70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kościół w ruinie?

Od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku napięcia w Kościele katolickim dzielą tych, którzy opłakują śmierć pielęgnowanych dotąd modeli religijności i religijnego porządku (zastąpionych, w ich mniemaniu, liturgicznym wandalizmem, teologicznym blichtrem i chaosem), i tych po drugiej stronie barykady, którzy witają nową sytuację jako szansę na ponowny rozkwit po latach, czy nawet wiekach, religijnego wyjałowienia – stuleciach pozbawionych ożywczego oddechu. To, co jest dla niektórych „Kościołem w ruinie”, innym jawi się jako Kościół powstający jak Feniks z popiołów.

Powyższe uwagi mogłyby być napisane mniej więcej dwadzieścia lat temu, kiedy dyskusja o stanie Kościoła w dużej mierze pozostawała wciąż jego wewnętrzną sprawą. W ciągu dwóch dekad nastąpiło jednak pewne przesunięcie akcentów – kwestie z życia Kościoła nie są już komentowane jedynie przez praktykujących, czy nawet byłych katolików. Ciemne chmury zawisły nad Kościołem również w oczach szeroko rozumianej opinii publicznej. Poczynania przede wszystkim duchownych stały się obiektem poważnego zainteresowania ze strony organów ścigania w wielu krajach zachodnich, nie wspominając o tym, że pozostają źródłem trosk dla przedstawicieli wyższych szczebli hierarchii kościelnej obawiającej się ostatecznej utraty wiarygodności, którą może jeszcze mieć w oczach sceptycznego świata.

Jeśli nawet zostawimy na boku najciemniejsze chmury grzeszności kleru, nie ominiemy potencjalnie jeszcze bardziej zawiłego i jeszcze bardziej niepożądanego problemu, z którym boryka się Kościół. Skoro, jak się wydaje, w niedawnej przeszłości, a może również we wcześniejszych epokach historii Kościoła, istniała rażąca rozbieżność między tym, czego nauczał, a tym, co praktykował, można zadać następujące pytanie: Czy to możliwe, że Kościół nie tylko, przez swoich oficjalnie wyświęconych reprezentantów, nie praktykuje tego, czego naucza (co jest dość ludzkim zjawiskiem), ale również nie do końca w swoje nauki wierzy? Czy możliwe jest, że przesłanie chrześcijaństwa było od wieków formułowane w sposób do tego stopnia wzniosły i wyidealizowany, że żaden zwykły śmiertelnik nie byłby w stanie żyć tak, jakby ufał, że owo przesłanie skierowane jest właśnie do niego? Jak wielu, na przykład, jest gotowych rozdać wszystko, co mają, żeby zachować skarb w niebie (Por. Mk 10, 21)? Czy głosząc przesłanie, w które nie potrafią do końca uwierzyć, wysłannicy Kościoła nie narażają się na niebezpieczeństwo dwulicowości, przy czym ich dwa oblicza miałyby ze sobą niewiele wspólnego? Czy nieuczciwość i hipokryzja są niemalże nieuniknionym elementem zakodowanym w kościelnej misji głoszenia dobrej nowiny o Chrystusie?

Niektórym takie przypuszczenia mogą wydawać się bezpodstawne czy wręcz niebezpieczne. Bo kto ma prawo osądzać drugiego człowieka? Kto potrafi poznać sekrety czyjejś duszy? Czy nawet własnej… Może więc należy być bardziej ostrożnym i nie szukać kozłów ofiarnych, ale raczej zastanowić się nad rozwiązaniem zaistniałego problemu, jeśli cokolwiek da się jeszcze zrobić z obecnym w Kościele marazmem. Jak powinno się, albo jak można, poradzić sobie z sytuacją, w której wspólnota powstała z wyznawania najwspanialszych ideałów, głosząca całemu światu dobrą nowinę o odkupieniu, jest postrzegana jako „Kościół w ruinie”, jej reputacja jest w strzępach, przesłanie często staje się obiektem drwin jako ewidentnie fałszywe, a ludzie działający w jej imieniu tracą zaufanie na całym świecie?

Można oczywiście unikać konfrontacji z rzeczywistością, schować się w cieniu ruin i próbować przeciwstawiać się odrzuceniu przez świat tradycyjnymi metodami przegranych: urazą, zgorzknieniem i użalaniem się nad sobą. Albo można wybrać drogę zadowolenia z siebie i stwierdzić, że skorumpowana policja jest lepsza niż żadna, że niemoralny rząd jest lepszy niż żaden, że nieuczciwy bank jest lepszy niż żaden, więc i zdeprawowany Kościół jest lepszy niż żaden. Ale można też zastanowić się, czy jest coś, co można ocalić z katastrofy, w kierunku której zdaje się dryfować wspólnota.

Niejednokrotnie w Piśmie Świętym pojawia się ostrzeżenie mówiące, że kiedy wyznawcom Boga, czy też tym, którzy wierzą, że nimi są, robi się zbyt wygodnie, wręcz przytulnie w ich nawykach, katastrofa zazwyczaj czyha za rogiem. Wieloletnie przyzwyczajenie do pewnych form życia duchowego jest narażone na klęskę, a ci, którzy je praktykują, mogą nagle zostać wyrzuceni na pustynię, żeby poszukali sobie jakiejś innej „ziemi obiecanej”.

Nasilający się świecki nadzór nad sprawami Kościoła jest prawdopodobnie sygnałem, że przynajmniej „świat” intuicyjnie akceptuje to, iż chrześcijaństwo powinno być „światłością świata” czy „solą ziemi”, a nie służącym jedynie sobie i własnemu przetrwaniu substytutem świata, nawet jeśli Kościół nie zawsze potrafi dostrzec tu różnicę.

Pewne poparcie dla tej tezy można znaleźć w być może zaskakującym źródle – u Karla Bartha. Zaskakującym, gdyż Barth zwykle kojarzony jest z głęboką nieufnością wobec wszystkiego, co ludzkie. Jednak w ciekawej dygresji, w której wskazuje na podobieństwo między historią Jonasza wyrzuconego z jego miotanej sztormem łodzi i często spotykanymi zapędami świata, żeby wyrzucić chrześcijaństwo za burtę, Barth zauważa, że bohater biblijny był gotów wyznać swoją winę (która polegała na próbie ukrycia się przed Bogiem) i, co więcej, sam prosił, by żeglarze, na których ściągnął nieszczęście, wyrzucili go ze statku. Jednak, kontynuuje autor, kiedy świat ma ochotę pozbyć się chrześcijaństwa, jest ono „niechętne by przyznać, że nieszczęścia, które są tego przyczyną, mają cokolwiek wspólnego z jego własną winą, częściej natomiast szuka wyjaśnień sytuacji w błędach złego świata, dalekie jest od potępienia własnego grzechu i zadośćuczynienia za swoje winy, zazwyczaj zaś bardzo głośno protestuje przeciwko otwartym groźbom odsunięcia go na bok”1. Ten komentarz można odnieść do obecnych kłopotów Kościoła.

Jeśli jednak ufamy, że Bóg jest niezmienny, wtedy mamy wszelkie powody, żeby wierzyć i mieć nadzieję, że to, co było możliwe w przeszłości, będzie tak samo prawdopodobne w przyszłości. Krótko mówiąc, wiarygodna odnowa Kościoła jako znaku Bożej rzeczywistości w Chrystusie będzie w przyszłości zawsze możliwa. Jak ta możliwość zostanie zrealizowana, przekonamy się wkrótce.

Tłumaczyła Marzena Zdanowska

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata