70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przegrzanie

Chłód, zamrożenie, lodowato zimno, odwilż, ocieplenie, ciepło, gorąco, parzy! Tak metorologicznie przedstawia się mapa stosunków polsko-rosyjskich. Chciałoby się – rozglądając się wokół przed wizytą prezydenta Rosji Dimitrija Miedwiediewa i podczas niej – dostrzec wskaźniki normalności. Niestety!

Większość dziennikarzy powtarzała radosną Niwicę, że oto „pierwszy raz od ośmiu lat przyjeżdża do Polski prezydent Rosji”, tak jakby prezydenci Stanów Zjednoczonych czynili między sobą wyścigi, by wylądować na Okęciu. Posłańcy prawdy medialnej umacniali nas w przekonaniu, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej.

Żywiłam nadzieję, że przyjeżdża do nas reprezentant Kremla o wiele bardziej skłonny do demokratycznych zmian niż jego przeciwnik. Putin zarządził w kraju omnipotencję munduru, a wiec przemocy, a w stosunkach międzynarodowych – szantaż militarny i surowcowy. Docierały do nas ostatnio budzące nadzieję wieści o inspirowanej przez Miedwiediewa reformie MSW (czyli milicji, której Rosjanie boją się bardziej niż bandytów); o wstrzymaniu w Chmimkach pod Moskwą budowy autostrady (za około 2,5 miliarda dolarów) prowadzonej przez przyjaciela Putina; o dymisji rządzącego z pomoca korupcji i przekupnych sędziów mera Moskwy Łużkowa; o zawetowaniu ustawy o FSB wiążącej ręce potencjalnej opozycji. Z ta nadzieją udałam się na konferencję prasową obu prezydentów.

Po Warszawie od rana nosiły się sygnały samochodów przewożących ważne osobistości. Kolumna aut wiozących dostojnego gościa wydawała się nie mieć końca: przyjechało z nim wielu ministrów (to dobrze) i z pół setki ochroniarzy (co w zaprzyjaźnionym kraju może dziwić). Kilku przepisowo biegło za prezydenckim samochodem, by w porę otworzyć przed prezydentem drzwi, zaraz potem podniosła się nad polską stolicą melodia stalinowskiego hymnu, do której dorobiono słowa tak trudne, że prezydencka para nawet nie kwapiła się do otwierania ust. W sali, gdzie miała się odbyć konferencja prasowa, dziennikarską gawiedź upchnięto na wąskim terytorium strzeżonym linami, zza których nie miał prawa wystawać nawet czubek buta. „Czy pani chce zadać pytanie?” – zapytał znający mnie z wcześniejszych kontaktów medialnych młody człowiek reprezentujący polską część straży nad dziennikarzami. „Tak”. „Bardzo proszę, nich pani tego nie robi! Dla każdej ze stron przewidziane są tylko dwa pytania: dwa dla Polaków, dwa dla Rosjan”. „Dlaczego? Czy to nie jest konferencja prasowa w wolnym kraju?” „No, jest, ale tak ustalono na prośbę Rosjan, więc niech mi pani nie utrudnia  życia”. Nie obiecałam mu tego.

Choć nagłośnienie było kiepskie, a głos prezydenta Komorowskiego niezbyt nośny, zapadały w pamięci zapewnienia, że „niedobra posucha w relacjach polsko-rosyjskich dobiega końca”; „rozpoczynamy nie tylko nowy rozdział w relacjach polsko-rosyjskich, ale dobry rozdział w relacjach polsko-rosyjskich”. Prezydent podkreślił, że Polska jako kraj członkowski NATO i Unii Europejskiej chce też „mieć jak najlepsze relacje wzajemne z Rosją” i „wpływać na ogólny kierunek polityki UE i NATO w stosunkach z naszymi ważnymi sąsiadami na Wschodzie”. Prezydent podziękował także prezydentowi Rosji „za wykonanie naszych ustaleń, przez co rozumiem ważną bardzo deklarację, uchwałę Dumy rosyjskiej w sprawie Katynia” (to kto właściwie rządzi rosyjskim parlamentem: posłowie czy wola prezydenta?).

Miedwiediew nie został dłużny: „wyniki śledztwa będą w pełni znane i dostępne dla wszystkich zainteresowanych stron”, a w sprawie „tragedii katyńskiej” Rosja podjęła w ostatnim czasie „szereg bezprecedensowych kroków, łącznie z przekazaniem odpowiednich materiałów archiwalnych sprawy katyńskiej”. Cóż za ulga dla daremnie oczekujących na akta ich najbliższych: wożą nam rosyjscy prominenci te teczki i wreszcie wszystko dowiozą! (A że – jak się wcześniej okazało – pan prezydent nic nie wie o tym, że rosyjski wiceminister sprawiedliwości w piśmie do Strasburga morderstwo 20 tysięcy ludzi nazwał „wydarzeniami katyńskimi”, od wszelkiej winy NKWD się odżegnując, to już drobiazg).

Kiedy przyszła pora na pytania, dyrygująca imprezą dama wywołała do odpowiedzi dwóch z każdej strony wcześniej zapisanych szczęśliwców. Pytania miała zapisane na kartce. Nie do końca wierząc w to, co widzę, usiłowałam się wedrzeć w przerwę między odpowiedzią prezydenta Miedwiediewa, a odpowiedzią naszego gwaranta konstytucji. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, uśmiechnął się i przystąpił do (czytania z kartki) wyjaśnień. Nie udzielono mi głosu. Międzynarodowa brać pośpieszyła wklepywać w laptopy wieści o ociepleniu między władzami dwóch demokratycznych państw.

Dobrze, że nie udzielono mi głosu. Chciałam zapytać prezydenta, który głosi, że „wolność jest lepsza niż niewola” i że „rosyjską naukę trzeba modernizować”, czy nie zechciałby uwolnić z kolonii o zastrzeżonym reżimie kilkunastu naukowców przebywających tam od lat na podstawie sfabrykowanych przez FSB spraw o szpiegostwo. Toż dopiero byłby zgrzyt w tym łagodnym, świetnie dyrygowanym koncercie. Dyrygowanym – przez kogo?

Na schodach pałacu podeszli do mnie dwaj panowie i kazali mi się wylegitymować. Nerwowo spisywali dane. Najwyraźniej czuli się nieswojo.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata