o jakiej pisał kiedyś, w 1983 roku (za wskazanie cytatu dziękuję Witowi Szostakowi): „Na tym przecież potęga naszego ducha polega: że jesteśmy gotowi przebaczyć, że niepomni na krzywdy nie chcemy się mścić. Nawet diaboliczne zło budzi w nas litość, współczucie. Widzimy jego nędzę, jego strach, jego słabość i wiemy, że powinniśmy współczuć temu strachowi, tej słabości. W tym jest nasza siła, nasza odwaga. (…) Musimy przebaczać, jeśli nie chcemy się sprzeniewierzyć naszemu dziedzictwu, wskazaniom naszych przodków: czyli samym sobie, bowiem nasi przodkowie są w nas, to my jesteśmy naszymi przodkami”.

Dziś Rymkiewicz nie ma wątpliwości: siła, odwaga Polaków leży w ich dzikości, w okrutnej dzikości, którą utracili, ale którą muszą odzyskać, odnaleźć w sobie na nowo, jeśli znów chcą być Polakami w całości, jeśli znów chcą dotknąć tej ultymatywnej formy polskiego istnienia, jakim jest bycie plemieniem wolnych, polskich rycerzy.

I to, czy Polacy w istocie kiedykolwiek takim plemieniem byli, czy nie byli, to nie ma teraz szczególnego znaczenia. Chociaż akurat obalenie anachronicznego, demoliberalnego mitu tolerancyjnej, renesansowej Rzeczpospolitej nieźle się Rymkiewiczowi w Zborowskim udaje. Jednak historyczne istnienie tej okrutnej dzikości, chociaż dla mnie niewątpliwe, nie jest tutaj ważne. Dla Rymkiewicza liczy się polskość dziś i polskości przyszłe perspektywy.

Dlatego Samuel Zborowski to książka pod każdym względem nowoczesna. Dlatego nie może ona funkcjonować jako książka historyczna, jest raczej książką futurystyczną. Futurystyczną, a nie futurologiczną, ponieważ Rymkiewicz nie stara się przyszłości przewidzieć, lecz ją zaprojektować.

Jest to wreszcie książka Rymkiewicza, który sam siebie nie zna. Słusznie wskazał Skwieciński, że Jarosław Kaczyński, ten „Władysław Łokietek nowej Polski”, jak mówi o nim Rymkiewicz w wywiadzie do „Newsweeka”, ze swoją wizją państwa lokowałby się raczej nie tam, gdzie chciałby go Rymkiewicz widzieć, raczej po stronie Zamojskiego, niż po stronie anarchicznego Zborowskiego.

Zgodnie więc z intuicją państwowca Skwieciński potępia anarchiczną wizję Rymkiewicza, nie dostrzegając jednak chyba jej szerszego wymiaru. Ja jednak znużony jestem wiecznym przerażeniem demoliberalnego myślenia o polityce, o państwie, którego głównym narzędziem jest wieczny strach: przed komunizmem i przed faszyzmem, przed terrorem feministek kastrujących prawdziwych Polaków i wyskrobujących dzieci z łon Matek Polek, przed moherowymi terrorem rozrodczo-religijnym rodem z Opowieści podręcznej Margaret Atwood, przed endekami i przed Żydami, przed demonami nacjonalizmu i przed Odwiecznym Planem Zniszczenia Narodu Polskiego, wszystko nieznośnie symetryczne.

I dlatego wizji Rymkiewicza przyglądam się z ciekawością. Z ciekawością, jakiej nie wzbudza we mnie żaden z dwóch aktualnie panujących osobnych, lecz komplementarnych paradygmatów polskości. Nie jestem przy tym pewien, czy Rymkiewicza wyjście poza tę dychotomię dyskursów „patriotycznego” i „postępowego” jest świadome, publicystyka poety, wywiady z nim –– od czasu słynnego gryzienia żubra –– lokują go zdecydowanie wewnątrz paradygmatu patriotycznego.

Trawestując Zagajewskiego: być może w publicystyce i wywiadach mówi Rymkiewicz o tym, co wie, w „Wieszaniu” i Samuelu Zborowskim napisał zaś to, czego nie wie. I to, czego nie wie, jest od tego, co wie o wiele ciekawsze.

Zwykle tak bywa z poetami.


Jarosław Marek Rymkiewicz, Samuel Zborowski, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2010, s. 360.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata