70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Być świadkiem do końca

Dziś rano Dorothy i ja rozmawialiśmy z doktorem Deakinem o mojej rezygnacji z chemioterapii i o tym, by pozwolono mi umrzeć w domu. Ucieszyłem się, kiedy powiedział: „Gdybym był w twojej sytuacji, zrobiłbym to samo”. W międzyczasie Doroty zaproponowała, żebym nagrał na taśmie kilka refleksji, którymi dzieliłem się z nią w ostatnich dniach. Nie są to refleksje natury całkiem osobistej i być może okażą się pomocne komuś, kto znalazłby się w sytuacji podobnej do mojej.

Muszę się nieco cofnąć w czasie, do chwili, gdy po raz pierwszy zyskałem pewność, że dzieje się ze mną coś naprawdę złego. Zacząłem sobie wówczas przypominać, kiedy to po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się poważnie zmierzyć z problemem śmierci. Miałem wtedy 15 lat, czytałem biografię św. Tomasza Morusa napisaną przez R. W. Chambersa. Dowiedziałem się, że po osądzeniu i skazaniu Morusa na śmierć, człowiek, który go przesłuchiwał, Lord Rich, powiedział mu: „Zastanów się. Wiesz, że jeśli nie złożysz przysięgi na wierność królowi, będziesz musiał opuścić swój śliczny dom w Chelsea, swoją żonę i dzieci, a jest to wyłącznie kwestia złożenia przysięgi – inaczej umrzesz”. Morus odparł: „Zatem umrę dziś, mój panie, ty zaś umrzesz jutro”[1]. Wydało mi się to wspaniałą odpowiedzią – rozważną i spokojną.

W tym samym roku zginął obok Morusa jeszcze jeden męczennik, św. John Fisher – zawsze będzie miał u mnie fory, bo pochodził z Yorkshire.O poranku w dniu egzekucji, ubierając się, poprosił Lorda Namiestnika, by potrzymał mu futrzany kołnierz peleryny, zaś strażnik, darzący  Fishera wyraźnym afektem, odparł: „Mój Panie, już niedługo będzie ci potrzebny”. Fisher rzekł do niego: „Tak długo, jak Bóg obdarza mnie zdrowiem, zamierzam o nie dbać”. Znów tak zdroworozsądkowa, a zarazem godna świętego odpowiedź.

W ostatnich dniach często przypominają mi się słowa Mahometa: „Musicie umrzeć zanim umrzecie”, mając na myśli to, że przynajmniej w pewnym stopniu jeszcze za życia musimy przejść przez proces umierania, jeśli chcemy przeżyć życie właściwie, to znaczy ze świadomością jego skończoności.

Kolejny etap mojego doświadczenia w kwestii stosunku do własnego życia, to czas powojenny, kiedy pojechałem do Niemiec. Najmocniej zaskoczyła mnie wówczas liczba członków niemieckiego ruchu oporu, którzy wobec hitlerowskich plutonów egzekucyjnych zachowali niezwykły spokój. Von Moltke, Alfred Delp SJ, Bonhoeffer – wszyscy ci wspaniali ludzie. Dysponujemy tomem Dying we Live (Harvill Press, 1956), w którym zebrano wiele ich listów stanowiących świadectwo tryumfu ducha.

Świadomość ducha tryumfującego w obliczu śmierci uwydatniła mi się podczas  tłumaczenia biografii Edith Stein, żydowskiej filozofki, która została karmelitanką i zmarła w Auschwitz. Książka opowiada o tym, jak dodawała otuchy ludziom w pociągu wiozącym ich do Auschwitz i zawiera jej piękną fotografię. Ze zdjęcia spogląda na nas jej twarz i te piękne, przepiękne oczy, które jakby spoglądały dalej niż jakakolwiek ludzka istota zdolna jest patrzyć. To właśnie oczy są zwykle tak ważne, spojrzenie. To dlatego otoczyłem się teraz fotografiami świętych ludzi, którzy towarzyszyli mi w mojej podróży przez życie – na przykład zdjęciem mędrca hinduskiego, Ramana Mahariszi, o najpiękniejszym wyrazie twarzy.

Kiedy zastanawiam się nad relacją duszy i ciała, dochodzę do przekonania, że materia jest wtórna w stosunku do ducha – by tak rzec, to duch najpierw stwarza materię, materia nie jest samotwórcza. Przypomina mi się spostrzeżenie Indian, którym podzielili się kiedyś z przybyszami z Zachodu: „Oczywiście, że przyroda jest wynalazkiem ludzi Zachodu; tam, gdzie wy dostrzegacie przyrodę, my widzimy pracę ducha”. I jeśli spojrzeć na dzieje Stworzenia, jak o tym pisałem w artykule The Ascent of Love[2], widać, że stworzony wszechświat, wszechświat materialny, to ryzyko podjęte przez Ducha, Ducha Bożego, stwarzającego ten świat, o którym J.B.S. Haldane, biolog, powiedział: „Wszechświat jest nie tylko bardziej tajemniczy, niż sobie to wyobrażamy, ale jest bardziej tajemniczy niż kiedykolwiek potrafilibyśmy sobie wyobrazić”. W każdym akcie stwarzania istnieje ryzyko, że coś się popsuje, i – rzecz jasna – wiele rzeczy rzeczywiście się nie udało w różnych wymiarach wszechświata.

Tak jak to widzę, jedyny sposobem by zrównoważyć obecność owego elementu ryzyka w Stworzeniu jest inicjatywa ze strony Stwórcy pierwszego ducha, o której mówi nasza tradycyjna religia – że w ten czy inny sposób, ten, kto ryzyko owo podjął, musi teraz spłacić dług i stąd Duch Święty tchnie ducha w nasze, ludzkie ciała. Oczywiście jednak dla zwierząt takich jak my, nawet jeśli zostaliśmy – by tak rzec – uduchowieni, jest czymś nadzwyczaj zobowiązującym, by żyć na poziomie duchowym. Bardzo niewielu istotom ludzkim jak dotąd udało się sprostać temu zobowiązaniu – nazywamy ich świadkami. Greckie słowo martos, męczennik, oznacza świadka ducha.

Zasadniczą trudność tutaj wskazała Simon Weil, mówiąc, iż „uwaga jest istotą modlitwy”. Musimy żyć w bardzo wielkim skupieniu, jeśli nasze życie ma wspiąć się na poziom ducha. Mówiła dalej: „Rozproszenie jest źródłem grzechu”. Brzmi to dość surowo, jak sądzę, ale wiem, co miała na myśli: że świat, w którym dziś żyjemy, jest światem wystawionym na rozproszenie, ponieważ ludzie nie chcą sprostać wymogom życia na poziomie ducha. Wielu ludzi podejmuje takie próby, wielu pomaga innym, którzy mają z tym kłopot. Niedawno wpadła mi w ręce modlitwa człowieka wypełnionego duchem. To Martin Israel, Żyd południowoafrykański, który został chrześcijaninem. A oto modlitwa, która wydaje mi się bardzo pomocna w tych dniach:

Niech uzdrawiająca łaska twojej miłości, o Panie, przemieni mnie, bym mógł pełnić moją rolę w przekształceniu świata z miejsca cierpienia, śmierci i zepsucia, w królestwo nieskończonej  światłości, radości i miłości. Uczyń mnie tak posłusznym Twemu Duchowi, by moje życie mogło stać się żywą modlitwą i świadectwem Twojej niezawodnej obecności.

Słowo „obecność” użyte tu przez Martina Israela przywołuje mi na myśl refleksję zajmująca mnie przez ostatnie dni. Dotyczy ona myślenia. Jakieś pięćdziesiąt lat temu podsłuchałem jungowskiego psychologa nieświadomego mojej obecności, który mówił: „Współczuję temu młodemu, wysokiemu mężczyźnie – on zbyt dużo myśli”. Wytrąciło mnie to nieco z równowagi – pomyślałem sobie: nie da się myśleć zbyt dużo. Teraz jednak dochodzę do przekonania, że da się, że myślenie jest oznaką niedoskonałości. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy przestać myśleć, ale że jest to jakiś znak słabości. Kiedy wiesz, nie musisz już myśleć.

Podobnie w obecności ukochanej osoby, w obecności piękna, nie musisz tworzyć myśli o pięknie lub ukochanym człowieku: musisz po prostu patrzeć. Tak jak podczas słuchania muzyki: przestajesz myśleć, zatracasz się w niej. Czy nie byłoby absurdalne, gdyby spotkawszy się z ukochaną, za która tęskniło się latami, recytować jej gotowe myśli na jej temat?

Widać tu całą absurdalność przekonania, że myśl jest punktem docelowym. Obecność, całkowita obecność osoby wobec osoby jest tym, co ostateczne, przychodzi zatem taki czas, kiedy wkraczając w obecność, trzeba przestać myśleć, inaczej traci się świadomość innego. Czy nie bywa i tak czasami, że ktoś ogarnięty własnymi myślami nie zauważa obecności drugiego człowieka?

Zdaje mi się, że powodem moich powyższych przemyśleń jest właśnie fakt, że w mojej obecnej sytuacji myślenie niewiele pomaga. Pomaga natomiast obecność innych, przede wszystkim ukochanych, pomagają także wizerunki ojca Anthony’ego Rossa, św. Serafina, Edith Stein, Ramana Mahariszi. To właśnie ikony, obrazy, stają się najbardziej pomocne w swojej bezpośredniej obecności. Nie musisz szperać wokoło myślami w poszukiwaniu pocieszenia, pomocy, wsparcia. Jak cudowny ojciec Jenko, ze swoją niezwykłą postawą w czasie, kiedy był zakładnikiem w Bejrucie, który później, ostatniej zimy, dostał raka i – co można wyczytać w jego klepsydrze – wskazywał każdemu, bez takiej intencji, ale jakby przez swoją drugą naturę, jak umierać w spokoju i z godnością.

Chciałbym przywołać coś z mojego rodzinnego West Riding. Można tam usłyszeć jak przechodnie witają się słowami: „Hast ya baan?”, co oczywiście oznacza tyle, co „Comment allez-vous?[3]. Czasem w odpowiedzi słyszą: „I’m nobbut just keeping band in’t nick[4]. Sformułowanie pochodzi z języka tkaczy – chodzi o pilnowanie, by nić oplatająca wał osnowy nie wyskoczyła z rowka, bo wówczas całe krosno zatrzyma się i popsuje.

Tak widzę moją obecną sytuację: teraz najważniejsze jest dla mnie utrzymać nić w rowku. To znaczy, muszę być w każdym momencie skoncentrowany, przyjmując postawę, którą w Nowym Testamencie nazywa się stanem niekończącej się modlitwy. Nie pozwolić, by emocje wytrąciły mnie z równowagi, bo wówczas skończę jak jedna z tych maszyn tkackich, w której nić wymknęła się z rowka.

Chciałbym przywołać jeszcze jeden obraz: kiedy lekarz poinformował mnie w poniedziałek, że nie widzi już potrzeby, by mnie doglądać, że mogę już po prostu wrócić do domu, i tak dalej, przyszło mi na myśl, że oto ustawiam moje żagle na kurs powrotny. I przypomniałem sobie pożegnalne słowa Jezusa, które skierował do uczniów: „Idę przygotować miejsce dla was”.

Oto co znaczy wracać do domu: idziesz do miejsca, które jest dla ciebie przygotowane. Wierzę, że przynajmniej w pewnej mierze, jeśli jesteś naśladowcą Jezusa, ty także możesz zrobić to, co on, to znaczy przygotować miejsce dla twoich ukochanych, którzy przyjdą po tobie. Wracać do domu, to także przygotowywać miejsce dla tych, którzy nadejdą, kiedy przyjdzie ich czas.

Trudno jednak odnaleźć swój domu, gubimy we wszechświecie, o ile nie mamy wiary, że ten wszechświat nie jest dla nas – koniec końców – miejscem wrogim. Przeciwnie, centrum wszechświata jest kochające serce, my zaś jesteśmy odpowiedziami na to stwórcze, kochające serce. Co oznacza, że ostatnie słowo nie należy do śmierci, zepsucia i nicości, ale do miłości, tak jak należało do niej słowo pierwsze. Jeśli mamy tę wiarę, możemy powierzyć nasze ciała i duchy wszechświatowi, centrum wszechświata, sercu wszechświata.

Nie przeczę, oczywiście, że w tym wszechświecie zdarzają się rzeczy okrutne. Nie da się uniknąć elementu ryzyka w żadnym stwórczym akcie, szczególnie w akcie stwarzania życia. Życie oznacza bezbronność wobec ran i śmierci, cierpienia i tragedii. Pamiętam, wiele lat temu – dwadzieścia lat temu, o ile się nie mylę –  kiedy badano mnie, by wykluczyć nowotwór, byłem świadkiem dyskusji na temat tego, czy miałby on być złośliwy czy łagodny. Pamiętam, powiedziałem wówczas, że nie uznam żadnego rozwijającego się we mnie nowotworu za złośliwy, bo to sprawiałoby wrażenie, jakoby we wszechświecie istniała złośliwa siła nastająca na moje życie.

Z drugiej strony, jeśli cokolwiek idzie nie tak, jest to znak, że coś bardzo niedobrego dzieje się z naszym życiem na ziemi, całym życiem na ziemi, i rodziną ludzką. Myślę więc o nowotworze, który jest teraz we mnie, jako części owego ryzyka, którego nie sposób oddzielić od życia. Myślę, że częścią mojej pracy jest teraz zaakceptować wszystkie tego konsekwencje, i że w pewien sposób jest to część procesu łączenia mojego cierpienia z cierpieniami ludzi na całym świecie. Jeśli to przyjmiemy, w miejscu złośliwości odkryjemy pierwiastek odkupienia.

Paul Claudel napisał kiedyś pięknie, że Jezus nie przyszedł po to, by wytłumaczyć cierpienie, ale by wypełnić je swoją obecnością. Lata temu, pamiętam, szczególnie kiedy byłem w depresji, czułem że mógłbym tak czy inaczej włączyć się w wielkie zadanie odkupienia zła w świecie, przyjmując każde cierpienie, które mnie dotknie, jako przyczynek  do planu zbawczego.

I dziś dopiero w pełni uświadamiam sobie, że odkąd udało mi się wyjść z depresji, zacząłem robić coś, co – jak sądzę – pomogło mi, i co, opowiedziane innym, może także im pomóc. Zacząłem przygotowywać się do napisania książki dziękczynnej wobec tych wszystkich wspólnot, które wychowywały mnie przez całe życie: począwszy od naszej niewielkiej rodziny, wioski, szkoły i Kościoła, uczelni i armii itd. Nagrałem na kasety jakieś szesnaście godzin – niestety nie jestem w stanie tego nagrania ukończyć. Nie doszedłem w nim do momentu, w którym mógłbym powiedzieć o wdzięczności dla Dorothy i naszych ukochanych dzieci, od których tak wiele się nauczyłem, i które są bezwzględnie najwspanialszymi dziećmi na świecie.

Jedną z interesujących konsekwencji takiego nagrania, takiego nieprzerwanego opowiadania o swojej wdzięczności względem tych różnych wspólnot i ludzi, które mnie przygotowywały do życia, jest to, że czuję taką wdzięczność za całość mojego życia; i choć potrafię sobie przypomnieć, jeśli się bardzo postaram, złe rzeczy, które mi uczyniono i niesprawiedliwe słowa, które o mnie wypowiedziano, nie mam ich w żywej pamięci – i nawet wówczas, kiedy do niech sięgnę, nie czuję goryczy.

To trochę tak jak wypatrywanie kształtów na starych, poszarzałych fotografiach. Jestem tak wypełniony wdzięcznością, że nie ma już we mnie miejsca na gorycz, szukanie winy, czy coś w tym rodzaju. Przypomina mi się natomiast uwaga Tiutczewa, jednego z dwóch lub trzech najwybitniejszych rosyjskich poetów, że wdzięczność jest najczystszą formą miłości. Może nie najwyższą, ale najczystszą. Dlaczego? Bo gdy jestem wypełniony wdzięcznością, nie ma we mnie miejsca na nic więcej: nie ma miejsca na obwinianie, pragnienie zemsty i temu podobne uczucia.

W pewnym sensie zatem moja depresja trwająca jakieś cztery czy pięć miesięcy, której nikomu bym nie życzył, w istocie – jak sądzę – stała się jednym z impulsów do nagrania moich słów wdzięczności i w pewnym sensie przemieniła moje życie, przemieniwszy moją jego ocenę. Wypełnia mnie wdzięczność.

Październik

Myśli pogodnego człowieka same są modlitwą.

„Jezus” jest słowem… słowem przez które… przez kogo…. jesteśmy wzywani, by wkroczyć do życia Boga.

Skazany jestem na doświadczenie izolacji, dla każdego bowiem, kogo spotykam i z kim rozmawiam, moja śmierć przedstawia jedno z wielu wydarzeń – obok jutrzejszego spotkania, wyjazdu zaplanowanego na Boże Narodzenie itd. – podczas gdy dla mnie moja śmierć jest Wydarzeniem. Oczywiście bardziej niż ktokolwiek inny bliskość tego Wydarzenia doświadcza Dorothy. Wydarzenie polega na oddzieleniu się ciała od Ducha. Nikt z żyjących nie może nauczyć mnie śmierci – nikt z żyjących jej nie doświadczył. Niektórzy są w lepszej pozycji, by wydawać sądy o tym doświadczeniu – to ci, którym dane było oglądać śmierć innych poprzez współczujące spojrzenie – siostry od Matki Teresy, niektórzy pracownicy szpitali itd. Ale i oni nie znają tego doświadczenia.

Tylko ci, którzy umarli, mogą nauczyć mnie śmierci, ci, którzy w pewien sposób byli jej świadkami. To męczennicy (świadkowie), którzy pokazują nam jak umierać. Wzywamy ich, wzywamy naszych przodków, by przyjęli nas do swojego towarzystwa. Uczą nas przede wszystkim, by wejść w śmierć całym sobą, objąć to doświadczenie całym sercem i z całą radością.

W swoim ostatnim liście do żony i dzieci, datowanym na 13 lipca 1943 roku, dzień egzekucji, Kurt Hubner pisał:

Panie, mój Panie, jestem gotów.

Trzymając Cię za rękę radośnie

Wkraczam w wieczność.

Ostatnie zaś z zachowanych słów Dietricha Bonhoeffera brzmiały: „Oto koniec – dla mnie początek życia”.

Hinduskie pisma mówią o „Drugim Brzegu”. Jeden z moich dwóch „wielkich snów”, jak nazywają je rabini, dotyczył drugiego brzegu. Podczas pieszej wędrówki dotarłem na brzeg rzeki, groźnej i rwącej. Po prawej stronie ujrzałem potężny stalowy most, podtrzymywany przez napięte liny i masywne sworznie. Droga wiodąca przez most była szeroka i równa. Naraz, ku mojemu zdumieniu, zrzuciłem z siebie ubranie i skoczyłem w rwący nurt rzeki. W mgnieniu oka zostałem przezeń porwany, wywrócony, pozbawiony tchu. Nie panowałem na tym, co się działo z moim ciałem. Nurt rzeki wstrząsał mną jeszcze przez chwilę, by nagle wyrzucić mnie na drugi brzeg, gdzie upadłem na plecy i leżałem spokojnie ze stopami zwróconymi w stronę wody. Spojrzawszy w lewo przekonałem się, że most zawalił się całkowicie, pozostawiając potężną dziurę w drodze łączącej dwa brzegi.

Hinduska mądrość powiada:

Ktokolwiek przylgnie do niewiedzy, jest stracony

A ktokolwiek przylgnie do wiedzy, jest stracony jeszcze bardziej.

Wydaje się także oczywistym, że na drugi brzeg nic ze sobą zabrać nie sposób, z wyjątkiem tego, co kryje się w czystym sercu, to znaczy czystej miłości. Nie sława ani zmienne osądy istot ludzkich stanowią nasze „osiągnięcia” – te liczą się za nic w królestwie łaski, gdzie nie ma „mojego” i „twojego”, gdzie nie ma zobowiązań i długów. Łaska jest wszystkim i wszystko jest łaską.

Miłość ukryta w czystym sercu to ta miłość, o której się myśli, mówiąc „Bóg jest miłością”. Oznacza miłość nieprzyjaciół, czynienie dobra tym, którzy nas nienawidzą, błogosławienie tych, którzy nas przeklinają… Tylko dzięki łasce Boga można być zdolnym do takiej miłości.

„Jest taki czas, kiedy dobre słowa powinny zostać niewypowiedziane, z szacunku dla milczenia (Św. Benedykt). „Milczenie jest sakramentem nadchodzącego świata” (Św. Serafim). Kiedy ludzie są ze sobą, zachowując całkowite milczenie, udzielają sobie wzajemnie sakramentu, uzdrowienia. (…)

27 października

Ten ostatni okres mojego życia stanowi jego kulminację (culmen oznacza „szczyt”). To dla mnie czas uprawomocnienia wszystkiego, co uznawałem dotąd za prawdę czy to w mowie, w piśmie, czy w moich działaniach.

Jestem jednak obecnie całkowicie pozbawiony zdolności przemawiania, pisania czy działania. Jestem bezsilny i bezbronny. Jak zatem mogę uprawomocnić to, co dawniej mówiłem, pisałem czy czyniłem?

Chyba tylko poprzez pełną zgodę na moją słabość i bezsilność, mój brak zdolności do pozostawienia jakiegokolwiek piętna na tym widzialnym, dotykalnym świecie. Odtąd zatem moje życie ma być „ukryte z Chrystusem”[5], ukryte w Chrystusie, tak, że cokolwiek by się w nim nie wydarzyło, nie ja będę tego przyczyną. Rzecz jasna, nic już się może wydarzyć. Lecz cokolwiek by jednak nastąpiło lub też i nie nastąpiło, nie jest już moim zmartwieniem, ponieważ moje życie jest ukryte z Chrystusem.

Być może odczuwam to samo, co Bernanos – choć nie umiem tego wyrazić tak jak on – kiedy usłyszano, jak wyszeptał: „Maintenant! C’est à nous deus![6] (…)

30 października

Słowo, na które natknąłem się dziś rano, to ekonosen – „ogołocił samego siebie”[7]. To słowo pomaga mi odnaleźć sens w fakcie, iż moje mięśnie tracą swoją siłę; zostają ogołocone z siły. Muszę się starać temu nie sprzeciwiać wewnętrznie, lecz przyjmować jako część owego ogałacania samego siebie, podczas którego Bóg rozkłada mnie na cząstki, z których powstanie „nowe stworzenie”.

4 listopada

Po to, bym mógł stać się „nowym stworzeniem”, bym mógł zostać przemieniony, moje teraźniejsze, zepsute ciało musi umrzeć. To ciało jest niezdolne do wiecznego życia. Tylko wieczny Ojciec, Stwórca całego wszechświata, może dać mi zdolność do wiecznego życia i podtrzymać mnie w nim.

10 listopada

Ostatniej nocy kolejny raz przyśniło mi się, że jestem potwornie zmęczony i próbuję znaleźć jakieś miejsce, by się przespać. Jednak w przytułku dla mężczyzn, do którego trafiłem, za każdym razem, gdy wydawało mi się, że już znalazłem sobie swój kąt, mówiono mi, że jest zajęty. Poszedłem zatem do sal, w których dostrzegłem wiele pustych miejsc, ale kiedy tylko próbowałem zająć łóżko, pojawiły się kobiety twierdzące, że jest to oddział żeński.

Obudziłem się i usłyszałem: „Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć”[8]… i pomyślałem o uchodźcach z Zairu… o słowach Pascala: „Jésus-Christ est en agonie jusq’au fin du monde[9].

Leżąc na łóżku myślałem o Św. Stefanie, pierwszym męczenniku, i – chyba po raz pierwszy – dotarła do mnie koszmarna rzeczywistość bycia ukamienowanym na śmierć. (…)

14 listopada

Często o poranku, leżąc w łóżku, zastanawiam się nad sensem wstawania. Myślę wtedy: „to kolejny dzień, w którym mogę okazał Dorothy moją miłość. Co więcej, zwykle zdarza się w ciągu dnia okazja, kiedy mogę dotrzymać obietnicy złożonej Bogu, by do samego końca być świadkiem”. Lecz pod wieczór jedyne w czym mogę się rozpoznać, to słowa Pascala i cierpienia ludzi w Zairze, Iraku itp.

18 listopada

Teraz każdy dzień, od rana do wieczora, jest walką, ze śmiercią na horyzoncie. Jak w każdej walce, człowiek ma nadzieję na jej zakończenie, na zwycięstwo. Ona pozwala mu iść naprzód, pozwala walczyć – nie tyle dla samego siebie (bo tak niewiele jest w życiu poza walką), ile dla tych, których kocha i którzy pragną, by przeżył.

To pobudza do życia. Ale prawdziwym cudem jest to, że Jezus poświęcił życie nie tylko dla przyjaciół, ale i dla wrogów – dla tych, którzy pragnęli jego śmierci. (…)

27 listopada

W Testing of Hearts, opisując śmierć Taty, powiedziałem, że jeśli cokolwiek da się w tej sytuacji ocalić, ocalenie nie może przyjść spoza jego sypialni. To samo teraz dotyczy mnie.

Żadne listy o mnie lub do mnie, żadne telefony – od papieża czy kogokolwiek innego – nie mogą prawdziwie pomóc. Tylko obecność Boga tu, w tym pokoju, może coś ocalić od rozpadu mojego ciała i agonii mojego ducha. A Duch Boży mieszka w naszych sercach, szczególnie w miłości, jaką darzymy się wzajemnie z Dorothy. (…)

6 grudnia

Dziś zdałem sobie sprawę, co jest głównym powodem mojego wewnętrznego niepokoju. Bierze się on stąd, że wciąż mam do czynienia z lekarzami, dla których śmierć jest wrogiem i dlatego całą twoją energię muszę poświęcać walce – nie ma tu miejsca na pokój (por. sposób, w jaki podchodzą do złośliwych nowotworów itd. – zawsze sprzeciwiałem się temu określeniu. Nb. studium Bergera o szpitalach, pokazujące, że doktorzy i pielęgniarki szukają wszelkich możliwych usprawiedliwień, by nie zbliżać się do łóżek ludzi znajdujących się w agonii. Każda kolejna śmierć stawia pod znakiem zapytania ich zawodowy raison d’être).

Kardynał Bernardin powiedział: „Niektórzy traktują śmierć jak wroga. Ja wolę ją przywitać jako przyjaciela”.

Inaczej jeśli chodzi o siostry z Macmillana[10], z hospicjum. W hospicjum, inaczej niż w szpitalu, panuje atmosfera nie walki przeciw śmierci, ale pokojowego życia pogodzonego z koniecznością śmierci. Por. panikę, jaką w XIX wieku wywoływały objawy śmiertelnej choroby wśród najlepiej sytuowanych, których stać było na lekarzy i kuracje w Baden Baden, a sposobem, w jaki ludzie biedni przyjmowali poważne choroby jako początek rytuału umierania. Być może częsta u biedoty dbałość, by odłożyć niewielką kwotę na przyzwoity pochówek wynikała właśnie z wiary, że pogrzeb jest ostatnim aktem w tym wielkim rytuale.

1997 

6 stycznia

Z coraz większą trudnością przychodzi mi przypominanie sobie języków, które przecież „znam”. Dziś, na przykład, nie mogłem sobie przypomnieć, jak jest po niemiecku „cisza”. I wtedy przyszło mi na myśl: „Wovom man nich reden kann davon muss man schweigen” („O czym nie można mówić, o tym należy milczeć“)[11]. Traktuję to jako oznakę przygotowań do Królestwa, gdzie „mowa jest milczeniem” – bez słów, które tamują komunikację.

18 stycznia

Mówiąc wprost, nie da się „przygotować” na śmierć, bo nie możemy wiedzieć ani wyobrazić sobie tego, co śmierć z nami zrobi. Ale możemy się przygotować na umieranie, pozwalając, by działo się, co się ma dziać, bez protestów, czy to głośnych czy cichych, wobec wydarzeń kolejnych dni.

Nie znaczy to, byśmy nie mieli planować sobie dnia, ale byśmy nie protestowali, kiedy plan ów legnie w gruzach, a wydarzenia potoczą się inaczej, niż zakładaliśmy.

W Testing of Hearts pisałem o tym, że „wybawienie” nie przychodzi z zewnątrz, spoza pokoju, w którym umiera mój Tata. Stąd wniosek, że zbawienia należy szukać w niewielkim kręgu, który go otacza i w nim samym – w dziele Ducha Świętego.

Tak też jest ze mną: nie mogę ukradkiem wyglądać zbawienia w telefonach z zewnątrz, w listach, ani szukać pocieszenia w tym, co ludzi mówią o moich książkach (np. zastanawiając się nad tym, co Kallistos napisał we wprowadzeniu do Triumphs of the Spirit).

Otwieram przejście dla Ducha Świętego, pocieszyciela, by mnie wypełnił, powtarzając imię Jezusa: w ten sposób zbliżam się do Jezusa, a zatem i do Ojca. Cieszę się „odpoczynkiem”[12], o którym mówi list do Hebrajczyków, poddając się zdarzeniom każdego kolejnego dnia.

30 stycznia

Zadałem sobie pytanie: „Czy byłbyś szczęśliwy, gdybyś dostał szansę na całkowity powrót do cielesnej sprawności, zachowując jednak umysł i serce takie, jakie masz obecnie?”

Co tu dużo gadać – byłbym prawdziwie i głęboko szczęśliwy, mogąc być dłużej przy Dorothy, dłużej widywać dzieci i przyglądać się, jak rosną wnuki. Jest jednak wiele spraw, które zajmowały mnie dotąd, a do których niespecjalnie chciałbym powrócić.

Jeślibym zatem zachował umysł i serce w obecnym stanie, zmuszony byłbym powrócić do wielu zajęć, które dla mojego serca i umysłu stałyby się źródłem potwornego cierpienia.

Dlaczego? Ponieważ zbliżyłem się już do tego, czym może być „nowe stworzenie”, i co to znaczy kochać bezwarunkowo i wiem, że taka bezwarunkowa miłość nie jest dla większości z nas w tym świecie możliwa. Ja zaś potrzebuję teraz koniecznie obmyć się w tej bezwarunkowej miłości Boga, w niebiosach, wskoczyć do oceanu czystej miłości, by całe moje istnienie oczyściło się z samolubstwa, a moje ego zostało całkowicie wypłukane. Tęsknię za tą bezgraniczną miłością, i właśnie ta tęsknota okazałaby się źródłem nieusuwalnego bólu, gdybym powrócił teraz do zdrowia.

11 lutego

Mały okrągły kawałek eucharystycznego chleba to punkt, z którego wyrasta całe stworzenie.

20 lutego

Od dawna miałem pewien kłopot ze stwierdzeniem: „żyć w obecnej chwili”.

Teraz wiem dlaczego – próbować żyć w „teraźniejszości” to jak próbować usiąść na ostrzu brzytwy!

Jak długo trwa chwila?

Dzięki pamięci potrafimy ją rozciągnąć na przeszłość („przeszłość jeszcze nie przeszła”, wciąż jest dla nas teraźniejsza, obecna), zaś dzięki wierze i nadziei żyjemy ku przyszłości.

Obecna chwila obejmuje zarówno przeszłość, jak i przyszłość.

22 lutego

Choć to nadzwyczaj spokojny człowiek, Edwin Muir bywał mocno poirytowany powszechnym użyciem słowa „współczesny” – używanym dla podkreślenia wyższości obecnego pokolenia nad przeszłymi, wyższości „ducha” tego pokolenia.

Myślę, że teraz lepiej rozumiem przyczynę jego irytacji. Ten sposób myślenia zakłada, że jeśli nie idziesz z „duchem” obecnego pokolenia, coś jest z tobą nie tak – nie żyjesz naprawdę.

W konsekwencji – przeszłość jest martwa, martwa wraz z wszystkimi, którzy „należą do przeszłości”.

Ale dla istot ludzkich, posiadających pamięć i przekazujących sobie wspomnienia, oni wszyscy są „współcześni” w najlepszym sensie tego słowa, z nimi dzielimy tego samego ducha – nie ważne, w jakim czasie przyszło im żyć w tym świecie. W tym sensie święci z przeszłości, których „duchem” żyjemy, w większym stopniu są częścią naszego życia niż ludzie, którzy obecnie żyją na ziemi, lecz nie żyją w duchu.

Rozumiem już moją instynktowną niechęć do sformułowania „Jezus historyczny”, w którym kryje się przekonanie, że Jezus należy wyłącznie do przeszłości, podczas gdy naprawdę jest Duchem wciąż poruszającym miliony ludzi żyjących obecnie w świecie.

Stanowimy duchową jedność ze wszystkimi naszymi przodkami, szczególnie tymi, którzy w swoim ziemskim bytowaniu żyli Duchem – z męczennikami, najwyższymi świadkami Ducha (św. Ireneuszem, św. Piotrem, Diertichem Bonhoefferem, Oscarem Romero, Stevem Biko etc., etc.)

16 marca

Pewnego dnia, kiedy poczułem, że moja droga staje się coraz trudniejsza, usłyszałem w głowie głos, mówiący z twardym akcentem z Yorkshire: „Keep gooin’, lad[13]. Powiedziałem o tym Dorothy. Zapytała „To twój Tata?”. Zastanowiłem się i odparłem: „Nie! To był Wuj Isaac”.

Przypominają mi się słowa D. H. Lawrence’a: „Zmarli nie umierają. Czuwają i przychodzą z pomocą”.

17 marca

Św. Elred[14] napisał, że w niebie radość pojedynczego człowieka będzie radością wszystkich, i że każda osoba będzie cię cieszyć radością wszystkich innych.

Jednak żadna ludzka istota nie jest zdolna w pełni wejść w smutek innego człowieka – tylko Bóg, który jest bliżej nas, niż my sami, tylko On potrafi wejść tak głęboko w nasze wewnętrzne jestestwo, w którym poddajemy się smutkowi.

To dlatego mówi się, że smutek należy do blednącego oblicza tego świata i nie ma dla niego miejsca w niebie, które jest radością – wieczną radością.

Smutek i radość nie dają się porównać – ich drogi ostatecznie się rozchodzą.

20 marca

Kiedy słyszę od ludzi, że potrzebuję takiego czy innego oderwania się, odwrócenia uwagi, myślę, że nie rozumieją, w jakim miejscu się znalazłem. Steruję między Scyllą i Charybdą, dwoma niebezpiecznymi rejonami, i muszę poświęcić całą uwagę, by między nimi przepłynąć i nie rozbić się o skały. Potrzebuję takiej uwagi, o którym pisze Simone Weil w swojej L’attente de Dieu – jak mówił Jezus „Czuwajcie – nie znacie dnia ani godziny”.

Byłoby naprawdę niebezpiecznie pozwolić sobie na jakiekolwiek rozproszenie,  odwrócenie uwagi od trzymania kursu między Scyllą i Charybdą. (…)

22 marca

Ostatniej nocy, a raczej dziś nad ranem, doświadczyłem chwili wielkiego spokoju. Było to jakoś związane ze słowami otuchy, które usłyszałem do Wuja Isaaca (zob. 16 marca). Te słowa, a także stwierdzenie Aloisa Pierisa, że przez najbliższe lata będzie oczekiwał, iż zostanę – „zanurzony w Bogu” – przewodnikiem w jego ostatnich dniach, wraz ze zdaniem Lawrence’a, że „zmarli czuwają i przychodzą z pomocą”, skłoniły mnie do myślenia, że być może jednym z celów, dla których wciąż jeszcze nie umieram, jest uświadomienie mi, że mam  pracę do wykonania „w niebie” jako przewodnik dla innych w ich ostatnich etapach życia. Tej pracy muszę nauczyć się jeszcze tutaj, póki wciąż tu jestem.

29 marca

To, co się ze mną dzieje, mnie nie dotyczy; to Boża sprawa. Moją sprawą jest odpowiedzieć na to wszystko z wdzięcznością tak wielką, na jaką mnie tylko stać. Dać odpowiedź, która wyrasta z przykładu Jezusa przez Ducha Świętego.

31 marca

Być może to mój ostatni zapisek. Przez stulecia chrześcijanie (i inni) próbowali uczyć innych, wykorzystując wszelkie możliwe środki przymusu: prawo, autorytet władzy, ekskomuniki, logika, przekupstwo (chlebem, pieniędzmi, stanowiskiem itp.) – to wszystko formy przemocy zadające gwałt integralności drugiego człowieka.

Pewna grupa chrześcijan pokazała nam jedyny sposób pozwalający skończyć z przemocą, niesprawiedliwością i ignorancją etc.  (św. Franciszek, św. Serafim) – ten sposób to łaska, przyciąganie innych do siebie poprzez całkowicie wolne oddanie się wszystkim. Przyciąganie dobra to jedyna droga, by wyrwać bliźnich ze świata niesprawiedliwości, przemocy, konfliktu i nieszczęścia.

Nie przymuszając ich, ale przyciągając z pomocą łaski do komunii ze sobą i całym stworzeniem.

Donald zmarł 3 maja, wieczorem. Mocno ściskał Dorothy za rękę, później – w chwili śmierci – rozluźnił uścisk.


[1] W rzeczywistości Morus wypowiedział te słowa wobec Księcia Norfolk (zob. R. W. Chambers, Thomas More, Fernhill 1973, s. 300).

[2] Zob. D. Nicholl, The Ascent of Love w: The Beatitude of Truth. Reflections of a Lifetime, London 2002, s. 135-139.

[3] „Jak się masz?”, „Jak leci?” (przyp. tłum.)

[4] „Staram się trzymać nitkę w rowku” (przyp. tłum.)

[5] Zob. List do Kolosan 3,3: „Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu”. (przyp. tłum.)

[6] Zob. List do Filipian 2, 7: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie (ekonosen), przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi”. (przyp. tłum.).

[7]

[8] Zob. Ewangelia św. Łukasza, 9, 58 (przyp. tłum.)

[9]

[10] Mackmillan Cancer Support to jedna z największych brytyjskich organizacji charytatywnych zajmujących się niesieniem pomocy – materialnej i specjalistycznej – ludziom chorym na raka. Siostry z Macmillana to zawodowe pielęgniarki z co najmniej pięcioletnim stażem pracy (w tym co najmniej dwa lata na oddziałach opieki paliatywnej), zatrudniane w wielu angielskich szpitalach. (przyp. tłum).

[11] Ostatnie zdanie Traktatu logiczno-filozoficznego Ludwiga Wittgensteina (przyp. tłum.)

[12] Zob. List do Hebrajczyków, 4, 1-13.

[13] „Dalej, chłopcze!” (przyp. tłum.)

[14] Elred z Rievaulx (1110-1167) angielski pisarz i święty, opat w Rievaulx w North Yorkshire (przyp. tłum.).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata