70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zmartwychwstanie to za mało

Mesjasz miał triumfować politycznie, odrodzić królestwo Izraela, osądzić niesprawiedliwych, nawrócić pogańskie narody, działać na kolosalną skalę – a nie zginąć w poniżeniu, a potem zmartwychwstać, nadal jednak nie odmieniając ciężkiej doli Żydów. Jeśli ruch Jezusa przetrwał to podwójne rozczarowanie, musiało tam dojść – oprócz samego zmartwychwstania/wizji zmartwychwstaniowych – do gruntownego przekonstruowania kategorii „mesjasz” („interpretacja wsteczna”).

W artykule Zagadka chrztu Chrystusa („Znak” nr 4/2009) – pisząc o „grzesznym Jezusie”, który poddał się obrzędowi „chrztu nawrócenia” (por. Mk 1, 4.9) – opierałem się na analizie dynamiki zmian, jakim motyw ten został poddany przez kolejnych ewangelistów. Wskazywałem na proces coraz dalej idących modyfikacji wspomnienia o chrzcie, a jednocześnie w tych samych Ewangeliach (kanonicznych) ukazywałem ślady stopniowego wzrostu intensywności kultu Jezusa. Ostatecznie postawiłem hipotezę, że procesowi nasilania się tego kultu towarzyszył proces stopniowego zacierania obrazu Jezusa przed-chrześcijańskiego.

Moją argumentację skrytykował ks. prof. Henryk Witczyk:

Dariusz Kot zestawia obrazy chrztu Jezusa ze wszystkich czterech Ewangelii, tyle tylko, że są to rekonstrukcje wypracowane przez badaczy, którzy uprawiają interpretację Biblii w oderwaniu od uwzględniania jej (tj. Biblii) wymiaru literackiego i kontekstualnego, a wymiar historyczny traktują historycystyczno-racjonalistycznie. Nic więc dziwnego, że kilkakrotnie rozdziela on to, co stanowi organiczną, historyczno-literacko-kontekstualną całość (np. Ewangelie synoptyczne i Ewangelię Jana), przeciwstawiając sobie wcześniejsze (przedpaschalne) i późniejsze (popaschalne) fazy objawiania się Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego oraz Jego poznawania. Można tak czynić, ale tylko wtedy, gdy z góry neguje się realizm zmartwychwstania Jezusa i Jego bóstwo (ks. H. Witczyk, Historia i Tajemnica chrztu Jezusa,„Znak” nr 4/2009).

Zdaniem Witczyka, rozdzieliłem warstwy tradycji, utrwalone w poszczególnych Ewangeliach, gdyż już od początku założyłem, że Jezus nigdy nie zmartwychwstał i nie jest Bogiem. Ten sam zarzut petitio principii ks. Witczyk stawia całemu Third Quest (dalej: TQ):

Czerpiąc argumenty z jednego tylko nurtu, jakim jest Third Quest, nie wyjdzie się poza początkowe założenia, że Jezus był zwykłym Żydem, grzesznikiem, a sfrustrowani uczniowie wymyślili Jego zmartwychwstanie – co więcej: z biegiem czasu uznali, że był On Mesjaszem i Synem Bożym.

Zamiast moich „historycystyczno-racjonalistycznych”metod, ks. Witczyk proponuje uznanie późnych, wytworzonych już po śmierci Jezusa, śladów tradycji za zapisy „odkrywania potencjalności” i „odsłaniania sensu źródłowego”. Autor Historii i Tajemnicy chrztu Jezusa aż  dziesięciokrotnie zapewnia czytelnika, że słowo w Biblii dopiero z biegiem czasu „stopniowo odsłania swe wewnętrzne potencjalności”; „jest odsłaniane przez kolejnych ewangelistów”; nowe opisy chrztu Jezusa są „wydobywaniem sensu, jaki w to wydarzenie był wpisany od początku przez Jezusa” itd.

Od razu wyjaśnię, że światopoglądowo zróżnicowany TQ nie zakłada z góry żadnej jednolitej wizji losów Jezusa z Nazaretu i jego uczniów. (Dlaczego katolicki ksiądz John Meier albo anglikański biskup Tom Wright – wybitni przedstawiciele TQ – mieliby wychodzić w swych badaniach od niehistoryczności zmartwychwstania?). Co ważniejsze, okazało się, że ani uznanie realności pewnych wizji powstałego z martwych Jezusa, ani nawet teoretyczne założenie, że Jezus z Nazaretu faktycznie zmartwychwstał, niczego nie przesądza, jeśli chodzi o pierwotne wyobrażenia o przyczynach, charakterze i skutkach tego wydarzenia (włącznie z kwestią  przyznawania/odmawiania Jezusowi „boskości”). Właśnie z tego nowego ustawienia kąta widzenia postaci Jezusa (to znaczy niezależnie od kwestii historyczności zmartwychwstania) bierze się ogromna otwartość i zarazem siła perswazji TQ.

Jak wypracowano ten nowy kąt widzenia? Prawdziwym punktem wyjścia TQ był zamiar jak najdokładniejszego umieszczenia Jezusa w jego własnym środowisku kulturowo-religijnym, podejście „na serio historyczne”[1]. Poskutkowało to – jak trafnie zauważył ks. Witczyk – naciskiem na żydowskość Nauczyciela z Nazaretu, tyle że nie poprzez programowe uznawanie go za „zwykłego Żyda”, ale za proroka i reformatora religijnego, z którego nauczania wyrósł jeden z ówczesnych ruchów mesjanistycznych. Uczestnicy TQ są gotowi zgodzić się, że „roszczenia mesjanistyczne (…) wyrosły na bazie faktów z okresu nauczania Jezusa, niezależnie od tego, czy on sam kiedykolwiek je wysuwał czy nie”[2]. Ks. Witczyk mocno akcentuje „obecność w NT wielu świadectw wiary w Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego (i to w najwcześniejszych ujęciach już z drugiej połowy lat 30. i 40.)”. Z tej właśnie obserwacji (przy pomocy cytatu z dużo późniejszego 1 Listu Jana) wyciąga wniosek, że rozwój wiary chrystologicznej nie polegał na wymyślaniu coraz to wyższych (bardziej „boskich”) tytułów, ale na coraz głębszym i dokładniejszym opisywaniu (wyrażaniu) tego „cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce (…), abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami” (1 J 1, 1.3).

Problem ze zmartwychwstaniem Jezusa wiąże się jednak właśnie z tymi, niewątpliwie bardzo wczesnymi, mesjańskimi wierzeniami. Paula Fredriksen zwraca uwagę, że w czasach Jezusa „judaizm nigdzie nie oczekiwał zabitego i zmartwychwstałego mesjasza”[3]. Choć współczesnym chrześcijanom trudno to zrozumieć, śmierć i zmartwychwstanie przywódcy nie mogły być spełnieniem nadziei starożytnych żydowskich uczniów Jezusa z Nazaretu, uważających go za żydowskiego mesjasza. Mesjasz miał triumfować politycznie, odrodzić królestwo Izraela, osądzić niesprawiedliwych, nawrócić pogańskie narody, działać na kolosalną skalę – a nie zginąć w poniżeniu, a potem zmartwychwstać, nadal jednak nie odmieniając ciężkiej doli Żydów. Jeśli ruch Jezusa przetrwał to podwójne rozczarowanie, musiało tam dojść – oprócz samego zmartwychwstania/wizji zmartwychwstaniowych – do gruntownego przekonstruowania kategorii „mesjasz” („interpretacja wsteczna”).

Stąd dopiero bierze się dystans badaczy TQ w stosunku do chrystologii ewangelistów, a zwłaszcza do ich odautorskich „kompozycji”, które – z czym się zgodzę – występują już w Ewangelii Marka. Ks. Witczyk wskazuje na epifanię w czasie chrztu (por. Mk 1, 10–11), sugerując, że choć nie jest to wydarzenie historyczne, dobrze oddaje idee które objawiały się w całej publicznej i historycznie udokumentowanej działalności Jezusa”. Tymczasem po zestawieniu ze starszą tradycją (por. Iz 42, 1) widać, że mamy do czynienia ze śladem procesu przetwarzania kategorii „mesjasza”, tak aby pasowała do nowej sytuacji po śmierci Nauczyciela z Nazaretu. Ewangelista zmienił „wybranego Sługę” na „umiłowanego Syna”, a także usunął frazę „On przyniesie narodom Prawo” (bo stracony na krzyżu Jezus nie pasował do wizji zwycięzcy władającego narodami). Jak to ujął Helmut Koester, jakiekolwiek by były osobiste aspiracje i nadzieje Jezusa z Nazaretu, jego wieść o nadchodzącym Królestwie nie uczyniła z niego triumfatora, lecz ofiarę. Całość tradycji o Jezusie historycznym została wpisana w świadectwo jego uczniów, którzy zostali zmuszeni do wykreowania nowego porządku świata, gdzie ofiara mogła być wywyższona[4]. 

Pochodzenie idei Jezusa Chrystusa

Zmartwychwstanie (jego ortodoksyjna interpretacja) to już dzisiaj za mało, aby rozumieć logikę rozwoju ruchów pojezusowych na tle współczesnej wiedzy o starożytnym judaizmie. Benedykt XVI na przykład bezkrytycznie przyjmuje zapisaną w Ewangeliach interpretację mesjasza: „Prawdziwy Mesjasz to Syn Człowieczy, który zostanie skazany na śmierć i tylko w ten sposób trzeciego dnia po swej śmierci wejdzie do swej chwały jako zmartwychwstały” (Jezus z Nazaretu, s. 249).

Papież nie pyta, dlaczego uczniowie Jezusa łączyli ze sobą pojęcia mesjasza, syna człowieczego, śmierci i zmartwychwstania? Tymczasem istotne jest, że jeden z tych tytułów (syn człowieczy) był prawie na pewno używany przez samego Jezusa, co nie wydaje się prawdopodobne w przypadku drugiego z nich (mesjasz lub z greckiego: Chrystus)[5]. Co nie mniej ważne, obie postaci miały podobne zadania eschatologiczne, zwłaszcza w kontekście tradycji z Księgi Enocha (I w. p.n.e.). To podobieństwo mogło spowodować przypisanie Jezusowi roli, a następnie także tytułu mesjasza – osadzonego w starszej tradycji i bardziej prestiżowego. (Rozdział 13 Ewangelii Marka o „Jezusie Chrystusie” ewidentnie opiera się na rozdziale 7 Księgi Daniela o „Synu Człowieczym”).  Nie przypadkiem też w opowieści Marka pojawiła się jako kontekst Księga Izajasza, zawierająca postać „cierpiącego Sługi Jahwe”. Posłużyła ona uczniom do uzupełnienia ich wizji postaci Założyciela  o te cechy (poniżenie, cierpienie za innych), które nadały sens śmierci Jezusa.

Realizację obietnic, powiązanych ze standardowym pojęciem mesjasza, przesunięto w czasie aż do tzw. Drugiego Przyjścia (Paruzji). Dopiero pojawiając się po śmierci po raz drugi, Jezus w trakcie Paruzji zachowa się dokładnie tak, jak tradycyjny mesjasz zachować się powinien. Wywyższony, otoczony chwałą, wiodąc zastępy niebieskie przeciw siłom ciemności, Jezus przeprowadzi osąd niegodziwych i ustanowi Królestwo Boga (por. 1 Tes 4, 16; 1 Kor 15, 24n.; Mk 13, 24n. itd.)[6].

Powstał w ten sposób nowy obraz Pomazańca – „Jezus Chrystus” – który jednak nie przekonał większości Żydów. Zresztą pod koniec I wieku już nawet sami wyznawcy Jezusa, zniecierpliwieni odwlekaniem się Paruzji, upewniali się, słysząc o nowym przyjściu: „Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?” (Dz 1, 6).

Zrozumieć zmartwychwstanie

Oczywiście, mówiąc o podwójnym rozczarowaniu uczniów Jezusa – jego śmiercią i następnie brakiem politycznych efektów jego zmartwychwstania – tym bardziej potrzebujemy wyjaśnienia, dlaczego w ogóle uczniowie pozostali wierni pamięci swego Mistrza? Czyż na prawdopodobieństwie nie zyskuje w tej sytuacji „wydarzenie zmartwychwstania”? 

Ani Piotr, ani Paweł – zapewnia ks. Witczyk – nie byli w stanie wymyślić spotkań z Jezusem (cieleśnie obecnym i doświadczanym jako zmartwychwstały), którego wcześniej jeden się zaparł, a drugi krwawo prześladował Jego uczniów.

O wyjaśnienie jest dziś o wiele łatwiej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Jak zwrócił ostatnio uwagę Tomasz Polak, istnieją już naukowe opisy pewnych trwałych mechanizmów, działających w grupach religijnych, formułowane w różnych perspektywach badawczych: od psychologii behawioralnej i kognitywnej po psychoanalizę i psychologię głębi (…). Podjęto także poważne próby zastosowania wiedzy o tych mechanizmach do procesów, z których wyłania się wczesne chrześcijaństwo[7].

Ten właśnie zwrot od analiz głównie źródeł pisanych ku współczesnym naukom o człowieku (zwłaszcza socjologii), a także naukom pomocniczym historii (zwłaszcza archeologii), stanowi charakterystyczną cechę TQ. I tak – od strony psychologicznej – widzenie Piotra ma wszystkie cechy typowej wizji nawróceniowej, przełamującej kompleks winy:

Dla Piotra, po dramatycznych wydarzeniach Wielkiego Piątku i jego zdrady, świat się rozpadł. W Niedzielę Wielkanocną słowa Jezusa, tj. słowa przebaczenia, raz jeszcze dotarły do Piotra (…): „zobaczył” on Jezusa[8].

Od strony socjologicznej podstawą wyjaśnienia mogą być wyniki badań nad sektami adwentystycznymi, związane zneutralizacją dysonansu poznawczego powstałego na skutek niespełnienia się kluczowej przepowiedni. Jak się okazało, wbrew zdroworozsądkowym oczekiwaniom, sytuacja tego rodzaju bez porównania częściej wzmacnia, niż osłabia grupę. Dochodzi także do „interpretacji wstecznej” (najczęściej: metaforyzacji) przepowiedni[9].

Choć ks. Witczyk mocno podkreśla, że uczniowie opowiadali o Jezusie zmartwychwstałym „cieleśnie obecnym”,tacy badacze jak Gerd Lüdemann i Michael White wykazują dzisiaj, że na najwcześniejszym etapie mamy do czynienia tylko ze wspomnieniami wrażeń wzrokowych. Motywy „cielesności” i „pustego grobu” powstały dopiero w ramach późniejszych polemik z krytykami nauk o zmartwychwstaniu[10]. Może gdyby ks. Witczyk nieco poważniej potraktował koncepcje Lüdemanna – którego prezentuje satyrycznie jako zwolennika poglądu, że „ciało Jezusa, zanim je pochowano, mogło zostać… pożarte przez sępy i szakale” – przekonałby się, że zaskakująca dla współczesnych chrześcijan teoria niemieckiego badacza ma solidne oparcie w danych archeologicznych. Jak się okazało, godziwe pochowanie Żyda, ukrzyżowanego przez Rzymian w I wieku w Judei było praktycznie niemożliwe, gdyż standardową częścią kary ukrzyżowania było pozostawienie ciała skazańca na krzyżu, bez pogrzebu. Jak zauważa Richard Horsley,

pomimo że setki rodzinnych grobów – i kości tysięcy osób – z  Jerozolimy I wieku zostały wykopane (…) tylko jeden szkielet (…) został zidentyfikowany jako noszący ślady ukrzyżowania. Kości tysięcy innych ofiar rzymskich wysiłków, aby narzucić imperialny porządek w Judei, po prostu zniknęły z archeologicznych rejestrów, najwyraźniej wystawione na pastwę żywiołów i padlinożerców[11]. 

Chrystologia jako reinterpretacja

Pewne pojedyncze proroctwa Jezusa mogły zostać uznane za spełnione:  samo zmartwychwstanie/wizje zmartwychwstaniowe odczytano jako początek otwierających erę mesjańską masowych powrotów umarłych do życia (por. Mt 27, 52–53), a czterdzieści lat później została sprofanowana i zniszczona Świątynia (por. Mk 13, 14). Pierwsi wyznawcy dysponowali więc impulsem początkowym (widzenia), a następnie pewnymi racjonalnymi przesłankami, aby na nauczaniu Jezusa jednak nadal polegać. Gdy zatem ks. Witczyk, broniąc koncepcji opóźnionego „odsłaniania się prawdy wydarzenia źródłowego”, sugeruje, że „nikt nie był w stanie wymyślić zmartwychwstania Jezusa, aby je potem »wstecznie« wpisywać w tradycję” – zdradza swą nieznajomość socjologii i psychologii religii, a także przecenia element niezwykłości w opowieściach o zmarłym za nasze grzechy i zmartwychwstałym Jezusie.

Różne elementy tej pierwotnej chrystologii – wyjaśnia Paula Fredriksen – istniały już we wcześniejszej myśli żydowskiej, zwłaszcza apokaliptycznej: mesjasz ma nadejść, prawdopodobnie w noc szabatu; jego pojawienie się będzie zwiastunem nadejścia Królestwa Bożego; wraz z Królestwem nastąpi zmartwychwstanie umarłych; zanim to nastąpi, sprawiedliwi będą cierpieć; przez cierpienie odpokutują grzechy itd. Wczesne gminy dokonały interpretacji, zestawiając te pierwotnie odrębne elementy tradycji w ten sposób, że nadały one znaczenie faktowi śmierci Jezusa w świetle ich wiary w jego zmartwychwstanie. Oni sami widzieli, oczywiście, ten proces interpretacji inaczej. Wydarzenia sprawiły, że uświadomili sobie, z opóźnieniem, iż Pisma dawno temu przepowiedziały śmierć mesjasza na odpuszczenie naszych grzechów (por. Łk 24, 19–27.44–47)[12].

Artykuł ks. Witczyka, a w jeszcze większym stopniu opublikowana w tym samym numerze „Znaku” apologetyczna dywagacja Jacka Wojtysiaka Spory o Jezusa z Nazaretu, chcą na wyniki fachowych prac historyczno-filologicznych, socjologicznych i archeologicznych odpowiedzieć oskarżeniami o scjentyzm (Witczyk) lub prowadzeniem abstrakcyjnych „eksperymentów myślowych”, gdzie cała złożona problematyka ewolucji wierzeń w ruchach pojezusowych sprowadza się do tego, że niedługo po śmierci Jezusa pewna grupa świadków głosiła jego zmartwychwstanie”, a w efekcie „powstawały wspólnoty chrześcijan, które dość szybko rozprzestrzeniały się na terenie Cesarstwa Rzymskiego” (Wojtysiak). „Co począć z tymi danymi?”– pyta autor artykułu. Moja rada: uzupełnić je jak najszybciej i jak najrzetelniej. A dopiero potem podjąć dyskusję z badaczami TQ, tym razem na odpowiednim poziomie merytorycznym.

W stronę metody historycznej

Obrona podstawowych tez z książki Papieża, jaką zaproponował ks. Witczyk, podpada pod dokładnie tę samą krytykę, co metodologia Josepha Ratzingera.  Po pierwsze, w naukach historycznych obowiązuje dyscyplina akademicka. Możemy badać tylko wierzenia w pewne zjawiska nadprzyrodzone, jak „objawianie się” Jezusa czy „Biblia” w sensie chrześcijańskim (ideowa jedność dziesiątek tekstów różnych autorów, napisanych na przestrzeni wielu wieków w różnych językach i różnych kontekstach kulturowych). Nie możemy natomiast – jak to nagminnie robią Papież i ks. Witczyk – powoływać się bezpośrednio na te zjawiska[13]. Odrzucić musimy w ten sposób także jakiekolwiek powoływanie się na historyczność zmartwychwstania, przy czym – podkreślę raz jeszcze – odrzucenie to nie stanowi już dzisiaj zasadniczej przesłanki dla wyjaśniania historii ruchów pojezusowych.

Po drugie, u podstaw roszczeń, aby historioznawczą prawomocność przyznawać akurat przekonaniom konfesyjnym ortodoksji rzymskokatolickiej (a nie przekonaniom którejkolwiek innej z kilkuset pozostałych odmian chrześcijaństwa), znajduje się wciąż jeszcze wyobrażenie o pierwotnej jedności ruchu pojezusowego, wzięte od Ireneusza z Lyonu (II w.). Skoro jednak – jak pokazałem wyżej – współczesna wiedza o judaizmie z czasów Jezusa każe nam u początku ruchów pojezusowych domyślać się reinterpretacji tradycyjnych wyobrażeń o zadaniach mesjasza, bardzo wiele zależy od odpowiedzi na pytanie: Czy reinterpretacja ta była dziełem samego Jezusa czy dopiero jego uczniów?

Ze względu na sprzeczność pomiędzy fragmentami, gdzie w Ewangeliach Jezus uważany jest za mesjasza dawidowego, politycznego (zwłaszcza rodowody na początku Mt i Łk), i fragmentami, gdzie odrzuca on tego typu ideologię (scena w Cezarei Filipowej i scena kuszenia na pustyni) – możemy zacząć powątpiewać, czy Jezus osobiście uważał się za mesjasza. (Przypomnę, że wyżej cytowani Paula Fredriksen i Helmut Koester nie przypisywali idei mesjańskich samemu Nauczycielowi z Nazaretu). Decydująca wydaje się tu obecność tzw. sekretu mesjańskiego w Ewangelii Marka. Tajemniczy Markowy Jezus ukrywa swą mesjańską tożsamość, niechętnie naucza, często w ogóle nie jest rozumiany (por. 1, 34.44; 3, 12; 5, 43; 6, 52; 7, 18.36; 8, 17.30; 9, 32). W pewnym momencie otwarcie przyznaje się do wprowadzania większości swoich słuchaczy w błąd:  

Wam dana jest tajemnica królestwa Bożego, dla tych zaś, którzy są poza wami, wszystko dzieje się w przypowieściach, aby patrzyli oczami, a nie widzieli, słuchali uszami, a nie rozumieli, żeby się nie nawrócili i nie była im wydana [tajemnica] (Mk 4, 11–12).

Wśród krytycznych badaczy taka konstrukcja postaci Jezusa jest z reguły interpretowana jako decydująca przesłanka, że de facto Jezus nigdy nie nauczał o sobie jako o mesjaszu. Dopiero ewangelista, chcąc jakoś wytłumaczyć sprzeczność między kultem „Jezusa Mesjasza” a brakiem wątków mesjanistycznych we wspomnieniach z jego wystąpień publicznych – stworzył nieco paradoksalną postać Nauczyciela, który… ukrywał swe nauczanie[14].

W tej sytuacji uznanie Jezusa za mesjasza, a następnie reinterpretację tej postaci musimy uznać za dzieło jego uczniów. Oznacza to, że o wiele trudniej dziś bronić tezy o jedności tradycji i pierwotności nurtu preortodoksyjnego, gdyż już nie jeden Jezus, ale wielu uczniów znajduje się u źródła Tradycji. Nie mamy dzisiaj żadnej pewności, czy istniała na przykład jedna pierwotna chrystologia preortodoksyjna (Larry Hurtado), czy jedna pierwotna chrystologia judeochrześcijańska (Michael Goulder), czy może obie jakoś współistniały ze sobą (Piotr Ashwin-Siejkowski)[15]. Mimo prób zmodernizowania pojęcia ortodoksji (James Dunn, Wincenty Myszor)[16] wyrastająca z korzenia jednej tylko tradycji „sukcesja apostolska” Ireneusza wydaje się współcześnie nie do obrony.

Po trzecie, głębszej refleksji wymaga reguła badań historycznych, która zakazuje myślenia o przebiegu wydarzeń z perspektywy ich rezultatu końcowego: wyklucza ona przypisywanie postaci historycznej idei, które zrodziły się po jej śmierci. To sprawa zasadnicza. Trzeba zdecydować się, czy to założenie ma sens, i wtedy zaakceptować jego konsekwencje. Jeśli zaś nie ma ono sensu, należałoby to jakoś uzasadnić[17].

Uzasadnienie zaproponowane w tej materii przez ks. Henryka Witczyka – ujęcie późniejszych idei jako „odkrywania” idei wcześniejszych – okazało się oparte na braku rozeznania w przesłankach i wynikach prac badawczych TQ. Poza tym z hermeneutycznego punktu widzenia nie jest w ogóle możliwa trwała dostępność źródła– na przykład oryginalnego nauczania Jezusa – w takim sensie, w jakim mówi o niej Witczyk i teologowie ortodoksji (to znaczy dostępność umożliwiająca ciągłą kontrolę, czy nowe interpretacje wyrażają „źródłową […] prawdę tekstu”).

Poza „legendy początków”

W swej opowieści o życiu Jezusa z Nazaretu Kościół rzymskokatolicki kładzie nacisk na wydarzenia urodzin i zmartwychwstania Jezusa, z którymi powiązano największe doroczne święta. Tak utrwalił się w kulturze Zachodu obraz Chrystusa-Zbawiciela. Szukając Jezusa historycznego, krytyczni badacze kładą nacisk gdzie indziej: na chrzest i ukrzyżowanie. W tych miejscach życie Jezusa przeplata się z życiem postaci niewątpliwie historycznych: Jana Chrzciciela (o którym mówią m.in. Starożytności żydowskie Józefa Flawiusza XVIII 5:2) i Poncjusza Piłata (m.in. Roczniki Tacyta 15:44). Miejsca te wskazują na judaizm apokaliptyczny (Chrzciciel głosił bliskość „dnia Sądu)” i mesjanistyczny (Jezusa skazano jako pretendenta do roli „króla Żydów”).

Co ciekawe, analiza diachroniczna ostatnich słów Jezusa na krzyżu wykrywa dokładnie tę samą tendencję do zacierania pierwotnego obrazu – tak jak analiza opowieści o chrzcie. Znów punktem wyjścia jest Jezus-niedoskonały człowiek, tym razem krzyczący w rozpaczy („Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”, Mk 15, 34), natomiast punktem dojścia: monumentalny, kontrolujący wydarzenia Jezus-Bóg („Wykonało się!”, J 19, 30)[18].Dwa momenty w  ewangelicznych opowieściach o Jezusie – chrzest i śmierć – najpewniej osadzone w historii Judei, a zarazem z biegiem czasu najbardziej przeinterpretowane przez wyznawców – prawdopodobnie mówią nam coś prawdziwego o Nauczycielu z Nazaretu. Dlatego nie w wysokiej, poetycko-religijnej wizji Ewangelii i listów Jana z II wieku, ale gdzieś na styku proroctw apokaliptycznych i mesjanizmu musimy szukać historycznego obrazu Jezusa. (Przy czym – jak pokazywałem – mesjanizm bardzo trudno przypisać samemu Jezusowi, pozwala on nam natomiast wykryć najwcześniejsze zmiany w sposobach widzenia go przez jego pierwszych wyznawców). W ostatecznym rachunku, według Johna Meiera, „większość uczestników” TQ zgadza się z ujęciem Jezusa historycznego jako „eschatologicznego proroka”[19].

Oczywiście, dla tych, którzy znają jedynie kościelne „legendy początków” (określenie Tomasza Polaka) ten poruszająco „ludzki”, tym razem naprawdę ułomny, jak my wszyscy, Jezus historyków – to zupełna nowość. Takie są skutki „przysięgi antymodernistycznej” Piusa X, która aż do 1967 roku (!) „w praktyce zamykała katolikom drogę do badań nad historycznym Jezusem”[20].


[1] Zob. N.T. Wright, The Contemporary Quest for Jesus, Minneapolis 2002, s. 32.

[2] P. Fredriksen, From Jesus to Christ: The Origins of the New Testament Images of Christ, Yale 2000, s. 136.

[3] Tamże, s. 141.

[4] H. Koester, From Jesus to the Gospels, Minneapolis 2007, s. 204.

[5] Zob. J. D.G. Dunn, Jesus Remembered, Grand Rapids–Cambridge 2003, s. 759–760 (na temat używania tytułu „syn człowieczy”) i 652–653 (na temat odrzucenia tytułu „mesjasz”).

[6] P. Fredriksen, dz. cyt., s. 136.

[7] T. Polak, Spór o Jezusa. Spór o realność, „Open Theology” 5/2008.

[8] G. Lüdemann, What really happened to Jesus, Louisville 1995, s. 93.

[9] Zob. L.L. Dawson, When Prophecy Fails and Faith Persits: A Theoretical Overview, „Nova Religio”  Vol. 3, No. 1, 1999, s. 60–82.

[10] Por. L.M. White, The Quest for the historical Jesus (wykład w Harvard University, 30.05.1998).

[11] R.A. Horsley, The Message and the Kingdom, Minneapolis 2002, s. 89.

[12] P. Fredriksen, dz. cyt., s. 138.

[13] Por. J.P. Meier, The Present State of the “Third Quest” for the Historical Jesus: Loss and Gain, „Biblica” 80 (1999), s. 480.

[14] Zob. J. D.G. Dunn, dz. cyt., s. 625.

[15] Zob. L.W. Hurtado, Lord Jesus Christ: Devotion to Jesus in Earliest Christianity,Grand Rapids–Cambridge 2003;M. Goulder, St. Paul vs. St. Peter, London 1994; P. Ashwin-Siejkowski, The Earliest Christian Models of Chrystology, „Open Theology” 5/2008.

[16] Zob. J.D.G. Dunn, Unity and diversity in the New Testament, London 1990; W. Myszor, Między ortodoksją a herezją, ,,Teologia Polityczna” nr 1 (2003/2004).

[17] T. Bartoś, W stronę chrześcijaństwa z ludzką twarzą, „Znak” nr 5/2009, s. 105.

[18] Zob. G. Lüdemann, Eyes That See Not. The Pope Looks at Jesus, Santa Rosa 2008, s. 8–11.

[19] Zob. J.P. Meier, dz. cyt., s. 482. Autor nie bierze tu pod uwagę członków Jesus Seminar, a zatem także – co chcę podkreślić – prac Crossana. Jego artykuł dobrze pokazuje wielonurtowość TQ, o jakiej zdaje się nie wiedzieć ks. Witczyk, sprowadzający TQ do badań skupionych wokół Crossana i jego (a tak naprawdę głównie Koestera) „nowego datowania źródeł”.

[20] Ks. G. Strzelczyk, Jezus historyczny w perspektywie dogmatycznej, „Znak” nr 4/2009, s. 72.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata