70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Akademia contra humanistyka

Humanistyka ulega rozkładowi na uniwersytecie, instytucji powołanej przez społeczeństwo do zajmowania się w jego imieniu najczystszym, najpoważniejszym myśleniem.

Jako emerytowany profesor literatury angielskiej, który od czasu do czasu wraca do nauczania, zdaję sobie sprawę, że praca, którą staram się wykonywać ze swoimi studentami, ma coraz mniej wspólnego z tym, co dzieje się w sąsiednich salach seminaryjnych. Żałuję, że nie jestem na czasie, lecz za późno już, by zmieniać przyzwyczajenia ukształtowane w ciągu całego życia. Nie uważam zresztą, by były to złe przyzwyczajenia. Studenci siedzą w krąg przy stole, czytają i omawiają poezję, powiedzmy Yeatsa czy Donne’a. Mój plan polega na przeprowadzeniu takiej analizy dzieł tych poetów, by każdy uczestnik zajęć dysponował wiedzą pozwalającą mu rozumieć, jak mogą one zmieniać i wzbogacać umysły niektórych przynajmniej czytelników – nawet jeżeli świadomość odległości czasowej czy różnic ideologicznych może sprawiać, że autorzy nie będą budzić w nich zrozumienia.

Może bowiem zdarzyć się tak, że studenci będą żywić dezaprobatę dla poglądów politycznych czy religijnych danego twórcy albo doszukiwać się w jego dziełach ukrytych sensów, wobec których właściwą postawą również byłaby dezaprobata; i tego rodzaju uprzedzenia mogą stanąć im na przeszkodzie w pokochaniu tego, co czytają. Powinni się jednak nauczyć, że wspaniała poezja może – a właściwie niemal zawsze musi – wyrażać przekonania polityczne, religijne czy społeczne, których oni, czytelnicy, nie mogą podzielać. Gdyby było inaczej, nie moglibyśmy czytać Homera, Dantego, T.S. Eliota czy Ezry Pounda, nie odczuwając stale sprzeciwu, znużenia czy nawet obrzydzenia. Muszę wyznać, że to niezwykle ożywcze doświadczenie obserwować, jak grupa inteligentnych młodych ludzi przywyka do poety, który ma im bardzo niewiele do zaoferowania w kategoriach natychmiastowej gratyfikacji, patrzeć, jak analizują wiersz wyłącznie jako wiersz, bez jakichkolwiek uprzedzeń. Może ich zakres zainteresowań wkrótce się rozszerzy; może zechcą dowiedzieć się czegoś więcej o ekscentryku George’u Herbercie, może nawet się zaciekawią, czy i pod jakim względem ekscentryczka Emily Dickinson, która, jak wiadomo, skopiowała fragment jednego z jego wierszy, pozostawała pod wpływem angielskiego poety. Miłość i szacunek do poezji szerzą się w taki właśnie sposób. Ale najpierw musi pojawić się umiejętność dostrzeżenia mistrzostwa i zrozumienie, że owo dostrzeżenie przynosi wiele pożytków. To, czy studenci są równie pobożnymi anglikanami jak Herbert czy też potępiają fascynację Yeatsa faszyzmem, powinno być kwestią drugorzędną; staną się bogatsi dzięki bezpośredniemu doświadczeniu poezji. Gdy pedagodzy twierdzą – a czynią tak na wiele sposobów – że polityczne uwarunkowania dzieła literackiego stanowią jego najważniejszy aspekt albo że dzieło powinno się badać przede wszystkim jako dokument w jakimś historycznym sporze o władzę, moim zdaniem sprzeniewierzają się swojemu powołaniu.

Przyznaję, że moje podejście do literaturoznawstwa jest przestarzałe. To, co owo podejście wyparło – rozmaite sposoby zajmowania się (bądź niezajmowania) literaturą, które zastąpiły jej badanie – stanowi przedmiot poważnej i groźnej w wymowie książki Johna M. Ellisa, Literature Lost: Social Agendas and the Corruption of Humanities („Literatura utracona: programy społeczne a rozkład humanistyki”). Ellis jest zdumiony i głęboko zaniepokojony niezwykłymi zmianami, które zaszły w nauczaniu humanistyki na uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych (i zostały powielone w pozostałych regionach świata). Oczywiście, Ellis nie jest pierwszym komentatorem, który wyraża zaniepokojenie tym, co się dzieje; wyróżnia go jednak z ich grona klarowność spostrzeżeń i gotowość nieograniczania się do potępiania najnowszych trendów, a także – zgodnie z akademicką tradycją, która, jego zdaniem, znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie – poddania ich bezstronnej analizie. Możliwie szczegółowo zgłębia owe nowe trendy, by zdobyć argumenty na poparcie swojego poglądu, że myślenie, na którym się opierają, trudno w ogóle nazwać myśleniem. Najbardziej niepokoi go to, że trendy te są w świecie akademickim tak mocno zakorzenione, iż nie przeminą same z siebie, jak przemijało już wcześniej wiele sezonowych mód, lecz będą dominować przez katastrofalnie długi czas.

Ellis wyrażał już wcześniej poglądy tego rodzaju, przede wszystkim w książce Against Deconstruction („Przeciwko dekonstrukcji”). Prowadzi spór zgodnie z regułami sztuki, wykładając wszystkie karty na stół, ma zatem prawo twierdzić, że gdyby akademia traktowała idee poważnie, mógłby oczekiwać, iż jego krytyczne uwagi sprowokują rozumną polemikę. Ale nie wierzy już, że idee traktuje się poważnie; samo założenie, że tak być powinno, stanowi część koncepcji uniwersytetu, którą obecnie się lekceważy i od której się odchodzi. Nie dziwi go więc, że uwagi krytyczne, jakie wygłasza, pozostają bez odpowiedzi – klasyfikuje się je jako całkowicie chybione tylko na tej podstawie, że są krytyczne wobec panujących doktryn. Fundamentalnie odmienny sposób myślenia ignoruje się teraz bądź odrzuca; zdarza się też, co już zakrawa na hańbę, że zakazuje się go podczas zajęć.

Przerażeniem napawa Ellisa niepojęty fakt, że to samo grono profesorskie, które zaledwie pokolenie temu musiało bronić humanistyki przed argumentami utylitarystów, teraz opowiada się „przeciwko zachodniej tradycji w filozofii i literaturze”, twierdząc nie tylko, że „studiowanie Szekspira i Platona to strata czasu, który powinien być spożytkowany na bardziej poważne zajęcia, lecz że może wręcz być szkodliwe”. Dzieła, które dotychczas uznawano za wyzwalające, teraz, jak się uważa, zamykają umysły, fundują czytelnikom pranie mózgów, wskutek czego „akcept[ują oni] ideologię reakcyjną i przyjmuj[ą] idee uprzywilejowanej klasy” („martwych białych mężczyzn”), której żądza władzy nareszcie została zdemaskowana. Ten nikczemny program studiów należy zastąpić takim, który potwierdzi, że ostateczny cel wszelkich dociekań ma charakter polityczny; ich przedmiotem zainteresowań ma być rasa, gender i klasa. Ellis przypomina delikatnie o poparciu Stalina dla naukowego hochsztaplera Łysenki i rozkładzie nauk biologicznych w Związku Radzieckim. Takie mogą być skutki, kiedy, wobec braku akademickiej wolności, programy polityczne przejmują kontrolę nad ośrodkami badań.

Książka przybiera z każdą stroną ciemniejszy ton, lecz komentarze Ellisa o tym, że dziś powszechnie akceptuje się nacisk na prymat politycznych uwarunkowań literatury, są wyważone: podstawowy błąd logiczny polega na oparciu się na niepodważalnej przesłance, że wszystko ma wymiar polityczny, i dojściu do wniosku, że polityka jest zawsze wymiarem najistotniejszym. Skutkiem tego błędnego przekonania jest zredukowanie krytyki literackiej do prostego poszukiwania definiującego dzieło znaczenia politycznego. Foucaultowskie zredukowanie historii do konfliktu władzy, prowadzące do tego, że celem krytyków podzielających poglądy Foucaulta jest wyłącznie zbieranie dowodów ucisku, także zasadza się na błędzie logicznym. Jako aksjomat przyjmuje się, że żadna wiedza, jako konstrukt społeczny, nie ma wartości obiektywnej – lecz wiedzę, z której to przekonanie wyrasta, cichcem wyjmuje się spod tego prawa. Profesorowie, którzy przyznają otwarcie, że nie przepadają za literaturą (obecnie takie wypowiedzi nie są w pewnych kręgach niczym niezwykłym), będą szukać w niej jedynej rzeczy, która ich interesuje – treści politycznej, której waga jest z góry określona, popełniając tym samym to, co Ellis nazywa „błędem jednego elementu”. Z przedmiotu swoich badań wynoszą tylko to, co do niego wnieśli.

Krytyka Ellisa zasadza się na przekonaniu, że stan względnej szczęśliwości intelektualnej i społecznej (obecnie zagrożony) zawdzięczamy postępującym zdobyczom oświecenia, które wciąż pozostaje projektem nieukończonym. Nawet polityczna poprawność jest produktem procesu historycznego, którym tak gardzą osoby politycznie poprawne. Życie bez oświecenia jest paskudne i bestialskie, jednak jest ono naszym stanem naturalnym; utopijne fantazje o wyższości Trzeciego Świata powinno się analizować w świetle losów wszelkich tego rodzaju fantazji prymitywistycznych, wszelkich przypadków odrzucenia intelektualnego i społecznego postępu, jaki dokonał się w pogardzanej tradycji Zachodu. Szczególnie kobiety powinny zadać sobie pytanie, czy życie w społeczeństwach, które rozwiązują problemy społeczne na drodze ludobójstwa, stosują zbiorowe gwałty jako sposób dojścia do władzy, praktykują obrzezanie kobiet itd., naprawdę można przedkładać nad życie w społeczeństwie, które może i jest dalekie od doskonałej sprawiedliwości, lecz z całą pewnością zaszło dalej na drodze do tego celu.

Ellis pisze w duchu bardziej polemicznym, kiedy odnosi się do myślicieli w rodzaju Frederica Jamesona i Stanleya Fisha, a także do przedstawicieli krytyki feministycznej (samo to określenie uważa za wewnętrznie sprzeczne, argumentując, że prawdziwa krytyka nie przypina sobie etykietki jednego konkretnego ujęcia). Idea, według której w literaturze należy polować na dowody zniewolenia, jak czynią to krytycy „rasowo-genderowo-klasowi”, jest mu wstrętna. Jameson, bardzo wpływowa postać w świecie akademickim, lecz mniej znacząca poza nim, potrafi, zdaniem Ellisa, znaleźć usprawiedliwienie nie tylko pronazistowskich sympatii Martina Heideggera i Paula de Mana, lecz również rzezi dokonanych na rozkaz Stalina i Pol Pota; potrafi także twierdzić, że Nowy Ład i nazizm to pod wieloma względami jedno i to samo. Zdolny jest do wypowiedzi tak absurdalnych, jak następująca: „to, co wizualne, jest w gruncie rzeczy pornografią”. Wedle surowej oceny Ellisa „najwyraźniej brak mu choćby śladowej wrażliwości moralnej”, a jego wpływ „nie wynika ani z trafności jego argumentów, ani z moralnej siły jego stanowiska, lecz tylko z tego, że daje przydatną podbudowę krytyce ofiarocentrycznej, która opanowała uniwersyteckie wydziały literatury”.

Jeżeli chodzi o krytykę feministyczną, wydaje się, że owo podejście skoncentrowane na jednej kwestii stało się tak despotyczne, iż feministyczne profesorki mogą żądać od studentów złożenia oficjalnej deklaracji bezwzględnego zaangażowania w sprawę, zanim pozwolą im uczestniczyć w zajęciach, podczas których poglądy odmienne od deklarowanych są zabronione; profesor płci męskiej może zostać oskarżony o molestowanie wyłącznie na podstawie tego, że miał czelność krytykować swoje koleżanki feministki; a amerykańska Modern Language Association takie działania akceptuje. Oczywiście Ellis nie jest przeciwnikiem ekonomicznego i społecznego awansu kobiet, możliwego dzięki przemianom historycznym i postępującemu oświeceniu, lecz nie ma litości dla bezkrytycznego, bezmyślnego potępiania „patriarchatu” za wiktymizację kobiet. Wykorzystywanie w ten sposób idei patriarchatu ogranicza wręcz jego zdaniem intelektualną wolność jej zadeklarowanych wyznawców. W sposób nieunikniony pociąga to za sobą jeszcze większe nonsensy: na przykład stosowanie teorii feministycznej do nauk ścisłych, co wiąże się z potępieniem nauki będącej owocem myśli mężczyzn (Principia Mathematica zostały nazwane „Podręcznikiem gwałtu Newtona”). Jeżeli ktoś wierzy, że każdy stosunek seksualny to gwałt, to może uwierzyć we wszystko. Słusznie więc kwituje Ellis, że „feminizm typowy dla uniwersyteckich women’s studies nie cieszy się zbytnią wiarygodnością opinii publicznej”.

Ta przepaść między uniwersytecką teorią rasowo-genderowo-klasową a sprawami, które zajmują świat poza kampusem, nie jest bez znaczenia. Można przecież uważać, że sytuacja kobiet i mniejszości etnicznych w ciągu ostatnich dekad się poprawiła, nie przekreślając jednocześnie konieczności dalszej poprawy. W istocie uważa tak zapewne większość inteligentnych ludzi poza kampusem, którzy nie zgodziliby się z opinią, że od czasów prehistorycznej utopii kobiety kultury Zachodu doznają nieznośnego ucisku ze strony wyznających patriarchat mężczyzn. Jeśli nie liczyć garstki konformistów, inteligentni ludzie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, zapewne widzą w tej wizji pozbawioną realnych podstaw akademicką fantazję naśladującą na mniejszą skalę rewolucję kulturalną Mao (której Jameson byłby gotów bronić). Na szczęście ta fantazja nie przynosi ofiar w ludziach, poza nielicznymi wyjątkami, za jakie uznać można mężczyzn, którzy mają pecha mówić, co myślą. Niemniej jej skutki są poważne: humanistyka ulega rozkładowi na uniwersytecie, instytucji powołanej przez społeczeństwo do zajmowania się w jego imieniu najczystszym, najpoważniejszym myśleniem. Ellis wielokrotnie oskarża rewolucjonistów o ignorancję i złą wiarę, o zaprzepaszczenie oświecenia.

Nie widzi wielkich szans na prędką zmianę. Na studiach doktoranckich uczy się wiele osób, które przedkładają ten rodzaj wojowniczości nad literaturę (przyznają jednak, że to słowo jeszcze coś znaczy); są też tacy, którzy postrzegają krytykę rasowo-genderowo-klasową jako jedyną, dzięki której dostaną posadę. Kilka lat temu dostałem zaproszenie na konferencję organizowaną przez stowarzyszenie doktorantów pewnego amerykańskiego uniwersytetu. Studenci wszystko przygotowali sami, sami wybrali gościa specjalnego i ułożyli program złożony z krótkich referatów przedstawiających wyniki prowadzonych badań, ich własnych oraz studentów z sąsiednich uczelni. Trzy lata wcześniej, w 1994 roku, większość referatów nosiła tytuły wyraźnie literackie. Przeglądając program późniejszej konferencji, która nadal w nazwie ma „literaturę języka angielskiego”, widzę takie tematy jak: podział obowiązującej moralności ze względu na płeć kulturową w wybranych powieściach dziewiętnastowiecznych, kulturowa polityka funkcjonowania domu w powieści Harriet Beecher Stowe, Matka w Holokauście, sfeminizowana epopeja historyczna Toni Morrison itd.; nawet referat o ChaosieMiltona zatytułowano „Polityka reprezentacji”. Nie ma w istocie śladu czegokolwiek, co pozwalałoby się spodziewać bezstronnej krytycznej analizy.

Znam kilkoro prelegentów występujących na tej konferencji i wiem, że to zdolni, pełni pasji studenci, których za kilka lat chętnie widziałbym w gronie swoich młodszych kolegów. Oni jednak doszli do wniosku, za cichym przyzwoleniem wielu swoich profesorów, że w literaturze nie ma przyszłości. Podobnie jak ich mentorzy, swoje stanowiska w instytutach literatury języka angielskiego będą wykorzystywać do celów pozaliterackich, wykształcą też kolejne pokolenie, które pójdzie w ich ślady. Wstąpią zatem, jak mówi Ellis, w szeregi tych, którzy w dużej mierze zawężają swoje badania do poszukiwania dowodów na z góry ustalone tezy. Będą uczyć ekonomii, polityki, prawa, medycyny, socjologii – niemal każdego przedmiotu z wyjątkiem literatury. Na ogól nie będą się odznaczać gruntownym profesjonalnym wykształceniem w wymienionych dziedzinach i naukowcy, którzy takie wykształcenie odebrali, słusznie będą ich lekceważyć. Staną się „późnymi” marksistami, kiedy reszta świata pożegna się z marksizmem; lekarzy będą nazywać wyzyskiwaczami i ciemiężcami kobiet itd. Albo porzucą świat akademicki ze zrozumiałym poczuciem niesmaku.

Ellis nie bez racji określa tę perspektywę mianem intelektualnej katastrofy. W przeszłości też przychodziły mody, ale zawsze mijały; ta jednak zaowocowała stworzeniem nowych, samonapędzających się wydziałów uniwersyteckich, a istniejące dotychczas wydziały zaludniła swoimi sympatykami. Ellis czerpie otuchę z sygnałów, że niektórzy propagatorzy tej nowej mody spuścili z tonu, przeredagowali odpowiednio swoje życiorysy i wyrzucili z książek część zuchwałych i niemądrych uwag przed złożeniem ich do publikacji. Prawdą jest też, że siła oddziaływania ideologów rasowo-genderowo-klasowych w zasadzie ogranicza się do kampusów; tak czy owak szkody są jednak ogromne. Czy chcą Państwo, żeby tacy ludzie uczyli wasze dzieci?

Można zgodzić się z większością argumentów Ellisa, nie akceptując ich jednocześnie bez zastrzeżeń. Atak na akcję afirmatywną[1] nie jest dla jego wywodu niezbędny i w zbyt dużej mierze opiera się na przekonaniu, że edukacja publiczna „wysokiej jakości” jest na tyle rozpowszechniona, iż akcja afirmatywna jest niepotrzebna i daremna: zdaniem Ellisa edukacja publiczna to właśnie akcja afirmatywna. Zarzucenie wszelkich innych form akcji afirmatywnej to bodaj jedyna proponowana przez niego reforma, choć uważa on również, że dziekani powinni zabronić wykorzystywania zajęć akademickich do celów propagandowych zamiast do zdobywania bezinteresownej wiedzy. Oczywiście wysuwane będą przypuszczenia, że sam Ellis, czy to świadomie, czy nie, ma pewien program polityczny. Z pewnością jednak słusznie twierdzi, że wykładowcy nie powinni wykorzystywać zajęć do agitowania wśród studentów na rzecz własnych programów politycznych i społecznych.

Większa nadzieja tkwi w samej literaturze, ponieważ ma ona moc, którą istniejący jeszcze inteligentni czytelnicy zawsze będą uznawać i wspierać. Ci sami czytelnicy będą gardzić prefabrykowanym, naszpikowanym żargonem językiem swoich współczesnych. Możliwe, że zanim doprowadzą do zmiany, minie dużo czasu – może nawet kilka pokoleń. Ale, jak kilkakrotnie podkreśla Ellis, początek potępianych przez niego zmian był stosunkowo nagły i niespodziewany; można więc mieć nadzieję, że co szybko nastało, równie szybko się skończy. Może osobom uprawiającym krytykę rasowo-genderowo-klasową zbrzydnie ich własna jałowość i, nie chcąc wyjść na nudne i śmieszne, będą się starały odzyskać kontakt z tym, co ważne i piękne, i z rozsądnymi ludźmi, których wykluczyli ze swoich rozmów. Trzeba jednak przyznać, że dzisiaj nie wydaje się to zbyt prawdopodobne.

Tłumaczyła Agnieszka Pokojska

Copyright 1997 The Atlantic Media Co., pierwodruk: „The Atlantic Magazine”, dystrybucja:  Tribune Media Service.


[1] Terminem „akcja afirmatywna” określa się działania władz nadające przywileje – na przykład w dostępie do kształcenia lub zatrudnienia – pewnym wyróżnionym grupom społecznym, motywując to przekonaniem, że tylko w taki sposób można cofnąć skutki trwającej od wielu lat dyskryminacji tych grup i ich upośledzenia (przypis redakcji).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata