70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Potyczki na tonącym statku

Sądzę, że humaniści nie mogą być użyteczni w takim znaczeniu terminu, jakim posługuje się Leszek Balcerowicz. Nie dostrzega on jednak długofalowego oddziaływania humanistyki. Od tej strony patrząc, konieczne wydaje się stworzenia grup nacisku, które uświadamiałyby władzom, że marginalizowanie humanistyki nie jest właściwą drogą modernizacji myślenia. Nie miejmy jednak złudzeń, że możemy być silną grupą nacisku. Nie czekają nas w najbliższej perspektywie lata tłuste.

Czy istnieje różnica pomiędzy czytaniem „profesjonalnym” a „amatorskim”? Po co właściwie się czyta? 

Ryszard Nycz: W czytaniu profesjonalnym – oczywiście upraszczam – chodzi o poszukiwanie autonomicznego znaczenia, które jest zdeponowane a nawet zaszyfrowane w tekście, a to wszystko, co jest subiektywnym przeżyciem, jest marginalizowane i traktowane jako niewłaściwe. Po stronie amatorskiego odbioru dzieła sztuki pozostaje to, co jest wzięciem na własną odpowiedzialność bodźców płynących z tekstu. Jeśli przeprowadzimy takie przeciwstawienie, to okaże się, że zbyt wiele tracimy, uprawiając czysto profesjonalną lekturę. Istnieje spory margines rzeczy cennych i istotnych dla każdego człowieka i dla kultury w ogóle, który jest tłumiony czy marginalizowany przez intelektualistyczny model rozumienia dzieła sztuki. Trzeba pamiętać o tym, co się w ten sposób traci, i próbować szukać takich sposobów, które by pozwoliły reaktywować zmarginalizowane sposoby odbioru.

A po co ludzie czytają? Bardzo trudno odpowiedzieć na pytanie, po co sięgamy po literaturę. I w jakim sensie czytanie jest przydatne. Wspomnę skrajny przykład Józefa Czapskiego, który czytał Prousta w obozie sowieckim. To zadziwiające, czym był, czym stawał się Proust, ten „esteta”, dla ludzi, którzy niedługo potem zostali zabici. Nie wierzę, żeby pobudki, które nas popychają do książek, do tego, co inne po prostu (bo w końcu książka jest jednym z emblematów tego, co inne, co rzeczywiste, co niesie jakąś niezbędną do życia prawdziwą informację) miały kiedykolwiek zniknąć.

Marian Stala: Czytanie amatorskie jest intuicyjne i na ogół bezinteresowne; lektura profesjonalna nastawiona jest często na poszukiwanie wybranych aspektów badanego dzieła. Podejrzewam jednak, że niektórzy profesjonaliści marzą o powrocie do lektury amatorskiej, całościowej i intuicyjnej.

Rzecz jasna, profesjonaliści nie czytają wyłącznie w celach profesjonalnych. Ja sam znacznie częściej jestem czytelnikiem amatorem niż czytelnikiem profesjonalistą. Po co się czyta nie wiem; czytanie jest dla mnie czynnością fundamentalną, nie wymagającą żadnych uzasadnień.

Henryk Markiewicz: Czytelnik amator czyta dla przyjemności, profesjonalista – przede wszystkim dla celów poznawczych. Potrafi między innymi lepiej zrozumieć trudny tekst i lepiej oceni jego innowacyjność. Ale to tylko ogólna tendencja. W rzeczywistości spotykamy często wrażliwych amatorów i tępych profesjonalistów.

Nawiązując do tez stawianych przez Michała Pawła Markowskiego w tekście Inne światy, inne prawdy, chciałbym zapytać: czy literaturoznawstwo jest nauką?

R.N.: Szczerze mówiąc, nie jest to dla mnie szczególnie interesujące pytanie. Domyślam się powodów, dla których Michał Markowski uznał za potrzebne zaakcentowanie takiej odrębności, ale są to raczej powody strategiczno-polityczne, dotyczące obrony dyscyplinowych odrębności. Nie jestem jednak pewien, czy to jest skuteczne. Wiadomo, że przedstawiciele nauk przyrodniczych uważają nas prawie za artystów, artyści jednak wcale nie uważają nas za swoich. Wydaje mi się, że po pierwsze przyrodoznawcom można dowieść, iż oni także nie mogą uchronić się przed wpływem kontekstu, interpretowaniem i selekcjonowaniem faktów. A po drugie, myślę, że mamy pełne prawo trzymać się naszych standardów naukowości opartych o przyjęte zasady intersubiektywnej weryfikacji.

M.S.: Może to kogoś zdziwi, ale kwestia naukowości literaturoznawstwa nie jest dla mnie istotnym problemem; nie upieram się, że uprawiam naukę, nie oczekuję, by przyrodoznawcy widzieli we mnie człowieka nauki. Znacznie istotniejsze jest dla mnie poczucie sensowności działań literaturoznawcy; czasem miewam to poczucie, czasem mnie ono opuszcza.

H.M.: To zależy od tego, jak zdefiniować naukę i o jakim literaturoznawstwie mówimy. Na pewno są takie jego dziedziny, np. wersologia, analiza struktur narracyjnych, dochodzenie autorstwa, o których można powiedzieć, że są jeśli nie naukowe, to naukawe.

Zgodnie ze stawianymi przez Johna Ellisa i Franka Kermoda diagnozami literaturoznawcy stosujący metody socjologiczne czy psychoanalityczne skazują się na gorszą pozycję niż eksperci w tych poszczególnych dziedzinach. Ale czy współcześnie można być tylko literaturoznawcą?

R.N.: Po pierwsze głosy Ellisa czy Kermode’a są ważne, ale już niezbyt reprezentatywne i miarodajne. Odnoszą się np. do Johna Hillisa Millera, Jonathana Cullera i innych dekonstrukcjonistów, a dzisiaj wiemy, że to oni właśnie wydali niedawno książki o istocie czy specyfice literatury, tymczasem ich krytycy wcale nie palą się, żeby ryzykować ogłaszanie własnych poglądów na ten temat.

Po drugie, cały ten spór przypomina bijatykę na statku, który idzie na dno, a załoga jakby nigdy nic kłóci o rozumienie heksametru, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że tzw. kryzys humanistyki spowodowany jest przede wszystkim brakiem aktywnej odpowiedzi na zmiany modelu uniwersytetu, stylu życia i generalne przemiany cywilizacyjne.

Po trzecie, nie jest prawdą, że jeśli socjolog zabierze się do czytania literatury, to stworzy lepszą interpretację. On się potknie na bardziej złożonym tekście. Moim zdaniem, najważniejsze dla humanistyki jest zachowanie czegoś, co mozna by nazwać otwartą stanowczością: a więc nieprzerwane zgłębianie natury tej osobliwej sieci znaczeń, którą człowiek sam utkał i w której jest zanurzony (w czym zgadzają się z sobą uczeni i poeci – np. Geertz i Miłosz) przy równoczesnym otwarciu na wyniki poszukiwań nauk ścisłych – takich choćby, jak neuroscience i cognitive science. Stykają się one z tym, czym i my się zajmujemy, dotyczą na przykład pytań: czym jest język i w jaki sposób dokonuje się rozumienie. To się przydaje także w rozumieniu tekstu literackiego.

M.S.: Nie mam wrażenia nieaktualności głosów Kermode’a i Ellisa. Rozumiem żal, z jakim mówią o zbyt pospiesznym porzucaniu znacznej części XX-wiecznej myśli literaturoznawczej. Podobnie jak Ellis i Kermode uważam, że interpretację literatury warto zaczynać od tego, co dla niej specyficzne. Nie znaczy to jednak, iż literackość literatury jest dla mnie rzeczą najważniejszą (a tym bardziej, iż tylko ona zasługuje na uwagę czytelnika). Czyste literaturoznawstwo, mocno akcentujące autonomię dzieła literackiego, nie może dzisiaj liczyć na zbyt szerokie oddziaływanie… Ale Ellisowi i Kermode’owi nie chodzi, jak sądzę, o zamknięcie literatury w wieży z kości słoniowej, lecz o zachowanie (czy przywrócenie) właściwych proporcji. Warto patrzeć na literaturę z wielu perspektyw, warto ją opisywać w różnych językach. Ale też ci, którzy wykorzystują instrumentarium socjologii czy psychoanalizy, powinni pamiętać, że dzieło literackie nie jest po prostu manifestem politycznym, dokumentem społecznym, zapisem stanów psychicznych konkretnej osoby. Właśnie dlatego tylko w niewielkim interesuje mnie krytyka spod znaku gender; czytając teksty pisane w tym języku niemal od początku wiem, jakie będą wnioski. Inaczej mówiąc: absolutyzacja jakiejkolwiek metody jest niebezpieczna: czy to będzie literaturoznawstwo formalistyczne czy triada rasa-gender-klasa.

H.M.: Literaturoznawca, używając aparatury pojęciowej innych nauk, jest na ogół biorąc mniej w tym zakresie kompetentny niż odpowiedni specjalista. Jednak w podobnej sytuacji znajduje się np. teoretyk prawa w stosunku do filozofii czy socjolog w stosunku do psychologii. Można powiedzieć, że literaturoznawcy jest jednak trudniej – bo literatura zajmuje się człowiekiem we wszystkich jego aspektach, więc każda z nauk humanistycznych może być mu przydatna. Czy są dyscypliny humanistyczne, które dla wszystkich literaturoznawców powinny by obowiązkowe? Myślę, że jest to filozofia (z logiką, ale taką, jaką np. wykładał Kotarbiński dla prawników) i językoznawstwo ogólne. Resztę należy pozostawić wyborowi kierunków samokształcenia studenta.

Czy zagrożenia dotyczące tak zwanego „upolitycznienia” literaturoznawstwa, wskazywane przez Ellisa i Kermoda są – i czy kiedykolwiek były – zasadne? Czy rzeczywiście teorie typu rasa-gender-klasa upraszczają naszą wizję literatury i człowieka?

H.M.: Upolitycznienie literaturoznawstwa na niektórych jego obszarach i z różną intensywnością jest zjawiskiem powszechnym. W skrajnej postaci wystąpiło ono w III Rzeszy i w Związku Radzieckim, a po wojnie – także w innych krajach bloku sowieckiego. Ale znaleźć je można także gdzie indziej, m.in. w polskim literaturoznawstwie okresu międzywojennego, zwłaszcza w pracach popularyzatorskich. Pytanie, czy rzeczywiście teorie typu rasa-gender-klasa upraszczają naszą wizję literatury i człowieka – uważam za pytanie retoryczne. Oczywiście upraszczają.

M.S.: Upolitycznienie (i związane z nim zideologizowanie) literaturoznawstwa dla jednych jest zagrożeniem, innym wciąż wydaje się atrakcyjne. Drastyczne przykłady tego zjawiska, wspomniane przez Henryka Markiewicza, powinny być traktowane jako memento. To po pierwsze. Po drugie: teorie typu rasa-gender-klasa upraszczają wizję literatury i człowieka ex definitione i wcale tego nie kryją. Skądinąd: groźne jest nie tyle samo uproszczenie (które może mieć pozytywne konsekwencje poznawcze) – ile zastąpienie pełnego obrazu świata i człowieka przez obraz jednowymiarowy. Jeszcze inaczej: teorie typu rasa-gender-klasa mogą wzbogacać czytanie literatury tylko wtedy, jeśli są traktowane jako jeden z możliwych, wzajemnie się dopełniających punktów widzenia.

R.N.: To pytanie dotyka nazbyt wielu spraw, by dało się na nie krótko odpowiedzieć. Najpierw: żadna dziedzina (nauki czy ludzkiej aktywności w ogóle) nie jest wolna od pewnej „polityczności”; żadna też nie jest w stanie odizolować się od życia politycznego nie mówiąc już o „polityce” życia. Potem: literatura od swego zarania była i jest dalej artykulacją a nierzadko zbrojnym ramieniem polityki i ideologii. Wreszcie: każda teoria jest uproszczeniem – bo szuka tego, co stałe i powtarzalne, w tym, co jednorazowe i unikatowe; nieszczęściem jest dopiero doktrynerska instrumentalizacja teorii – bo jej celem jest potwierdzenie racji bytu samej siebie, a nie polepszenie rozumienia tekstu i świata. Na koniec: rzeczywiście, studia kulturowe, ześrodkowane na tych kategoriach, popadały dotąd nazbyt często w banał i schematyzm – choć tak być nie musi. Dopowiedzieć wypada, że na polskim podwórku rozwinęły się szeroko jedynie badania genderowe – klasowe wyjaśnienia literackich zjawisk należą do zamkniętej już chyba a raczej niechlubnej historii, natomiast interpretacje rasowe występowały jedynie marginalnie i to w swoich najbardziej kuriozalnych postaciach (choć tak też być nie musiało i nie musi – przypomnijmy sobie choćby próbę Sandauera O sytuacji polskiego pisarza pochodzenia żydowskiego).

Na niedawno odbywającym się w Krakowie Kongresie Kultury Polskiej Leszek Balcerowicz stwierdził, że specjalne traktowanie artystów czy humanistów wymaga przeformułowania w warunkach kapitalistycznych. W tej sytuacji rodzi się dramatyczne pytanie: jak humanistyka może funkcjonować w sytuacji wolnorynkowej? Na ile humaniści przydatni są społeczeństwu?

R.N.: Dzisiejsze tendencje do reformowania polskiej nauki wedle priorytetów rynkowych mogą doprowadzić do tego, że humanistyka zostanie całkowicie zmarginalizowana. Obawiam się, że może się to okazać krótkowzrocznym naśladowaniem wzorów zachodnich, od których na Zachodzie właśnie zaczyna się odchodzić. Jak zauważono, zbyt wczesna specjalizacja zawodowa oraz brak wykształcenia ogólnego zmniejsza elastyczność i możliwości dostosowania jednostek do nowych wyzwań, nie mówiąc już o zdolności do indywidualnego kształtowania własnego losu i kariery – a to ostatnie staje się w społeczeństwach najbardziej rozwiniętych coraz ważniejszą i wyraźniej wypowiadaną potrzebą . Może jest jeszcze czas, żeby nie zabrnąć w ślepą uliczkę.

M.S.: Opowiem krótką anegdotę sprzed lat. Rzecz się zdarzyła w 1983 roku, kiedy wszyscy fascynowali się politykę. W takim to czasie, na wieczorze u jednego z moich znajomych, spotkałem uczennicę Romana Ingardena zajmującą się filozofią Brzozowskiego. Świadoma, że jestem polonistą, spojrzała na mnie bardzo surowo i spytała się groźnym głosem: „Panie Marianie, czy pan jest użyteczny społecznie?”. Zbladłem, nogi mi się zaczęły trząść, ale odpowiedziałem zgodnie ze stanem faktycznym: „Oczywiście, nie jestem użyteczny społecznie”. Szczerze mówiąc, dalej tak sądzę.

Sądzę, że humaniści nie mogą być użyteczni w takim znaczeniu terminu, jakim posługuje się Leszek Balcerowicz. Nie dostrzega on jednak długofalowego oddziaływania humanistyki. Od tej strony patrząc, konieczne wydaje się stworzenia grup nacisku, które uświadamiałyby władzom, że marginalizowanie humanistyki nie jest właściwą drogą modernizacji myślenia. Nie miejmy jednak złudzeń, że możemy być silną grupą nacisku. Nie czekają nas w najbliższej perspektywie lata tłuste.

Kim w oczach przeciętnego Polaka może być humanista? Kanon stereotypów, który funkcjonuje na ten temat jest wyrazisty i szeroki, a najlepiej zobrazowany chyba w filmie Marka Koterskiego Dzień świra. Humanista, polonista jawi się jako ktoś biedny, sfrustrowany i wyobcowany. Jaką alternatywę możemy zaproponować społeczeństwu?

R.N.: Wiązka tych stereotypów jest chyba bardziej zróżnicowana: obok pozbawionego swego miejsca na ziemi fajtłapowatego dystrakta mamy też nadzaradnego konferansjera czy komiwojażera idei, pracującego w kilku (czasem podobno kilkunastu) miejscach jednocześnie … Ale negatywne stereotypy pewnie rzeczywiście przeważają – co świadczy, swoją drogą, o poważnym kryzysie samowiedzy i samooceny. Bycie humanistą będzie wstydliwe dopóty, dopóki milcząco podporządkowywać się on będzie wzorcom rynkowego sukcesu, do których, jak sądzi, nie dorasta, a które równocześnie, choć tylko czysto werbalnie, odrzuca. Pilnie potrzebne są zatem m. in. rzetelne badania empiryczno-prognostyczne, które by pokazały istotne korelacje między wykształceniem a zatrudnieniem dziś i w przyszłości. Nie znalazłem żadnego porządnego badania, które by pokazywało, kto jest potrzebny, kto ma szanse w dzisiejszym „społeczeństwie ryzyka”. A byłoby ono niezbędne także tym, którzy decydują o organizacji sceny gospodarczej i społecznej. Dziś mamy do czynienia z wróżeniem z fusów.

M.S.: Ja jestem przyzwyczajony do widzenia samego siebie jako dziwaka. To mi wystarczy, nic więcej do tego stereotypu nie chciałbym dodawać.

H.M.: Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, ale można zauważyć, że autorytetami ideowo-moralnymi są dziś w Polsce właśnie humaniści wychodzący poza swą specjalność – Barbara Skarga, Leszek Kołakowski, Karol Modzelewski, Maria Janion, Józefa Hennelowa, Władysław Bartoszewski.

Na koniec chcieliśmy poprosić naszych gości o krótką interpretację wiersza Stanisława Jachowicza Zaradź złemu zawczasu. Oto on:

 

„Zaszyj dziurkę, póki mała” –

Mama Zosię przestrzegała.

Ale Zosia, niezbyt skora,

Odwlekała do wieczora.

Z dziurki dziura się zrobiła.

A choć Zosia i zaszyła,

Popsuła się suknia cała.

Źle, że matki nie słuchała.

 

R.N.: Interpretacje tekstów zajmują mi całe lata, teraz więc zdobyć się mogę jedynie na uwagę o tytule: Zaradź złemu zawczasu. Otóż Zosia wcale nie podziela przekonania mamy, że zło jest czymś, czemu w ogóle można, a jeśli można, to i trzeba „zaradzić zawczasu” – a dobro to coś, czemu nic nie brakuje, co pełne, kompletne, bez szwów, przerw, luk i dziur, że trzeba wierzyć, że takie jest i dążyć do tego, by takie było. Oto pierwsze pytanie: zło jest brakiem dobra czy też tym, czego dobru brakuje? Tak czy owak, Zosia należy już chyba do modernistycznego pokolenia (w nieco pragmatystycznym wariancie). Może czytała Nietzschego, kto wie?

M.S.: Wierszyk Jachowicza jest świadomie naiwny i nieświadomie nieporadny, dlatego nie nadaje się do poważnie potraktowanej interpretacji. Można uczynić go przedmiotem żartu, jak to zrobił Ryszard Nycz. Domyślam się, że prof. Markiewicz, potrafiący po mistrzowsku pastiszować (i parodiować) literaturoznawczy żargon, też tak postąpi. Ja nie potrafię bawić się w ten sposób, więc zatrzymam się w tym miejscu.

H.M.: Interpretacja tej bajeczki to zadanie niełatwe. Ale spróbuję, dodając sobie animuszu ulubionym dwuwierszem Goethego: „Bądźcie zawsze do odwagi w swej wykładni skorzy / Jeśli coś się nie wykłada, zawsze można coś podłożyć.

Zacznę od tego, że zastąpię amerykańską „rasę” bardziej dostosowanym do naszych warunków etnosem. Z tego punktu widzenia warto zwrócić uwagę, że Jachowicz nadaje swej bohaterce imię Zosia i w ten sposób nawiązuje do bohaterki Pana Tadeusza – ikony polskości. Ale ta Zosia z bajeczki Jachowicza okazuje się dziewczynką niemądrą, nieposłuszną, leniwą. Tym samym – zapewne nieświadomie – ale liczy się tu intencja tekstu, a nie intencja autora – Jachowicz dekonstruuje u odbiorców z mniejszościowych grup etnicznych zinternalizowany mit wyższości etnosu dominującego i w rezultacie pomaga przezwyciężyć traumę wyobcowania, a nawet upokarzającego wykluczenia z racji inności.

Z kolei, i jest to druga propozycja interpretacyjna – apel o naprawę uszkodzonej sukienki – posiada niewątpliwie związek z mieszczański etosem oszczędności i posłuchu wobec autorytetów. Jest w nim zarazem optymistyczne przekonanie o możliwości opanowania destrukcyjnych sił materii, charakterystyczne dla tej fazy kapitalizmu.

Po trzecie, można tu także zastosować interpretację psychoanalityczną: dziurka – rozerwanie stroju dziewczynki to symbol seksualnego rozstroju, rozluźnienia, rozpusty. Odmowa wykonania nakazu matki, by dziurkę tę zaszyć, to charakterystyczny – zdaniem Freuda – dla kobiet niedorozwój superego. Ale tropy takie (w sylleptycznym znaczeniu tego słowa – trop jako ślad i trop jako figuracja) trzeba chyba odrzucić jako nazbyt zakorzenione w staroświeckim panseksualizmie.

Natomiast ze współczesnej perspektywy genderowej – i to jest perspektywa czwarta – koncentracja na zatrudnieniu domowym zamiast aktywności publicznej to przejaw ideologii patriarchalnej, opresywnej wobec emancypacyjnych aspiracji kobiet, antycypacyjna krytyka dzisiejszego feminizmu.

Stosując się wreszcie do zasad Nowego Historyzmu, należałoby skonfrontować bajkę Jachowicza z ówczesnym dyskursem podręczników wychowania dziewcząt i artykułami prasowymi na ten temat oraz z dyskursem analogicznych tekstów dotyczących młodzieży męskiej, a także z poradnikami domowej naprawy odzieży. Pożądane byłoby zbadanie ewentualnego wpływu tej bajki na praktyki naprawcze w Warszawie i na prowincji. Niestety, ze względu na czasochłonność takich badań musiałem z nich zrezygnować i pozostawić tę wersję interpretacyjną w fazie propozycji.

Uwagi powyższe – jeśli są przekonywające – dowodzą komplementarności różnych metod interpretacyjnych, a więc i potrzeby eklektyzmu w naszym postępowaniu badawczym. Jeśli okażą się zgodne z obserwacjami innych uczestników tej dyskusji, konsens naszej wspólnoty interpretacyjnej będzie dowodził trafności osiągniętych rezultatów.

 

Powyższy tekst stanowi obszerny fragment dyskusji wokół październikowego numeru „Znaku”, która odbyła się 20 października na Uniwersytecie Jagiellońskim.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter