70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nieświdomość wyraża sie przez sny

Sny pozwalają na poznanie zgromadzonej w nieświadomości wiedzy, czyli pewnych śladów wspomnieniowych, życiowych doświadczeń, które nas kształtują i właściwie decydują o tym, kim jesteśmy.

Maria Augustyniak: W wiedeńskim domu Freuda przy Berggasse 19 widnieje marmurowa tablica z napisem: „Tu 24 lipca 1895 roku doktorowi Sigmundowi Freudowi objawiła się tajemnica marzenia sennego”. Na czym polega ta tajemnica?

Edyta Biernacka: To był pomysł samego Freuda. Swojego przyjaciela, Fliessa, pytał, czy wyobraża sobie, że kiedyś pojawi się tam taka tablica. Pytanie to było nieco autoironiczne. Można jednak tę kwestię potraktować poważnie, symbolicznie, bo dzisiaj rzeczywiście uważamy, że myślenie o snach to początek psychoanalizy. Do czasów Freuda sny nie były obszarem zainteresowania psychologii. Warto zresztą pamiętać, że psychologii (w nowoczesnym sensie tego słowa) przed Freudem nie było. Owszem, psychiatrzy, neurolodzy interesowali się snem jako pewnym objawem zaburzenia funkcji psychicznych. Natomiast Sigmund Freud poszedł w inną stronę, zgodną z przeświadczeniem popularnej wiedzy, tzw. tradycji ludowej, ale też różnych nurtów obecnych w kulturze (na przykład w filozofii, poezji, sztuce), które przypisywały snom duże znaczenie. To, że sny coś znaczą, był to dla niego koronny argument, iż istnieje coś takiego jak nieświadomość, to znaczy że ludzkie procesy psychiczne nie ograniczają się do tego, co świadome. To właśnie próbował udowodnić, objaśniając marzenia senne.

Freud twierdził, że odkrycie nieświadomości jest zamachem na ludzki narcyzm. Zamachem już trzecim.  Pierwszy cios zadał, jego zdaniem, Kopernik, który wykazał, że ziemia nie jest „pępkiem świata”. Autorem drugiego ciosu był Darwin – twórca teorii ewolucji zacierającej wyraźną różnicę pomiędzy człowiekiem a zwierzętami. Sigmund Freud zaś, odkrywając ludzką nieświadomość, pokazał, że nie panujemy do końca nad sobą, czyli że nasze działania i zachowania są motywowane przez siły, które dla nas samych są nieznane.

A zatem Freud nie tylko odkrył nieświadomość, ale również ustanowił sen królewską drogą do niej. W jaki sposób marzenie senne umożliwia nam dostęp do tego, co nieświadome?

To droga królewska, gdyż jest stosunkowo najbardziej komfortowa ze wszystkich innych. Sny pozwalają na poznanie zgromadzonej w nieświadomości wiedzy, czyli pewnych śladów wspomnieniowych, życiowych doświadczeń, które nas kształtują i właściwie decydują o tym, kim jesteśmy. Wyobraźmy sobie, że nieświadomość to rodzaj swoistej magmy, gorącej lawy, która cały czas pulsuje, bulgocze, w której coś się nieustannie kotłuje. Freud uważał, że to „coś” nie ma żadnego kształtu, że samo w sobie jest zupełnie amorficzne. Jednakże różne fragmenty tej lawy, różne jej elementy mogą się we śnie „podkleić” pod pewne zdarzenia z jawy i dzięki nim uzyskać swoją formę, ujawnić swoje znaczenie. We śnie powstaje więc pas transmisyjny. Jego mechanizm jest taki, że tzw. „okruch z dnia” w jakiś nieświadomy sposób łączy się z fragmentem zawartości naszej nieświadomości i dzięki temu ta zawartość jest transmitowana do snu – przybiera możliwą do zrozumienia formę.

Ciekawe jednak, że to, co wydarzyło się za dnia, a co potem pojawia się we śnie, wydaje się przeważnie czymś obojętnym, nie najważniejszym spośród zdarzeń dziennych. Są to raczej sprawy poboczne, które nie przykuwały naszej uwagi.

Tak, bo te połączenia tworzą się na zupełnie innej zasadzie niż połączenia świadome. To, co świadomie uważamy za ważne, wedle Freuda możemy też świadomie „opracować”. To, o czym myślimy, o czym fantazjujemy na jawie i o czym prowadzimy dialogi wewnętrzne, zostaje opracowane i nie stanowi już pożywki dla nieświadomości. Natomiast rozmaite zdarzenia, nieistotne ze świadomej perspektywy, w nieświadomy sposób kojarzą się z czymś istotnym, bardzo nasyconym emocjonalnie, co pochodzi z tego nieświadomego obszaru. Freud podaje przykład spektakularnego snu, dotyczącego tematyki seksualnej. To dobry przykład, bo Freud zwykle kojarzy nam się z seksem, chociaż to wcale nieprawda, że psychoanaliza sprowadza wszystko do seksu… Otóż pewna pani z towarzystwa śni, że pełni jakąś funkcję w grupie kobiet, które mają spieszyć z humanitarną pomocą biednym żołnierzom ciężko doświadczonym w wojnie. Kobieta ta śni, że wybiera się do nich z wizytą. Spotyka różne osoby, którym mówi, że przyszła z misją, żeby… i tutaj padają niezrozumiałe słowa, które każą Freudowi domyślać się jednoznacznie seksualnego kontekstu usług, o których śniła owa kobieta. To wszystko ma taki związek z rzeczywistością, iż ta pani przeczytała w gazecie o kobiecej organizacji charytatywnej, pomagającej żołnierzom na froncie. I można powiedzieć, że ta raczej lakoniczna, zdawkowa notatka z gazety, nieświadomie skojarzyła jej się właśnie z takimi, a nie innymi usługami, które kobiety mogą świadczyć mężczyznom. Treść z gazety podłączyła się do treści pragnień nieświadomych i w ten sposób powróciła we śnie, nadając im taki właśnie seksualny kształt. Mamy tu klasyczny mechanizm „pasa transmisyjnego”. Pod treść przez świadomość niewykorzystaną „podkleja się” treść nieświadoma.

Wywołała Pani „wilka z lasu”: seks i psychoanaliza. Musimy koniecznie jeszcze do tego „kultowego” tematu wrócić. Na razie zatrzymajmy się na innej newralgicznej kwestii. Otóż, takie przekonanie, że źródłem marzenia sennego są z jednej strony  jakieś wrażenia z dnia i z drugiej to, co kipi w nieświadomości, jest jakoś „w poprzek” współczesnym naukowym odkryciom, że sen powstaje z przypadkowych wyładowań bioelektrycznej czynności mózgu, że poruszane są przypadkowe pola kojarzeniowe, ślady wspomnieniowe.

To prawda, i Freud zdawał sobie z tego sprawę. Dużą część Objaśniania marzeń sennych poświęcił dyskusji z takimi „mechanicznymi” teoriami, które mówią, że sen jest jakimś przypadkowym zakłóceniem. Uważał, iż jeśli coś istnieje w psychice, zawsze musi istnieć „po coś”, musi mieć swoją funkcję. Nic w życiu psychicznym nie zachodzi przypadkowo.

Jak jednak przekonać kogoś, komu własne sny jawią się jako teatr absurdu, że mają one swój cel i sens?

Często się zdarza w pracy z pacjentami, że przynoszą oni sny, które są kompletnie niezrozumiałe i wydają się całkiem absurdalne. Dopiero po jakimś czasie – nieraz po kilku dniach albo nawet po kilku miesiącach – różne elementy zaczynają się układać i okazuje się, że jest w nich zawarta bardzo istotna treść, którą da się zrozumieć i objąć świadomie objąć.

Czy można powiedzieć, że psychoterapeuci potrafią czytać w ludzkich snach?

Nie powiedziałabym tego w ten sposób. Freud od początku uważał, że sen, będąc komunikatem nieświadomości dla świadomości, jest zawsze wiadomością skierowaną do kogoś. Z reguły jest tak, że kiedy ktoś się interesuje czyimiś snami, na przykład terapeuta snami pacjentów, to tych snów zaczyna być więcej. Można powiedzieć, że psychika korzysta z okazji, żeby coś szybko zakomunikować.

Pacjent śni więc dla terapeuty?

Tak, ale nie na życzenie terapeuty, choć i to czasem się zdarza. Kontakt z terapeutą jest raczej „okazją”. Oto jest ktoś, kogo to obchodzi, kto zechce tego wysłuchać i pomóc zrozumieć. Dlatego powiedziałabym, że nie tyle czytamy w snach, ale że czynimy ze snów element dialogu z pacjentem. Dialogu pacjenta z terapeutą, ale przede wszystkim wewnętrznego dialogu, który pacjent prowadzi sam ze sobą, poznając siebie.

Czy można zatem powiedzieć, że badanie snów ma charakter terapeutyczny, że jest lekarstwem dla ludzkiej duszy?

Tak, w takim sensie, w jakim w ogóle badanie nieświadomości jest lekarstwem dla duszy. Freud uważał, że nasze nieszczęście i duża część naszego cierpienia polega na tym, że jesteśmy niezwykle wierni zawartym w nieświadomości przekonaniom na swój temat i na temat świata. Mówił, że ludzie wolą mieć rację, niż być szczęśliwi. Są to z reguły bardzo sztywne i trudno poddające się zmianom przekonania. Jest tak właśnie dlatego, że one są w dużej części nieświadome, czyli „zakryte”, głęboko „zakopane”. Żeby tu coś zmienić, musimy najpierw nadać temu jakąś formę, ująć to w jakiś zrozumiały język, a więc „odsłonić”, „wydobyć na światło dzienne”. Wtedy dopiero możemy się przekonać, że część tych naszych nieświadomych przekonań jest niedorzeczna i szkodliwa. Innymi słowy, zaczynamy widzieć, że nieświadomość dominuje w naszym przeżywaniu teraźniejszości, co oznacza, że na nieświadomym poziomie przeżywamy teraźniejszość jak sytuacje z przeszłości. Teraźniejsze miesza się z przeszłym.

To brzmi paradoksalnie…

To prawda, trzeba się jednak z tą dziwacznością oswoić. Oczywiście, jesteśmy świadomi, jaka jest data, godzina, ile mamy lat i co się dzieje w naszym życiu, ale Freud uważał, że – zwłaszcza w momentach kryzysowych, gdy jesteśmy bardzo obciążeni emocjonalnie – to, co nieświadome, zaczyna dominować, i zaczynamy patrzeć na rzeczywistość jakby przez filtr. Dopóki nie zdamy sobie z tego sprawy, dopóki nie zobaczymy, na czym polegają te nieświadome zniekształcenia w percepcji rzeczywistości, nie będziemy mogli wprowadzić tam żadnych zmian. Te zniekształcenia mogą dotyczyć przekonań na temat rzeczywistości zewnętrznej, tego, jaki jest świat. Przykładem mogą być ludzie przeświadczeni, że wszyscy są przeciwko nim wrogo nastawieni, wszyscy ich nienawidzą itd. Choć nie mają paranoi w sensie psychiatrycznym, reagują na świat, jakby tak było naprawdę. Z drugiej strony zniekształcenia te mogą dotyczyć przekonań na własny temat, na temat naszej rzeczywistości wewnętrznej. Tacy ludzie często sądzą, że są kompletnie bezwartościowi, zasługują na wszystko, co najgorsze, i zgodnie z takim „planem” działają. Dopiero kiedy te nieświadome przekonania się ujawnią, można zacząć z nimi dyskutować, zacząć wprowadzać w nich zmiany.

Czy może Pani podać jakiś przykład z własnej praktyki terapeutycznej?

Trudno mi się posługiwać przykładami snów moich pacjentów. Obowiązuje mnie dyskrecja. Sam Freud pozostawił dużo przykładów własnych snów. Są one bardzo instruktywne. Jeden ze znanych jego snów, tzw. sen o zastrzyku Irmy, prowadzi go na przykład do wniosku, że nie może znieść poczucia winy, związanego z niepowodzeniem w leczeniu pewnej pacjentki. Prawda, którą odkrywa, badając ten sen, jest taka, że Freud nie chce się czuć winny ani odpowiedzialny za swoje porażki, ale chce odnosić same sukcesy. Bez wątpienia lepiej wiedzieć coś takiego o sobie, niż nie zdawać sobie z tego sprawy. Bo w przeciwnym razie, działając pod wpływem nieświadomych pragnień, można wyrządzić wiele szkód i sobie, i innym. Takie nieświadome przekonania, doświadczenia czy pragnienia działają jak sugestie hipnotyczne. Freud o tym dobrze wiedział, bo sam od zjawiska hipnozy zaczynał. Ludzie po wybudzeniu działają pod wpływem sugestii, które otrzymali w stanie hipnozy, zupełnie nie wiedząc, dlaczego tak robią. Jeżeli ich spytać o powody, znajdują zwykle powierzchowne, racjonalizujące wytłumaczenie.

Chciałabym się na chwilę zatrzymać przy samej technice wyjaśniania marzeń sennych. W Objaśnianiu marzeń sennych Freud dowodzi, że istnieje technika, która umożliwia niezawodne i pełne wyjaśnienie każdego marzenia sennego.

Niezupełnie. Freud nie uważał bowiem, że można wyjaśnić każde marzenie senne, tym bardziej zaś, że każde marzenie można wyjaśnić do końca. Wręcz przeciwnie, on twierdził, że w każdym śnie jest dużo elementów, które muszą pozostać dla nas niezrozumiałe. Freud rzeczywiście opracował pewną technikę postępowania ze snami, ale w całe jego dzieło wpisany jest generalny dylemat, napięcie pomiędzy przekonaniem, że z każdym pacjentem pracuje się indywidualnie, że właściwie za każdym razem ma się do czynienia z zupełnie innym sposobem rozumowania, komunikowania się, a takim pragnieniem, żeby stworzyć uniwersalną technikę, metodę, która miałaby znamiona naukowości. Najbardziej charakterystyczna dla metody Freuda jest niezwykła drobiazgowość w postępowaniu psychoanalitycznym. We współczesnej psychoanalizie niezwykle rzadko pracuje się tak, jak Freud pracował ze snami. U niego każdy element był bardzo drobiazgowo badany, analizowany, konfrontowany ze skojarzeniami pacjenta.

Coś jednak musi wziąć górę: albo szuka się indywidualnego kontekstu, albo ucieka do języka symboli.

Zawsze szuka się indywidualnego kontekstu. I jest to dziedzictwo Freuda żywe we współczesnej psychoanalizie. Freud uważał, że znaczenia snów są absolutnie indywidualne.

Przyjmował jednak istnienie pewnych symboli, wspólnego języka mitów.

Niekoniecznie. Freud jest, niestety, w tym miejscu dość niespójny. Jego myśl była rozdarta pomiędzy takimi poszukiwaniami a doświadczeniem klinicznym, które mówiło, że u każdego pacjenta jest inaczej, jeśli chodzi o dobór symboli.

Ale Freud pisał, że król i królowa to zawsze rodzice, pokoje to zawsze kobiety..

Nie, nie… Uważał, że często może tak być. Natomiast na pewno nie tworzył sennika. W Objaśnianiu marzeń sennych pisał, że w psychoanalizie nie da się tego zrobić. Tego rodzaju techniki na pewno nie tworzył, choć chwilami rzeczywiście brało w nim górę pragnienie wprowadzania jakiegoś porządku w to całe myślenie. W tej chwili na pewno dużo większe znaczenie przywiązuje się do relacyjności snu, do jego kontekstu. Liczy się moment, w którym jest on opowiedziany; sytuacja panująca aktualnie w relacji między pacjentem a terapeutą, emocjonalna zawartość.

Czy terapeuci w ogóle mają dostęp do czystego marzenia sennego, czy też tylko do tych treści, które pacjent z trudem sobie przypomina i które muszą być przez pamięć zniekształcone? I czy to nie utrudnia terapeutom dostępu  do nieświadomości?

I tak, i nie. Oczywiście, mamy dostęp tylko do tego, co pacjent opowie. A to już jest jakoś opracowane. Freud uważał, że nasz umysł funkcjonuje w ten sposób, że lubi porządek, więc jak się coś opowiada, robi się to zawsze w uporządkowany sposób. Opowiadając sen, próbujemy nadać mu jakiś sens. Sposób, w jaki sen opowiadamy, Freud nazwał wtórnym opracowaniem. To jeden z mechanizmów działających we śnie i zniekształcających prawdziwe treści marzenia sennego. Freud mówiąc o wtórnym opracowaniu, opisuje proste rzeczy: na przykład coś jest opowiedziane jako element tła, nieistotny, epizodyczny, a tak naprawdę to jest centralna sprawa. Albo coś zostaje obwarowane zastrzeżeniem, na przykład ktoś mówi: „w tym śnie jest jakaś kobieta, ale to na pewno nie jest moja matka”. Tego rodzaju opracowanie jest dokonywane już w trakcie opowiadania i ono samo naprowadza nas na pewien trop myślenia. W przywołanym śnie chodziło prawdopodobnie właśnie o matkę. Jak pacjent próbuje coś zamaskować, to jednocześnie też wskazuje, że coś jest na rzeczy.

A pozostałe mechanizmy, o których wspomina Freud?

Jeżeli mówimy o technice pracy ze snami, to myślimy o tym, jak sen zniekształca rzeczywistość, jaki jest kod, czy sposób szyfrowania tej rzeczywistości. Oprócz wspomnianego wtórnego opracowania Freud opisał jeszcze trzy mechanizmy. Pierwszy to kondensacja, która sprawia, że w jednej sytuacji ze snu zawartych jest wiele różnych sytuacji z życia, na przykład we wspomnianym śnie o zastrzyku Irmy mamy sytuację przyjęcia i rozmowy z pacjentką. Otóż Freud kojarzy z tym co najmniej pięć czy nawet sześć sytuacji z życia, których elementy są skondensowane właśnie w tej jednej sytuacji przedstawionej we śnie. Drugi mechanizm to przemieszczenie, zachodzące wtedy, gdy jakaś sytuacja we śnie zastępuje inną z rzeczywistości, na przykład mój szef mnie jakoś bardzo źle potraktował, a śnię, że jakiś inny szef  bardzo źle potraktował kogoś innego. To jest dość prosty mechanizm, który akurat najłatwiej wykryć. Trzeci mechanizm to symbolizacja – najbardziej skomplikowany, bo tutaj rzeczywiście dobór symboli jest bardzo indywidualny. Najkrócej rzecz ujmując, jakieś zagadnienie jest we śnie symbolizowane przez jakieś inne zagadnienie. Pacjent śni burzę i musimy się domyślić, co ta burza dla niego znaczy: czy namiętność, czy  wściekłość, czy lęk, czy też jego burzliwą relację z matką, czy cokolwiek innego. Symbolizacja oznacza więc przedstawienie za pomocą jakiegoś obrazu treści, które są treściami psychicznymi. Trzeba ogromnej pracy, by to objaśnić.

Czy znaczy to również, że sensów marzenia sennego może być wiele, czy też szukamy tego jednego, zadowalającego wyjaśnienia?

Nie, sen zawsze jest wieloznaczny i tych tłumaczeń może być kilka naraz, często nawet ze sobą sprzecznych. Pozwala na to wspomniany już mechanizm kondensacji. Freud uważał, że w działaniu nieświadomości nie obowiązuje logiczna zasada niesprzeczności ani inne prawa, które obowiązują w naszej świadomej logice. Można śnić o tym, że się jednocześnie czegoś chce i nie chce, albo że jednocześnie się coś ma i się tego nie ma. Oczywiście, chcieć i jednocześnie nie chcieć czegoś można i na jawie, ale mieć i nie mieć tej samej rzeczy jest już bardzo trudno. W tłumaczeniu snów dopuszczalne są zatem sprzeczne wyjaśnienia. Oba mogą być prawdziwe, bo pokazują różne aspekty psychiki.

Co sprawia, że niektóre sny pamiętamy bardzo dobrze, inne zaś zupełnie nam się zacierają?

Freud uważał, że te sny których nie pamiętamy, już spełniły swoją rolę. Jakiś problem, który nas dręczył, znalazł w tym śnie rozwiązanie. Nie ma potrzeby do tego wracać. Natomiast sny, które dobrze pamiętamy, albo te sny, które powtarzają się często, zawierają taki materiał z obszaru nieświadomości, który się domaga wyjaśnienia, który jest istotną informacją płynącą do nas z nieświadomości.Jeśli jakiś sen nas gnębi, powraca, ciągle go pamiętamy, to warto nad nim pomyśleć. Pomyśleć choćby w taki sposób, że każda z tych rzeczy, która jest we śnie, to jakiś mój „kawałek”. Ten moment w terapii, kiedy pacjenci zaczynają śnić, jest zwykle momentem ulgi, nawet jeśli te sny są koszmarne. Kiedy nie wszystko już musi się dziać na bieżąco, kiedy można fantazjować na ten temat – wszystko robi się bezpieczniejsze.

Warto może wspomnieć o jeszcze jednej funkcji snu. Sigmund Freud pisał, że sytuacje rozgrywające się we śnie są spełnieniem naszych pragnień. Chodzi o to, że wiele naszych pragnień jest niemożliwych do spełnienia w rzeczywistości. Dlatego, żeby jakoś poradzić sobie z frustracją, która stąd wynika, śnimy o ich spełnieniu. To mogą być bardzo różne pragnienia, oczywiście także seksualne, ale nie tylko i nie przede wszystkim. W Objaśnianiu marzeń sennych sny o takiej treści zajmują naprawdę marginalną pozycję. Natomiast są tam opisywane sny, które dotyczą najróżniejszych pragnień, począwszy od snów dzieci, które nie mogły zjeść truskawek za dnia i śnią, że je zjadły w nocy, po sny lękowe, którymi Freud się długo zajmował, a które – jak dowiódł – mogą być wyrazem poczucia winy i pragnienia ukarania siebie.

Ale czy takie spełnienie życzenia we śnie, takie zaspokojenie zastępcze, może człowiekowi wystarczyć?

Musi wystarczyć, ponieważ te pragnienia są i tak nie do spełnienia w rzeczywistości. Po prostu nie ma innego wyjścia. Gdy Freud pisał Objaśnianie…, zwracał uwagę na niezgodność z rzeczywistością. To znaczy na to, że gdyby te pragnienia były spełniane w rzeczywistości, to prowadziłyby do jej zniszczenia, do destrukcji naszych relacji z innymi, naszego przekonania o sobie etc. W takiej perspektywie nie ma nic lepszego niż spełnienie we śnie. To musi wystarczyć.

Czyli to dobrze, że śnimy?

Oczywiście! Freud uważał, że to jest niezbędne dla naszego zdrowia psychicznego. Wszyscy psychiatrzy wiedzą, że problemy się zaczynają, kiedy nie można spać. Bo to znaczy, że nasz aparat psychiczny nie może przepracować naporu nieświadomych treści. Zalewają one naszą świadomą część, dezorganizują ją i zaczynamy wtedy robić w życiu różne rzeczy… Psychoterapeuci to nazywają acting out. Nagromadzone napięcie, którego nie można wyrazić, nie można fantazjować na ten temat, nie można tego opracować siłami psychicznymi, zaczyna być opracowywane w działaniu. Przez alkohol, narkotyki czy nadużywanie leków, czy przez to, że ktoś zmienia po raz trzydziesty pracę albo czternasty związek mu się rozsypuje, ponieważ nie umie tego, co się w nim dzieje, opracować siłami psychicznymi.

Chciałam jednak wrócić do sprawy spełniania pragnień. Nie jest całkiem tak, że sny są tylko od tego. Jest wiele fragmentów w Objaśnianiu marzeń sennych, w których Freud sugeruje, że marzenie senne odkrywa pewną prawdę o nas – taką prawdę, o której nie chcemy wiedzieć. To nigdzie nie zostało powiedziane przez niego wprost, ale wydaje się, że to jest bardzo istotna funkcja snu. Sny dostarczają nam wiedzy na temat naszego życia psychicznego. Pozwalają nam je trochę poobserwować, lepiej się zorientować, co się w nas dzieje. Przecież na co dzień tego raczej nie obserwujemy, nie zastanawiamy się, co czujemy i dlaczego, nie pytamy o to, co kształtuje tak, a nie inaczej nasze relacje. Robimy to tylko w szczególnych i bardzo kryzysowych momentach. I pomagają w tym sny.

A czy jest możliwe zrozumienie snu samemu, bez pomocy drugiej osoby, w szczególności bez pomocy terapeuty?

Tak, oczywiście, że tak. Kiedy razem z pacjentem pracujemy nad jego snem, zawsze zakładam, że pacjent jest najlepszym specjalistą od własnych snów i że to on ten sen zrozumie. Ja mogę mu tylko pomóc znaleźć pewne połączenia, nowe konteksty, podzielić się swoim doświadczeniem i swoim przeżywaniem tego, co pacjent wnosi. Natomiast to nie jest tak, że na przykład przychodzi pacjentka i mówi: „śniło mi się dzisiaj, że jechałam windą”, a ja jej na to: „ach, to znaczy, że pani ma jakieś pragnienia seksualne wobec swojego ojca”. To w ogóle nie działa w ten sposób. W terapii chodzi o wspólną pracę, o wspólne rozumienie i oczywiście można to zrobić również samemu. Na pewno jednak terapia jest pomocna, bo to jest rzecz niezmiernie trudna, być uczciwym wobec samego siebie. Jest naprawdę bardzo wiele rzeczy, których my o sobie nie chcemy wiedzieć. I często nie potrzebujemy tego wiedzieć, jakoś żyjemy bez tej wiedzy.

Jeśli jest to raczej nieprzyjemna wiedza o nas, po co ją wydobywać? Po co mieć poczucie własnej potworności i płynący stąd dotkliwy dyskomfort?

Nie ma żadnego powodu tak długo, jak długo się nie znajdziemy w sytuacji, w której się zwracamy do terapeuty, w sytuacji kryzysu. Nikt dla przyjemności na terapię nie chodzi. Ludzie przychodzą na terapię dlatego, że zawiodły ich dotychczasowe sposoby radzenia sobie, a to znaczy, że muszą się dowiedzieć, co zawiodło. Co i dlaczego jest nie tak. I wtedy potrzebny jest ktoś, kto będzie te przykre rzeczy miał odwagę powiedzieć. Potrzebna jest czyjaś odwaga, której my sami wobec siebie nie mamy, a jednocześnie czyjeś towarzyszenie, które da nam oparcie w odważnym odkrywaniu tej prawdy.

Ta prawda jest nieprzyjemna chyba także i dlatego, że we śnie robimy rzeczy, które na jawie byłyby niedopuszczalne moralnie. Czy analiza snów nie jest jakoś „niemoralna”? Freud przecież twierdzi, że jest taka sfera w nas, która nie poddaje się regulacji etyczno-moralnej i w jakiś sposób kpi sobie z różnych nakazów, zakazów. Jest „poza dobrem i złem”.

W jakimś sensie to prawda. Nawet postawiono Freudowi, gdy tylko zaczął się psychoanalizą zajmować, zarzut, że zachęca kobiety do tego, by sobie znajdowały kochanków w celu realizacji swoich pragnień seksualnych. I Freud wtedy odpisał bardzo przytomnie, że kobiety brały sobie kochanków dużo wcześniej, zanim się pojawiła psychoanaliza, i że tak naprawdę nie potrzebują tego typu podpowiedzi ani kobiety, ani mężczyźni. Można powiedzieć, że Freud uważał, że dzięki psychoanalizie można zyskać pewien szczególny rodzaj etyki, który polega na uczciwości wobec siebie. Dzięki psychoanalizie człowiek się nie okłamuje. Jeżeli robi złe rzeczy, niszczące, to wie, że to robi i dlaczego to robi. Oczywiście, psychoanaliza nikogo nie uchroni od dokonywania takich wyborów, ale można powiedzieć, że czyni je świadomymi. Hanna Segal napisała w tym kontekście, że skutkiem psychoanalizy jest uzyskanie wewnętrznej wolności polegającej na tym, że zaczynamy świadomie dokonywać różnych wyborów i nie mamy poczucia, iż jesteśmy więźniami naszej historii, różnych okoliczności życiowych. Dzięki psychoanalizie przestajemy być krańcowo zdeterminowani przez doświadczenia, które mieliśmy w życiu. Owszem, to wszystko nadal składa się na naszą tożsamość, ale poza tym mamy dość duży margines wolności, w którym możemy decydować, kim chcemy być i jak chcemy wybierać.

Skoro – wedle Freuda – to, co wyłania się z nieświadomości, jawi się jako tak potworne, to czy nie podważa on fundamentalnej dla kultury Zachodu tezy, że człowiek jest ze swej natury dobry?

Freud uważał, że jesteśmy złożeni z konfliktu. Że jest w nas konflikt pomiędzy takimi siłami, które opowiadają się po stronie życia, i siłami, które opowiadają się po stronie śmierci. I tak jesteśmy wyposażeni przez naturę, że jedni z nas mają więcej tych sił po stronie życia, a drudzy mają więcej sił po stronie śmierci, ale to nie znaczy, że są złymi ludźmi. Tu w ogóle nie chodzi o kategorie moralne. Chodzi o to, że ci, którzy mają więcej sił po stronie śmierci, muszą się zmagać z większym lekiem, napięciem, z większą nieufnością wobec świata, z własną wzmożoną agresywnością. Mogą to opracować lepiej lub gorzej, mogą zostać psychopatami, ale mogą też całkiem nieźle radzić sobie w życiu.

Po pierwsze zatem, Freud z pewnością nie powiedziałby, że człowiek jest dobry. Powiedziałby raczej, że człowiek może stać się dobry, że może dokonać takiego wyboru, jeśli ma takie warunki, które umożliwią mu rozwój. Po drugie, wedle Freuda, wiedza, która się wyłania z nieświadomości, jest rzeczywiście bolesna, ale nie musi być przerażająca. Przerażenie pojawia się wtedy, gdy nie wiemy jeszcze, co w tej nieświadomej sferze siedzi. Kiedy się to w trakcie terapii stopniowo poznaje, kiedy zyskuje to swą konkretną formę, zostaje nazwane i zaczynamy się dowiadywać, na czym to polega, wtedy okazuje się, że choć to nie jest przyjemne, nie jest to też żaden koniec świata, gdy wie się coś takiego o sobie. A więc psychoanaliza pozwala człowiekowi tolerować prawdę na swój temat i właśnie nie robić z tego horroru. Są we mnie też mało eleganckie obszary, i mało piękne, i mało szlachetne. Jeżeli wiem, że tak jest, to mogę coś z tym zrobić, mogę próbować jakoś nad tym zapanować, mogę coś wybierać. Czując jakieś poruszenie w środku, potrafię rozpoznać, że to jest na przykład zawiść albo zazdrość, i mogę się temu poddać albo nie. Bez rozeznania, co mnie pcha do działania, nie miałabym wielkiego wyboru, musiałabym temu ulec.

Nasuwa mi się pytanie przewrotne: czy w świetle Freuda można w ogóle utrzymać rozróżnienie pomiędzy snem i jawą? I czy to, co nazywamy jawą, nie przysłania nam raczej, zamiast odkrywać, rzeczywistości, prawdy o nas?

To bardzo skomplikowana kwestia. Freud uważał, że musimy jakąś część naszej psychiki, naszych przeżyć, trzymać w nieświadomości. Gdyby to cały czas buzowało, dominowało, wylewało się i zalewało naszą świadomość, nie bylibyśmy w stanie funkcjonować, nie bylibyśmy w stanie kontaktować się z rzeczywistością zewnętrzną. I tak się dzieje w psychozie. Tam treści psychiczne przedzierają się przez tę barierę pomiędzy światem wewnątrzpsychicznym i zewnątrzpsychicznym. Zaczynają dominować i wtedy rzeczywiście sen i jawa są nie do rozróżnienia. Natomiast we wszystkich innych przypadkach, gdy te bariery są zachowane, wtedy – wedle Freuda – funkcjonujemy z reguły spokojnie i dobrze, z wyjątkiem tych sytuacji, które budzą w nas największe emocje, bo gwałtownie wywołują ukryte w nieświadomości treści. Otóż w takich mniej lub bardziej wyjątkowych sytuacjach – gdy jakieś zdarzenia zewnętrzne kojarzą nam się nieświadomie z czymś, czego kiedyś w sposób traumatyczny doświadczyliśmy – nadajemy im nieświadomie takie znaczenie, jakie miały te przeszłe doświadczenia. Przykładem może być osoba, która została wykorzystana  seksualnie. Otóż nawet jeśli wie o tym, że była kiedyś ofiarą nadużycia, może nie wiedzieć, że każdą sytuację zbliżenia przeżywa jak nadużycie. Reaguje tak, ale nie wie nawet, że to robi.

Czy tylko najbardziej bolesne sprawy z naszego życia zostają utrwalone w ten sposób?

Sprawy nieopracowane. Takie, których w momencie, gdy się wydarzyły, nie byliśmy w stanie sobie dobrze przyswoić. To te „kawałki” w magmie nieświadomości, które się w niej nie rozpuściły, nie zintegrowały z całą resztą. To są wydarzenia, które w jakiś sposób były traumatyczne, ale nie w takim znaczeniu, że ktoś nam zrobił straszliwą krzywdę, ale że w momencie, kiedy się nam przytrafiły, byliśmy zbyt niedojrzali, nie mieliśmy możliwości, by tę sytuację w pełni włączyć w obręb swojego doświadczenia. Taki niezintegrowany „kawałek”, póki się całkowicie „nie rozpuści”, będzie nas bolał i gniótł, i cały czas uciskał, wykorzystując każdy sen i każdą sytuację, która choć trochę będzie do tamtej podobna, żeby się nam przypominać, żeby nas gnębić.

Rozumiem, że nie chodzi jednak o takie flashback’i, które są dosłownym powracaniem we śnie tych trudnych przeżyć w tej formie, w jakiej się zdarzyły?

Tu chodzi o coś innego. Podam przykład, pochodzący od angielskiego psychoanalityka Casement’a, opisującego przypadek pacjentki, która jako dziecko uległa rozległemu poparzeniu i musiała przejść szereg bolesnych operacji. Miała ona takie wspomnienie, które uważała za swą największą traumę: w momencie, gdy miała być poddana narkozie przed kolejną operacją, trzymająca ją za rękę matka nie wytrzymała tego i zemdlała. Pacjentka pamiętała ten moment, kiedy ręka matki wysuwa się z jej ręki. Miała wtedy około sześciu lat. Casement długo pracował z nią nad tym wspomnieniem, utrwalonym w niej jako sytuacja opuszczenia. Pacjentka bała się bowiem wszelkich bliskich związków, bała się komukolwiek zaufać, bo uważała, że w kluczowym momencie na pewno ta osoba zawiedzie. Jest to bardzo poruszający opis terapii. Ona bardzo chciała, by terapeuta trzymał ja za rękę w trakcie sesji. Z biegiem czasu okazało się jednak, że było coś, czego ona nie pamiętała, a co wydarzyło się wcześniej. To wyszło na jaw w trakcie dalszej psychoanalizy, najpierw w klimacie emocjonalnym spotkań z terapeutą, by potem ujawnić się jako wspomnienie. Otóż okazało się, że po poparzeniu, przez bardzo wiele miesięcy, kiedy rany się goiły, matka nie mogła jej przytulać. Okazało się, że to była prawdziwa trauma, która sprawiała, że każdą głębszą relację pacjentka przeżywała w ten sposób, że jest ktoś, kto nie może podejść i nie może przekroczyć pewnych ograniczeń. I jest w tej sytuacji tak samo bezradny jak ona. Są różne rodzaje traumy, nie zawsze wiążą się one z jakimś konkretnym wspomnieniem, które można w terapii wydobyć. Może to być na przykład jakieś przekonanie o sobie, o świecie. W psychoanalizie funkcjonuje pojęcie „skumulowanej traumy”, odnoszące się do sytuacji, które same w sobie nie musiały być traumatyczne, ale z jakichś powodów nie udało się ich opracować. Rodzice są czasem trochę nieuważni, opuszczający, niewystarczająco rozumiejący czy opiekuńczy, czasem impulsywni, jak wszyscy normalni rodzice, a z jakichś powodów dzieciom nie bardzo udaje się opracować takie doświadczenia i przejść ponad nimi. Uważa się, że często jest tak dlatego, iż rodzice nie byli w stanie zauważyć, że dziecko zostało przez to zranione. Nie samo zranienie jest kluczowe, ale to że rodzice nie byli w stanie tego zarejestrować i zareagować. Tu właśnie otwiera się pole dla psychoanalizy czy w ogóle dla psychoterapii. Pełni ona funkcje rodzicielską w tym sensie, że daje rozumienie, którego kiedyś zabrakło. Robi to w tym celu, aby ten uwierający „kamień” został wydobyty z nieświadomości na powierzchnię, byśmy mogli go „wziąć”, „ogrzać”, „obejrzeć” i „rozpuścić”, żeby spokojnie tam sobie został i nas więcej nie dręczył.

Można powiedzieć, że tylko tyle i aż tyle, bo czy samo rozumienie może być uzdrawiające?

Wszyscy pacjenci o to pytają. „Czy pani mnie wyleczy rozmową, czy pani mnie wyleczy tym, że pani będzie mnie rozumiała?” To jest temat na inną rozmowę, musiałybyśmy powiedzieć o fenomenie przeniesienia, które jest w gabinecie odpowiednikiem snu. Wszystko, co nas boli w nieświadomości, wszystko, co najgorszego spotkało nas w życiu, odtwarza się w rozmowie z terapeutą. Rozumienie, które tu się dokonuje, oznacza bardzo intensywne emocjonalne uczestnictwo w doświadczeniu pacjenta. To nie jest tak, jak w filmach Woody Allena, że przychodzi pacjent, a psychoanalityk mówi: „to wszystko przez to, że chciał pan się przespać ze swoją mamusią i usunąć swojego tatusia”. Uczestniczymy z pacjentami w niezwykle emocjonalnym, żywym doświadczaniu od nowa najgorszych sytuacji ich życia, stajemy się ich elementem. To próbujemy ogarniać.

Wydaje się, że tendencja naszych czasów jest odwrotna: im mniej myślimy, tym lepiej.

Tak. I jest tu jeszcze jedna ważna rzecz do powiedzenia. Freud mniej o tym pisał, więcej jego następcy, na przykład Melanie Klein. Otóż utrzymywanie różnych rzeczy w nieświadomości i niezajmowanie się nimi ma swoją cenę. Jest nią zubażanie siebie. Nie jest bowiem tak, że można się czegokolwiek ze swej nieświadomości pozbyć, nie zajmując się tym. To również jest część nas – tacy jesteśmy. Jeśli decydujemy się tego nie widzieć, jakoś się zubażamy, jakbyśmy sobie sami zasłonili jedno oko i tylko jednym okiem próbowali patrzeć na świat. Ostatecznie da się. Ale to jest przecież istotne zubożenie. I tak samo, jeśli chodzi o doświadczanie treści nieświadomych. Póki wszystko w naszym życiu jest dobrze – nie ma problemu. Natomiast w momencie kryzysu, kiedy życie nam się wali, można powiedzieć, że doprowadziliśmy się już do takiego stanu, w którym nazbyt siebie zubożyliśmy i nie potrafimy dobrze tego świata rozeznać. Wtedy próbujemy dowiedzieć się, co się dzieje. Psychoanaliza pozwala odzyskać te utracone kawałki siebie, których nie chcieliśmy, bo wydawały się paskudne, ale których pozbywanie się naraziło nas na potworne koszty.

Wróćmy jeszcze do tego seksu, który się nam silnie z Freudem kojarzy. Slavoj Žižek twierdzi, że dla psychoanalityka wszystkie sny mają znaczenie seksualne, z wyjątkiem tych, które mówią bezpośrednio o seksie. Czy rzeczywiście sny ujawniają przede wszystkim nasze pragnienia seksualne, perwersje, upodobania, czy może psychoanaliza przeerotyzowuje treść marzeń sennych?

Žižek jest bardzo błyskotliwy, i to jego główna zaleta. Bo to jego twierdzenie nie jest prawdziwe. Pracuję już ładnych parę lat w tym zawodzie i – nie chcę skłamać – ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć snu mojego pacjenta, który byłby wyrazem pragnień seksualnych. To, że chcemy się z kimś przespać, to akurat mniej więcej wiemy, z tego zdajemy sobie sprawę. Nie wydaje mi się, by współcześnie tabu związane z seksem było tak surowe jak kiedyś. Swoje fantazje na ten temat raczej swobodnie wyrażamy. Ja zaobserwowałam coś innego. Ludzie się nie wstydzą pragnień seksualnych, natomiast wstydzą się czułości, pragnień związanych z czułością, z bliskością. To, że powiązano psychoanalizę z doszukiwaniem się we wszystkim podtekstów i znaczeń seksualnych, wynika po części z ducha czasów, w których przyszło żyć Freudowi. To był czas niezwykle pruderyjny, a tak naprawdę: perwersyjny;   kultura, z jednej strony, niezwykle restrykcyjna i represyjna, ale zarazem tolerująca całe sieci domów publicznych, hipokryzję w dziedzinie traktowania kobiet itd. Tezy dotyczące życia seksualnego wywoływały wówczas najwięcej protestów, oskarżeń. Freud musiał się bronić, tłumaczyć swój punkt widzenia. Wydaje mi się, że w tej chwili to nie robi na nikim większego wrażenia. Wiedza, iż dzieci w wieku dwóch lat się masturbują i mają pragnienia seksualne, jest dosyć powszechna i nikt tego nie uważa za szczególną patologię, jeśli zaobserwuje to u swojego dziecka. Nie włazimy z czterolatkiem do wanny, nie sypiamy z dziećmi właśnie dlatego, że wiemy, iż od początku jesteśmy wyposażeni w różne pragnienia, również seksualne. I jeżeli nie zaprowadzamy w tym porządku, to prowadzi to do różnych nadużyć. Notabene, to jest wiedza, którą pozostawił nam Sigmund Freud.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata