70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Lekcja azjatyckości

Azja ma wiele barw. O Indiach na przykład mówimy, że jest to największa demokracja na świecie. Jak jednak można nazwać demokracją kraj, w którym wszyscy wierzą, że ludzie są nierówni bo należą do różnych warn i kast – i to jest podstawą ich etosu?

Byliście w Indiach?

Niestety… 

Koniecznie musicie się tam wybrać. Człowiek z Zachodu głupieje tam od razu po przylocie. Bo oto widzi: z naprzeciwka idzie nagi fakir. Obok gra orkiestra jazzowa. Na chodniku – stu żebraków, z których kilku właśnie umiera z głodu. Słoń maszeruje wzdłuż ulicy. A na szynach położyła się krowa, więc tramwaje stoją, bo przecież krowy nie wolno uderzyć. I do tego ten specyficzny hałas: ludzie mówią cicho, lecz odgłosy miasta, muzyka i ryki zwierząt tworzą zupełnie nieeuropejski, inny szum. I jeszcze jaskrawe kolory ubrań, zwłaszcza kobiecych. Jest to absolutnie szokujące zjawisko, ta Azja…

No właśnie, naszą rozmowę rozpocznijmy od pytania: czy coś takiego jak Azja w ogóle istnieje? Jest to przecież największy kontynent świata, niejednolity kulturowo, gospodarczo i  politycznie.

Jest po prostu wiele „Azji”. To właśnie owa różnorodność fascynowała mnie od dziecka. Im bardziej poznawałem Azję, zrazu z literatury, a później z własnych wypraw, tym bardziej moja fascynacja rosła. Podoba mi się to, że w prawie każdym państwie żyje tam co najmniej kilka grup etnicznych – ludów, plemion lub klanów – nawzajem całkowicie od siebie odmiennych. Jednocześnie, zauważalne są pewne cechy ogólne, „dominanty” poszczególnych krajów.

Lubię więc typowo afgańską dumę i determinację Pasztunów. Podoba mi się kalejdoskop tysięcy wysp Indonezji oraz spontaniczność i swoista niefrasobliwość ich mieszkańców; tak samo jak Indie z powszechnym tam wśród ludzi przedkładaniem „być” ponad „mieć”; a także wysublimowanie kulturalne Iranu, tej „Francji Azji”, pokonujące rygory fundamentalizmu rodem z „rewolucji islamskiej”… Szanuję też typowy dla Chińczyków respekt wobec autorytetów, a nawet… nepalskie uwielbienie czasu wolnego.

Jaką więc perspektywę należy przyjąć wobec tak wielkiej różnorodności, aby móc Azję lepiej rozumieć?

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że Azjaci inaczej niż my rozumieją pojęcia „państwa” i „kraju”. Afganistan, na przykład, właściwie nigdy nie istniał jako państwo. Nieco ponad połowę jego ludności stanowią Pasztunowie. Dzielą się oni na kilkadziesiąt plemion, z których każde uważa się za najważniejsze. Co ciekawe, plemiona koczownicze mają tam znacznie wyższą rangę niż grupy osiadłe, parające się tak „banalnym” zajęciem, jakim jest uprawa ziemi. Największe afgańskie plemię koczownicze, Kirze, w roku 1978 przejęło nawet władzę w państwie! Afganistan zamieszkują plemiona, które, owszem, wiedzą, że żyją w Afganistanie, że kraj ten posiada jakieś granice oraz – przede wszystkim – że jest stolica, w której płaci się podatki. Ale to jest wszystko! Kabulu zresztą wszyscy nienawidzą, bo jego mieszkańcy są obcy, „zdetrybalizowani”.

Afgańskie rozwarstwienie społeczne zasadza się bowiem nie tyle na różnicy w dochodach pomiędzy mieszkańcami wsi i dużych miast, ile raczej na odmienności mentalnej. Prowincje oraz pomniejsze miasta, takie jak Kandahar czy Herat, żyją w świecie plemiennym. Świętą księgą muzułmanów jest oczywiście Koran, ale w Afganistanie mówią, że mają jeszcze jeden kodeks zwany Pasztunwali. Jest to zbiór reguł plemiennych, którymi należy kierować się w życiu codziennym.

Pośród tych reguł jest między innymi gościnność – melmastia. Nawet jeśli odwiedzi cię kiedyś morderca twojej żony masz obowiązek ugościć go i wysłuchać. Dopiero kiedy wyjdzie, należy go zabić. Za progiem domu nie obowiązuje już bowiem melmastia, tylko prawo zemsty – badal. Jeżeli ktoś zabił twojego brata, ty masz obowiązek zabić mordercę lub jego brata. Ale w niektórych przypadkach, wedle kolejnej zasady – nanawati, ofiara zemsty może się wykupić. Może cię ubłagać, abyś darował mu zabicie twojego brata, ty zaś musisz wtedy zażądać od niego odszkodowania, którego zapłata zniesie obowiązek badal. Jest tylko jeden „wyjątek od wyjątku”: jeżeli ktoś obrazi twoją kobietę – siostrę, córkę, żonę lub narzeczoną – nie może się nigdy wykupić. Twoim obowiązkiem jest go zabić.

O mariażu tradycji ze współczesnością możemy mówić w odniesieniu do wielu regionów Azji. Jednak na przykład Chiny – wewnętrznie również niezwykle zróżnicowane – zdołały stworzyć silną państwowość oraz taką strukturę gospodarczą, która umożliwiła niesamowity wręcz rozwój… 

Chiny, podobnie jak Korea, Japonia i Mongolia to zupełnie inny świat.

W Chinach obowiązuje ideologia będąca połączeniem elementów marksizmu z konfucjanizmem. Konfucjanizm zaś ma dwie podstawowe zasady. Zgodnie z pierwszą liczy się interes zbiorowości: rodziny, rodu, klanu, plemienia, miasta, prowincji i kraju. Jednostka to „pyłek”, z którym nikt się nie liczy. Druga zaś konfucjańska reguła jest bardzo korzystna dla takich starszych panów jak ja: wy, młodzi, macie mnie po prostu słuchać. Obowiązuje bezwzględne posłuszeństwo wobec autorytetów – zarówno osób starszych, jak i władzy państwowej.

W czerwcu 1989 roku był Pan jednak w Pekinie naocznym świadkiem największego w ostatnich latach buntu wobec obu tych dwóch zasad.

Rzeczywiście, Tiananmen był czymś niezwykłym. Przez kilka miesięcy studenci strajkowali w zbudowanym na placu miasteczku namiotowym. Na dwa dni przed masakrą dotarłem do baraku przywódców protestu. Wprawdzie nie zastałem Wuera Kaixi, ale jego zastępczyni, studentka psychologii Wang Chi poprosiła mnie o wygłoszenie przez radiowęzeł kilku słów do zebranych tłumów. Znalazłem się w trudnej sytuacji, gdyż do Chin przyjechałem – za namową chińskiego ambasadora w Warszawie – z paszportem dyplomatycznym, jako obserwator „Solidarności” na wybory w ambasadzie. Jako dziennikarz nie zostałbym tam wpuszczony. Powiedziałem więc tylko, że jestem przedstawicielem polskiej „Solidarności”, pozdrawiam wszystkich obecnych i życzę, aby ich cele zostały zrealizowane. Proszę sobie wyobrazić, że była to główna wiadomość, którą nadały wtedy w świat agencje: „»Solidarność« wspiera studentów na placu Tiananmen”!

Rano 4 czerwca, razem z jednym z polskich dyplomatów, szedłem aleją Xichang’an prowadzącą w stronę placu. W mieście rozeszła się już wieść o walkach: z naprzeciwka niektórzy uciekali, ale wiele osób biegło też na Tiananmen, aby sprawdzić czy ich dzieci jeszcze żyją. Widziałem kilkanaście wielkich kałuż krwi ogrodzonych cegłami, między które ludzie wtykali gałązki zieleni, zdjęcia wyjęte z legitymacji zabitych studentów… Na placu armia ustawiła obok siebie czołgi w ten sposób, aby nikt nie mógł się między nimi przecisnąć. Przed tym kordonem – dwa rzędy piechoty z karabinami gotowymi do strzału. Zawsze, gdy nadbiegali ludzie by obrzucić wojsko kamieniami  padała salwa. Kilka godzin spędziłem schowany za jednym z drzewek na placu. Byłem świadkiem wielu takich salw.

Nasuwają się w tym momencie dwie refleksje. Po pierwsze, w 1989 roku mogło się wydawać, że są to przełomowe dla kraju wydarzenia. Z perspektywy czasu wydaje się jednak, że w Chinach na Tiananmen patrzy się nieco inaczej niż w Europie. I druga sprawa: zastanawiamy się dziś, czy rewolucja informatyczna zmienia człowieka; a może warto wpierw spytać, czy i w jaki sposób rewolucja techniczna zmieniła Azjatów? Patrząc na poziom, z którego startowali kilkadziesiąt lat temu, można się tu domyślać rzeczy niesłychanych…W jaki sposób mieszkańcy Azji postrzegają historię? Jak widzą siebie – lub swoją zbiorowość – w dziejach?

Historia to dla mieszkańców Azji głównie tradycja i pewien zakorzeniony etos. I to one, a nie historiograficzna wiedza, mają kluczowe znaczenie dla całych społeczności. Powszechny jest kult przodków jako źródła ideałów i wzoru dobrych zachowań. W Indiach Mahabharata i Ramajana są bez porównania mocniej wryte w wyobraźnię mieszkańców, niż w Europie Iliada i Odyseja. Budda, Konfucjusz, Mahawira czy Mao Zedong, są w Azji nie tylko pamiętani, ale wręcz czczeni – czasem nawet wbrew ich własnym intencjom awansuje się ich do pozycji boskiej. Mahomet jest wprawdzie traktowany jako Prorok, a nie Bóg czy Syn Boży, ale w potocznej wierze posiada cechy boskie, rzeklibyśmy: „chrystusowe”.

Jeszcze do niedawna istniał Pierwszy, Drugi i Trzeci Świat. Drugi Świat, do którego należała Polska i inne kraje komunistyczne, zniknął. Obecnie, za sprawą nieustannych podziałów, znika też Trzeci Świat. Gdzie wobec tego umieścić Chiny, które szybko awansują na pozycję supermocarstwa, choć nadal jednak tkwią w postkomunizmie, a trudno je też zaliczać do Trzeciego Świata? Kiedy mówimy o skoku cywilizacyjnym Azji trzeba również pamiętać o powszechnym tam braku poczucia czasu jako wartości ekonomicznej. A.D. Moddi mówił: „Czas ma niewielką wagę nawet dla elit. Brak dążenia do osiągnięć prowadzi do ignorowania czasu jako ich głównego czynnika”. A jednak postęp się dokonał. Czterdzieści lat temu mieliśmy w Azji do czynienia ze zjawiskiem powszechnego głodu. W Kalkucie setki ludzi umierało na ulicy i nikt im nie pomagał. W kopalni diamentów na Borneo – to też widziałem na własne oczy – ludzie pracowali po dwanaście godzin zanurzeni w wodzie po pas, umierali, dosłownie obłażąc ze skóry i jeszcze musieli płacić za to, że ich zatrudniano, żywiąc się tylko nadzieją, że przypadnie im równowartość jednej czwartej wartości diamentu, który znajdą. Teraz w Azji na ogół ciągle panuje bieda, ale już nie taka jak wtedy. Pomimo bogacenia się, w niektórych krajach nadal popularna jest postawa, którą potocznie określa się mianem filozofii „być”.

 „Mieć” istnieje jakby mimochodem? 

Pierwszy zwrócił mi na to uwagę, jeszcze zanim zacząłem podróżować do Azji, mój nauczyciel i mentor, ekonomista Ignacy Sachs. Był autorem kilku świetnych książek o Azji i wszystko, co potem robiłem, było niejako inspirowane przez niego. Wiedzę zaczerpniętą z tych książek sprawdzałem w czasie podróży.

Pierwszym ważnym momentem była dla mnie Indonezja. Trafiłem tam w 1963 roku, zaraz przed kataklizmem na Bali – erupcją wulkanu Gunung Agung. Już na kilka dni przed tragedią zobaczyłem na miejscu, że choć na zbocza góry spadają rozżarzone do czerwoności kamienie, to ludzie, jak gdyby nigdy nic, chodzą po nich ze swoimi bawołami oraz orzą poletka! Nie dali się ewakuować, bo nie mogli opuścić ziemi przodków – wyjazd byłby dla nich hańbą. Gubernator wyspy powiedział mi, że do erupcji nie dojdzie, bo podjął odpowiednie środki zapobiegawcze: sprowadził z Sumatry słonia i nosorożca, by je wrzucić do krateru i w ten sposób uspokoić bogów. Tak też zrobili – ale bogowie zezłościli się jeszcze bardziej, bo następnej nocy nastąpiła erupcja. Noc się zrobiła jasna, gdy na doliny Karangassem i Klungkung spadły rzeki lawy. Zginęło kilka tysięcy ludzi.

W tym samym roku odebrałem kolejną „lekcję azjatyckości”. W Bombaju poznałem Polaka, który przebywał tam na kontrakcie i musiał wynająć sobie służącego. W Indiach nie można mieć jednego służącego: osobny jest do gotowania, osobny do sprzątania, osobny do ogrodu… Jego jednak nie było na to stać. Znalazł Indusa, który zgodził się wykonywać wszystkie prace, ale za cenę 150 rupii. Była to wtedy kwota równa pensji wysokiego urzędnika. Mój znajomy mógł mu zaoferować 120 rupii. Ten grzecznie odmówił. Po paru dniach spotkali się znowu: niedoszły służący pracował jako ogrodnik, zarabiając 30 rupii. „Jak to – pyta Polak – u mnie nie chciałeś zarabiać 120 rupii jako służący, a tutaj zgodziłeś się na trzydzieści?”. Wtedy padła odpowiedź: „Jako Służący musiałbym dostawać 150 rupii. Inaczej byłbym najgorszym ze wszystkich służących. Tu zaś jestem równy wśród innych ogrodników”.

I trzeci obrazek: Nepal. Kiedy byłem tam po raz pierwszy samolot przed lądowaniem przelatywał nisko nad lotniskiem, by przepędzić krowy, które pasły się na pasie startowym. Nie było hoteli, tylko budy, do których wejścia, zamiast drzwiami, były zasłonięte wiszącymi sznurkami. W latach pięćdziesiątych taki mniej więcej Nepal postanowiły zjednać sobie Stany Zjednoczone, które w czasie wojny koreańskiej chciały tam utworzyć drugi front przeciwko Chinom. Amerykanie zaproponowali, że w ciągu dwóch lat zbudują siedemdziesiąt wiszących mostów. Okazało się jednak, że, po pierwsze, nie ma tam żadnych map i właściwie nie wiadomo, gdzie te mosty można budować. Po drugie, nie ma ani jednej drogi, a więc nie da się dowieźć materiałów na budowę. No i, po trzecie, nie ma samych materiałów: wszystko przywieziono samolotem na miejsce budowy pierwszego mostu. Kiedy w końcu ogłoszono, że Amerykanie będą przyjmować ludzi do pracy przy budowie na miejsce przyszło trzy tysiące osób. Usiedli naokoło i… zaczęli patrzeć jak Amerykanie budują most. Po co mamy pracować, pytali, skoro i bez pracy jakoś żyjemy, nie chodzimy głodni? W Nepalu ważne są uroczystości i ceremonie. Jest tam kilkadziesiąt, często wielodniowych świąt w roku. Nepalczycy uważają po prostu, że o wiele przyjemniej niż pracować jest… nie pracować.

Wymienił Pan Chiny, Japonię, Koreę jako państwa regionu Pacyfiku. Proszę wymienić pozostałe elementy azjatyckiej układanki.

Azja ma wiele barw. O Indiach na przykład mówimy, że jest to największa demokracja na świecie. Jak jednak można nazwać demokracją kraj, w którym wszyscy wierzą, że ludzie są nierówni bo należą do różnych warn i kast – i to jest podstawą ich etosu? W życiu społecznym „niedotykalni” nadal się nie liczą. Nikt nie napije się z nimi herbaty, a jeśli „niedotykalny” sięgnie po wodę ze studni, to tę studnię trzeba zamknąć i wykopać nową. Innym przykładem są bramini, często ludzie biedni. Zdarza się, że w miejscach pracy są podporządkowani innym – kiedy jednak idą na modły do świątyni, ich szefowie ustępują im miejsca, bo bramini są ważniejsi jako ludzie, mają prawo siąść w pierwszych rzędach.

Są to różnice, które wynikają z konfliktu między pewną trwałością kulturową tradycji a nowymi zwyczajami, które przyniósł postęp ekonomiczny… 

Tak właśnie jest. Dopóki w Indiach nie było przemysłu i urbanizacji miejscową inteligencję stanowili bramini – byli nie tylko kapłanami, ale również myślicielami, prawnikami i członkami władz. Następne w kolejności były kasty: wojowników – kszatrijowie, drobnych przedsiębiorców, i wreszcie siudrów, czyli pracowników fizycznych. Taki układ funkcjonował przez wieki. Sto lat temu zaczęło się to jednak zmieniać i teraz zdarza się już tak, że nawet siudra może być szefem fabryki lub dyrektorem urzędu i podlegają mu bramini.

Czy dzięki tej tradycji, która stanowi trzon kulturowy kontynentu Azjaci mają nad nami przewagę gdy idzie o sposób wykorzystania sukcesu gospodarczego na poziomie ogólnospołecznym, ekonomicznym? 

Różnorodność kulturowa wymusza elastyczność w gospodarce. Na przykładzie Azji świetnie widać, że ekonomia polityczna nie jest nauką ścisłą. W zależności od warunków lokalnych, czasem sprawdza się jedna doktryna, a czasem inna.

Na przykład gospodarczy cud Singapuru był możliwy dzięki geniuszowi premiera tego kraju Lee Kuan Yewa, który, tworząc obowiązującą tam do dziś ideologię ekonomiczną, połączył elementy keynesizmu i konfucjanizmu i dodał do tego jeszcze trochę z cywilizacji buddyjskiej i chrześcijańskiej. To wszystko, wraz ze wspomnianym wcześniej priorytetem interesu społecznego nad prawami jednostki pozwoliło stworzyć doktrynę będącą mniej więcej odpowiednikiem europejskiego welfare state: idei, która głosi, że wprawdzie wolny rynek jest bardzo cenny, ale powinien to być jednak rynek kontrolowany, a interwencje państwowe są nie tylko dopuszczalne, lecz i wskazane. Na tym w skrócie polegał  sukces „azjatyckich tygrysów”. Słuszność tych założeń widzimy teraz, w czasie kryzysu gospodarczego.

Bardzo nas ciekawi, czy w ślad za ekspansją ekonomiczną Azji nastąpi też ekspansja kulturowa na taką skalę, jak udało się to wcześniej Zachodowi? Czy nastąpi rewanż za „westernizację” i „macdonaldyzację” świata?

Nie można uniknąć wzajemnego przenikania kultur. Sporo elementów naszej, zachodniej cywilizacji przenika do Azji. Tworząc nowoczesny Singapur, Lee Kuan Yew sięgał również i po nasze doświadczenia. Jednak w ogromnej większości przypadków, ci mieszkańcy Azji, którzy się „westernizują” szybko stają się przedmiotem pogardy, a nawet nienawiści swoich rodaków – są bowiem odstępcami, zdrajcami, przestają być „swoi”.

Rewanż za „westernizację” i „macdonaldyzację” w pewnym sensie już następuje: proszę w samej tylko Warszawie policzyć bary wietnamskie… Muzułmanie, buddyści i wyznawcy Hare Kriszny również w Polsce zyskują nowych współwyznawców. Ani Wojciech Eichelberger, ani Małgorzata Braunek nie są Azjatami, ale nie przeszkadza im to praktykować buddyzmu zen. Europa również zaraża się pewnymi elementami kultury „być”. Azja coraz bardziej będzie też nad nami dominowała ekonomicznie. Pekin na przykład już teraz bardzo intensywnie zabezpiecza sobie interesy w Ameryce Łacińskiej i Afryce, wypierając Zachód z regionów, które do tej pory dla Chin w ogóle nie istniały! I tylko z rzadka, gdy chwilowo dojdzie gdzieś do zaostrzenia sytuacji, Hu Jintao jakby mimochodem przypomni, że  gdyby doszło „co do czego” to Chiny mogą wystawić 180-milionową armię, zaś za dziesięć lat ich flota będzie potężniejsza od amerykańskiej. Na co dzień jednak niczym takim nie straszą. Nie ma triumfalizmu – oni to wszystko robią po cichu, nie demonstrują swojej potęgi.

Jak wygląda świat widziany z Azji? 

Jeśli znajdziecie się w Singapurze, Indonezji lub Malezji szybko zauważycie, że Europa w tych krajach nikogo nie obchodzi. Tam ważne są Chiny, Japonia, Indie, Indonezja i Tajlandia – oraz wszystko, co dzieje się między nimi. Chiny traktowane są tam jako rywal, ale jednak jeden ze „swoich”. Zwłaszcza w Indiach Chin się po prostu boją. W ostatnich latach nastąpiło zbliżenie między tymi dwoma państwami i niektórzy prorokują nawet, że dojdzie do ich połączenia, że powstaną „Chindie”. Nie wierzę w to. Ale to, że za kilkadziesiąt lat Chiny będą największym mocarstwem świata, nie ulega żadnej wątpliwości.

Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że gra sił pomiędzy Wschodem i Zachodem wygląda z perspektywy Azji zupełnie inaczej niż z naszego punktu widzenia. Na przykład dla Zachodu potencjalnie niebezpiecznym przypadkiem jest Iran. I to wcale nie dlatego, że będzie miał bombę atomową! Mało kto dostrzega zjawisko, które, moim zdaniem ma kluczowe znaczenie dla przyszłości Azji. Mówi się, że Chiny zaprzyjaźnią się ze Stanami Zjednoczonymi – to bzdura! Chiny w sposób naturalny, dzięki swojej sile ekonomicznej i demograficznej zastąpią wkrótce Stany Zjednoczone na pozycji pierwszego mocarstwa świata. Stanie się tak tym bardziej, że Ameryka popadła w wyjątkowo ciężką sytuację i typową dotąd dla siebie wiarę w sukces tracą nawet sami Amerykanie. Tymczasem, pomimo pewnych różnic dzielących oba te państwa na tle granic i migracji, Chiny mają w gruncie rzeczy bardzo dobre relacje oraz wspólne interesy z Rosją. Z kolei zarówno Chiny, jak i Rosja pozostają w doskonałych stosunkach z Iranem. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że to właśnie Iran będzie trzecim partnerem nieformalnego sojuszu chińsko-rosyjskiego.

To zaskakujące, gdyż na Zachodzie zwykło się w tej roli obsadzać raczej Indie… 

Indie obawiają się ekspansji Chin, z którymi już raz, w 1962 roku, przegrały wojnę w tzw. Północno-Wschodnim Obszarze Granicznym (NEFA). Będą się więc raczej zbliżały do Zachodu. Poza tym militarnie niewiele znaczą, czego pośrednim dowodem była nieudolność w czasie prowadzenia akcji antyterrorystycznej w Bombaju w grudniu ubiegłego roku. To Iran będzie takim wysuniętym bastionem, który za sprawą fundamentalistów islamskich może się rzeczywiście stać groźny dla rejonu Zatoki Perskiej. Wystarczy bowiem, że zablokuje Zatokę Perską – Irańczycy zajęli już strategiczne wysepki w cieśninie Ormus – zniszczy rurociągi i… cała Europa leży. Bez wojny, przy pomocy samej tylko irańskiej blokady Zatoki Perskiej Chiny z Rosją uzyskają wszystko, co będą chciały. Zachód ustąpi – bez ropy przecież umrze.

Obok Iranu, najpilniejszą teraz kwestią jest przyszłość Pakistanu. Pakistan, podobnie jak Afganistan to państwo, które nie do końca w ogóle istnieje. Siedem terytoriów plemiennych jeszcze do niedawna było wyłączonych spod administracji – uznawało tylko formalne władztwo Islamabadu… Tymczasem to właśnie do Pakistanu przeniosło się centrum wojny dotychczas rozgrywanej w Iraku i Afganistanie. Doszło tam do sytuacji znanej z Afganistanu: walki wewnętrzne szybko ustają, gdy wróg przychodzi z zewnątrz. Coraz więcej wojskowych z armii oraz pakistańskiego wywiadu i kontrwywiadu – w tej chwili już co najmniej połowa stanu osobowego – sprzyja tak zwanym talibom, z którymi oficjalnie walczy rząd. Szef sztabu jest po stronie tych, z którymi ma walczyć! Rząd Asifa Alego Zardariego jest bezsilny: w jednej czwartej armia pakistańska to Pasztunowie, a nie można przecież wysłać Pasztunów na front przeciwko pasztuńskim talibom, bo wtedy wszyscy przeszliby na drugą stronę – co zresztą parokrotnie miało już miejsce. Amerykanie zrzucają bomby na wsie pogranicza, żeby zabijać talibów – Zardari przymyka na to oczy, ale już szef sztabu wydał polecenie strzelania do amerykańskich samolotów pomimo, że jest to najbliższy sojusznik!

Przywykliśmy już do doniesień z Afganistanu i Pakistanu, do tego, że toczy się tam wojna. Jak ocenia Pan zaangażowanie Zachodu w tym rejonie?

Jest naszym wielkim błędem, zarówno etycznym jak i politycznym, że wciąż angażujemy się w Afganistanie. Ataki na Irak i Afganistan uważam za właściwe. Należało zniszczyć reżim Saddama Husajna, a w Afganistanie zniszczyć kryjówki Al-Kaidy i złapać bin Ladena. Powinniśmy jednak zrozumieć jedną rzecz. Azjatom nie narzucimy na siłę demokracji. Naszym, jako Europejczyków, obowiązkiem jest  prowadzić politykę – wedle naszych  kryteriów – polegającą na chronieniu życia ludzkiego. Jeżeli Saddam Husajn używał gazu żeby mordować Irańczyków i Kurdów, należało użyć broni, obalić Husajna i… jak najszybszej się stamtąd wycofać.

Mówi Pan, że to naszym obowiązkiem jest tam zaprowadzić porządek. A dlaczego nie na przykład Chin, mocarstwa, które znajduje się znacznie bliżej? 

Chiny nie mają żadnego interesu w zaprowadzaniu tam porządku.

Dla nas również jest to raczej powinność moralna… 

Owszem, jednak Azjaci mają inną moralność: nie podzielają naszego przekonania, że ludzkie życie należy chronić w takiej formie i tymi samymi sposobami, co u nas. Dlatego słusznie wsparliśmy Amerykanów w Iraku oraz walczyliśmy z Al-Kaidą w Afganistanie; źle się natomiast dzieje, że teraz wzmacniamy nasz kontyngent i przejmujemy kontrolę nad prowincją Ghanzi. Na szczęście dla polskiej armii jest to prowincja pustynna, a nie górska, i możemy tam wykorzystać przewagi, którą daje nam technologia.

W górach się z partyzantami nie wygra. W czasie walk z Rosjanami afgańska partyzantka była podzielona na trzynaście różnych ośrodków. Każdy z nich dysponował własną armię walczącą z Rosjanami. Cała ich siła polegała na tym, że każda z tych armii partyzanckich walczyła inaczej, czego radziecki wywiad nie mógł rozszyfrować. Jedni walczyli tylko w piątki, drudzy właśnie w piątki nie walczyli – tylko w środy. Jedni walczyli strzelając zza węgła, inni wyłącznie podkładali miny. A jeszcze inni w ogóle się nie bili, tylko zatruwali studnie. Były też grupy, które walczyły tylko wtedy, gdy miały na to ochotę – jeśli nie miały, odkładały karabiny. Tak się dzieje również dzisiaj: zdarzają się takie okresy, że partyzanci przez dwa miesiące nie walczą. Kiedy nasi chłopcy się uspokoją, odzwyczają od frontu – walka zaczyna się na nowo! Żadna regularna armia ich nie może zwyciężyć.

Z wszystkiego, co Pan mówi, przebija pewien absurd stosunków Zachodu z Azją. Z jednej strony jesteśmy sobie zupełnie obcy kulturowo – wiele rzeczy jest dla nas zupełnie niezrozumiałych, mimo że maczamy w nich palce – z drugiej strony, rozpoczął się okres bardzo intensywnej współpracy gospodarczej… 

Współpraca gospodarcza interesuje tylko rząd i wąską elitę. To prawda: jesteśmy sobie całkowicie obcy. Musimy wreszcie zrozumieć, że należymy do innych światów, kierujących się innymi wartościami i regułami. To, co jest ważne dla nich, dla nas jest nieistotne – i odwrotnie.

Ponieważ mówimy o Azji całościowo, mając na względzie cały kontynent, chcielibyśmy też spytać o Rosję. Jaką dla niej widzi Pan rolę w „stuleciu Azji”?

Wyróżniać się będzie Syberia.

Topnienie białej ludności staje się powoli najważniejszą zmianą demograficzną w perspektywie całego świata. Za kilkanaście lat w Afryce będzie dwa razy więcej mieszkańców niż w Europie, w Azji – dziesięć razy więcej. Ta proporcja będzie zgubna dla Europy. Z jednej strony będą do nas napływały masy ludności z Azji, a z drugiej – ubywać będzie etnicznych Polaków. Już w tej chwili jesteśmy jednym z trzech krajów o największym ubytku ludności. W ciągu najbliższych trzech dekad nad Wisłą ubędzie od czterech do pięciu milionów Polaków, w Rosji – trzydzieści milionów Rosjan, a na Ukrainie około piętnastu milionów Ukraińców, czyli około jedna trzecia obywateli państwa! Nierównowaga będzie coraz większa. To jest, niestety, jeden z nielicznych pewników: grozi nam zanik białej rasy. Zmiany demograficzne będą generować problemy ekonomiczne, polityczne, kulturowe i moralne…

Znajdujemy się w okresie, w którym mówimy o migracji z Trzeciego Świata na Zachód – można w tym kontekście przywołać słowa Ryszarda Kapuścińskiego o „strategii przenikania”. Czy w istocie jednak nie zachodzi też zjawisko odwrotne, choć mniej zauważalne – migracji zachodnich elit finansowych do centrów finansowych Azji – które moglibyśmy określić mianem „strategii wchłaniania”? 

Takie zjawisko występuje w niewielkiej skali i odnosi się głównie do Indii i Japonii. Z drugiej jednak strony, Indie wychowują dwa razy więcej informatyków niż Stany Zjednoczone! Japonia zaś to przypadek osobliwy. Jest to jedyny kraj w Azji, w którym nie byłem, nigdy mnie tam nie ciągnęło. Ma tę szczególną cechę – opisywało to już wielu specjalistów – że stanowi przykład typowej kultury naśladowczej. Japończycy zawsze znakomicie wszystko imitowali. Przejęli buddyzm, kulturę chińską w okresie jej największego rozwoju, w końcu także zdobycze cywilizacji zachodniej – i wszystko to w dodatku rozwinęli! „Zapładniały” ich Chiny, „zapładniał” Zachód – sami jednak niczego oryginalnego nie wymyślili.

Czy jako ktoś, kto podróżuje tam od niemal pół wieku, mógłby nam Pan  opowiedzieć o Azji poznawanej zmysłami. Jakie dźwięki, zapachy i smaki przychodzą Panu na myśl, kiedy myśli Pan o Azji? Może przynajmniej jeśli chodzi o obraz zmysłowy Azja jest nieco bardziej jednolita? 

Odpowiem przy pomocy obrazków. Na wybrzeżu Zatoki Bengalskiej znajduje się słynna świątynia Konarak. Jest częściowo zburzona, ale ciągną tam wciąż tłumy turystów, bo jej ściany pokryte są płaskorzeźbami pokazującymi sceny erotyczne. Przywozi się tam dzieci z całych Indii, którym nauczycielki pokazują te przedstawienia. Wszystko odbywa się zresztą ze śmiertelną powagą, nikt nie dowcipkuje. To jest właśnie hinduizm tantrystyczny. Żeby być dobrym hindusem, trzeba albo być ascetą, albo uprawiać wyrafinowany seks, najlepiej zespołowy. Przewodniczki chodzą po Konarak i mówią wycieczkom: „tu nic ciekawego, one gentleman, one lady. Tutaj trochę lepiej: two ladies, one gentleman. O, ale tu jest już bardzo ciekawie: four gentleman, four ladies and a dog. W ten sposób to się odbywa i nikt się temu nie dziwi, to jest tam normalne.

Ciekawa jest też filozofia daru. W Azji lepiej jest dawać niż brać. Ten, kto daje, wywyższa się, pokazuje, że go na to stać, że stoi wyżej niż ten, co bierze, który jest poniżony. Pamiętam, że w czasie wojny w Iraku nasza telewizja pokazała polskich żołnierzy rozdających tam dzieciakom słodycze. Dwóch, czy trzech Irakijczyków tańczyło z radości przed kamerami. Ale wokół stało kilkudziesięciu innych z ponurymi, nienawistnymi minami. Dlatego, że oni dostawali – a ten kto bierze jest poniżony. W Europie podobne zjawisko obserwował Hemingway, który przyjechał do Paryża po wyzwoleniu miasta z rąk hitlerowców i zanotował, że Francuzi nie cierpią Amerykanów. Spytał się taksówkarza, dlaczego tak jest. „Bo oni nam dają pieniądze”, brzmiała odpowiedź.

Czy od momentu, kiedy przyjechał Pan pierwszy raz do Azji zmienił się sposób traktowania tam Europejczyków? 

Kiedy byłem tam pierwszy raz stanowiłem atrakcję. Dziś widać różnicę jeśli chodzi o stosunek do białego człowieka w społecznościach miejskich i wiejskich. W miastach na ogół nas nie lubią, jesteśmy bowiem przedstawicielami świata dawnych kolonistów. O tym jednak nie wiedzą dzikie plemiona i dlatego są dla nas szalenie sympatyczni i serdeczni. Ze spotkań z nimi zachowałem najwięcej pozytywnych wrażeń.

Jak wyglądały takie spotkania? U zachodnich wybrzeży Sumatry leży wyspa Siberut. Żyje tam plemię Mentawai, u którego byliśmy z żoną jako pierwsi biali. Ugościli nas tam serdecznie, oddali do dyspozycji tak zwany długi dom na palach. Wewnątrz zobaczyliśmy poprzybijane czaszki zwierząt. Okazało się, że kiedy upolują i zjedzą jakieś zwierzę, jego duszę wciągają do wspólnoty rodzinnej. Rodziną są wszyscy: zmarli, jeszcze nie urodzone przyszłe dzieci, zwierzęta, które zjedliśmy…

W podobnym domku gościło nas przez dwa tygodnie plemię Lisu w Indonezji. To bogate plemię, utrzymujące się z uprawy opium. Zapłatę przyjmują za nie wyłącznie w srebrnych monetach. Obszywają nimi kaftany swoich dziewczyn, żeby ładniej wyglądały. W mieście kupili sobie tylko trzy rzeczy: pompę, by nie schodzić do potoku po wodę, latarki elektryczne dla dzieci, bo to tak ładnie wygląda jak dzieci biegające w nocy świecą latarkami, oraz… kilkadziesiąt desek klozetowych. Obłożyli nimi dom naczelnika – dla lepszego wyglądu.

Domek, w którym mieszkaliśmy znajdował się poza sakralnym terytorium wsi. Był to równocześnie hotel dla chińskich kupców oraz „chatka-kopulatka” dla młodzieży. Każdy chłopiec powinien tam kochać się z dziewczyną – we wsi nie wolno tego robić – a najlepiej z wieloma, bo lepsze małżeństwa stanowią pary już wypróbowane. Kiedy opuszczaliśmy wieś wszyscy ustawili się do nas w kolejce, aby ich leczyć. Jak pokazywali, że boli ich głowa, dawaliśmy im aspirynę, a gdy ktoś miał wrzody, dostawał oxycort. Organizmy nietknięte wcześniej żadnym medykamentem leczyły się błyskawicznie. Na końcu przyszedł ich czarownik. Pół twarzy miał zżarte przez raka i chciał czegoś, co mu pomoże zmniejszyć ból. Zaproponowaliśmy opium. Ale opium to również było tabu – temu plemieniu nie wolno było palić. Jest to znamienna historia.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata