70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zapiski na marginesach

Jakie będą następne nazwiska-symbole? Pierwszy człowiek, który obleci dokoła Księżyc… Pierwszy człowiek, który stanie na Księżycu (to będzie symbol gigantyczny, księżycowy Adam)…

 

kwiecień 1961 („Znak” nr 82)
12 kwietnia. Mamy więc pierwszego kosmonautę. Chwila osobliwa, historyczna, przejmująca – ale przyznam, że chyba jeszcze bardziej przejąłem się pierwszym sputnikiem i pierwszym powrotem żywych stworzeń z tour du globe na Ziemię. To były zasadnicze etapy podboju przestrzeni, lot Gagarina jest może w tym łańcuchu wydarzeń ogniwem mniej ważnym: nie tyle nową zdobyczą naukowo-techniczną, ile olśniewającym dowodem ugruntowania się wielu uprzednich zdobyczy.

A jednak wydarzenie jest wspaniale i żadne „szkiełko i oko” nie ochłodzi jego wysokiej temperatury: bowiem lot Gagarina jest symbolem. Człowiek potrzebuje symboli, znaków, sztandarów – mimo wielkiego ich uroku Striełka i Biełka mniej nadawały się, żeby przejść do historii niż Gagarin. Jakościowa różnica między zwierzęciem i człowiekiem pozostaje w naszym odczuciu znaczna; wszystkie małpy świata mogłyby krążyć wokół Ziemi, a my nadal czekalibyśmy z tęsknotą na moment przełomowy: na pierwszego człowieka w kosmosie.
Gagarin zapisze się w historii przede wszystkim jako symbol. Bo jego wkład osobisty w triumf nad przestrzenią jest chyba nie tak wielki, jeśli porównać go z wytrwałością i umiejętnością Amundsenów czy Lindberghów albo wszystkich tych ledwo znanych nam z imienia uczonych, których zbiorowa praca wysłała Gagarina w stan nieważkości.

Jakie będą następne nazwiska-symbole? Pierwszy człowiek, który obleci dokoła Księżyc… Pierwszy człowiek, który stanie na Księżycu (to będzie symbol gigantyczny, księżycowy Adam)… I – prędzej czy później, nieuchronnie – pierwsza ofiara kosmonautyki, pierwszy człowiek, który zginie w drodze do gwiazd… Czy dobrze zapamiętamy także jego nazwisko? Pewno już najbliższe pokolenia zaczną wszystko mieszać – kto potrafi dziś dokładnie odróżnić osiągnięcia Wrighta i Blériotów (czy może Blériota i Wrightów?), kto przypomina sobie dramat generała Nobile (…)? O tych, którzy zginęli, jeszcze mniej nieraz wiemy: kto to właściwie byli Lilienthal? Nungesser i Coli?

Nazwisko Gagarina wydaje mi się znajome, sięgam więc do starego – jeszcze sprzed pierwszej wojny – ale wciąż nieocenionego Herdera. Jest: „Gagarin, russ. Fürstengeschlecht…” i dalej wymienieni trzej członkowie tej rodziny: Matwiej, gubernator Syberii na początku XVIII wieku, powieszony za rzekome dążenia do niezawisłości; Aleksander, generał w wojnie krymskiej, zamordowany; wreszcie Iwan, który pojechał do Paryża jako dyplomata, przeszedł na katolicyzm, w roku 1843 został jezuitą i napisał szereg książek, m.in. La Russie sera-t-elle catholique? Stawiając sobie to pytanie, nie przypuszczał ojciec Gagarin, jak dziwnie zabrzmiałoby one w uszach jego imiennika, który w sto lat później oderwie się od rosyjskiej ziemi, żeby okrążyć glob.

A Jurij Gagarin nie potrafi z pewnością – mimo kosmonautycznych doświadczeń – wyobrazić sobie, jak będzie wyglądał świat już nie za sto lat, ale nawet za dwadzieścia, trzydzieści lat. Wśród jakich spraw, jakich zdobyczy, jakich trosk upływać będzie jego wiek męski! Jacy ludzie będą go sobie pokazywać kiedyś, szepcąc do siebie: „Patrz, ten siwy staruszek, to pierwszy kosmonauta…”? Czy o półtoragodzinnym locie Gagarina mówić będą z takim samym rozczulonym uśmiechem, z jakim my mówimy dziś o pilotach, którzy heroicznie okrążali Kopiec Kościuszki?

maj 1962 („Znak” nr 95)
Przerzuciłem kiedyś w leniwej chwili kilka starych „Paris Matchów”. Kiedy sobie przypomniałem jeszcze starsze numery tego pisma, uderzyło mnie, jaka degrengolada. Nie bez racji zauważył niedawno któryś publicysta francuski, że gdyby ktoś na podstawie tego tygodnika próbował za lat – powiedzmy – trzysta wyrobić sobie zdanie, co było najważniejsze dla ludzi drugiej polowy XX wieku, toby musiał dojść do wniosku, że: 1) romanse aktorek filmowych, 2) małżeństwa królewskie, 3) morderstwa i katastrofy lotnicze. Na dalszych miejscach znalazłyby się sprawy takie, jak loty kosmiczne, wojna w Algierii itd., a już jakieś tam rewolucje naukowe, cywilizacyjne lub ekonomiczno-społeczne… a dajcie spokój. Że „Match” ustalił sobie taką hierarchię zainteresowań, ostatecznie jego rzecz: może takie są gusty jego czytelników: szkoda tylko, że nakłady tego pisma są bezkonkurencyjne, a pozory mylące, bo niby ma ambicję informowania o wszystkim, co w świecie najciekawsze. Gusty czytelników można z pewnością w dużej mierze kształtować, ale „Match” nie wykazuje w tym kierunku najmniejszych ambicji: jeśli je kształtuje, to dosyć obrzydliwie. Coraz obrzydliwszy jest zwłaszcza patetyczno-liryczny ekshibicjonizm, z jakim „Match” reklamuje zgony, rozwody, flirty i puszczania się, wszystko w jednym tygielku. Załzawiona twarz aktorki, na całą stroną, wpatrzona w fotografię zmarłego męża: „Brutalnie przerwana została nić jedynej miłości… Zmiażdżone zostało serce, którego bicie znają wszystkie ekrany świata…” czy coś w tym guście. O stronę dalej inna babka pryska wodą na opalonego dryblasa: „I znów wiosna w sercu naszej… W promieniach jej wielkiej, największej miłości grzeje się córeczka z poprzedniego małżeństwa i bliźnięta z pierwszego…”. Dwa miesiące później – rozpacz, rozstanie, zmiażdżone serce. Znów miesiąc – „i znów wiosna… największa miłość rozkwita jak pąk róży w sercu naszej…”. Prawdziwe dramaty i zwykłe paskudztwa podglądane przez tę samą dziurkę od klucza, rzewnie wykrojoną w kształt serduszka. Naturalnie i tutaj rekordy bije Brigitte Bardot: między Vadimem a Charrierem „Match” zdążył zamieścić reportaż o Diestelu, były więc fotografie nadmorskiej willi, w której zamieszkiwała z nim BB, i opis tej wielkiej, jedynej miłości, który kończył się mniej więcej tak: „W oknie młodych narzeczonych gaśnie światło”… Choćby ze względów leksykalnych zmartwiło mnie nazywanie „narzeczoną” kobiety, która dopiero co wyszła za mąż za kogoś całkiem innego. Jeśli verba valent usu, to jakiż usus przyjmie się w „Matchu” dla nazwania mężczyzny i kobiety, którzy pragną zawrzeć małżeństwo? Ale i słowo „małżeństwo” w odniesieniu do pani Brygidy z Bardotów primo voto Vadimowej etc. brzmi całkiem nowymi treściami: któżby z nim kojarzył nasze poczciwe, staroświeckie koncepcje monogamiczne. To swoiste wyjęcie spod prawa aktorki filmowej, to pozamoralne traktowanie jej postępków i zarazem strojenie ich śmieszną sankcją „narzeczeństwa” – to wszystko przypomina zamierzchłe czasy, kiedy aktorów nie wolno było grzebać w poświęconej ziemi, a reguły militarne przewidywały, że w razie oblężenia i głodu pierwsze z murów zrzucone mają być aktorki. Traktowano bowiem ten zawód jako hańbiący, wyjmujący człowieka ze społeczności, stawiający go poza przyjętymi przez ogół normami moralnymi. Dzisiejsza prasa w typie „Matcha” robi to sarno, tylko niby w odwrotną stronę: z owej rzekomej pozamoralności buduje aktorom i aktorkom sensacyjny, jakże w istocie żałosny piedestał.

styczeń 1962 („Znak” nr 91)
Sławny autor Kwartetu aleksandryjskiego, Lawrence Durrell, opowiada o swoich początkach, kiedy jeszcze do sławy było daleko (czekał na nią cierpliwie: pierwszą książkę wydał w roku bodaj 1928, laury literackie przyszły dopiero trzydzieści lat później). W czasie powstawania Durrellowych pierwocin trafił na wspaniałych opiekunów: Henry Millera i T.S. Eliota. Do Millera zwrócił się, zachwycony jego Zwrotnikiem Raka. Dostał w odpowiedzi list z zachętą do pisania; wynikła z tego olbrzymia korespondencja. W końcu Durrell posłał Millerowi rękopis swojej powieści. Miller sam przepisał go na maszynie w trzech egzemplarzach i sam zaniósł do wydawcy. To się nazywa opieka nad debiutantem. Do T.S. Eliota, jako do redaktora wydawnictwa Faber, Durre1 posyłał przez dziesięć lat wiersze. Dopiero po tej dekadzie – w roku 1942 – Durrell ujrzał je w druku, ale przez cały czas dostawał od Eliota mnóstwo obszernych listów ze szczegółowymi uwagami: sam powiada, że uformowała go ta dziesięcioletnia korespondencja. I porównać tylko tę cierpliwość, tę zaciekłą pracowitość z fochami niejednego naszego debiutanta, obrażonego śmiertelnie, kiedy opóźnia się o tydzień druk żenialnych jego wypocin… Cóż, nie każdy debiutant jest Durrellem (choć sam Durrell nie jest tego pewien: „Każdy jest niedoszłym artystą, który nie umie wyzwolić tego, co nosi w sobie” – powiada) i na pewno nie każdy redaktor jest Eliotem.

luty–marzec 1962 („Znak” nr 92–93)
Nie należy tracić nadziei ani w ludzi, ani w sprawiedliwość. Niejaki Henry Crouch, lat dwadzieścia sześć, z zawodu włamywacz, właśnie oddawał się był niewdzięcznej swej pracy, gdy zdybał go na gorącym uczynku londyński bobby. Crouch pomknął na dach, za nim bobby, Crouch z dachu na dach, za nim bobby. Niestety oślepiła go gorliwość i wpalantował się w ogromną szybę, którą wziął był za powietrze. Słysząc srogi brzęk, Crouch odwrócił się i z przykrością dostrzegł policjanta, leżącego bez ducha. Wrócił zatem po własnych tropach i stwierdził, że odprysk szkła wbił się w szyję biednego stróża porządku. Włamywacz wyjął odprysk i opatrzył troskliwie swego prześladowcę, po czym zaczekał przy nim, aż nadejdą inni policjanci. 20 stycznia br. sąd – ze względu na gentelmańskie zachowanie się Croucha – postanowił anulować wyrok za włamanie i natychmiast zwolnić zacnego rabusia.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata