70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Parezja, czyli o czym retoryka milczy

Bankrutem jest nie tyle humanistyka, ile humanizm – człowieczeństwo oparte na szacunku, godności, współpracy i gotowości pomocy w imię wspólnie uznawanego dobra, także kosztem dobra własnego i indywidualnej wygody.

Dyskusja nad fragmentem książki Johna Ellisa Literature Lost. Social Agenda and the Corruption of the Humanities odbywa się w kilkanaście lat od publikacji. Osłabia to siłę zawartych tam argumentów. Jeśli jednak nie tyle cały tekst, opisujący sytuację humanistyki w Stanach Zjednoczonych, ile wyciągnięte zeń wnioski, dotyczące współczesnego sposobu uprawiania literaturoznawstwa, budzą wciąż emocje – i to w zupełnie innym kraju – to znaczy, że przedstawione tezy, także reakcje na nie, warte są ponownego rozważenia.

Dodatkowymi bodźcami do napisania tych kilku uwag stały się: spotkanie na Uniwersytecie Jagiellońskim, będące obszernym komentarzem do toczonej na łamach „Znaku” debaty wokół wspomnianego tekstu, a także spory na temat literaturoznawstwa i akademickiej polonistyki oraz sztuki współczesnej, prowadzone ostatnimi czasy na łamach różnych gazet, w tym zwłaszcza „Tygodnika Powszechnego”.

Nie będę posługiwać się nazwiskami, bo nie chcę polemizować z konkretnymi osobami czy wypowiedziami. Pragnę jedynie ustosunkować się – na marginesie głośnych dyskusji – do kilku kwestii, które wydają mi się niezwykle istotne.

Opozycje binarne – reaktywacja

Jest swoistym paradoksem, że odrzucane wraz ze strukturalizmem i wszelkim konserwatywnym myśleniem opozycje binarne wracają, jak gdyby nigdy nic, w rozmowie o współczesności. Chłopcem do bicia został esencjalizm, za którym stać mają – przywoływani każdorazowo, niczym syjamskie bliźnięta, Kartezjusz z Kantem. Ciemną stronę mocy reprezentować mają dalej: myślowy konserwatyzm (najwyraźniej wszystko jedno, czy społeczny czy badawczy; instytucjonalny czy mentalny) zakładający jakoby istnienie niewzruszonej jak mur hierarchii, stałego sensu utworów, zamkniętych kategorii, sztywnego kanonu lektur. Na tej liście są jeszcze: monolityczność i archaiczność kierunków studiów na uniwersytetach, mieszczańskość obyczajów, skrajny dogmatyzm, dydaktyczna pimkowszczyzna i brak zrozumienia dla rozmaitych mniejszości. Słowem – nuda, patos, porządek, sztywne reguły, kamienne bezduszne wartości, hipokryzja, żmudne analityczne procedury zakończone katalogiem oczywistych cech i jeszcze naiwna wiara w język jako środek bezpośredniej komunikacji oraz łączenie w jedno i przyszpilanie na siłę trzech archaicznych, a niepochwytnych pojęć-motyli, tj. Prawdy, Dobra i Piękna.

Po drugiej, świetlanej stronie retorycznej barykady sytuowana jest natomiast prawdziwa nowoczesność (wyznaczana przez Nietzschego i Derridę, z Heideggerem, Lacanem, Foucaultem, Barthes’em, Deleuze’em itd. w tle), za nią zaś: konstruktywizm i pragmatyzm, kontekstualizm, liberalizm, radykalna wolność interpretacyjnych i uniwersyteckich poczynań, także wolność od naukowych oraz społecznych uprzedzeń i dogmatów, swoboda nieskrępowanej faktami historycznej narracji, pozbawiona ograniczeń estetyczna oraz interpretacyjna ekspresja. Ponadto: kreatywność myślenia, aprobowanie bezpośrednich, niesztampowych reakcji i jeszcze poczucie zwodniczości języka oraz niestabilności znaczenia, zatem kres naukowej naiwności i taniego poznawczego optymizmu.

Polityczna poprawność wyklucza z dyskursu wszystkich, którzy nie chcą przyjąć tego radykalnego rozdwojenia i opowiedzieć się za tym, co zestawione jest po „lepszej” stronie. Tylko że taki podział (jedynie nieco tutaj wyostrzony) jest kompletną fikcją, a co gorsza – manipulacją, i to dotyczącą obu stron. Etykietki „otwarty”/„zamknięty”, „nowoczesny”/„tradycyjny”, „odkrywczy”/„przewidywalny”, „wieloaspektowy”/„schematyczny” umieszczane są automatycznie, jakby nie było na przykład wrażliwych historycznie i językowo esencjalistów, na dokładkę gotowych uznać płeć za zjawisko kulturowe, a po drugiej stronie – zamkniętych na inność i odtwórczych myślowo konstruktywistów o patriarchalnych skłonnościach. Tak oto tnie się trawę równo – razem z rabatką, drzewem i fundamentami domu.

Na pozór w takim posługiwaniu się zestawem gotowych opozycji mamy do czynienia tylko ze zwykłym erystycznym zabiegiem, który polega na zaliczaniu przeciwników w sporze do negatywnej kategorii. W gruncie rzeczy jednak jest to, niestety, zjawisko dużo poważniejsze, które dyskurs humanistyczny niszczy od środka. Wartością humanistyki jest bowiem umiejętność rozważania, niuansowania, dopuszczania do głosu różnych możliwości, reinterpretowania sensu, a przede wszystkim – gotowość do spotkania z innym człowiekiem, zrozumienia i uszanowania jego racji, wyborów zawodowych, lekturowych i światopoglądowych (co nie oznacza przecież konieczności ich podzielania), w tym także czyjejś wewnętrznej niespójności, różnorodności, niekonsekwencji. Dogmatyzacja czy ideologizacja dyskursu wartość tę zabija.

Obciążone znakami plus i minus opozycje binarne są elementem języka dominacji. Tymczasem wolność zakłada nie tylko w ogóle sam wybór, nieskrępowany ani modą, ani instytucją, ani lękiem przed potępieniem, lecz także jego zaniechanie lub możliwość cząstkowego przyjęcia różnych opcji. Dla efektu retorycznego nie warto wzbudzać w sobie pogardy. Ona niszczy żywą tkankę wzajemnych ludzkich kontaktów.

Ironia jako świat już przedstawiony

Pora wyrosnąć z Gombrowicza i zarazem przestać się go bać. Nie można wciąż powtarzać jego gestów, kpin, min i pragnień, bo jego twórczość wyrasta z atmosfery, obyczajowości i warunków społecznych sprzed niemal stu lat. Jest czasami genialnie aktualna, ale równocześnie zawłaszczająca – mówimy i myślimy Gombrowiczem, łudząc się, że w ten sposób zyskujemy uniwersalną szczepionkę na współczesność, że mamy taki sam dystans do siebie jak on do swojej epoki i sobie współczesnych. Co więcej – szkoła już dawno przechwyciła jego naukę sarkazmu, antypatosu, antydydaktyzmu, podejrzliwości względem własnych i cudzych form i uczyniła z niej lekcję obowiązkową, schemat.

Nasi studenci wykształcili się też na reklamie i medialnych erystycznych popisach, znają się dobrze na grach językowych, pastiszu, paradoksach i parodii, przywykli do nagłych zmian tonu, zbijania powagi niepowagą; wiedzą, jak skutecznie zdeprymować rozmówcę, nie uznają z góry autorytetów, nie boją się pytań i wyznań rzucanych prosto w oczy, a starsi bracia zrobili za nich antybogoojczyźniany i obyczajowy coming out – to jest ich codzienność. Niekonwencjonalność czy brak konwencji lub ich swobodne mieszanie są dla nich banałem na miarę telewizyjnego talk-show. Mieszkają w ironii, nie wiedząc, jak bardzo to lokum staniało.

Powinniśmy zaproponować młodym ludziom coś więcej, a przede wszystkim nie uciekać w stylizację, kpinę, ironię i paradoks – to są przyprawy, które czuje się wtedy, gdy są oszczędnie dawkowane. Powtarzając prześmiewcze i tragiczne gesty Gombrowicza, kopiując jego pełen ekspresji, stylizacji i powtórzeń język, znowu jesteśmy nieautentyczni, podobnie jak wtedy, gdy kopiujemy amerykańskie tematy i mody. Albo gdy kontynuujemy, niczym niemająca końca ariergarda – francuską lewicową rewoltę z 1968 roku.

I jeszcze jedno: studenci, którzy do nas przychodzą (lub – przychodzili, bo nie wiadomo, czy następni jeszcze zechcą to zrobić), wybierają humanistykę właśnie między innymi dlatego, że widzą, jak bardzo świat jest skomplikowany. Kiedy mówimy o tym, co jest dla nas ważne, na czym nam, jako nauczycielom akademickim, ale także jako ludziom, szczególnie zależy, kiedy pokazujemy zawodowy warsztat lub dotykamy sfery wartości, zamieniają się w słuch. Szkoda to tracić.

Tango wiecznie żywe

Nie widzę powodu, dla którego należałoby uznawać za szczególną wartość antyintelektualizm, brak zawodowego warsztatu czy jednokrotną, nieprofesjonalną lekturę albo zainteresowanie przede wszystkim gatunkami „popularnymi” czy „rozrywkowymi”. Dlaczego mielibyśmy przyznawać jakiś szczególny walor lekturze nieprofesjonalnej utworów literackich, dokonywanej przez „zwykłego czytelnika” (a kto to taki?), a odmawiać z góry wagi odkryciom, jakie w odniesieniu do literatury mogliby poczynić biolodzy, chemicy, fizycy czy matematycy (przecież także, jako czytelnicy, jak my wszyscy, „zwykli”), i jeszcze na dodatek zabierać im prawo krytykowania naszej, ledwie cząstkowej, wiedzy z ich dziedzin?

Bo przecież to jasne, że każdy może sięgnąć po dowolną książkę i ją odkrywczo przeczytać, nie musi być do tego filologiem, tak jak każdy może wziąć nożyczki i ściąć sobie w swój własny sposób włosy, nie potrzebuje do tego fryzjera. Na co dzień zresztą wszyscy sami sobie z czesaniem radzimy. Kiedy jednak chcemy mieć dobrze zrobioną fryzurę, udajemy się do fachowca – i trudno wyobrazić sobie sytuację, w której fryzjer odeśle nas do domu, mówiąc, że sami możemy sobie ściąć i ułożyć włosy równie dobrze lub lepiej. Oczekujemy wszak od niego (z zachowaniem proporcji) wiedzy, taktu, odpowiedzialności, doświadczenia, dystansu, przedstawienia palety możliwych rozwiązań, a także użycia stosownych narzędzi – czyli tego wszystkiego, co zdolny amator mieć teoretycznie może, ale zawodowiec powinien. Czyż nie o to chodzi także, mocno upraszczając, w obchodzeniu się z ludzką myślą zamkniętą w słowie?

Poza wizją autorytarnego, feudalnego układu, w którym rządzą zamknięci w swoich wąskich dziedzinach, intelektualnie skostniali i oderwani od życia „profesjonaliści” namaszczeni przez instytucję, jest przecież jeszcze inny wymiar profesjonalizmu jako rzetelności zawodowej, świadomej swoich ograniczeń. Profesjonalizmu nie jako władzy bądź triumfatorstwa, lecz efektu żmudnej i z natury swojej niespektakularnej pracy nad opisywaniem zjawisk i problemów; pracy, w której nieustannie ryzykuje się sens własnych odkryć lub ocen.

Zastanawia mnie, dlaczego sami deprecjonujemy wartość naszego zawodu – czyżby z chęci uczynienia tego głośniej i bardziej szczerze, a przede wszystkim zawczasu, nim stanie się to na tyle powszechną wiedzą, że ktoś administracyjną decyzją rozwiąże polonistyczne wydziały? Wygląda na to, że chcemy po Gombrowiczowsku samemu biec „do parobka”, zanim ktoś nas oskarży o niedojrzałość albo, co jeszcze bardziej dziś obraźliwe, nadmierną dojrzałość. Czyżbyśmy czynili tak ze zwykłej obawy przed posądzeniem o przebywanie we własnej elitarnej wieży z kości słoniowej, wyizolowanej i obitej korkiem? A ktoś w niej tam w ogóle jeszcze jest? Może raczej właśnie takie przypuszczenie jest utopią. Przestarzałym rewolucyjnym toposem, który trzeba pochować. Czy naprawdę nie moglibyśmy być po prostu zwyczajnie dorośli?

Sytuacja zaczyna przypominać już bowiem Tango Mrożka – to studenci dopytują się o program, status dziedziny, kwestie naukowości, definicje, perspektywy zawodowego rozwoju, odczuwają kryzys wartości. Po drugiej stronie znajdują albo zaufanie do bliżej niezidentyfikowanego doświadczenia, albo zaufanie do braku zaufania jako uniwersalnej procedury, albo/i autoironię najwybitniejszych profesjonalistów. Czyli de facto otrzymują propozycję studiowania „polonistyki dla niewierzących” w polonistykę, uzyskania stopnia magistra z nieistniejącej (lub istniejącej jedynie jako pusta nazwa) dziedziny nauk humanistycznych.

W efekcie jedynym uzasadnieniem istnienia studiów polonistycznych jest według niektórych smutna konieczność produkowania nauczycieli. Robi się to na „gorszych” studiach, o specjalności nauczycielskiej właśnie. Są one darzone taką estymą, z jaką przeciętni uczniowie traktują swoich belfrów. Dydaktyka i pedagogika stały się niechcianymi (nomen omen) dziećmi nowoczesności. Natomiast „lepsze”, ogólnokulturowe studia doskonale przygotowują… – no właśnie, do czego? Do bycia intrygująco społecznie nieużytecznym? Mam głęboką nadzieję, że to nieprawda.

Ci, którzy sami od swoich nauczycieli otrzymali rzetelne wykształcenie, podstawy warsztatu, nie powinni tego samego odbierać swoim uczniom – i uczyć ich „na dzień dobry” zwątpienia i lekceważenia, zanim studenci będą wiedzieć, w co i dlaczego chcieliby sami wątpić i co sami mogliby ewentualnie lekceważyć (właśnie: „co”, a nie „kogo”, bo czym innym jest ostra krytyka autorytetów lub postaw, czym innym zaś atak personalny i pozbawione szacunku podejście do osób bądź prowadzonych przez nie badań). Poza tym trzeba także wiedzieć, co pozytywnego oferuje się w zamian.

Grozi nam, że – niechcący! – wykształcimy cyników bądź koniunkturalistów. To oni upolitycznią uniwersytet i zaprowadzą terror myślowej, czy raczej jednomyślnej, „poprawności”.

Kanibalizm nasz współczesny

Na koniec glosa na temat uprawiania współczesnej sztuki i krytyki, pośrednio wiążąca się z kwestią bankructwa dziedziny humanistycznej.

Jest taki rodzaj estetycznego i moralnego „wyrafinowania”, który każe z fascynacją przyglądać się grupce „jedzących inaczej” i ubolewać wielkoświatowo, że oni nie znajdują społecznej akceptacji, zrozumienia dla swojej inności oraz potrzeby ekspresji. Że w niedocenianym kanibalizmie marnuje się duży potencjał oryginalności, nowy pomysł na życie (wyłącznie jednak własne, zauważmy małostkowo), który powinien zostać dostrzeżony.

Kiedy tak jedni zaczynają coraz poważniej rozważać, jaki to niesprawiedliwy los spotyka kanibali, do rytmu uderzając w patetyczny wolnościowo-równościowy bębenek, a także zapewniając się nawzajem o własnej nowoczesności oraz braku uprzedzeń, to inni – ci, którzy uważają, że kanibalizm to kanibalizm – zaczynają się bać. I słusznie. Alternatywą jest tylko: być ośmieszonym lub zjedzonym (co czasem na jedno wychodzi).

A przecież nie wszystko, co atrakcyjne, i nie wszystko, co pomyślane, powinno ulegać realizacji. Tak jak nie wszystko, co intrygujące, rzadkie, niezrozumiałe czy szokujące, jest przez to samo sztuką. Sztuka to jednak nie jest życie. Zgiełk idei nie oznacza bogactwa rozwiązań, a miarą sensu nie jest ilość krzyków bądź oklasków (i od razu odpowiem na zarzut: nie, nie wiem, jaka jest definicja sztuki).

W dzisiejszych czasach, gdy właśnie ulega erozji „nasza era” – to jest okres trwania kultury opartej na chrześcijaństwie oraz antycznym spadku po cywilizacji Greków i Rzymian – są większe zmartwienia niż brak skrajnie nowych, silniejszych, estetycznych czy konceptualnych wstrząsów. Bankrutem jest nie tyle humanistyka, ile humanizm – człowieczeństwo oparte na szacunku, godności, współpracy i gotowości pomocy w imię wspólnie uznawanego dobra, także kosztem dobra własnego i indywidualnej wygody.

A kanibalizm to kanibalizm.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata