70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polityka i religia

15 stycznia 2011 roku mija osiemdziesiąta rocznica urodzin Jana Błońskiego, profesora, krytyka, pisarza, postaci na poły legendarnej dla życia umysłowego w Polsce. Ten wnikliwy czytelnik i badacz dzieł Gombrowicza, Mrożka, Prousta i wielu innych wybitnych twórców europejskiej kultury pozostawił po sobie quasi-pamiętnik i szereg interesujących zapisków dziennikowych. Poniżej publikujemy wybrane fragmenty tej wyjątkowej książki, która niedługo ukaże się nakładem wydawnictwa Znak.

Miło wspominać i łatwo pisać o polityce. Ja jednak nie mam dobrej pamięci – przy wspominkach wołam na pomoc Teresę – i mojemu pisaniu brak tej chytrości szczegółu, bez której trudno o dobrego memorialistę. Lepiej już pewnie rozumiałem procesy społeczne, rozumiane całościowo. Zabrzmi to jak przechwałka: jak na człowieka literatury, nazbierałem sporo wiadomości z ekonomii, demografii, historii czy socjologii; znacznie więcej aniżeli fabuł powieści czy nazwisk bohaterów. Mój rocznik uniwersytecki był ostatnim przed stalinowskimi reformami: obowiązywał nas jeszcze „wielki” egzamin z historii literatury, od preromantyzmu do współczesności. Uciekłem wtedy sprzed drzwi Pigonia, ponieważ zacny profesor zwykł pytać o dwanaście ksiąg Pana Tadeusza albo o dziewczyny ze Ślubów panieńskich: mnie Klara mieszała się ciągle z Anielą, polowanie zaś z grzybobraniem. Poszedłem do Kleinera, który pytał syntetycznie. I ja też syntetycznie zdałem. Dopiero postawiwszy notę, Kleiner zapytał mnie o futurystę sprzed pierwszej wojny. Nie znałem Yeżego Yankofskiego! I tak został mój nos przytarty.

Moje uczoności przydawały się zapewne czasem do krytycznych dywagacji. Ale naprawdę było tak: odczuwałem społeczności – swoje i obce – jako zagadki do przeniknięcia… albo raczej jako całości żądające interpretacji. Miasta i prowincje stawały przede mną trochę tak jak książki czy obrazy. Można się było do nich rozmaicie dobierać. Czytywałem – przeglądałem… – rozprawy ekonomiczne, uczyłem się historii Czech czy Litwy, ale także spędzałem godziny nad mapami i przewodnikami, albo nawet czytywałem drobne ogłoszenia w zagranicznych gazetach: całkiem niezły klucz do interesów i obyczajów. Językiem, w którym dokonywało się scalenie doświadczeń lektur i podróży, bywał na ogół język polityki. Ale chętnie rozprawiając o polityce (co jest poniekąd obywatelskim obowiązkiem), zrozumiałem rychło, że nie jest ona moją prawdziwą namiętnością. Polityk chce zmieniać, ja zaś wolałem zrozumieć i zachować. Największą radość sprawiała mi rozmaitość świata – a raczej ludzka rozmaitość – i budząca się nieraz nostalgia przeszłości (czy Zachodu) była uczuciem w istocie estetycznym.

Jednak nie pisałem listów z podróży, chociaż chyba bym potrafił: jakoś mi się to zdawało powierzchowne. Nad „Barbarzyńcę w ogrodzie” przekładałem zawsze Rodzinną Europę: rachunek sumienia nad kontemplację świadka. I teraz także nie chciałbym gonić za wspomnieniami. Już zaczynają blaknąć, już moja Europa, ta sprzed dwudziestu lat, trąci myszką: Francja mieszczańska, prowincjonalna, często nawet w Paryżu, jakby przedprzemysłowa; Włochy nie tylko piękne, ale i biedne jeszcze, co przydaje malowniczości; Szwajcaria całkiem przedwojenna, przechowana jakby w ogromnym pluszowym jaju z wymalowanymi górami i chłodnym niebem lodowców; Anglia, której z całą powagą strzegły w Dover stare armaty i kamienne lwy. Może nawet byłoby zabawnie opisać kiedyś tę turystykę saltembanków, uprawianą w latach, kiedy mało kto wyjeżdżał z Polski za granicę…

Nieprzyzwoity brak pieniędzy łączył się groteskowo z uczestnictwem w zabawach i przedsięwzięciach ludzi zamożnych. Jak bohater „Monizy Clavier”, jak sam Mrożek także, mieszkałem w pokoju bez okien na rue Saint-Louis-en-Isle, gdzieśmy z Ketem Puzyną zjedli przez tydzień dziesięć chińskich konserw kurzych: popołudniami odprawialiśmy wizyty i koktajle, wieczorami zaś chodzili – na najlepsze miejsca – do teatrów. Odbyłem także bez jednego grosza przy duszy podróż z Paryża do Kopenhagi, co byłoby głupstwem, gdyby nie to, że jechałem wagonem sypialnym. W ostatniej chwili zawiódł mnie pożyczkodawca Francuz, zdradzając tak swoje prawdziwe uczucia co do mojej wypłacalności. Bilet metra podarował mi hotelarz; bagażowy, który wyrwał mi z ręki walizkę, aby wnieść ją do przedziału, oniemiał, kiedy mu nie dałem napiwku, i odszedł pokornie; jazdę przetrwałem dzięki karafce wody w toalecie; podczas podróży statkiem bałem się wyjść z wagonu na pokład, a nuż zażądano by jakiejś opłaty; na dworcu w Kopenhadze zmartwiałem, stwierdziwszy, że wszystkie schowki bagażowe zdążono już zautomatyzować… Ale jakoś się nade mną Duńczycy ulitowali i po paru minutach wchodziłem już do arcyeleganckiego hotelu d’Angleterre: w hallu spotkałem Miłosza, któremu mój wygląd nie bardzo się chyba spodobał, skoro następnego dnia podarował mi krawat, który dotąd z pietyzmem przechowuję. Sporo lat później, już w latach siedemdziesiątych, poleciałem na inny kongres, do Montrealu, z trzydziestu pięciu dolarami, które wyasygnował mi uniwersytet: na lotnisku w Paryżu zapytano mnie najuprzejmiej, czy nie zgodziłbym się polecieć pierwszą klasą, jako że drugą wypełnił overbooking… Był to chyba ostatni ironiczny prezent bożka podróży. Kiedy pracowałem we Francji, nauczyłem się także podróżować po mieszczańsku. Ale im więcej miałem pieniędzy, tym się bardziej niepokoiłem… W tych dawnych podróżach, narwanych i beztroskich, było coś z dziecinnych wypraw po jabłka.

Było jednak także coś mocno niepoważnego, co wyczułem stosunkowo wcześnie. To, co myśmy poczytywali sobie za zasługę: poradzić sobie w nieznanym kraju, jego obywatele brali często – przynajmniej wtedy – za cwaniactwo czy błazeństwo. W roku bodajże 1964 wziąłem udział w letniej szkole w Loches, w Turenii, gdzie zaprzyjaźniłem się z młodym Szwajcarem, którego nazwiska niestety zapomniałem; został później profesorem w Stanach. Zapytał mnie raz na przejażdżce, czy zdarza mi się brać amatorów autostopu. – Czemu nie? – odpowiedziałem. Na co mój Szwajcar: – Ja, kiedy widzę tych chłopców, nie mogę nie pomyśleć, że ten, kto nie ma pieniędzy na podróże, powinien siedzieć w domu. Przecież to jest najzwyklejsze wyłudzanie! Na usprawiedliwienie tej żelaznej logiki dodam, że pochodził z rodziny kalwińskich rygorystów, z której się czasem naśmiewał, ale z drżeniem w głosie.

W ogóle mam wrażenie, że w moim życiu za wiele miejsca zajęły sprawy nie najważniejsze: w tym właśnie polityka i podróże, które pochłaniały mnóstwo czasu, zwłaszcza na przygotowanie. Od polityki znowuż zależało życie literackie, w którym brałem przecież udział. Dzisiaj, kiedy myślę o tym, co napisałem lub powiedziałem, odczuwam żal i czasem nawet przerażenie, że nie dotknąłem niemal tego, co było dla mnie najważniejsze. A najważniejsze były sprawy religijne, ta jakby drzazga Boża, która tkwiła we mnie latami, w uśpieniu albo też jątrząc, ale zawsze obecna. Ja też wiary nie ukrywałem, choć nie było jej znać po moich wypowiedziach: stąd zdziwienie przyjaciół (albo i mało-przyjaciół), którzy prosili nieraz, abym im „wyjaśnił” swe przekonania. Ale nie można wyjaśnić wiary, przestałaby być łaską. Można natomiast uchwycić jej niedoskonałości…

Kto wie, nie jest może całkiem tak, aby moje książki – co one warte, wiem dobrze, na usprawiedliwienie mam to tylko, że lepiłem je starannie – mógł napisać człowiek całkiem obojętny religijnie. Nawet w „Zmianie warty” jest jakby wołanie o wartości, które nie byłyby pokoleniową mitologią. Ale tak usilne było wtedy pragnienie szczerości, autentyzmu, zrzucenia skłamanych socmasek, że przesłaniało wszystko: zaś wielu młodym ludziom partia i Kościół jawiły się jako verso i recto tej samej monety. Nie zająłbym się nigdy Sępem, gdyby nie fascynacja potrydencką, barokową religijnością, której ostatnim echem były rekolekcje mojej młodości: jej heroiczna twardość, groźna i daleka jak posąg we mgle, porywała i mroziła jednocześnie. Jestem na tyle niewspółczesny, że rozumiem Escorial, skąd odruchowo uciekają nawet turyści: czuję wielkość państwa-klasztoru, gdzie Sęp czułby się dobrze wśród pobożnych grandów El Greca. Jeszcze jedno marzenie o civitas Dei! Ale Boga nie da się zamknąć w żadnej civitatis. Stąd smętek współczesności, bo civitas musi i zarazem nie może opierać się na transcendentnej regule: rozpływa się w nijakości albo wykoleja w tyranię.

Dąbrowska i Słonimski kazali się pochować kościelnie: ale przez piętnaście lat zmieniło się znaczenie tej decyzji. Masonka Dąbrowska – honni soit qui mal y pense! – chciała podobno zamanifestować jedność z polskim ludem. Mnie się wydało, że obraża jego wiarę, sprowadzając ją do politycznego gestu. Może się zresztą mylę i pokój jej cieniom. Czy i jak wierzył Słonimski, nie wiem. Jego pogrzeb, gdzie znalazłem się na pół przypadkiem – byłem akurat w Warszawie – był naturalnie cichą manifestacją polityczną: jako opozycjonista znalazł się tam nawet Jakub Berman. Pamiętam też oboje Iwaszkiewiczów, jak podpierając się, szli aleją cmentarza w Laskach: nikt jakoś do nich nie podchodził, literaci unikali wzrokiem swego prezesa… Jakkolwiek by było, Słonimski wiedział już, że wolnomyślnemu liberalizmowi, któremu służył odwagą i dowcipem, brakowało religijnego ziarnka, aby uczynić go – w nadchodzących czasach – wiarygodnym. Po wojnie sporo było wśród inteligencji chrześcijan politycznych: chodzili do kościoła, ponieważ byli przeciw. W latach sześćdziesiątych zaczęli pojawiać się chrześcijanie historiozoficzni. Oni byli za. Za cywilizacją, która – jak spostrzegli – w esencji swojej była (czy musiała być?) chrześcijańską. Ale do kościoła chodzili rzadko, chociaż nieraz bardzo chcieli. Bo trudno kochać Boga za dzieła ludzi.

Chrześcijan politycznych trochę się brzydziłem. Od historiozoficznych nauczyłem się niemało. We Francji, gdzie wyroili się pierwsi z ula Maurrasa, byli na ogół reakcjonistami. W Polsce starali się odsłonić religijne źródła demokracji, nawet jeśli kokietowali rzekomym „konserwatyzmem”. Pamiętam olśnione obrzydzenie, kiedy w Toledo (chyba w Toledo?) oglądałem kościół Świętego Jana, bałwochwalczo wystawiony królom: cała dekoracja składa się z inicjałów i herbów Ferdynanda i Izabeli. Od los Reyes Catolicós lepsi już Ojcowie Założyciele, chociaż tak kiepsko znali się na sztuce!

Wśród chrześcijan historiozoficznych trafiały się postacie promienne, jak Małgosia Dziewulska, której wszystko się udawało, działania parateatralne, latanie na lotni i pisanie artykułów: najmniej jeszcze reżyseria… Były nie do rozplątania, jak mój przyjaciel Kijowski, u którego nigdy prawie nie umiałem odróżnić religii od polityki (podobnie jak wewnętrznej potrzeby od komedianckiego gestu): a przecie obie drążyły go całe życie. Były pożyteczne, ale chyba zdradne, jak Krzeczkowski, który po jakimś odczycie wziął mnie przyjaźnie pod ramię i zaczął perorować na nutę: „My, endecy…”. Były udręczone (chociaż w tej udręce słyszało się histerię), jak Ewa Bieńkowska, której świat raz po raz budował się i rozsypywał wedle chrześcijańskiego paradygmatu: była tak spragniona natychmiastowej nagrody w postaci wewnętrznego ładu, że rozdygotane ego przeżerało wiarę w tym samym procesie, w którym się zbliżało do Boga. Były wreszcie postacie tragiczne, jak Kołakowski, którego niestety prawie nie znałem.

Jego namiętnością stało się uzasadnianie pojęć i mniemań, w które nie mógł uwierzyć. W roku 1980 słuchałem jego wykładów w Collège de France. Przewodniczył Le Roy Ladurie, wybitny historyk i potomek wielkomieszczańskiej familii z Langwedocji… co było poznać; przyjaźnią dla dysydentów i wygnańców Le Roy okupywał głupstwa swej komunistycznej młodości. Kołakowski udowadniał, że osiemnastowieczna idea tolerancji zrodziła się – jak motyl z kokona – z tradycji chrześcijańskiej. Później zaś zaczął rozważać, jak przeformułować dogmatykę zbawienia, aby i chrześcijanie byli syci, i bezbożnicy cali. Paru Francuzów czmychnęło, część zaczęła szeptać: było coś istotnie bezradnego i może nawet śmiesznego w tych teologicznych spekulacjach wielkiego uczonego, który przestawiał sobie idee jak figury na szachownicy, nie mogąc zdobyć się na żaden gest nadziei, na żadne słowo wiary. W dyskusji Le Roy zapytał z niejakim zdziwieniem, czemu prelegent zadaje sobie tyle intelektualnego trudu w sprawie, która została przecie w praktyce załatwiona, nawet w Kościele. Kołakowski zasmęcił się i zamilkł, ale już podniosły się głosy gratulacji i zaproszeń: zbliżał się wieczór, a wraz z wieczorem – święta ceremonia kolacji.

Zapewne, błaha to scenka. Ale nie, bo pokazuje różnicę umysłów i kultur tam, gdzie nikt by się jej nie spodziewał. Dla Francuza tolerancja była zagadnieniem praktycznym, mniej lub bardziej szczęśliwie rozplątanym; dla Kołakowskiego metafizycznym. Ale metafizycznym dlatego, że społeczności, które poznał – mieszczańska i totalna – pozostały bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Le Roy miał się gdzie wycofać: do swego zamku, masońskiej tradycji, mieszczańskiego rozsądku. Jeszcze to wszystko było dla niego żywe. Kołakowski stał przyparty do muru, nie rozporządzał żadnym cywilizacyjnym albo-albo.

Świat Le Roya i jemu podobnych – czy chcieli, czy nie – kończył się cmentarzem, którego topografią były właśnie trzy tomy „Marksizmu”. Tam też, na tym cmentarzu, rodzili się chrześcijanie historyczni, obojętne, czy przeszli kiedyś przez Krótki kurs historii WKP(b), czy też zrozumieli po prostu codzienne funkcjonowanie imperium nihilizmu.

Ale ja się przecież do nich nie zaliczam. I nie chciałbym, aby ktokolwiek pomyślał, że przyglądałem się im z wyższością. Raczej przeciwnie, byłem im wdzięczny. Przypominali, często z żarliwością neofitów, że chrześcijaństwo to fundament – albo też drożdże? – cywilizacji europejskiej; moja zaś wiara była raczej wyobcowana z historii i trochę zasromana, że tak niewiele w tej historii udało jej się zdziałać. Dzisiaj tak nie sądzę. Ale to jest może swoiście polskie. W przedmowie do swoich angielskich esejów Miłosz przytacza słowa polskiego przyjaciela: „Jesteśmy jak Dalmatyńczycy w walącym się cesarstwie rzymskim. Troszczymy się o to, za co inni nie daliby już złamanego szeląga”. Tym polskim przyjacielem byłem ja; w 1980 roku Miłosz przypomniał mi to zdanie, którego zresztą na pewno sam nie wymyśliłem (podrzuciłem natomiast Lemowi termin „ogólna teoria wszystkiego”, który przyjął się potem w potocznej polszczyźnie). W latach siedemdziesiątych chyba tylko Polacy ośmielali się myśleć, czasem nawet i pisać, że cywilizacje nie są siebie warte i że ta właśnie, na której obrzeżach się wychowali – raczej lepsza. Opinia, której nie wolno było wypowiedzieć w Londynie czy Harvardzie. Lekcje poglądowe, których udzielili ludzkości prezydent Mao, doktorant Sorbony Pol Pot, cesarz Bokassa i imam Chomeini, utemperowały później nieco cywilizacyjny egalitaryzm. Ale wchodzi on ciągle w skład katechizmu światłego obywatela świata, któremu duch misyjny – europejski, a tym bardziej chrześcijański – dawno wywietrzał z głowy.

Gdzie więc szukać pierwszego zadraśnięcia drzazgi? Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam przygnębiający sen spadania czy odłączenia. Byłem jakby między chmurami, poruszającymi się miarowym, obrotowym ruchem, który spychał mnie w dół – do piekła. Czasami udawało mi się obudzić i wezwać imienia Bożego, co, jak wiadomo, zapewniało ocalenie; czasem zaś sen roztapiał się w szarej, lepkiej rozpaczy. Straciłem wiarę na kilka dni, miałem wtedy lat szesnaście, najwyżej siedemnaście. Nie było w tym nic wyrozumowanego, odeszła, jak wróciła – milcząco. Przeżyłem wtedy cieleśnie coś, co filozof nazwałby może doświadczeniem przygodności. Patrzyłem na dom, na drzewa, na furę terkoczącą po ulicy (mieszkaliśmy w Toruniu, na Bydgoskim, przy Moniuszki). Wszystko było jakby osobne, niepotrzebne, bez powodu. Drzewa nie miały korzeni, dom stał na przypadku, prawo ciążenia obowiązywało tylko tymczasowo, lada chwila mogło zostać odwołane i okno, parapet zawisłyby w powietrzu. Fura jechała donikąd, koń był zwierzęciem nie tyle groźnym, ile niepojętym, miał jakieś głupie nogi, chrapy, uszy. Patrzyłem, ale mógłbym nie patrzeć, zasypiałem z przyjemnością, jak automat. Myślałem sobie, że jestem wolny, ale po co? Czułem smutek i ukontentowanie jednocześnie. Ciekawe, że łatwiej radziłem sobie ze światem wewnętrznym niż z zewnętrznym, którego przypadkowość była doprawdy godna politowania. Uprzytamniam sobie teraz, że podobny bywa nastrój wierszy Leśmiana: niby to poeta utożsamia się z „wichrem kosmicznym”, a naprawdę błąka się wśród rzeczy pokracznych, „oderwanych od przyczyny”. Pewnie dlatego tak bardzo Leśmiana lubiłem.

Myślę o moim ojcu, o jego wierze. Lubił się chyba modlić: rano, kiedy nie mógł już spać, albo wieczorem czytał proste modlitwy z książeczki do nabożeństwa. Zaglądał czasem do uczonych roztrząsań filozoficzno-teologicznych – pamiętam, jak podczas wojny czytał Ojcze nasz Cieszkowskiego – ale nieczęsto. Przypuszczam, że inspiracji religijnych dostarczała mu raczej literatura. Po kruchtach nie przesiadywał, nawet w starości, w domu księża zjawiali się rzadko, czego trochę żałuję. Może po cichu uważał, że kapłani częściej gorszą, niż nawracają?

Lubił piękną liturgię i jak tylko mógł, prowadził mnie na nabożeństwa Wielkiego Tygodnia. Chciałem rozumieć, co dzieje się przy ołtarzu, i chociaż byłem dobrym uczniem, łaciny nauczyłem się raczej kościelnej niż klasycznej. Ale nade wszystko ojciec przepadał za folklorem świąt. Kupował palmy, chodził z dziećmi na groby i nosił do pokropienia święcone: najbardziej zaś cieszył się Bożym Narodzeniem. Gotów był godzinami śpiewać kolędy i nawet wnuków zdołał przekonać do starożytnego obyczaju. Kolędując, wracał do Złoczowa, do matki. I tym samym wracał w początek, świat rodził mu się jakby na nowo. Jego Bóg był Bogiem właśnie objawionym, był Dzieckiem.

Ziemskie dzieci lubił także ogromnie. Pamiętam, jak wysoki, trochę przekrzywiony, z twarzą poważną i nastroszonymi brwiami, stał godzinami w oknie, trzymając na rękach moich starszych synków: uczył ich nosa i okularów, kapelusza i butów, samochodu i konia. Mija właśnie osiem lat, jak umarł. Nie chciał skrzywdzić malutkiego wnuka, potknął się o rozbiegane dziecko i złamał nogę. Jak to często bywa u starców, nogę udało się złożyć, ale choroba nieodwołalnie przyspieszyła starzenie. Ojciec do końca zachował rozumność, ale niesłychanie spowolniał: chociaż najprostsze zdanie ciągnęło się jak kolejka w delikatesach, nikt nie tracił cierpliwości; tak bardzo był nam jeszcze potrzebny. Żeby mu zrobić przyjemność, nazwaliśmy go smokiem: że niby silny jeszcze i groźny. Przypominał jednak raczej ogromnego żółwia, milczącego, nieruchawego, mocno przygarbionym grzbietem udając skorupę.

Istnienie cieszyło go, może bardziej niż mnie, rozkapryszonego. Znosił z wytrwałą starannością niewygody wieku; umiał też, co uważam za sztukę, wyprosić opiekę bez natręctwa i narzekania. Pokładał zaufanie w Teresie, która mu kilkakroć uratowała życie; nie zapomniał podziękować jej przed śmiercią. W ostatnich latach nie był już nikim dla obcych, tym bardziej że wymarli wszyscy prawie, z którymi się przyjaźnił; ale w domu miał miejsce ogromne, bo nie przestawał świadczyć, że istnienie jest dobre. Może to właśnie było jego zadaniem przed Panem i ludźmi?

A przecie bał się śmierci i nie chciał jej. Czuję jego rękę dotykającą mojej, drobne drapanie wąsów na twarzy: chwile stowarzyszenia i nieobecności czasu. Po powrocie ze szpitala powlókł się jeszcze kilka razy do naszego ogrodu: Teresa do końca kazała mu walczyć o rehabilitację. Siedzieliśmy w jesiennym słońcu, ciepłym, spokojnym. Czytałem książkę, ojciec dumał. Usłyszałem, jak mówił, pół do mnie, pół do siebie: jednak nic z tego nie będzie. Na ustach miał grymas żalu i bezsilnej krzywdy, jedyny, jaki zobaczyłem. Zacząłem go pocieszać, ale od tej chwili poddał się losowi.

Jawa zaczęła mu się mieszać ze snem, majaczył, ale miał jeszcze długie godziny zupełnej trzeźwości. Czy mogłem mu nie powiedzieć tej prawdy, którą byłem niejako ja sam? Musiał ją zrozumieć jako pożegnanie, czy miała jednak zostać utajona? Objąłem go i powiedziałem, że był dobrym ojcem; nic więcej. Chwilę się zdziwił, zrozumiał, odwdzięczył podobnym słowem. Parę godzin później podziękował Teresie. Chciał i Mamie dziękować, ale ona nie rozumiała, nie mogła jeszcze zrozumieć.

Jak mnie ojciec wychowywał, nie wiem. Prowadził mnie, ale którędy? Jakoś się to wszystko odbywało w korzeniach, w ciemnościach. Szary był nawet pokój, w którym zwykliśmy rozmawiać: jesień? wyłączenia prądu? Była połowa wojny, miałem dziesięć – dwanaście lat, wiek ciekawości i wsłuchania. Kobiety znikały gdzieś w pracy, domu, ogrodzie, może przyjmowały w kuchni sąsiadki? Odrabiałem prędko lekcje i kazałem ojcu opowiadać. Mówił o swojej młodości, o Polsce, także o historii i literaturze. Coś było w tym z wykładu, coś z bajki. Jak teraz widzę, ojciec musiał tłumaczyć mi nieraz sprawy elementarne, pamiętam jednak doskonale, że opowiedział mi – między innymi – aferę Brzozowskiego… Był oczywiście po stronie krytyka. Czasu miał sporo, bo lekarz kazał mu leżeć: rozchorował się na wrzód dwunastnicy (ze zmartwienia po Polsce, oczywiście) i dopiero operacja, uważana wtedy za wielce niebezpieczną, postawiła go w końcu na nogi.

Ale wtedy ja także zacząłem stawać się samodzielniejszy. Czytałem Słowackiego i dopisywałem zakończenia porzuconych dramatów, podejrzewam, że optymistyczne. Coraz też częściej wychodziłem z domu i włóczyłem się po Żoliborzu, z kolegami lub bez. Od czasu do czasu miewałem poglądy. Gdybym jednak mógł wrócić w przeszłość, wybrałbym na pewno czas tych rozmów z ojcem. Był on jakby matrycą mojego życia. Przyznaję, że zniechęca mnie czas triumfów, czuję się lepiej w porażce i w upartej nadziei, która z tej porażki wyrasta. Los odmówił mi wybuchów radości, i tym lepiej. Nie byłem w Warszawie, kiedy wybuchło powstanie. Nie wznosiłem wiwatów w dniu wyzwolenia – nikt w Krakowie nie wznosił, albo konwencjonalnie. Październik tyleż porywał, co zasępiał: możliwością radzieckiej interwencji i manipulanctwem, które odkrywałem co krok. Nie przeżyłem piękniejszego dnia niż ta niedziela, kiedy Papież odprawiał Mszę na Błoniach. Patrzyłem na uciszone miliony, na triumf wiary bez potęgi, zwycięstwo pokornej wolności. Nie mogłem jednak odpędzić myśli, że to, co najczystsze, jest już za nami, i płakałem, że tak mały miałem w tym udział, żaden przecie. Czy nie podobnie czuł Papież, kiedy ze łzami w głosie prosił, aby Ducha nie gasić?

Dzisiaj nie wiem już, co mogłoby mnie porwać. I mała, i duża historia pouczyły mnie, że wielkość jest tylko w początku, w powinności, która z siebie samej czerpie nadzieję i ufność. Niczego podobnego nigdy mi ojciec nie mówił. Pamiętam jednak zmrok, który nas powoli ogarniał, łóżko, na którym gryzła ojca choroba, odgłosy z kuchni, blask karbidowej lampki w salonie. Zamykano furtki i drzwi, w które w nocy miała łomotać policja. Żoliborz kulił się jak tropione zwierzę. Gdzie była wtedy nadzieja? Tylko w nas, w obowiązku ojca, w ufności chłopca. Prawda rodziła się w poczuciu powinności: jak owo Dzieciątko, któremu lubił kolędować ojciec. Czy prawda o ludziach i sprawach, o jakich opowiadał? Skądże, tamta była tylko wspomnieniem i podręcznikiem. Inna prawda.

Tak mi się to pamiętanie religijnie zabarwiło. Bo też prawdziwa religijność ojca była osobista i moralna. Do sakramentów przystępował rzadko, jak było wtedy w zwyczaju; ale Mszy nie opuszczał nigdy, co i mnie zostało. Chodziłem w niedzielę do kościoła nawet wtedy, kiedy byłem daleko od Boga. Skoro nie można złożyć ofiary serca, niech zostanie chociaż znak pamięci i wierności! Wspólnych modlitw w rodzinie nie było; niewiele (prócz świątecznych zwyczajów) rysów ludowej religijności; ojciec nigdy mnie nie namawiał, abym poszedł na nieszpory czy nabożeństwo majowe, tak popularne podczas okupacji. Goniły mnie tam prędzej, jak byłem mały, ciotki i matka; a także koledzy, jako że na Żoliborzu w roku 1942 czy 1943 bardzo było wśród chłopców i dziewcząt przyjęte, aby chodzić na popołudniowe nabożeństwo – i na deptak.

Z poczuciem moralnego obowiązku musiało łączyć się u ojca silne poczucie grzechu, chociaż oczywiście nigdy o tych sprawach nie mówił. Odezwało się ono na kilkanaście godzin przed śmiercią, ku zdumieniu i przestrachowi obecnych. W swoich pół snach, pół majaczeniach ojciec mówił coś o jakichś dezerterach, powtarzał austriackie komendy… Początkowo nie mogłem doszukać się w tym żadnego sensu. Potem przypomniałem sobie, że kiedy byłem głupim szczeniakiem i podziwiałem wojenną przeszłość ojca, zapytałem go raz czy widział kiedyś skutek swego strzału. Zwykle spokojny, ojciec wpadł w gniew i zabronił mi mówienia o sprawach, o których nie mam pojęcia. Teraz skojarzyło mi się to ze zdarzeniem, o którym dyskretnie napomknął w pamiętniku. Przed ofensywą – a na froncie włoskim było tych ofensyw bez liku, wszystkie krwawe i nieskuteczne – złapano kilku dezerterów, których sąd wojenny skazał na śmierć. Wykonania wyroku winien dopilnować porucznik adiutant batalionu.

Tym porucznikiem był mój ojciec. Teraz, przed śmiercią, przeżywał raz jeszcze to, co musiał uważać za winę swego życia, kaźń kilku ukraińskich chłopów, którzy – tak jak i on – nie chcieli umierać za nie swoją sprawę.

Potem opuścili go zapomniani przez wszystkich Ukraińcy i na chwilę wróciła matka. Umarł w spokojnym śnie, koło ósmej rano.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata