70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Od tryumfu do kryzysu? Europa 1989–2009

Podstawową odpowiedź na pytanie: „dlaczego Europa jest nam potrzebna?” przynosi analiza obecnej sytuacji w świecie – połączenie stojących przed nami wszystkimi wyzwań z nowym obliczem polityki globalnej i wielobiegunowego świata, coraz bardziej zdominowanego przez potęgi pozaeuropejskie.

Dokładnie trzydzieści lat temu, w lecie 1979 roku, pierwszy raz przyjechałem do Krakowa[1]. Polska i Wielka Brytania leżały w tym czasie na różnych planetach i przyjazd tutaj był podróżą do innego świata. Polskie doświadczenie tamtych lat – wyznaczone takimi elementami jak jałtański podział Europy, komunizm, gospodarka planowa, cenzura czy Służba Bezpieczeństwa – było całkiem odmienne od doświadczenia studenta Uniwersytetu Oksfordzkiego, którym wtedy byłem. Gdyby wówczas – w Krakowie, Oksfordzie lub gdziekolwiek indziej – ktoś powiedział, że za 30 lat Polska będzie wolnym krajem, normalną liberalną demokracją, członkiem Unii Europejskiej i NATO, najpewniej uznano by go za szaleńca i wezwano panów w białych fartuchach. Nikt – lub prawie nikt – nie wierzył, że coś takiego byłoby możliwe.

Lecz niemożliwe stało się możliwe i dziś, pierwszy raz w historii, Polska i Wielka Brytania są względem siebie równorzędnymi partnerami. Według ostatnich danych Eurostatu polska gospodarka zajmuje siódme miejsce w  Unii Europejskiej. Wielka Brytania utrzymuje się na miejscu trzecim, ale wasz pościg za nami trwa i, kto wie, może pewnego dnia… W  Oksfordzie spotykam tłumy znakomitych studentów z Polski. Podczas gdy 30 lat temu szanse i życiowe możliwości przeciętnego dwudziestolatka z Krakowa znacznie się różniły od szans i możliwości, które stały przed jego rówieśnikiem w Oksfordzie, dziś są już do siebie bardzo podobne. Jest to właściwie najbardziej wzruszający i niesamowity aspekt tych przemian. To właśnie wygraliśmy przez te 30 lat!

Dla Polski i Europy głównym punktem odniesienia jest dziś oczywiście rok 1989, choć już dziesięć lat wcześniej, podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, zaczęło się tu dziać coś bardzo ważnego. Jednak dla Wielkiej Brytanii rok 1989 nie był wcale szczególny. Datą przytaczaną częściej jako symbol pewnego przełomu jest rok 1979, w którym władzę nad krajem, znajdującym się wówczas w stanie ekonomicznej zapaści, przejęła Margaret Thatcher. Kryzys, w którym obecnie znajduje się mój kraj, wyznacza w pewnym sensie koniec całego, 30-letniego okresu zapoczątkowanego właśnie wtedy. Rok 1989 nie przyniósł nam poczucia odzyskania wolności. Pamiętam moją rozmowę z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Douglasem Hurdem, który, odnosząc się do wydarzeń 1989 roku, powiedział: „to jest koniec systemu, w którym przez ostatnie 40 lat żyliśmy nawet całkiem szczęśliwie”. Z brytyjskiego punktu widzenia było w tym stwierdzeniu sporo prawdy. Runął stabilny porządek z czasów zimnej wojny, w którym Wielka Brytania była związana z sojuszem państw Zachodu, mając też szczególne znaczenie strategiczne dla Stanów Zjednoczonych.

Rok tryumfu

Pierwszą rzeczą, którą chciałbym przypomnieć w kontekście roku 1989 jest to, że w żadnej chwili podczas trwania tamtych niezapomnianych wydarzeń nie mieliśmy pojęcia, co wydarzy się następnego dnia. Nie wiedzieliśmy, co przyniesie kolejny tydzień lub miesiąc, ani nawet, czy cały ten proces nie zakończy się porażką i naszymi łzami.

Kiedy 6 lutego rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu, nikt nie wiedział, jaki będzie ich wynik. Nawet gdy 5 kwietnia zakończono już negocjacje, najbardziej optymistyczne szacunki, które usłyszałem od członków „Solidarności”, mówiły o tym, że do wolnych wyborów może dojść w ciągu… czterech lat. Potem przyszedł czas kampanii i pamiętnych, pierwszych częściowo wolnych wyborów. Pamiętam jednak dobrze, że kiedy wieczorem 4 czerwca siedziałem z przywódcami „Solidarności”, żaden z nich nie był do końca pewien zwycięstwa. A następnego dnia, kiedy były już znane wyniki, nadal nie potrafiliśmy przewidzieć wszystkich konsekwencji tych wydarzeń. Większość ludzi uważała wtedy za niemożliwe, żeby na czele rządu mógł stanąć niekomunistyczny premier. Gdy Tadeusz Mazowiecki otrzymał taką nominację, nie wiedzieliśmy, jaką perspektywę ma przed sobą jego gabinet, a w szczególności, czy będzie w stanie zreformować gospodarkę. Wreszcie, nawet kiedy rozpoczął się program reform i terapia szokowa Leszka Balcerowicza, nie wiedzieliśmy, czy Polska zostanie kiedyś zaakceptowana jako kandydat do członkostwa w Unii Europejskiej i NATO. Przypominam sobie spotkanie z wysokimi rangą dyplomatami z Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec (w styczniu 1990), w trakcie którego powiedziałem, że logiczną konsekwencją wydarzeń w Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech powinno być przyjęcie tych państw do Unii Europejskiej i NATO. Zakrzyczano mnie wtedy: co to za nierealny, nieodpowiedzialny pomysł!

Jedną z najtrudniejszych rzeczy, przed którą staje historyk, jest próba uchwycenia tego, czego w określonym czasie w historii ludzie nie wiedzieli. Henri Bergson określał to mianem „ułudy retrospektywnego determinizmu”: ludziom wydaje się, że coś, co się zdarzyło, po prostu musiało się zdarzyć, że bieg historii wyznaczają linie proste. Ale to nie w ten sposób dzieje się historia. W każdym jej momencie, a już zwłaszcza w czasach rewolucji, mamy do czynienia ze wszystkimi możliwościami, włącznie z możliwością represji i  niepowodzenia. Bieg historii zależy od decyzji pojedynczych osób. Jeżeli więc zaczynamy oceniać decyzje podjęte w 1989 i 1990 roku, nie powinniśmy zapominać o „ułudzie retrospektywnego determinizmu”. Pamiętajmy, że „nikt wcześniej tego nie robił”, że pewne decyzje były wtedy podejmowane po raz pierwszy.

Kolejną rzeczą, o której chciałbym powiedzieć w odniesieniu do tryumfu roku 1989, jest teza – stawiam ją po 20 latach i myślę, że zaczyna być właśnie weryfikowana – że czymś naprawdę wyjątkowym i trwałym w odniesieniu do aksamitnych rewolucji roku 1989 jest sposób, w jaki zostały one przeprowadzone. W 1989 roku wytworzył się nowy model rewolucji, który zastąpił model występujący od czasów rewolucji francuskiej w 1789 roku. Tamten, powtórzony między innymi w 1917 i 1956 roku, charakteryzowała przemoc – rewolucja z definicji oznaczała użycie przemocy. Ja zaś pamiętam ludzi, którzy w czasie aksamitnej rewolucji w Pradze całkiem serio zastanawiali się, czy to, co dzieje się na ich oczach, można w ogóle określić mianem rewolucji. Ten nowy model rewolucji był pokojowy i  zakładał samoorganizowanie się społeczeństwa na masową skalę. Już polski Komitet Obrony Robotników łączył w sobie właśnie samoorganizację społeczeństwa, obywatelski opór oraz organizowanie demonstracji, które miały zmusić rządzących do podjęcia rozmów z narodem. Podczas Okrągłego Stołu, zupełnie odmiennie niż w czasie rewolucji z 1789 lub 1917 roku, doprowadzono do świadomego kompromisu; obyło się bez wieszania na ulicznych latarniach przedstawicieli dawnej władzy. Było to wielkie odkrycie roku 1989 i chciałbym w tym miejscu wspomnieć nazwisko profesora Bronisława Geremka, którego nie ma już wśród nas, a który był, być może, najważniejszym pojedynczym twórcą modelu Okrągłego Stołu.

Z perspektywy dwudziestu lat widać, że ów nowy model stał się domyślnym modelem rewolucji przynajmniej w większej części naszej planety. Mój kolega z Oksfordu, Adam Robertson, wydał książkę Civil Resistance and Power Politics, w której wymienia udokumentowane już przypadki „mniej lub bardziej aksamitnych” rewolucji: Słowacja, Chorwacja, upadek Slobodana Miloševicia w Serbii, „pomarańczowa rewolucja” na Ukrainie, „rewolucja róż” w Gruzji, Południowa Afryka. Nie wszystkie były zakończone sukcesem – wystarczy spojrzeć na Birmę – ale w wypadku tego modelu rewolucji to, „jak” się robi, stało się tak samo ważne jak to, „co” się robi. Metody, po które sięgamy w czasie przemian, w dużej mierze determinują ich sukces. Wspaniale ujął to Adam Michnik, gdy powiedział, że z historii Europy nauczyliśmy się, iż ci, którzy rozpoczynają od burzenia Bastylii, kończą, budując własną.

Kluczową sprawą dla zrozumienia natury aksamitnych rewolucji jest uświadomienie sobie, że ten model ma również swoją cenę. Kosztem nie do uniknięcia jest konieczność zawierania niełatwych kompromisów z ludźmi odrażającymi, którzy w dodatku zachowują część swoich wpływów – na przykład przenoszą je z polityki do gospodarki. Model ten cechuje również, do pewnego stopnia, brak uczucia rewolucyjnego katharsis. Dlatego uważam, że niezbędnym uzupełnieniem aksamitnych rewolucji powinna być komisja prawdy, rodzaj symbolicznej konfrontacji ze złą przeszłością. Chodzi o wyznaczenie linii podziału pomiędzy teraźniejszością a złą przeszłością, tak jak zrobiono w Republice Południowej Afryki. Jest to lekcja, którą wynieśliśmy z wydarzeń w krajach postkomunistycznych.

Tym, co odróżniało rewolucje roku 1989 od wcześniejszych, był również fakt, że choć we wszystkich krajach Europy Środkowej prym wiedli w nich intelektualiści, to same rewolucje nie zaowocowały powstaniem żadnej nowej ideologii – rzecz to dla intelektualistów raczej deprymująca. Znany historyk rewolucji francuskiej François Furet w ogóle nie zaliczył wydarzeń roku 1989 w poczet rewolucji gdyż, jego zdaniem, prawdziwa rewolucja wytwarza nową ideologię. Tymczasem mottem przemian w Europie Środkowej mogłoby być hasło: „żadnych eksperymentów, trzecich dróg, tylko już wypróbowane – liberalna demokracja i gospodarka rynkowa – oraz powrót do Europy”. Oczywiście, w rzeczywistości było nieco inaczej. W Polsce od zera budowano demokrację liberalną, wprowadzano kapitalizm bez zaplecza kapitału. Zresztą, z tego, co pamiętam, niewielu ludzi – może z wyjątkiem kilku liberałów w Gdańsku – mówiło w 1989 roku o kapitalizmie. Pojawiały się inne określenia: gospodarka rynkowa, społeczna gospodarka rynkowa, socjalistyczna gospodarka rynkowa, gospodarka mieszana. Kapitalizm nie był ideą, która organizowała cele. Być może mamy tu do czynienia z przypadkiem, kiedy o danym zjawisku zaczyna się mówić dopiero wtedy, kiedy pogrąża się w kryzysie. Aleksander Smolar powiedział, że w Polsce system zaczęto określać mianem totalitarnego dopiero pod koniec lat 80. i, jak słusznie zauważył, był to sygnał, że… ustrój właśnie przestaje być totalitarny. Nie chciałbym tu wdawać się w dyskusję na temat dzisiejszego kryzysu kapitalizmu, ale w pewnym sensie sami rozpoczęliśmy tę debatę właśnie dlatego, że znajduje się on w kryzysie.

Rok kryzysu

Są tacy, którzy twierdzą, że rok 2009 jest dla kapitalizmu tym, czym rok 1989 był dla komunizmu. To absurd. Mamy do czynienia z wyraźnym kryzysem kapitalizmu, idę jednak o zakład, że nie jest to kryzys śmiertelny. Istnieje o wiele więcej odmian kapitalizmu niż komunizmu – i  to z całą pewnością jest jednym z największych walorów tego pierwszego. Mówi się o europejskim modelu kapitalizmu, ale prawda jest taka, że jeśli spojrzy się na kapitalizm w Europie, można szybko odkryć, że istnieją tu co najmniej trzy odmienne jego modele. Kryzys dotyka w tej chwili odmianę nazywaną często neoliberalną lub anglosaską, kojarzoną najczęściej ze wspomnianą wcześniej Margaret Thatcher. Wydaje się raczej nieprawdopodobne, że odmiany kapitalizmu, które przetrwają i pojawią się po kryzysie, nie będą się różnić od tych, które dominowały w latach 80. i 90. Myślę, że  możemy oczekiwać powrotu do pewnych idei rozwijanych przez niemieckich filozofów połowy XX wieku, tzw. Ordnung-liberale, którzy argumentowali, że silna gospodarka rynkowa potrzebuje trwałego szkieletu prawnego narzuconego przez państwo oraz bardzo mocnych podstaw moralnych ze strony części społeczeństwa, a zwłaszcza ze strony przedstawicieli biznesu. Dopuszczam myśl, iż jedną z przyczyn obecnego kryzysu była słabość struktur prawnych, a także moralna słabość osób związanych z gospodarką. To Vaclav Klaus, zainspirowany ideami thatcheryzmu, wypowiedział słynne zdanie, że w czasie przemian ekonomicznych „szybkość jest ważniejsza od precyzji” – a przez słowo „precyzja” można rozumieć właśnie rządy prawa. Lekcją, którą możemy wynieść z doświadczeń Europy i Stanów Zjednoczonych, jest przekonanie o potrzebie wzmacniania rządów prawa oraz ważności etosu moralnego wśród elit, także tych biznesowych. Tymczasem wystarczy spojrzeć na pakiety wynagrodzeń czołowych bankierów i finansistów w londyńskim City lub Nowym Jorku: ktoś, kto na co dzień porusza się w tym świecie, opowiedział mi o podsłuchanych niedawno narzekaniach jednego z bankierów, który utyskiwał, że podczas gdy jego odpowiednik w konkurencyjnym banku zarabia pięć milionów funtów rocznie, jemu samemu zaproponowano tylko cztery miliony… Spróbujmy sobie wyobrazić rzeczywistość, w której rodzi się tego rodzaju myślenie.

Stwierdzenia, że kryzys ekonomiczny jest testem na trwałość i siłę demokracji liberalnej, oraz że młode demokracje w Europie będą musiały zmierzyć się z nową falą nacjonalizmu, populizmu i ksenofobii, którą obserwujemy także na Zachodzie w trakcie kampanii do Parlamentu Europejskiego, trącą banałem. Faktem jest jednak, że  obecnie w Europie dyskutuje się dużo o klasie politycznej. Określenie to, w Wielkiej Brytanii jeszcze kilka lat temu niemal nieznane, jest teraz przedmiotem długiej dyskusji. Mówi się o oddaleniu polityków od społeczeństwa, korupcji, zorientowaniu na własne korzyści czy oportunizmie. Niechęć do polityków, którą od wielu lat obserwowałem w Europie Środkowej, udzieliła się teraz również Brytyjczykom. Jej oznaką stał się obecny kryzys związany ze sprawą wydatków naszych parlamentarzystów. Mam ze sobą czołówkę dzisiejszego „Timesa” z tytułem Parliament’s Darkest Days, który opisuje bezprecedensowy skandal związany ze wzbogacaniem się członków parlamentu brytyjskiego, w związku z którym Izbie Lordów zarekomendowano zawieszenie dwóch jej członków – rzecz, która nie zdarzyła się w Anglii od 1640 roku. Dużo to mówi  o samym kryzysie. Kwestia klasy politycznej oraz etosu elit pojawia się w dyskusjach o kryzysie jednego z modeli kapitalizmu oraz o współczesnych zagrożeniach dla demokracji liberalnej.

Po co potrzebna jest nam Europa?

Oczywiste wydaje się dla mnie, że instytucje Unii Europejskiej (podobnie jak liberalna demokracja oraz system finansowy) są w tej chwili, za sprawą kryzysu, poddawane ważnemu testowi. Wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego pokażą, jakie poparcie uzyskają partie odwołujące się do haseł nacjonalistycznych i ksenofobicznych. Niemal wszędzie w Europie mamy do czynienia z niebezpieczeństwem protekcjonizmu. Również strefę euro czeka egzamin. Osoba, która z bliska obserwowała japoński kryzys lat 90., powiedziała mi, że najważniejszą lekcją, którą możemy wyciągnąć z tamtych doświadczeń, jest to, że polityka walutowa musi być jak najściślej powiązana z polityką podatkową. W strefie euro mamy jeden system monetarny i siedemnaście podatkowych, z których każdy funkcjonuje inaczej. Egzamin, który czeka Europę, określi, czy nadal będziemy posuwać się do przodu, czy trochę się cofniemy. Dla państw takich jak Polska czy Wielka Brytania, które pozostają wciąż poza strefą euro, nadal aktualne jest pytanie, czy lepiej być wewnątrz czy poza tą strefą. Idę o zakład, że Polska znajdzie się w strefie euro przed Wielką Brytanią, a już zwłaszcza przed Wielką Brytanią pod rządami konserwatystów – nawet jeżeli zdarzy się to dopiero w 2013 lub 2014 roku, w tej kwestii będziemy za wami w tyle.

Fundamentalne pytanie w 2009 dotyczy roku tego, po co potrzebna jest nam wspólna Europa? Przez ostatnie 60 lat zestaw argumentów za zjednoczoną Europą różnił się w zależności od kraju, ale zawsze miał pewną cechę wspólną. Niemal niezmiennie, niezależnie od tego, skąd pochodziły, argumenty proeuropejskie przybierały formę życzenia: „chcemy oddalić się od pewnego złego miejsca, w którym już byliśmy, w kierunku lepszego, z którym kojarzymy Europę”. Dla Niemców owym „złym miejscem” mógł być nazizm i związany z nim wstyd. Dla Francuzów mogło nim być doświadczenie okupacji i porażki. Dla Brytyjczyków „złe miejsce” miało charakter ekonomiczny – było to wspomnienie głębokiego kryzysu gospodarczego w latach 60. i 70., który popchnął Londyn w stronę Brukseli. Dla Hiszpanii i Portugalii było nim doświadczenie dyktatury, dla Europy Środkowej i Wschodniej – doświadczenie komunizmu i radzieckiej hegemonii. Argumentacja była jednak zawsze podobna: lepszym miejscem była w niej „Europa”.

Problem powstaje w chwili, kiedy w tym lepszym miejscu już się w końcu wszyscy znajdziemy. Tak jest właśnie teraz. Co w tej sytuacji mogłoby być nowym argumentem za Europą? Powiedziałbym, że jeszcze zanim nastał kryzys gospodarczy, projekt integracji europejskiej stał się w pewnym sensie ofiarą swojego własnego sukcesu. Mieszkańcy Europy, również w niedawno przyjętych do Unii państwach, przyzwyczaili się do poczucia bezpieczeństwa, pokoju, dobrobytu – wolności, które gwarantuje im wspólnota. Czego więcej mogliby chcieć?

Rozpocznę od kwestii oczywistej dla każdego znającego historię. Musimy zrozumieć i poznać „złe miejsca”, w których byliśmy. Uświadomić sobie, że w historii było wiele alternatyw i że również teraz stoimy przed różnymi możliwymi drogami. Kwestia, o której przychodzi mi mówić w 2009 roku, nie dotyczy naszych relacji z innymi w Europie, lecz raczej pozycji naszego kontynentu w coraz bardziej nieeuropejskim świecie. Coraz więcej z tego, co się zdarza w naszych krajach, nie jest już powodowane przez jakiekolwiek działania naszego rządu, lecz jest raczej wynikiem rozwoju sytuacji w świecie i wyzwań przed nim stojących. Okazało się to w ciągu ostatnich sześciu miesięcy: odkryliśmy, że nasze prywatne oszczędności były bezpośrednio dotknięte przez skutki rozwoju sytuacji w odległych krajach, a nawet na innych kontynentach. Na naszą sytuację wpływa również zglobalizowany system finansowy, międzynarodowa przestępczość zorganizowana, masowa migracja, zmiany klimatyczne, a nawet zależność od dostawców energii, co dotkliwie odczuło wielu mieszkańców Europy, marznąc na początku roku w swoich domach na skutek sporu, który rozgorzał pomiędzy Rosją i Ukrainą, daleko poza granicami Unii Europejskiej.

Tuż przed rezygnacją Tony’ego Blaira ze stanowiska premiera Wielkiej Brytanii odbyłem z nim rozmowę. Zapytałem go między innymi o największą zmianę, której doświadczył w czasie swojego dziesięcioletniego urzędowania. Odpowiedź była zaskakująca: „Kiedy zostałem premierem – powiedział Blair – wydawało mi się, że mam wpływ na około 70 procent spraw, które dzieją się w Wielkiej Brytanii. Teraz myślę, że mam bezpośredni wpływ tylko na około 40 procent z nich”. Innymi słowy, to, co robimy w Wielkiej Brytanii, na przykład w celu ograniczenia emisji CO2, jest zupełnie nieistotne w porównaniu z tym, co uczynią Stany Zjednoczone, Indie i Chiny. Niczego w tej dziedzinie nie osiągniemy bez zaangażowania się w globalną dyplomację.

Żyjemy dziś w świecie, którego kształt wyznacza w coraz większym stopniu wzrost znaczenia potęg pozaeuropejskich. Chodzi w szczególności o Chiny, ale także o Indie i Rosję. Już od jakiegoś czasu zmniejsza się rzeczywiste znaczenie nawet największych europejskich państw, i tak też będzie w przyszłości. Jeżeli więc chcielibyśmy mieć jakikolwiek wpływ na sytuację na świecie, powinniśmy połączyć nasze siły.

W tym miejscu mogę powrócić do tego, o czym mówiłem o roku 1989. Efektem wydarzeń, które rozegrały się wtedy, było wyważenie drzwi dla zjawiska, które określamy mianem globalizacji finansowej i gospodarczej. Dzięki temu, że zakończyła się zimna wojna, dzięki wprowadzeniu w życie porozumienia waszyngtońskiego oraz za sprawą włączenia do procesu globalizacji Chin i Indii setki milionów ludzi udało się wyrwać ze strefy biedy. Właśnie Chiny łączą w sposób szczególny wszystko, o czym mówię. 4 czerwca 1989 odbyły się wybory w Polsce, ale doszło też do masakry na placu Tiananmen. Nigdy nie zapomnę chwili, w której szedłem do biura „Gazety Wyborczej” w Warszawie, przekonany o zwycięstwie w wyborach „Solidarności”, kiedy na ekranie telewizora zobaczyłem pierwsze zdjęcia masakry na Tiananmen. Ludzie, których  wywożono wtedy z placu, wyglądali dokładnie jak zabici w Gdańsku w 1970 roku. Wtedy Chiny i Europa zaczęły się poruszać w innych kierunkach. „Duch Tiananmen” towarzyszył nam przez cały ten rok cudów w Europie Środkowej. To, co później wydarzyło się w Chinach, oznaczało, że tamtejsze kierownictwo komunistyczne całkiem świadomie i celowo odrobiło lekcję z upadku komunizmu w Europie Środkowej i w Związku Radzieckim, a także lekcję z placu Tiananmen. System, który mamy teraz w Chinach, jest świadomym produktem powstałym po odrobieniu tamtych lekcji z 1989 roku – lekcji polskiego i chińskiego 4 czerwca. W chińskim systemie roi się od oczywistych sprzeczności i napięć, jednak byłoby nierozsądnie uważać, że w jakiejś bliskiej perspektywie system ten upadnie w sposób podobny do tego, w jaki upadł komunizm w Europie Środkowej i Wschodniej oraz w Związku Radzieckim.

Wyjąwszy zatem argumenty odnoszące się do samej historii, podstawową odpowiedź na pytanie: „dlaczego Europa jest nam potrzebna?” przynosi analiza obecnej sytuacji w świecie – połączenie stojących przed nami wszystkimi wyzwań z nowym obliczem polityki globalnej i wielobiegunowego świata, coraz bardziej zdominowanego przez potęgi pozaeuropejskie.

Na koniec chciałbym zabrać głos nie tylko jako analityk, ale również jako aktywista, działacz społeczny. Uważam, że jeżeli chcemy w świecie bronić naszych podstawowych interesów narodowych oraz jednostkowych, potrzebujemy wspólnej europejskiej polityki zagranicznej. Żadne państwo w Europie nie ma mocy, która wystarczyłaby do tego, by pojedynczo wpływać na losy świata. Dlatego też jest nam potrzebny traktat lizboński, aby stworzyć instytucje, których potrzebujemy do prowadzenia skutecznej polityki. Budowa europejskiej polityki zagranicznej musi polegać na zdefiniowaniu naszych europejskich interesów, określeniu instrumentów, którymi dysponujemy do realizacji takiej polityki, oraz na refleksji nad naszymi wspólnymi wartościami, które wskażą, w jaki sposób wolno nam korzystać z owych instrumentów w celu realizowania naszych interesów.

Konieczna jest również wola polityczna. Nawet dysponując najlepszymi instytucjami na świecie, nie będziemy w stanie stworzyć wspólnej polityki zagranicznej, jeżeli nie powstanie strategiczna koalicja najważniejszych państw członkowskich Unii Europejskiej, która przekona inne państwa do potrzeby posiadania takiej wspólnej polityki. Nawet jeśli Niemcy, Francja i Wielka Brytania połączą w tym celu swoje siły, to i tak to nie wystarczy. Potrzeba do tego innych krajów. Polska jest w tej chwili członkiem G-6 – grupy sześciu najważniejszych państw Unii Europejskiej. Potrzebujemy was, waszego przywiązania do wolności i idei euroatlantyckiej.

Pozwólcie mi w tym miejscu zauważyć, że nasze problemy w tej kwestii różnią się nieco od siebie. W Wielkiej Brytanii mamy bowiem do czynienia z dość szeroką debatą na temat innych regionów świata, naszym problemem jest zaś to, że nie jesteśmy tak dobrzy w dyskusji o Europie. Z tego, co obserwuję w Polsce, wasze zrozumienie spraw europejskich jest całkiem dobre, choć obyczaj myślenia o innych częściach świata nie jest jeszcze tak powszechny i wyrobiony. Bardzo dobrze się stało, że Polska zaproponowała Unii projekt Partnerstwa Wschodniego oraz że zwraca uwagę na przykład na kwestie związane z bezpieczeństwem energetycznym. Jednak prawdziwy egzamin przychodzi wtedy, gdy trzeba się zaangażować w sprawy, w których dany kraj nie odnajduje na razie swojego bezpośredniego interesu. Możecie powiedzieć: wiemy, że w Pakistanie trwa kryzys – co nam jednak do tego? Ilu ludzi pochodzących z Pakistanu żyje w Polsce? Problem w tym, że w Wielkiej Brytanii moglibyśmy równie dobrze powiedzieć to samo o  Ukrainie. Jeśli decydujemy się na tworzenie europejskiej polityki zagranicznej, musimy zacząć się angażować nie tylko w sprawy, które dotyczą nas bezpośrednio, ale również w takie, które są ważne dla naszych europejskich partnerów.

Na koniec wrócę do tego, co powiedziałem na początku o roku 1979. Istnieje bardzo silna koncepcja normatywnej mocy warunków zastanych, czyli tendencja do uznawania środowiska, w którym żyjemy, za normalne i takie, które wskazuje nam normy. Zgodnie z nią ludzie, którzy wyrośli w środowisku przestępczym, uznają je za swoje, uznają, że morderstwo lub kradzież mieszczą się w ich normach. Trzydzieści lat temu ludzie w Polsce, którzy mieli odwagę przeciwstawić się większości, udowodnili, że tę zasadę można złamać – nie tylko dlatego, że otrzymali normy i zasady z zewnątrz: od Jana Pawła II czy z Aktu Końcowego KBWE – ale również dlatego, iż posiadali wizję tego, że może być inaczej, że pewne rzeczy mogą być możliwe, nawet jeżeli zdarzą się dopiero za 20 czy 30 lat – że może być inna Polska. Oczywiście, nie możemy przewidzieć przyszłości. Historia jest pełna niespodzianek i nikt nie jest nimi zwykle bardziej zaskoczony niż sami historycy. Ale nasza strategia postępowania polega na formułowaniu pewnych przypuszczeń odnoszących się do przyszłości – nawet jeżeli potem okażą się nieprawdziwe – które łamią ową normatywną moc zastanych warunków. Chciałbym powiedzieć na zakończenie, że o ile w 1979 roku trudnym do wyobrażenia skokiem było wyzwolenie Europy, a w 1989 roku jej pełne zjednoczenie, to dziś, w 2009 roku, takim skokiem powinna być mobilizacja i wewnętrzna koncentracja Europy na tym, by mówiła silnym wspólnym głosem w coraz mniej europejskim świecie. W świecie, w którym Europejczycy i Zachód jako całość nie będą już dłużej kontrolować porządku zdarzeń i który będzie tak wyglądał w perspektywie najbliższych 30 lat. Już dzisiaj powinniśmy rozpocząć przygotowania do roku 2049.

Tłumaczył Marcin Żyła


[1] Obszerne fragmenty wykładu pod tytułem Triumph to crisis? Europe 1989–2009 wygłoszonego w Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego 15 maja 2009 w ramach obrad Polsko-Brytyjskiego Okrągłego Stołu. Skróty pochodzą od redakcji.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata