70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Spotkania

Numer poświęcony osobom niepełnosprawnym umysłowo nie może obyć się bez świadectw osób, które ze względu na więzy rodzinne lub własny wybór są obecne przy ludziach upośledzonych. Zadaliśmy im kilka pytań: Co odkryli w spotkaniu z osobą intelektualnie niepełnosprawną? Jak zmienił się ich obraz samego siebie, drugiego człowieka, Boga?

AGNIESZKA ATAŁAP

 Z powodów osobistych od czternastu lat siłuję się z losem, próbując zrozumieć świat osób niepełnosprawnych umysłowo, zwłaszcza tych upośledzonych głęboko, z zaburzeniami komunikacji, a więc najtrudniejszych w kontaktach. Jedyną odpowiedzią, jaką znajduję, jest ciągłe potwierdzenie, że ten świat jest dla mnie, dla nas, ludzi z normą intelektualną, niedostępny. Nasza wrażliwość, wiedza, życzliwość, miłość nawet, doświadczenia, silna wola i ciężka praca nie są narzędziami wystarczającymi do poznania tego świata, nawet jeśli osoba niepełnosprawna wykazuje wolę komunikowania się i nawet jeśli jest w stanie to robić w jakimś zakresie, a jej reakcje emocjonalne i społeczne są dla nas czytelne. Współczesna psychologia i filozofia idą nawet dalej, podając w wątpliwość możliwość wzajemnego poznania w ogóle, czego wyrazem jest założenie subiektywności poznania, a zatem poznanie tylko i wyłącznie przez pryzmat nas samych. Nawet w wypadku osób o podobnych nam warunkach rozwoju i z podobnych środowisk dotykamy zaledwie wątków, które jakoś tam są nam bliskie, wspólne, które próbujemy wprawdzie opisać i przyswoić, jednak obraz, jaki uzyskujemy, jest zaledwie subiektywną interpretacją, z konieczności odwołującą się do symboli i znaków uniwersalnych, czyli do niedoskonałego języka, który jako zunifikowany nie jest w stanie wyrazić tego, co najbardziej prywatne, indywidualne, nasze i na zawsze ukryte.

Zwłaszcza że pewna część tego, co ukryte, pozostanie tajemnicą także dla nas samych.

Tajemnicę tę w jakiejś części pomagają nam odkryć przed nami samymi osoby niepełnosprawne umysłowo. Jako mama dziecka niepełnosprawnego umysłowo w stopniu głębokim, z zaburzeniami komunikacji, po czternastu latach zmagań, po przejściu zapewne wszystkich etapów dojrzewania do niełatwego rodzicielstwa wiem, że mój syn ciągle uczy mnie samodyscypliny i hardości, pomaga mi porządkować hierarchię wartości i organizować się w trudnych chwilach.

Jednak niezwykłą wartością dodaną, która może być wartością nie tylko dla rodzica osoby niepełnosprawnej umysłowo, jest odkrywanie siebie samego, a poprzez siebie – jakiejś prawdy o życiu w ogóle. Z mojej perspektywy jednak jest to o wiele ostrzejsze ze względu na konieczność codziennego identyfikowania się z niepełnosprawnością, która stała się częścią mnie i mojego życia. Doświadczenie i cierpienie z tego wynikające, które na drodze od kompletnej dezintegracji w zderzeniu z objawieniem trudnej prawdy aż do nowej wewnętrznej integracji, którą ktoś nazwał konstruktywną akceptacją, było nieraz moim udziałem (czas przeszły jest tu wciąż być może nieuprawniony), obnażyło małostkowość, egoizm, powierzchowność mojego dotychczasowego świata, współgrającego przecież z hedonistyczną, ekspansywną, pędzącą współczesnością, rozprawiło się z moim wyobrażeniem szczęścia, sprowokowało w końcu do pogłębionej, bolesnej nawet refleksji religijnej i światopoglądowej, zmuszając ostatecznie do porzucenia pytania o sens życia i cierpienia. W pewnym momencie okazało się czarno na białym, że jestem prochem marnym, który nagle paradoksalnie odnalazł w tym wszystkim poczucie godności i który dostrzegł, że największymi wartościami są być może te pozornie najmniejsze, jak oddech, cisza, bliskość czy świt.

Mnie zapewne łatwiej takie prawdy odkrywać i ciągle potwierdzać, gdyż przeglądam się tym lustrze na co dzień. Ale osób niepełnosprawnych umysłowo nie brak wokół nas. Nie nauczą świata tolerancji, zrozumienia dla cierpienia, słabości, inności, brzydoty czy dziwaczności, nie nauczą świata empatii. Ale zawsze będą lustrem, w którym każdy, kto ich spotka na swojej drodze, będzie musiał się przejrzeć. Także dlatego że o wiele łatwiej, niż się powszechnie wydaje, niepełnosprawność może wkroczyć w nasze życie i odmienić wszystko.

Agnieszka Atałap, mama Szymka (14 lat) niepełnosprawnego umysłowo w stopniu głębokim i Kasi (7 lat) niepełnosprawnej umysłowo w stopniu bliskim dolnym rejestrom normy.


STANISŁAW KRAJEWSKI

Moje spotkanie z Danielem, który ma zespół Downa, jest jednym z najważniejszych wydarzeń w moim życiu. Właściwie to nie tyle spotkanie, ile życie. Moje życie i jego. Daniel jest moim synem.

Wśród wielu nauk, które zawdzięczam Danielowi, są lekcje akceptacji, pokory, lekcja „intelekt to nie wszystko”, lekcje niewinności, ufności, miłości.

Lekcja akceptacji. Narodzenie Daniela było ciosem. Gdy dowiedziałem się o jego upośledzeniu, w holu szpitala, przez telefon, usiadłem na ławce, czując, że nie mogę ruszyć się z miejsca. Wiedziałem, że nie ruszę się, póki nie zdołam zaakceptować nowej sytuacji. Od tego momentu moje życie miało wyglądać inaczej i musiałem zrozumieć, że to jest nie abstrakcyjny problem, ale moje życie. Musiałem przeformułować wewnętrzne nastawienie do życia: otrzymałem niespodziewanie nowe, ciężkie buty i odtąd miałem chodzić tylko w nich. Musiałem się z tym pogodzić, by móc kontynuować wszystkie dotychczasowe zajęcia. Ten proces wstępnej akceptacji dokonał się w szpitalnym holu. Potem były kolejne jego etapy, ale zawsze wiedziałem, że mam te ciężkie buty. To początkowe przestawienie nie trwało długo – może dwadzieścia minut. (Nie mam pojęcia, dlaczego akurat mnie udało się tak szybko uporać z tym problemem).

Lekcja pokory. Zanim Daniel się urodził, miałem mocne, choć nigdy niewerbalizowane poczucie, że ludzie upośledzeni, a zwłaszcza ludzie upośledzeni umysłowo, nie należą do mojego świata. Gdy spotykałem kogoś takiego na ulicy, odwracałem głowę. Oczywiście nigdy bym nie powiedział nic przeciwko nim ani z pogardą. Czułem jednak – uświadomiłem to sobie naprawdę dopiero po narodzinach Daniela – że moje życie upływa wśród ludzi normalnych i mogę frunąć, ignorując tych biedaków, którzy są dotknięci upośledzeniem, oraz ich przygwożdżonych nieszczęściem bliskich. Nagle wszystko uległo zmianie. Ja stałem się – nieodwołalnie, na zawsze – częścią owego gorszego świata. Poczułem, że moja pycha została ukarana. To uczucie, że jestem karany za dawniejszą nieczułość, pojawiało się i nadal pojawia. Wiem, że jest to kara zasłużona. (Dla wyjaśnienia: nie mówię, że Daniel jest karą, a tym bardziej że został zamierzony jako kara, ale tylko to, że tak to odczuwam i że było za co mnie karać).

Lekcja „intelekt to nie wszystko”. Obracałem się w środowisku intelektualistów. Tak jest zresztą nadal. Rodzice byli naukowcami, ja jestem naukowcem. Intelekt był dla mnie tak wysoką wartością, że często wiele innych wartości usuwał w cień. Nie wyobrażałem sobie, że w stosunkach z ludźmi, a co dopiero z bliskimi, pojawi się zupełnie inna hierarchia wartości. Tymczasem wychowywanie Daniela pozwala mi zrozumieć, jak trudno może być komuś pojąć abstrakcje – nawet tak elementarne jak to, że następują po sobie kolejne epoki – a zarazem jak mało to wpływa na zasadniczą ocenę wartości człowieka. Daniel nieraz mnie przygnębia niemożnością zrozumienia prostych spraw, ale wiem, że jest to kwestia drugorzędna. Oczywiście nadal bardzo wysoko cenię intelekt i osiągnięcia intelektualne, ale moja hierarchia ocen jest szersza, pełniejsza, bardziej ludzka.  (Dodam, że Daniel jest bardzo rozwinięty emocjonalnie, w gruncie rzeczy bardziej dojrzały niż prawie wszyscy ludzie – mówię o dorosłych – których  znam).

Lekcja niewinności. Daniel podchodzi do życia wprost, w sposób otwarty, naiwnie. Dobro i zło traktuje dosłownie. U innych ludzi nieraz mnie to denerwuje, u Daniela nigdy. Jego niewinność jest rozbrajająca, bo jest wyrazem czystego serca. Zakłada, że wszyscy są dobrzy, choć niby wie – z opowiadań, z seriali kryminalnych – że bywają „źli ludzie”. Boimy się, że ktoś może go wykorzystać, oszukać, skrzywdzić. Ale jednocześnie z podziwem patrzę, jak Daniel potrafi uruchomić to, co w ludziach najlepsze: zakłada, że ktoś jest dobry, a to powoduje, że ta osoba okazuje dobroć. Dla mnie taka czystość nastawienia, taka ufność nie są możliwe: zbyt wiele widzę ukrytych motywów, negatywnych uczuć, majaczących na horyzoncie rozczarowań. Jednak w głębi duszy wiem, że to Daniel ma rację. Świat byłby lepszy, gdyby wszyscy byli w stanie odnosić się do innych tak jak Daniel. (Dodam, że nie jest on już dzieckiem, ma dowód osobisty).

Lekcja ufności. Ufność do ludzi nie wyczerpuje zasobów ufności obecnych w Danielu. Daniel przejawia ufność metafizyczną. Jest to postawa w jakimś sensie religijna. Przejawia się też w naszym rodzinnym życiu religijnym. Daniel uczestniczy na przykład w świętach żydowskich z entuzjazmem, który może inspirować. Tak niewiele rozumie z teologii, historii, tekstów religijnych. A jednak uczestniczy naprawdę. Gdy powiada: „Jak ja kocham Torę”, każe mi się zastanowić nad moją religijnością. Gdy kilka lat temu miał w synagodze bar micwę, wypowiadał błogosławieństwa z taką mocą, że wiele osób poczuło dreszcz. Dzięki Danielowi widzę, jak relatywną wartość mają dogmaty, wiedza, rygor. Ważniejsza jest ufność, która jest wiarą. Przyoblekają się w konkret – w mojego syna! – chasydzkie opowieści o prostaczku, który nie umiał czytać, więc recytował alfabet, by Bóg sam złożył modlitwy. (Dodam, że oczywiście nie proponuję porzucenia studiowania tradycji, bo to pozostaje w centrum judaizmu i jest ważne dla mojej religijności).

Lekcja miłości. Kocham mego syna Daniela. Każdy, kto ma dzieci, dokładnie wie, o czym mówię. Zarazem w odniesieniu do Daniela odczuwam coś jeszcze. Naddatek. Nie wiem, skąd się on bierze. Może chodzi o brak samodzielności, o zależność od rodziców, która trwa nawet po przekroczeniu wieku dziecięcego, może o to, że Daniel nie dorasta, w sensie społecznym, że nie stara się zdobyć niezależności poprzez przeciwstawianie się ojcu – co jest procesem bolesnym, ale normalnym, który znam z relacji z moim wspaniałym skądinąd starszym synem Gabrielem. Jakiekolwiek są powody, wrażenie naddatku uczuć musi być częste, bo czasopismo środowiska rodzin osób z zespołem Downa nazywa się „Bardziej kochani”.  Tak, Daniel uczy mnie bardziej kochać. (Muszę dodać, że nikomu nie życzę tych wszystkich lekcji. Są też niewesołe aspekty naszej sytuacji, o których nie wspomniałem. Bo z powodu Daniela moje życie stało się trudniejsze. Ale czy gorsze? Żadną miarą!)

Stanisław Krajewski, filozof i matematyk, współprzewodniczący Polskiej rady Chrześcijan i Żydow


JAN MŁYNARCZYK

Z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, przez czterdzieści kilka lat mego życia, nie miałem właściwie kontaktu. Był jakiś wujek w dalszej rodzinie trochę „niedorozwinięty”, ale jako dziecko starałem się go unikać. Obawiałem się jego zbytniej wylewności. Obok mojej szkoły podstawowej mieszkał chłopiec (we wspomnieniach rozpoznaję w nim zespół Downa), którego zapamiętałem, gdyż nazywał się Adam Mickiewicz. Pamiętam, że jako 10-, może 12-latek czułem pewien niesmak, że rodzice dali mu imię naszego wielkiego wieszcza. Krępowało mnie, gdy koledzy zachęcali Adasia, by opowiadał, jak mama robi ciasto. To była jego ulubiona kwestia. Charakterystyczne brzmienie tego opowiadania zapamiętałem na całe życie i dziś odnajduję je w opowieściach mojej córki i jej szkolnych kolegów.

Nasza córka Malwina pojawiła się w naszej rodzinie dość nagle, za sprawą „Ekspresu reporterów” w TVP2. Jej niepełnosprawność, która była przyczyną odrzucenia Malwinki przez rodzinę, miała jakąś magnetyczną moc przyciągania. Tak że przypadkowa dość informacja o porzuconym dziecku w ciągu kilku zaledwie dni obudziła w nas nieodparte pragnienie bycia z nią. Pokochaliśmy Malwinkę. Adoptowanie jej zburzyło większość naszych wcześniejszych planów. Niepełnosprawność, choć u małego dziecka z zespołem Downa jeszcze niezbyt rzeczywista, wyzwoliła w nas siły do podjęcia się z radością rehabilitacji. Sił tych, mimo poważnych trudności z dwójką starszych dzieci, starczyło na ładnych parę lat intensywnych ćwiczeń. Weszliśmy w inny świat.

Okazało się nagle, że wielu naszych bliższych i dalszych znajomych robi coś na rzecz osób niepełnosprawnych. Są nauczycielami w szkole specjalnej, pracują w warsztatach terapii zajęciowej czy są wolontariuszami. Właściwie wiedzieliśmy to wcześniej, ale teraz fakt ten nabrał znaczenia. Znaleźliśmy się w przyjaznym i kompetentnym środowisku. Środowiska ludzi związanych z osobami intelektualnie niepełnosprawnymi, ich rodziców, przyjaciół, terapeutów przenikają się z innymi. W pracy, szkole, kościele na osiedlu – ale problemy są w większości odmienne. Inne radości, inne sukcesy.

Dziecko z wrodzoną niepełnosprawnością jest w zasadzie „skazane na sukces”. Każdy postęp, każda nowa umiejętność przekracza oczekiwania otoczenia i jest powodem wielkiej radości dziecka, rodziców i nauczycieli. Niezwykle ważne jest, żeby dziecko intelektualnie niepełnosprawne trafiło do dobrej szkoły. Pewnie ważniejsze niż w przypadku dziecka wybitnie zdolnego.

Gdy Malwinka osiągnęła wiek szkolny, z drżeniem serca udaliśmy się do poradni psychologiczno-pedagogicznej, która miała określić stopień jej intelektualnego upośledzenia. Jakież było zdziwienie personelu poradni, gdy nie ukrywałem mojej radości z przekazanego mi „wyroku”: „Niestety, to nie jest upośledzenie w stopniu lekkim, lecz umiarkowanym”. Tak, cieszyłem się, bo to orzeczenie otwierało Malwince drzwi do wspaniałej szkoły: Zespołu Szkół nr 26 im. ks. Józefa Tischnera w Toruniu. Do Zespołu należą trzy szkoły specjalne: podstawowa, gimnazjum oraz szkoła przysposabiająca do pracy. Szkoła przyjmuje uczniów z upośledzeniem umiarkowanym, znacznym i głębokim. Dlatego tak ucieszyłem się z zakwalifikowania córki. Z jak wielką radością ona do tej szkoły chodzi! Trudno się temu dziwić, gdy poznaje się nauczycieli. Mimo trudnej sytuacji lokalowej zespół oddanych i kompetentnych pedagogów tworzy wyjątkowe warunki do nieustannego rozwoju każdego dziecka w jego indywidualnym tempie. Wszystko to w rodzinnej, pełnej miłości atmosferze. Tam naprawdę warto posiedzieć na korytarzu, żeby odzyskać wiarę w człowieka.

Szkoła podstawowa i gimnazjum mają już swoją wieloletnią historię. Natomiast trzecia ze szkół zespołu – przysposabiająca do pracy – „wypuściła” w 2006 roku pierwszych absolwentów po trzech latach nauki.

Poprosiłem dyrekcję szkoły, aby jednego z absolwentów skierowała do pracy w mojej firmie. Gdy pierwszy raz odwiedziłem szkołę przysposabiającą do pracy, odniosłem wrażenie, że żaden ze spotkanych tam młodych mężczyzn nie jest w stanie przystosować się do rygorów panujących w przedsiębiorstwie. Tym bardziej jednak chciałem spróbować. Jako zapalony eksperymentator byłem niezmiernie ciekaw wyniku.

Założyłem sobie, że pojawienie się niepełnosprawnego intelektualnie pracownika powinno przynieść owoce przynajmniej w dwóch ważnych dla firmy aspektach. Po pierwsze, zmusi firmę do uporządkowania procedur w taki sposób, aby można było dla nowego pracownika wydzielić te, z którymi będzie w stanie sobie poradzić. W małej firmie, w której wszyscy robią wszystko, takie uporządkowanie może być bardzo korzystne, ale i bardzo trudne do przeprowadzenia. Po drugie, obecność osoby niepełnosprawnej powinna niejako samoczynnie poprawić relacje pomiędzy pracownikami w firmie. Głównie z powodu pojawienia się wyraźnego układu odniesienia dla dotychczasowych problemów w komunikacji między nimi.

Były to założenia teoretyczne, które pragnąłem sprawdzić w praktyce.

Łukasz pojawił się w firmie w czerwcu 2006 roku w towarzystwie swego nauczyciela. Był 25-letnim absolwentem szkoły przysposabiającej do pracy, upośledzonym w stopniu znacznym i jednocześnie, co wyjątkowe u osoby z zespołem Downa, silnym i fizycznie sprawnym. Łukasz nie opanował sztuki czytania i pisania, mówienie też nie przychodzi mu z łatwością. Rozumienie jego wypowiedzi wymaga od rozmówcy sporego wysiłku.

Zatrudniając niepełnosprawnego pracownika, nie korzystałem z żadnych dotacji związanych z tworzeniem tzw. miejsca pracy. Kontakt z urzędnikami, którzy o tym decydują, oraz wypełnianie stosów dokumentów kosztowałoby mnie więcej niż wartość ewentualnej dotacji. Łukasz został zatrudniony tak jak każda osoba posiadająca dowód osobisty. Podpisaliśmy umowę, zapoznał się z zasadami pracy i wynagradzania. Inspektor BHP przeszkolił nowego pracownika bardzo starannie, przygotowawszy wcześniej do szkolenia specjalny program i pomoce. Wynagrodzenie Łukasz otrzymuje jak każdy pracownik przelewem na konto bankowe. Od strony administracyjnej jego etat różni się jedynie nieco krótszym czasem pracy. Od kilku miesięcy korzystam też z refinansowania przez PFRON składki ZUS.

U podłoża mojej decyzji o zatrudnieniu Łukasza była oczywiście pomoc skierowana ku środowisku osób niepełnosprawnych intelektualnie. Chciałem stworzyć pozytywny przykład, zachęcający innych przedsiębiorców do zatrudniania takich osób. Jednak dodatkowo pragnąłem podzielić się z innymi moim osobistym odkryciem bogactwa przeżyć, jakie daje kontakt z osobą niepełnosprawną. Obawiałem się, jak ułożą się relacje pracowników firmy (głównie młodych mężczyzn) z nowym kolegą. A właściwie niepokoiłem się o to, że będę musiał poświęcić w początkowym okresie dużo czasu na pomoc w kontaktach Łukasza z innymi pracownikami. Moja pomoc okazała się w praktyce zupełnie niepotrzebna. Myślę nawet, że byłaby szkodliwa.

Dzisiaj, gdy minęło już półtora roku od zatrudnienia niepełnosprawnego intelektualnie pracownika, mogę spróbować ocenić, w jakim stopniu udało mi się zrealizować wcześniejsze założenia.

Niestety, wpływ zatrudnienia Łukasza na organizację pracy był minimalny. Nasz nowy pracownik po prostu szybko dostosował się do panującego bałaganu i istniejącej rutyny. Jego obecność nie wymusiła zmian. W wykonywaniu czynności, które mu na samym początku przydzielono, dość szybko się wyspecjalizował i stał się niezbędnym ogniwem dotychczas istniejącego procesu technologicznego. Firma nasza zajmuje się przede wszystkim naprawą określonych części samochodowych. Otrzymane do naprawy podzespoły trzeba najpierw rozebrać i przygotować do umycia w specjalnym urządzeniu. To właśnie ten demontaż jest domeną Łukasza. Inne zadania, które od czasu do czasu otrzymuje do wykonania, są jedynie odskocznią, rozrywką w żmudnym wykonywaniu pracy. Nie byłoby rozsądne kłaść na barki niepełnosprawnego pracownika odpowiedzialności za jakość gotowych produktów czy usług opuszczających warsztat, mimo że wielu prac wykończeniowych Łukasz mógłby się nauczyć. Ale demontaż? W tym się naprawdę można wyżyć. Nie tylko w naszej działalności jest to dziedzina, która pracownikom niepełnosprawnym sprawia dużo satysfakcji. Łukasz w rozbieraniu przegubów równobieżnych jest naprawdę dobry. I ważne jest, że o tym wie. Wie, że jest potrzebny. Gdy się gdzieś zawieruszy, koledzy szukają go, jeśli jest kolejna praca do wykonania. Skierowane do klienta zdanie: „Zaraz przyjdzie kolega, rozbierze to i oszacujemy uszkodzenie”, jest prawdziwą pochwałą jego pracy. Kolega zresztą zjawia się po chwili, w kombinezonie umorusanym jak należy, chwyta wyjętą z auta część imponująco umorusanymi dłońmi, zamienia kilka słów z kierownikiem działu w języku niezrozumiałym dla obserwatora i wychodzi. Wielokrotnie widziałem zdumienie na twarzach klientów, nikt z nich jednak nigdy nie uczynił na temat Łukasza żadnej uwagi. Jego obecność stała się dla osób odwiedzających firmę w krótkim czasie naturalna, a dodać należy, że zespół Downa jest u naszego kolegi wyjątkowo rozpoznawalny.

To prawda, że czasami Łukasz bywa irytujący, szczególnie gdy nachodzi go ochota do żartów w najmniej odpowiednim momencie, na przykład gdy trzeba szybko wykonać pilną pracę. Ale kto z nas nie ma wad? Jeżeliby w firmie nie było miejsca dla Łukasza, to dlaczego miałoby być miejsce dla Mateusza, który ciągle się zwalnia, bo ma chore dziecko, czy Przemka, którego terapię w ośrodku leczenia uzależnień cierpliwie znosimy. Nie, w procesie wykonywania pracy w naszej firmie Łukasz nie sprawia problemów większych niż inni pracownicy.

Realizacja drugiego z moich wcześniejszych założeń – poprawa relacji między pracownikami w firmie – przebiega pomyślnie, choć też inaczej, niż się spodziewałem. Zdarzały się oczywiście pewne perturbacje, ale wynikały one głównie z niezrozumienia przez nowych kolegów Łukasza innego sposobu odbierania i przekazywania emocji. Tego jednak po kilku próbach szybko się nauczyli. Oto przykłady:

Nasz nowy pracownik przybiegł do swego opiekuna (bardzo szybko nawiązał dobry kontakt ze swym bezpośrednim przełożonym) z żądaniem natychmiastowego wezwania policji, od której oczekiwał zakucia w kajdany tokarza o imieniu Krzysztof. Ponieważ szef Łukasza miał problem ze zrozumieniem jego emocjonalnych wypowiedzi przyszedł do mnie po pomoc. Okazało się, że ciekaw nowych miejsc nowicjusz zbliżył się, mimo zakazu, do pracującej maszyny i wspomniany Krzysztof dość gwałtownym ruchem go od niej odsunął. Taki gest Łukasz odebrał jako skierowaną w swoją stronę agresję i nie na żarty się przestraszył.

Nie próbowałem ingerować w relacje moich pracowników, a już w szczególności przeprowadzać wspólnych przesłuchań. Uważam, że obaj w zaistniałej sytuacji zareagowali prawidłowo. Łukasz tego dnia nie był już w stanie pracować, a z relacji jego mamy wiem, że i w domu nie mógł sobie znaleźć miejsca. Następnego dnia, wchodząc do hali maszyn, zastałem Łukasza w objęciach Krzysztofa poklepującego młodszego kolegę po plecach swym wytatuowanym ramieniem. Gdy podszedłem bliżej, usłyszałem cichy i nieśmiały głos tokarza: „Ja też cię bardzo lubię, Łukasz”. Do dziś panowie okazują sobie co dzień wiele sympatii. Krzysztof od tamtego czasu zrobił się dużo milszy i chyba lepiej mu się układa w rodzinie.

Innemu z pracowników, Marcinowi, życie kompletnie się nie układa, opuściła go żona, stracił prawo jazdy, a do tego w pracy upośledzony kolega od dwóch dni wykrzykuje w jego kierunku określenia „debil” i „idiota”. Znosił to Marcin cierpliwie przez wspomniane dwa dni, ale gdy nie minęło, poprosił mnie o pomoc. Trochę potrwało, zanim doszedłem to tego, co spowodowało tak silną irytację Łukasza. Słowa, którymi z taką zawziętością obrzucał swego kolegę, padły wcześniej z ust Marcina, gdy relacjonował komuś przebieg sprawy rozwodowej. W emocjach dosadnie opisywał zachowanie żony. To Łukasza bardzo zabolało. „Przecież trzeba kochać”, powtarza często. Dlatego też nie jest w stanie długo wytrzymać w stanie „wojny”. Dzień później zameldował mi: „Z Marcinem wszystko w porządku, przeprosiłem go i się lubimy”.

W ciągu półtora roku takich „poważnych” zdarzeń było kilka. Miały też miejsce dziesiątki drobnych spięć, które na nikim nie zrobiły wrażenia. Skala tych doświadczeń nie przekracza tego, co zdarza się pomiędzy innymi pracownikami. Tu jednak dotyka tego, co najistotniejsze w relacji z drugim człowiekiem: Kim dla mnie jesteś? Kim ja jestem dla ciebie? W oczach Łukasza znajduję zadawane z uporem pytanie Jezusa, skierowane do apostoła Piotra: „Miłujesz mnie?”, ale też: „Czy miłujesz jego?”.

Wiedząc, że każdy przejaw braku miłości jest przez osoby pokroju Łukasza natychmiast demaskowany, otoczenie w naturalny sposób zaczyna się kontrolować. Powstaje swego rodzaju „dodatnie sprzężenie zwrotne”, które po pewnym czasie zaczyna owocować samoregulacją relacji w grupie. To zjawisko zaczynam obserwować wśród pracowników mojej firmy. Można więc powiedzieć, że przewidziany wcześniej efekt zatrudnienia osoby niepełnosprawnej intelektualnie udało uzyskać. Obecność Łukasza zmieniła nasze wzajemne relacje.

Pracując w małej firmie, z natury rzeczy znamy się wszyscy lepiej niż anonimowi pracownicy wielkich korporacji. Cóż to znaczy jednak „znamy się”? W praktyce pracujemy obok siebie i niewiele o sobie nawzajem wiemy. Przy śniadaniu rozmawia się o pogodzie, polityce lub kupowanych dobrach. Osoby intelektualnie niepełnosprawnej te tematy w zasadzie nie interesują. Uczestniczy w rozmowach kolegów z uprzejmości i czeka, żeby zadać pytanie: „Kim ty jesteś?”. Zaczyna zawsze od imienia – znaku, o którego wartości zapomnieliśmy. „Jak masz na imię?” – to pierwotnie ważne pytanie przypomina starotestamentową wartość imienia. Mojżesz nawet Boga spytał o imię, gdy Bóg mu się objawił. I Łukasz, i Malwina, poznawszy imię, ściśle przypisują je do osoby i pamiętają przez lata. Podobnie zapamiętują wzajemne relacje pomiędzy obdarzonymi imionami osobami. To oni wiedzą dobrze, kto jest czyim mężem, siostrą, dzieckiem czy dziewczyną. Z niebywałą precyzją Malwina aktualizowała dane kolejnych dziewczyn swego brata, kasując z pamięci już nieaktualne.

Po rozstaniu się zaprzyjaźnionej wolontariuszki z narzeczonym potrafiła głośno zakomunikować w kawiarni – „tam siedzi Zbyszek-który-już-nie-kocha-Basi”. To było jego nowe imię. Daleko mi jeszcze do takiej przenikliwości, jaką prezentuje Malwina, ale stale się uczę.

Wcześniej, gdy słyszałem tego typu szczere wypowiedzi Łukasza przy firmowym śniadaniu, krępowało mnie to. Uważałem za stosowne usprawiedliwić go przed kolegami. „A mnie się to podoba – odpowiedział na to jeden ze starszych pracowników. – Większość z nas coś udaje, a Łukasz szczerze mówi, co myśli. Rzadko kto tak potrafi”.

Nie wiem, czy wyczerpująco odpowiedziałem na postawione pytanie. Myślę jednak, że czytający ten tekst odnajdzie w nim ślady, jakie w moim sercu, mimo stawianego oporu, pozostawiają „moi niepełnosprawni”. Nie zginę, bo kierunek wyznaczają mi: poranne: „Panu Janu, mam pytań”, i wieczorne: „Kocham cię, tato. Jesteś moim ojcem”.

Jan Młynarczyk, fizyk, przedsiębiorca, mieszka w Toruniu.


KAROL OKĘCKI

Co odkryłem w spotkaniu z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie?

Wydawałoby się, że powinienem odpowiedzieć na to pytanie nieomal instynktownie, a jednak trudno jest mi znaleźć odpowiedź, nie tylko dokładną, ale i wyczerpującą. Moje doświadczenie życia z osobami niepełnosprawnymi jest zakorzenione we wspólnocie Arki, do której należę od dwudziestu siedmiu lat (we Francji).

Gdy po raz pierwszy przyjechałem do tej wspólnoty, miałem 27 lat, więc w towarzystwie jej członków spędziłem dokładnie połowę życia. Trudno więc określić, co odkryłem, bo w pewnym stopniu ukształtowałem się, zbudowałem w tym środowisku. To, jaki jestem, zawdzięczam częściowo tym osobom. Jaki byłbym, gdybym żył w całkiem innym środowisku i zawodzie? Nie wiem.

Pamiętam przyjazd z pierwszą wizytą do Arki. Pierwsze pytania były często podobne: Jak się nazywasz? A zaraz potem: Na jak długo przyjechałeś? Kiedy wrócisz? Tak jakby wstępne pytania dotyczyły tożsamości gościa, a kolejne od razu możliwej relacji z nim. Michał spytał mnie natychmiast: Czy przyjedziesz za tydzień na moje urodziny? „Moje urodziny” to moment, kiedy jestem w centrum uwagi, moment dla mnie ważny – a czy dla ciebie mogę być ważny, czy jesteś gotów poświęcić mi trochę twojego czasu?

Od tego pierwszego spotkania jestem w codziennym kontakcie – czasem bliższym, czasem dalszym – z osobami niepełnosprawnymi umysłowo. Nie przedstawiają one oczywiście grupy jednorodnej – osobowość, temperament, charakter są równie rozmaite jak w całym społeczeństwie. Czy potrafię wyciągnąć jakieś nauki z tego długoletniego „wspólnego życia”, „towarzyszenia sobie nawzajem”?

To, co uderzyło mnie, gdy po raz pierwszy spotkałem się z grupą, której niektórzy członkowie byli określani jako niepełnosprawni umysłowo, to radość. Radość zarówno indywidualna, jak i całej grupy. W jakim stopniu jest to radość osób cieszących się z każdego codziennego daru życia (równie prostego jak dobry posiłek, prezent, obecność kogoś ważnego…), a w jakim radość grupy zgromadzonej wokół wspólnego celu? Pewno jedno i drugie. To stwierdzenie dominującej radości, mimo upływu czasu, mimo że życie jest dalekie od ideału, pozostaje aktualne.

Obok radości stoi cierpienie, ból, często bliskie jedno drugiemu. Cierpienie spotykałem i spotykam najpierw w doświadczeniach życia, w historii tak wielu osób. Ale może przede wszystkim w ich świadomości bycia innymi, w świadomości, że często byli dla matki i ojca rozczarowaniem, że nie potrafili, nie mogli odpowiedzieć na oczekiwania rodziców, otoczenia, że byli z powodu swojej inności odrzucani.

Marek, obecnie sześćdziesięciolatek, do dziś nie potrafi o sobie mówić inaczej, jak przywołując wspomnienie ojca rozczarowanego swoim synem. Po latach nie potrafi myśleć samodzielnie, nie tylko dlatego, że ojciec nie wierzył, iż on „może myśleć”, może mieć coś do powiedzenia, ale i dlatego, że brak mu indywidualnego doświadczenia, które dałoby mu poczucie zaufania do siebie samego.

Bardzo wiele osób niepełnosprawnych intelektualnie ma poczucie swojej inności i braku miejsca w społeczeństwie. Na tym doświadczeniu cierpienia budują one relacje ze spotkanymi ludźmi.

Kilka dni temu Klara, jedna z wieloletnich „arkowych” wychowawczyń, zmarła w wyniku długiej choroby. Gdy zawiadomiłem o tym Annę – osobę, którą Klara przyjęła trzydzieści lat temu, jej natychmiastowa reakcja mnie uderzyła: „Ja jej tyle zawdzięczam. Gdy przyszłam do Arki, byłam naprawdę nieznośna, gwałtowna i przekonana, że nie jestem nic warta. Klara wierzyła we mnie. Potrafiła wtedy wyciągnąć do mnie rękę”. Dla Anny porzuconej przez rodziców przy urodzeniu, przekazywanej w dzieciństwie z jednej instytucji do drugiej, Klara i kilka innych osób spotkanych w życiu stało się osobami najbliższymi. Przywiązanie do ludzi i do wspomnień jest powszechne wśród tych, którzy pozbawieni są poczucia własnej wartości – w szczególności wśród niepełnosprawnych umysłowo. Takie wspomnienia nadają też sens i wartość mojemu życiu, mojej osobie.

Te wspomnienia dotyczą często trudnych, bolesnych momentów. Ważne we wspomnieniu jest to, że ktoś był świadkiem, a nawet podporą, pomocą. Był świadkiem nie tylko mojej słabości, ale i tego, że udało nam się wspólnie z tej sytuacji wyjść. Siła relacji między Anną a Klarą opierała się na trudnych wspólnych przejściach, nie zawsze bezkonfliktowych.

Często odpowiadam na pytanie dotyczące życia duchowego niepełnosprawnych umysłowo. Dotyczy ono może zwłaszcza sposobu wyrażania go przez osoby głęboko upośledzone, niewładające językiem mówionym czy mające znaczne zaburzenia w komunikowaniu się z innymi. Dla Andrzeja i Franka przygotowanie się do sakramentu bierzmowania i jego przyjęcie były ważnym etapem w ich życiu i dojrzewaniu. Dla Magdaleny sakrament chorych na kilka tygodni przed śmiercią był wyraźnie uspokojeniem po długich walkach z nieubłaganym zbliżaniem się końca życia. Nawet osoby głęboko upośledzone i te, których ekspresja jest trudna do zrozumienia, często okazują uspokojenie w czasie modlitwy wieczornej, w czasie Mszy świętej. Oczywiście tak jak u wszystkich, jak u ludzi nazywających się pełnosprawnymi, ich życie duchowe jest połączone i splecione z rytuałami, konwencjami, psychologicznym uwarunkowaniem.

W spotkaniach z osobami niepełnosprawnymi wielokrotnie uderzała mnie ich dojrzałość i często zgoda na swoją sytuację. Ania mówiąca spokojnie, że choć nie miała nigdy rodziny i choć nie mogła założyć własnej, to doświadczyła  w życiu tyle dobra, że nie żałuje niczego. Marek, który potrafił zaakceptować swoje miejsce we własnej rodzinie, a potem pożegnać się z każdym z rodzeństwa, wyraźnie mówiąc, że cenił sobie to, co z każdym go wiązało. Potrafił nawet powiedzieć „dziękuję” swojemu bratu, mimo że ich kontakty nie zawsze były dobre. Brunon, który mówi, iż to, że ma zespół Downa, nie pozwala mu na założenie rodziny, na studia i pracowanie tak jak rodzeństwo, ale że cieszy się z tego, co otrzymał i co mógł przeżyć. Ta dojrzałość przejawia się szczególnie w obliczu śmierci osób bliskich albo własnej.

Trudno mówić o tym, co spotkanie osób intelektualnie niepełnosprawnych mi przyniosło. To, czego się nauczyłem, jest oparte na doświadczeniu, a doświadczenie spotkania z inną osobą trudno przekazać słowami. Gdy staram się to wyrazić, kończę zwykle, mówiąc: „przyjedźcie i zobaczcie”.

Za kilka dni będziemy świętowali Trzech Króli – Epifanię. Trzej mędrcy, którzy sami – i nam – odkrywają Boga w słabym, nowo narodzonym dziecku. Na mój własny sposób odkryłem w osobach niepełnosprawnych umysłowo pełnego człowieka i Boga, który się w nich kryje. Są to ludzie tak jak my –  pragnący kochać i być kochani. Dla których, tak jak dla nas, relacje międzyludzkie są najważniejsze. I w tych postaciach kryje się Bóg.

W tym sensie spotkanie z osobami niepełnosprawnymi nie tylko mnie ukształtowało, ale jest dla mnie furtką do zrozumienia – czy przynajmniej próby zrozumienia – samego siebie, a potem też innych. Człowieka.

Karol Okęcki, historyk, pracuje we wspólnocie Arka w Trosly-Breuil we Francji.


JERZY PERZANOWSKI

1. Pytanie brzmi: Co – i) we mnie, ii) w mym obrazie świata, iii) siebie samego i iv) w obrazie bliźniego i w spotkaniach z nim oraz v) w obrazie Boga i vi) w mym stosunku do niego (jeśli jest) – zmieniło spotkanie z osobą niepełnosprawną?

2. Zaprawdę, to złożone, trafne i głębokie pytanie. Pytanie naiwne. Ale, jak zauważyła Poetka: „Znowu i tak jak zawsze… nie ma pytań pilniejszych od pytań naiwnych”.

Piszę to jako cierpiący ojciec, śmiertelnie chory (co nie bez związku) człowiek oraz – co w wypadku mej odpowiedzi jest nie bez znaczenia – jako filozof. Filozof, czyli ten, którego misją jest „nie płacz, nie śmiech ni skowyt, lecz czucie i rozumienie”  (“non ridere, non lugere, neque detestari, sed sentire et intelligere”)[1].

3. Z urodzenia jestem mózgowcem. Cierpienie zaś przede wszystkim dotyka sfery serca i ciała[2]. Dostałem więc w skórę dotkliwie i wiele. Bolesna i trudna lekcja! Czy zmądrzałem?

4. Z natury jestem sprawdzonym wojownikiem. Nie roztkliwiam się więc nad sobą, lecz póki sił starcza – walczę.

5. Nie czarujmy się, cierpienie nie uszlachetnia. Czasami hartuje, jak ogień. Zwykle boli, jak cierń bądź kolec, zawsze z wewnątrz do środka.

6. Krótko, odpowiedź na pytania ankiety brzmi więc: Spotkanie z mym – obecnie – autystycznym – synem to przede wszystkim cierpienie. Ale także radość.

Wdzięczność i nadzieja.

Wdzięczność

7. Wdzięczność za to, że Michał jest. Taki jak jest. Po prostu. Za żywe wspomnienia i żywe ciągłe nadzieje.

8. Wdzięczność dla tych, co już odeszli, a tak bardzo chcieli i często potrafili pomóc. Niech tu wspomnę tylko nazwiska zgasłych już: śp. wojewody małopolskiego Tadeusza Piekarza oraz śp. dr. Pawła Gizbert-Studnickiego. Pamięci tych dobrych ludzi dedykuję ten tekst mówiący, między innymi, o ich czynach.

9. Wdzięczność za czyny wcale licznych dobrych ludzi, wolontariuszy i innych, którzy starają się pomoc. Bóg zapłać.

Nadzieja

10. Nadzieja, że los naszych dzieci będzie odmieniony. Że przestaną tak cierpieć. Świat szeregu osób autystycznych, świat, jakim go widzą, opisują bowiem, jakże trafnie, słowa Szekspira: Świat jest „opowieścią idioty. Głośną, wrzaskliwą, a nic nieznaczącą”.

11. Nadzieja, że będą mogli żyć godnie. Że nie zostaną, pisząc wprost, zgładzeni, jak zabraknie ich rodziców.

12. Jaki jest bowiem dotychczasowy sposób postępowania w Polsce z dorosłymi osobami autystycznymi, gdy zabraknie ich rodzicom sił? Wspólnoty w rodzaju wspólnot Brata Alberta ich nie przyjmą, bo z pewnością zakłócą ich spokój, mir domowy. Trafią więc do Domów Pomocy Społecznej. Tam nie utrzymają się długo, bo warunki w nich panujące (tłok, brak personelu itp.) wywołać muszą ich furię. Trafią więc z kolei do szpitali psychiatrycznych, gdzie z tych samych powodów brani są w pasy – najczęściej bezterminowo. Skutkuje to zastoinowym zapaleniem płuc, po pewnym czasie ich śmiercią. Czy nie jest to w istocie pełna hipokryzji eksterminacja?

13. A przecie może być inaczej. Jeśli przywykną do życia na farmie dla dorosłych osób autystycznych, takich jak pierwsza tego typu farma w Polsce, rozwijana od ponad pięciu lat w Więckowicach koło Zabierzowa, to będą pędzili życie owocne i godne[3].

Mój syn, który od pięciu lat tam rezyduje i uczy się na farmera oraz stolarza, na pytanie zadane w reportażu telewizyjnym sprzed pół roku: „Kim jesteś?” odpowiedział sam z siebie: „Stolarzem i to brzmi po ludzku”.

I o to właśnie chodzi: żyć godnie, czyli po ludzku!

14. Nadzieja ta, wiara, żyje w sercach rodziców dorosłych osób autystycznych, ich prawdziwych przyjaciół i tych po prostu dobrych ludzi, w tym niektórych polityków i działaczy samorządowych,  którzy tworzą ów Kościół, wspólnotę nadziei.

Nadzieja bowiem, jak wiadomo, umiera ostatnia.

Konkluzja

15. Konkludując, spotkanie z chorobą mego syna, jego odmiennością,  z naszym losem, zmieniło:

Ad i) we mnie – prawie wszystko. Jakżeby mogło być inaczej, skoro w planie rodzinnym, gdzie miało być po prostu, normalnie, wszystko przestało być takie, a myśli me, jak każdego rodzica chorego dziecka, opanował strach: Co z nim będzie?;

Ad ii) w mym obrazie świata – wiele. Szczególnie w wymiarze „dobro–zło” otwieranym przez cierpienie;

Ad iii) w obrazie siebie samego – intelektualnie niewiele, choć temu, co jasne, nadało koloryt, głębię i nasycenie;

Ad iv) w obrazie bliźnich – znowu intelektualnie niewiele, choć w wymiarze serca – prawie wszystko. Wszak spotkanie z cierpieniem to spotkanie bezpośrednie, twarzą w twarz, z ludźmi dobrymi oraz z ludźmi złymi, z dobrem i złem. To zmienia zawsze.

Ludzi dobrych jak i złych moralnie spotykamy na co dzień. Wtedy często ich nie rozpoznajemy, jakby nie widzimy.

W potrzebie spotykamy ich w pełnym blasku, jasnym bądź ciemnym. Spotkanie ludzi złych, zła, jest przekleństwem. Spotkanie ludzi dobrych, dobra, jest błogosławieństwem.

Jeśli w ogóle jest jakiś profit z cierpienia, to płynie on wyłącznie ze spotkania owego dobra świadczonego w działaniu. Owych,  dosłownie, dobro-czyńców!

Mówiąc wprost, jeśli chodzi o pracujących na co dzień, to jakże trudno o owych czyniących dobro w wypadku osób autystycznych! Ludzie po prostu autystyków się boją.

Pamiętam do dziś, jak szlachetna i bardzo odważna osoba, z którą ja, moja (ex)żona i nasza przyjaciółka Teresa Jaśkiewicz-Obydzińska spotykaliśmy się w podziemiu solidarnościowym, zapytana czy działaniem swym nie objęłaby  osób autystycznych, odpowiedziała wprost, brutalnie, że nie, bo są oni za trudni i rozbiliby  każdą grupę osób z upośledzeniem „soft”. Z nimi przecie łatwo zrobić teatr, pojechać na wycieczkę itd. Że jeśli chcemy coś zrobić, to zróbmy sobie sami.

Ad v) i vi) Nie rozumiem, cóż me nieszczęścia miałyby zmienić w mym obrazie Boga oraz w mym stosunku do niego (jeśli jest)? Wiem, że niektórzy żydzi mają często prywatny stosunek do Pana Boga, pełen emocji i pretensji. Stąd żydzi nie mieli swej teologiki (jądra metafizyki). Ta, jak wiadomo, jest dziełem Arystotelesa i innych logików.

Jestem logikiem. Praktykuję więc opartą na wiedzy teo/logicznej wiarę w Boga, który jest zasadą, Logosem i stwórcą (Mojżesz, św. Jan Apostoł).

Pan Bóg nie jest z tego świata! (Chrystus). Ze świata, w którym często „dobrych ludzi spotykają nieszczęścia”. Świata, który jest padołem łez, pełnym zła pospolitego i tego w najwyższym stopniu fascynującego. W którym z upadku i od zatracenia ratują nas bezpośrednio i pośrednio – przez wskazanie – ludzie dobrzy, głównie ci, co dobru służą i dobrem żyją.

Tego na Górze uczył nas Jezus Chrystus. Temu świadczą ci, którzy czynem – czyniąc dobro – głoszą Dobro. Praktykują owo dobro Chrystusowe.

Jak Matka Teresa z Kalkuty, jak siostra Małgorzata Chmielewska ze Wspólnoty „Chleb życia”. Jak bliscy nam Nuela i Pat Mathewsowie z Irlandzkiego Towarzystwa Autystycznego, których śladem idziemy. Jak Jean Vanier.

Jak wreszcie ci, których z osobami autystycznymi wiąże owa wspólnota nadziei.

Jerzy Perzanowski, filozof, logik, kognitywista


ALINA ZAKRZEWSKA

Z osobami upośledzonymi umysłowo po raz pierwszy spotkałam się dwadzieścia lat temu w ruchu „Wiara i Światło”. Jako studentka psychologii, a później pedagogiki specjalnej w ciągu kilku lat zawiązałam wiele przyjaźni w tym środowisku. Był to dla mnie czas poszukiwań mego powołania, który zaprowadził mnie do wspólnoty „Arka” we Francji, gdzie od dwunastu lat mieszkam i dzielę życie z osobami z upośledzeniem.

Jeszcze żywe są w mojej pamięci strach i niepewność, których doświadczałam na kilka dni przed wyjazdem na pierwszy obóz z osobami dotąd mi nieznanymi, i pytanie, dlaczego się zgłosiłam, aby tam pojechać. Strach, który szybko ustąpił miejsca rosnącej radości. Być razem. Milcząc lub rozmawiając, spacerując lub uczestnicząc w rożnych zajęciach. Pomagając w codziennych czynnościach, jak pobudka, toaleta, ubieranie się, posiłki. Być obecnym, uważnym, otwartym.

To doświadczenie pogłębiło się, kiedy zamieszkałam w Arce w Trosly – w domu, który nazywa się „La Forestière” czyli „Leśniczówka”. Spędziłam w nim pięć lat. Mieszka w nim pięć kobiet i pięciu mężczyzn z głębokim upośledzeniem umysłowym oraz towarzyszący im asystenci przyjeżdżający najczęściej na rok. Tylko jedna z osób mówi kilka słów i prostych zdań. Większość domowników „La Forestière” nie chodzi samodzielnie i potrzebuje wózka inwalidzkiego. Wymagają też pomocy, aby wstać, wziąć kąpiel, ubrać się, spożywać posiłki.

Przyjeżdżając do Trosly, sama doświadczałam trudności w komunikowaniu się w obcym języku. Jednocześnie rzeczywistość domu, w którym się znalazłam, była tak specyficzna, że czułam się jak obcokrajowiec nie tylko we Francji, ale także w tym świecie, który uczyłam sie odkrywać. Ponownie było to zaproszenie do obecności, uważnego patrzenia i słuchania, odkrywania sensu gestów, krzyku, grymasu, ciszy, spojrzenia. Zaproszenie do obecności także wobec siebie samego i Pana Boga. Odkrywanie kim jestem, moich darów i zranień. Powolne schodzenie na poziom serca, które w jakiś niezwykły sposób doświadczało uzdrowienia. Myślę, że jest to doświadczenie misterium paschalnego, doświadczenie życia, które płynie z miejsc dotkniętych przez cierpienie.

Jednym z najpiękniejszych dla mnie odkryć było zdanie sobie sprawy, że osoby dotknięte głębokim upośledzeniem, z którymi mieszkałam, stały się dla mnie braćmi i siostrami i że dzielimy to samo człowieczeństwo, tę samą godność.

Bycie w „La Forestière” było dla mnie także czasem pogłębienia mego życia wewnętrznego i odnajdywania wewnętrznej jedności. Przebywanie z Edith, Yvon, Françoise i pozostałymi domownikami stało się źródłem mojej głębokiej radości, odpoczynku, wewnętrznego skupienia, modlitwy. Naturalne stało się dla mnie codzienne uczestniczenie w Eucharystii, odkrywanie modlitwy adoracji Najświętszego Sakramentu, powolne rozpoznawanie, czym jest życie eucharystyczne w codzienności.

W kontakcie z osobami z upośledzeniem odkryłam bliskość Jezusa, Jezusa cichego i pokornego. Jezusa, który wobec ludzkiego cierpienia przychodzi dać nam swoją siłę, abyśmy mogli nieść je razem z Nim. Jezusa, który chce być znakiem nadziei.

Alina Zakrzewska, psycholog, opiekun we wspólnocie Arka w Trosly-Breuil we Francji.


[1] Ma parafraza dictum Spinozy. Por. Jerzy Perzanowski Sentire et intelligere, „Znak–Idee” 4/1991, s. 11–16.

[2] Por. me Wymiary serca, „Kwartalnik Filozoficzny” 2008, t. 36 z. 3, s. 5–16.

[3] Zob. stronę: www.farma.org.pl

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata