70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Cela numer 21

Martwisz się. Czym się martwisz? Dają jeść? Nie biją? Tym się przecież nie martwisz. Boisz się, że zaczną. Że nie wytrzymasz i powiesz. Wszystko, nazwiska, daty, adresy. Bo za dużo myślisz. Bo za dużo masz czasu na myślenie.

I 

Jesteś? Jesteś. Więc słuchaj: cela jest długa na siedem kroków, szeroka na sześć. Dokładnie siedem i sześć. W środku stół, łóżko, zieleń. Kolor przegniłej trawy. Psiakrew, obrzydliwy. Wszystkie ściany obrzydliwe. Obrzydliwie zielona podłoga, nawet okno. Tak, okno też zamalowano na zielono, więc i światło, które przez nie wpada jest obrzydliwie zielone. No, rzygać się chce. Tylko górna szyba czysta i lufcik można uchylić do połowy. Jak przystawić stolik i stanąć na palcach, to widać prawie cały dziedziniec. Ale w drzwiach jest małe, okrągłe okienko. Trzeba na nie uważać. Przez okienko spoglądają czasem żandarmskie oczy. Jeśli stoisz na stole, a drzwi się otworzą… Mogą się wtedy wydarzyć dwie rzeczy. To zależy.

Od tego, kto pojawi się w drzwiach. Czy jest pijany, czy trzeźwy. I jak długo tu pracuje. Czy już po obiedzie, czy jeszcze przed.

Od wielu rzeczy zależy.

Albo: wywlecze za nogi, metalowym knutem strzaska plecy – skóra będzie pękać i otwierać się jak przejrzały owoc, krew spłynie po drewnianej podłodze, wsiąknie w kamień.

Albo: splunie, a potem zamknie drzwi obrzydliwie zielonej celi, siedem na sześć.

II 

Spisek zawiązał się w łukowskim gimnazjum, w starej szkole pijarów. Spiskowcami byli gimnazjaliści z Łukowa, studenci z Warszawy, urzędnicy, pomniejsi łukowscy oficjaliści. Na spotkania przychodził także nauczyciel miejscowej szkoły Jan Thierbach. Siadał w kącie i przysłuchiwał się dyskusjom. Broń miała pochodzić z prowincji. Planowali rozbroić stacjonujące rosyjskie oddziały. Jeśli zrobić to ostrożnie, naprawdę ostrożnie – by wieść nie rozniosła się zbyt szybko – mogłoby się udać.

Wszystkich aresztowano zimą. Dwieście osób. Jednego po drugim wskazał nauczyciel Jan Thierbach. Zapakowano ich w kibitki. Sznur wozów ruszył w stronę Warszawy. Skrzypiały koła. Było zimno, bolały kości. Widzieli, dokąd jadą. Przez kraty: w oddali, na stoku, wznosiły się ceglane mury. Cegła była czerwona, prószył biały śnieg.

Cytadela.

Śnieg skrzypiał, skrzypiały kibitki. Cytadeli nie zasłaniały ani drzewa, ani budynki. Gdy ją budowano dziewięć lat wcześniej, zburzono sto trzydzieści sześć domów i wydano zakaz stawiania nowych w promieniu dziewięciuset sześćdziesięciu trzech metrów. Pozostała pusta, naga przestrzeń z Cytadelą jak świętą górą.

Czternastkę z kibitek osadzono w celach X pawilonu. Organizatora spisku, Karola Levittoux, w celi z numerem 21. Był początek 1841 roku. Zanim spłonie, będzie jeszcze żył przez sześć miesięcy. 

III 

Tutaj, zobacz. „Koziczyńska, panna, ma lat 16”. Są też nagrobki, małe czarne krzyżyki, a nawet trumienki. Są napisy stare, już wytarte i są całkiem świeże. Litery koślawe, kreślone niepewną ręką i grube, mocne, litery jak manifesty. Napisy wyskrobane, wyrysowane, wykłute przez byłych więźniów na ścianach, na drzwiach. Ale ten jeden zastanawia najbardziej. „Koziczyńska, panna, ma lat 16”. Ko–zi–czyń–ska. Ma lat 16. A może miała? Nie jest dobrze z Imperium, skoro lęka się szesnastoletnich panien Koziczyńskich.

Kroki za drzwiami. Nierówne, żandarm znów popił.

Więc? Nie powiedziałeś, tak? Mogłeś powiedzieć. To proste pytania, są na nie proste odpowiedzi. A ty milczysz. Dlaczego milczysz? Jutro powiesz? Bo jutro znów będą pytać. I pojutrze. Zawloką przed komisję. W komisji zawsze są ci sami i pytania zawsze są te same. Tylko ty nigdy nie odpowiadasz. Kiedy nie odpowiadasz, oni mówią liczbę. Na przykład „20” albo „40”. Żandarm wyjmuje knut i zaczynać liczyć nim po twoich plecach. Knuty są różne: dłuższe, krótsze. Są knuty drewniane i knuty metalowe. Takie, które tylko obijają mięśnie i takie, które rozrywają skórę. Możesz krzyczeć. Krzycz. Mury są grube, wystarczająco grube, żeby dokładnie krzyk wytłumić. I w końcu odpowiesz.

IV

Opowieść o więźniu celi numer 21 Karolu Levittoux tworzą przypadki. Zdarzenia błahe, niespodziewane. Albo z pozoru niezwiązane z opowieścią.

Przypadek pierwszy. Francuz Pierre-Maturin Levittoux Desnouettes razem z wojskiem Napoleona rusza w 1812 roku na Moskwę. Kiedy cesarz zarządza odwrót, Pierre postanawia zostać w Polsce. Żeni się z Polką, Marią z Życińskich. Osiada w Kępkach, szlacheckim zaścianku (stan z 1827 roku: 31 domów, 147 osób). Karol rodzi się prawdopodobnie w 1820 roku.

Przypadek drugi. W Łukowie, w gimnazjum pijarów, Karol poznaje Tytusa Gumowskiego i Stanisława Dubois. Razem czytają zakazane druki, interesują się polityką. W 1839 roku Levittoux zakłada w Łukowie tajną organizację – Związek Patriotyczny.

Przypadek trzeci. Warszawskie filie Stowarzyszenia Ludu Polskiego i Konfederacji Narodu Polskiego, dużych organizacji spiskowych, zostają rozbite. Tworzy się luka w kierownictwie ruchu wyzwoleńczego. Na czoło konspiracji młodzieżowej wybija się więc łukowski Związek Patriotyczny, który wchłania resztki warszawskiej organizacji.

Przypadek czwarty. Do organizacji przyjęty zostaje nauczyciel zdrajca, Jan Thierbach. Zaczynają się masowe aresztowania.

Przypadek piąty. Szesnastego kwietnia 1841 roku Aleksander Nikołajewicz, carski syn, żeni się z Marią Hessen-Darmstadt. Z okazji ślubu władze ogłaszają amnestię. Z więzienia wychodzą łukowscy spiskowcy. Wszyscy oprócz Levittoux. Nie powodzi się próba ucieczki. Śledztwo trwa dalej. Levittoux jest głodzony. W nocy budzi się go, gdy tylko próbuje zasnąć. Jego plecy przyjmują dwa tysiące pałek. Czterysta co drugi dzień.

Przypadek szósty. Mimo tortur Levittoux nie składa obciążających zeznań. Nie przyznaje się do winy. Milczy. Komisja decyduje o przerwaniu dochodzenia. Stwierdza prawdopodobnie, że skoro nie złamał się do tej pory, to nic się z niego już nie wyciągnie. Dwunastego maja zostaje wydane postanowienie o zesłaniu na katorgę. Namiestnik zwleka z podpisem, więc nikt nie ogłasza decyzji oficjalnie.

Przypadek siódmy. Levittox jest wycieńczony fizycznie i psychicznie. Nie wie, że na biurku namiestnika leży dokument o zakończeniu śledztwa. Rozmyśla.

Siódmego lipca od samego rana wyraźnie się niecierpliwi. Siedzący w celi naprzeciwko Jan Siesicki wspomina później: „Przez okienko więzienne prosił mnie żebym nie spał co najmniej do jedenastej. Mówił, że coś ciekawego wydarzy się tego wieczora w więzieniu. Że on to wie na pewno”.

V 

No tak, cuchnie – stęchlizną, potem, moczem, szczurami. W celi półmrok. Świeca migocze skąpym światłem po szarozielonych ścianach. Koszula, cała we wzorach z krwi i brudu, lepi się do skóry. Przywiera do krzepnących ran. Do smrodu można się przyzwyczaić. Rany też powoli się goją. Więc – o co chodzi? Martwisz się. Czym się martwisz? Dają jeść? Nie biją? Tym się przecież nie martwisz. Boisz się, że zaczną. Że nie wytrzymasz i powiesz. Wszystko, nazwiska, daty, adresy. Bo za dużo myślisz. Bo za dużo masz czasu na myślenie.

Jeśli musisz, myśl o czymś przyjemnym.

Nie wiem. Przypomnij sobie łukowską wiosnę. Albo – zobacz, pamiętasz? Te jabłka. Pamiętasz? Dziewczyna na Krakowskim rozsypała kosz jabłek. Czerwone, wielkie, toczyły się po ulicy we wszystkich kierunkach. Marszczyła brwi pod kapeluszem, biegając w kółko. Marszczyła się jej długa suknia, kiedy schylała się po kolejny owoc. Spojrzała z wyrzutem, bo stałeś jak kretyn, nawet się nie ruszyłeś, żeby pomóc. Czarne oczy miała! Niebieskie. Tak czarne, że aż niebieskie.         

A tu: cuchnie szczurami, koszula przywiera do popękanej skóry. Głowa też pęka. Wiem, co ci po niej chodzi. Sposób, żeby nic nie mówić. Ale się wkurzą, co? Kupa śmiechu! Nie, to niepotrzebne. Jak zresztą? Masz coś? Nawet kawałka sznura nie masz. Leż. W celi jest chłodno. Cicho. Dobrze.

Świeca migocze światłem po ścianach. Wykrzywia przedmioty, kaleczy kształty, spala się powoli. 

VI 

Siódmy lipca. Karol Levittoux cały dzień wyczekuje zachodu słońca. Wieczór jest duszny, ciężkie letnie powietrze dopiero zaczyna stygnąć. Z dziedzińca słychać rżenie koni, od rozgrzanego okna obijają się bzyczące owady. Na korytarzu stukają żandarmskie buty. Raz po raz, kroki to cichną, to stają się głośniejsze. Levittoux czeka na moment, gdy ucichną i już nie wrócą. Strażnicy umówili się dziś na wódkę. Przed dziesiątą nie słychać już owadów. Z korytarza też w końcu dobiega cisza.

Levittoux klęka na łóżku. Łóżko zrobione jest z twardych desek, okręconych słomianymi powrozami. Bierze do ręki świecę. Wosk kapie na podłogę. Płomień rozjaśnia jego bladą, chudą twarz, napięte mięśnie, skupione oczy. Na zaginionym obrazie Antoniego Kozakiewicza, który ten moment przedstawia, okryty pledem wpatruje się bystrym wzrokiem w drzwi. Ma zapadnięte policzki, wielkie, nieproporcjonalnie wielkie oczy, twarz przypomina trupią czaszkę. Lewą dłonią pod okręconymi słomianymi powrozami łóżkiem, podkłada świecę. Powrozy zapalają się długo. Są przegniłe, skręcone mocno, ogień musi się przez nie przegryźć. Levittoux cierpliwie trzyma świecę, niespokojnie spogląda tylko w stronę korytarza. Minie dużo czasu, zanim deski chwycą ogień, a łóżko zamieni się w stos. Powoli, powoli słoma zaczyna skwierczeć. Mija minuta. Dwie, dziesięć, dwadzieścia. To żmudne zajęcie. Deski zajmują się od powrozów. Wreszcie i barłóg zaczyna się leniwie palić. Potem wszystko dzieje się coraz szybciej. Ogień zaczyna pożerać gruby pled, którym okrywa się Levittoux. Dym wypełnia celę. Siwe kłęby smarują ściany. Pod sadzą znikają więzienne napisy i koślawe nagrobki. Od koca zajmuje się koszula. Ciało, jak kloc drewna opada na rozżarzony stos. Przywiera. Języki ognia oblizują plecy. Ogień jest coraz większy, suche deski pękają z hukiem. Płonie, płonie! Krzyczy! Z krzykiem do płuc wdziera się dym, wdziera się ogień. Ogień jest wszędzie, syczy, strzela. Płoną włosy, nie można oddychać, nie można patrzeć, siwe, czarne kłęby w gardle, w oczach, oczy mętnieją, ślepną, skóra schodzi, kurczy się, pęka, smród spalonego mięsa. Ciało. Płomienie chłoszczą plecy, skóra na plecach wysycha i pęka, pęknięcia są równe jak rany cięte. Rany od knuta, rany od ognia. Drewno strzela, strzela, pęka, pękają przegrody w płucach rozsadzone przez dym, krew, krew zalewa płuca i miesza się z dymem. Nieruchomy tułów. Skwierczy. Ogień jest spokojniejszy. Pod skórą mięśnie stają się szaroróżowe.

Kiedy kłęby dymu przedostają się na korytarz przez szparę w drzwiach, szyldwach zaczyna wrzeszczeć. Pali się więzienie! Po drugiej stronie korytarza, Jan Siesicki widzi ze swojej celi światło, bijącą z naprzeciwka łunę. W Cytadeli zamieszanie, nerwowe okrzyki. Szukać klucznika! Zanim znajdują pijanego klucznika i klucze, mijają kolejne minuty. Biegną do celi. Przez otwarte drzwi wypływa chmura czarnego dymu, gęsta i tłusta. Karol Levittoux nie żyje. Leży z podwiniętymi kolanami, ze zwęgloną twarzą i piersią. Spalonego wloką korytarzem. Głowa stuka po podłodze.

W ciągu następnych dni w Cytadeli wydano dwa zarządzenia:

1) Matce ciała oddać nie wolno;

2) Zakazuje się posiadania w celach świec. 

VII

Na dziedzińcu Cytadeli, niedaleko ulicy imienia Karola Levittoux, rośnie pokrzywiona polna grusza. Wbita obok w ziemię tabliczka objaśnia, że pyrus communis posadzono w 1840 roku. Gdy więzień celi nr 21 umierał, była ledwie chudym badylem. Potem pień stawał się coraz grubszy, kora twardniała, drzewo zaczęło rodzić owoce. Dookoła rozbrzmiewały echa opowieści o łukowskim spaleńcu. Historia człowieka nigdy nie kończy się z jego śmiercią. Powstają nowe akapity, rozdziały, bez końca. Czasem urywa się, zanika, a potem ujawnia w miejscach zupełnie niespodziewanych. Albo zatacza koło.

W maju 1940 roku, dziewięćdziesiąt dziewięć lat po samobójstwie w Cytadeli, sto lat po posadzeniu na dziedzińcu X pawilonu polnej gruszy, lekarz wojskowy major Henryk Julian Levittoux, stryjeczny prawnuk spaleńca, zgodnie z radzieckim rozkazem nr 00350 („o rozładowaniu więzień”) z obozu jenieckiego w Starobielsku trafia do miasta Charków. W budynku NKWD, przy placu Dzierżyńskiego 3, do jego karku przywiera zimno lufy. Inne Imperium pożera innego Levittoux. Grusza rośnie dalej.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata