70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Radio Maryja a społeczeństwo obywatelskie

Słuchacze Radia Maryja traktowani bywają jako armia niewykształconych staruszek oraz innych „odpadów transformacji” – a tacy ludzie niejako z definicji nie mogą stworzyć społeczeństwa obywatelskiego. To pogląd błędny i w nim leży przyczyna niedostrzegania zarówno źródeł sukcesu Radia, jak i jego atrakcyjności.

Celem tego tekstu jest analiza kulturowego statusu toruńskiej rozgłośni w świetle koncepcji civil society[1]. Artykuł zawiera odmienną od powszechnie przyjmowanej interpretację atrakcyjności Radia Maryja dla pewnej grupy słuchaczy. Podczas gdy standardowe wyjaśnienia w sposób pośredni opierają się na przesłankach marksistowskich (religijny populizm jako kompensator – swoiste opium – dla zawiedzionych transformacją 1989 roku), proponowane tu wytłumaczenie akcentuje rolę Radia i tworzonych wokół niego struktur jako generatora kapitału społecznego, dostarczyciela zasobów kulturowych, które dla licznych osób są trudno dostępne (na przykład z powodu ograniczeń finansowych). W efekcie toruńska rozgłośnia stanowi przykład jednej z najbardziej prężnych w Polsce inicjatyw oddolnych. Paradoksalnie jednak głoszone przez nią treści mają charakter populistyczny, ksenofobiczny, a czasem wręcz przeciwny interesom narodowym kraju. Przypadek rozgłośni i zorganizowanego przez jej twórcę ruchu wymaga zatem doprecyzowania i rozwinięcia problemu „nieliberalnego społeczeństwa obywatelskiego”, a w szczególności rozstrzygnięcia, czy samo to wyrażenie nie jest wewnętrznie sprzeczne.

Społeczeństwo obywatelskie – wokół definicji

Społeczeństwo obywatelskie definiuje się najczęściej jako spontaniczną, oddolną i zorganizowaną w mniej lub bardziej stabilne struktury mobilizację członków danej społeczności w celu osiągnięcia założonych celów. Przymiotnik „obywatelskie” sugeruje, iż ta forma ludzkiej aktywności możliwa jest zasadniczo jedynie w tych typach ustrojów, w których ludzie traktowani są jako obywatele właśnie, a więc jako współodpowiedzialni i zdolni do współrządzenia partnerzy władzy państwowej. Ernst Wolfgang Böckenförde i Edward Shils[2] wśród cech takiego ustroju wymieniają między innymi: rządy prawa, szeroki udział obywateli w rządzeniu, wolność prasy, zgromadzeń i stowarzyszania się, trójpodział władz, poszanowanie własności prywatnej oraz uznanie praw człowieka. Istotnym elementem wielu definicji społeczeństwa obywatelskiego jest również podkreślenie, że stanowi ono sferę działań zbiorowych autonomiczną wobec państwa, choć różnie zakreśla się granice tej autonomii. Te dwie cechy – demokratyczny charakter ustroju będącego „środowiskiem naturalnym” społeczeństwa obywatelskiego i niezależność od państwa – są tu kluczowe. Jeśli którąś z nich pominąć, omawiane pojęcie traci swoje znaczenie: wszak i w III Rzeszy istniała bardzo rozbudowana sfera stowarzyszeń masowych, organizacji młodzieżowych, bractw sportowych, paramilitarnych etc. – były one jednak inspirowane przez państwo, zaś członkostwo na pewnym etapie stało się obowiązkowe.

Przytoczona definicja jest jednak nadal niewystarczająca – podane kryteria spełniają przecież również na przykład związki przestępcze – są one niezależne od państwa i doskonale czują się w systemie demokratycznym. Aby usunąć ten defekt, dodaje się dwa kolejne kryteria. Po pierwsze, celem działania instytucji czy też składników społeczeństwa obywatelskiego powinno być dobro wspólne, nie zaś jednostkowe lub grupowe. Po drugie, zachowanie ludzi zaangażowanych w te działania powinno cechować się czymś, co angielscy filozofowie określili mianem civilty, a co można przetłumaczyć jako „ogładę polityczną” bądź szerzej: „uprzejmość”, „grzeczność”.

Oba te kryteria są, niestety, nieostre, czyniąc z koncepcji społeczeństwa obywatelskiego raczej szlachetny ideał niż pojęcie z zakresu nauk społecznych. W jaki sposób bowiem zoperacjonalizować pojęcie „dobra wspólnego”? Zawsze przecież będzie ono inaczej definiowane przez różnych aktorów. W skrajnych, choć pewnie wcale nierzadkich sytuacjach dochodzić będzie do utożsamienia dobra wspólnego z interesem prywatnym bądź grupowym, w myśl słynnego (i zapewne szczerego) powiedzenia szefów amerykańskiego koncernu: „Co jest dobre dla General Motors, jest dobre dla Stanów Zjednoczonych”. To, że każdy owo dobro wspólne może rozumieć inaczej, nie zmienia jednak faktu, że celem działań może być zmiana lub utrzymanie pewnego stanu życia zbiorowego. Z tego właśnie powodu niektórzy teoretycy uznają sferę gospodarki i polityki partyjnej za pozostające poza obrębem społeczeństwa obywatelskiego. Partie polityczne ze swej definicji są przecież wcieleniem interesów grupowych, stanowiąc ponadto mechanizm wyniesienia do władzy jednostek; gospodarka zaś to przede wszystkim sfera poszukiwania indywidualnego bądź korporacyjnego sukcesu finansowego.

Dużo trudniej zoperacjonalizować drugi z proponowanych składników definicji. To, czy dane zachowanie uznamy za przejaw „politycznej ogłady”, zależeć będzie od tego, jak wysoko umieścimy poprzeczkę. Demokrację można zdefiniować jako ustrój, w którym zmiana władzy odbywa się w sposób bezkrwawy i zgodny z prawem (wersja minimalna), albo jako ustrój w którym obywatele dojrzeli do współodpowiedzialności za losy państwa, powszechnie uczestnicząc w rządzeniu – zarówno bezpośrednio, jak i przez swoich przedstawicieli (wersja idealna). O ile zatem kryterium dobra wspólnego można jakoś uwzględnić, o tyle nie wydaje się to możliwe w przypadku kryterium „ogłady politycznej”.

Wreszcie dla wielu badaczy (głównie empiryków) społeczeństwo obywatelskie jest tożsame z tzw. trzecim sektorem – siecią pozarządowych organizacji, w dużej mierze opartych na wolontariacie, które próbują działać na rzecz zbiorowości. W ramach tego stanowiska też nie ma jednak pełnej zgody. Robert Putnam i Francis Fukuyama[3] podkreślają, że nie każda tego typu organizacja w równym stopniu zasługuje na miano instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Istnieją przecież dobrowolne, pozarządowe organizacje masowe, w których członkostwo ogranicza się do opłacenia niewielkiej składki. Choć i takie organizacje mogą być społecznie pożyteczne (na przykład Polski Związek Wędkarski, liczący około 600 tys. członków), nie wytwarzają jednak kapitału społecznego, który obaj badacze uznają za warunek sine qua non istnienia civil society.

Mimo zarysowanych powyżej rozbieżności w kwestii definicji zdecydowana większość badaczy uznaje społeczeństwo obywatelskie za zjawisko bardzo pozytywne. Podkreśla się zwłaszcza jego zdolność do stawienia czoła totalitaryzującym dążeniom państwa, a także jego funkcję wytwarzania i podtrzymywania kapitału społecznego, który – jak się okazuje – jest nie mniej ważny od kapitału finansowego. Dla porządku trzeba jednak wspomnieć, iż nie brak również głosów przestrzegających przed apoteozą obu zjawisk. Sheri Berman[4] w artykule na temat społeczeństwa obywatelskiego w Republice Weimarskiej postawił tezę, iż rozbudowana sfera dobrowolnych stowarzyszeń, jaka istniała w Niemczech w latach 1919-1933, nie tylko nie zapobiegła, lecz wręcz ułatwiła Hitlerowi dojście do władzy. Słabe państwo zostało bowiem podporządkowane siłom społecznym, które znajdowały ujście właśnie w owych ruchach i stowarzyszeniach. Podobne, a nawet poważniejsze zastrzeżenia wysuwa się pod adresem „kapitału społecznego”. Ma on bowiem moc zarówno integrowania współdziałających ze sobą ludzi, jak i wykluczania tych, którzy pozostają poza obrębem danej grupy. Silne więzi rodzinne czy etniczne niewątpliwie mogą być wielką pomocą w prowadzeniu interesów (zwłaszcza tam, gdzie niezbędne jest zaufanie), lecz w innych sytuacjach mogą tłumić indywidualności i grzebać talenty.

Na podstawie powyższych uwag na potrzeby dalszych rozważań przyjmuję roboczą definicję społeczeństwa obywatelskiego jako „sieci instytucji, organizacji, ruchów, stowarzyszeń oraz dobrowolnych inicjatyw pozarządowych, funkcjonujących w obrębie demokratycznego państwa, których celem jest dobro wspólne”.

Paradoks Radia

Jednym z paradoksów polskiego życia publicznego po 1989 roku jest fakt, iż żaden inny fenomen nie zdaje się wpisywać lepiej w przytoczoną powyżej definicję społeczeństwa obywatelskiego niż założona w 1991 roku przez o. Tadeusza Rydzyka katolicka rozgłośnia – Radio Maryja. Fakt jej powstania wypływał z chęci przeniesienia na polski grunt doświadczeń, jakie stały się udziałem dyrektora Radia podczas jego pobytu w Niemczech w latach 80. Innym motywem, z czasem dostarczającym racji bytu samemu Radiu, była chęć stawienia czoła „medialnemu oraz politycznemu establishmentowi”, który przez o. Rydzyka (i nie tylko przez niego) postrzegany był jako wrogi światopoglądowi katolickiemu.

Spróbuję tu odpowiedzieć na trzy pytania. Po pierwsze: czy „sukces” Radia polegał głównie na zagospodarowaniu rozczarowanych do transformacji, tych, którzy nie skorzystali na przemianach po 1989 roku, czy raczej na stworzeniu ośrodka alternatywnej wizji społeczno-politycznej, zakorzenionej w perspektywie religijnej? Po drugie: czy Radio Maryja to przyczyna (bądź przejaw) degeneracji forum publicznego (tak brzmi teza obiegowa, którą propaguje między innymi „Gazeta Wyborcza”), czy też raczej głos ludzi pozbawionych innej reprezentacji, cenny, „profetyczny” głos religii zbuntowanej przeciwko „układom”? Po trzecie: czy można zasadnie traktować działalność związanego z Radiem ruchu społecznego (Rodziny Radia Maryja; dalej: RRM) jako przejaw społeczeństwa obywatelskiego? Każda odpowiedź na to pytanie powoduje konieczność ponownego przyjrzenia się znaczeniu tego terminu. Jak go rozumieć? Czy ma on jakąś treść, niezależną od subiektywnych, ideologicznie zabarwionych interpretacji? Czy może należałoby go w ogóle zarzucić – przynajmniej na gruncie nauk społecznych?

Głos wydziedziczonych czy alternatywna wizja dobra wspólnego?

Kim są słuchacze Radia Maryja? Wśród badaczy, komentatorów, a także w świadomości publicznej funkcjonuje kilka typów odpowiedzi na to pytanie. Pierwsza odwołuje się do psychologii, postrzegając omawiany krąg osób jako osobowości neurotyczne, które korzystają ze swoistej psychoterapii oferowanej im przez rozgłośnię[5]. Drugi typ odpowiedzi w imieniu liberalnego establishmentu w lapidarnej formie przedstawił Donald Tusk, w przypływie szczerości nazywając grono słuchaczy „moherowymi beretami” (od moherowych nakryć głowy, noszonych powszechnie przez starsze panie, głównie emerytki). W wolnym tłumaczeniu „mohery” to starsza, a więc nieproduktywna i niewykształcona część społeczeństwa. Trzeci portret, propagowany między innymi na łamach „Gazety Wyborczej”, ukazuje RRM jako zagrożenie dla demokracji, ucieleśnienie polskich kompleksów, strachu przed Europą i światem.

Dane statystyczne częściowo potwierdzają niektóre z tych stereotypowych ujęć: grono słuchaczy to (malejąca) grupa osób, głównie starszych i słabiej wykształconych kobiet. Z obserwacji (a raczej nasłuchu) wynika jednak, iż (być może wskutek świadomej polityki Radia) na antenie wypowiada się wielu mężczyzn (mniej więcej połowa zabierających głos na antenie), zaś język wypowiedzi niejednokrotnie pozytywnie odróżnia się od stylu przyjętego przez większość mediów komercyjnych.

W wielu wypowiedziach pojawia się kategoria „dobra wspólnego” (głównie w kontekście narodu), choć ma ona czasem zabarwienie ksenofobiczne: owo „dobro” jest najczęściej poważnie zagrożone przez obcych (etnicznie, politycznie, kulturowo). Skrajnym i niemal zabawnym przykładem rozumienia interesu narodowego przez Radio jest nacisk kładziony na samowystarczalność energetyczną państwa polskiego. Drogą do osiągnięcia tego celu jest bowiem – zdaniem o. Rydzyka i jego współpracowników – eksploatacja źródeł geotermalnych. Bezpieczeństwo energetyczne jest oczywiście kluczowym problemem każdego kraju; wątpliwe jednak, aby dało się go rozwiązać, kierując się ideologią, a nie racjonalnym rachunkiem ekonomicznym. Innym przykładem troski o bardzo swoiście rozumiane „dobro wspólne” narodu był zagorzały sprzeciw Radia wobec możliwości kupna ziemi w Polsce przez cudzoziemców, a także sprzeciw wobec prywatyzacji niektórych nierentownych przedsiębiorstw (zwłaszcza Stoczni Gdańskiej). W obu przypadkach ujawnił się niewątpliwie resentyment antymodernizacyjny oraz nacjonalistyczny, który niejednokrotnie mógł prowadzić do skutków zgubnych nawet dla wąsko pojmowanego interesu narodowego.

Wróg publiczny numer jeden czy głos profetyczny?

Z historii znamy wiele przykładów ruchów społecznych, czasem radykalnych, które – czerpiąc z inspiracji religijnej – prowadziły do ważnych i pożądanych przemian. Abolicjonizm w USA, podobnie zresztą jak i wiele innych ruchów społecznych w Ameryce, nierzadko bywał gwałtowny: ostatecznie wszak doprowadził – jako jeden z głównych czynników – do wybuchu krwawej wojny domowej. Choć otwarte pozostaje pytanie, czy możliwe (bądź prawdopodobne) było zniesienie niewolnictwa na drodze bezkrwawej, ewolucyjnej przemiany świadomości społecznej, nikt nie kwestionuje dziś zasadniczych osiągnięć abolicjonistów ani też faktu, iż w ogromnej mierze powodowały nimi pobudki religijne. Niezgoda na kompromis, charakterystyczna dla żarliwych wyznawców religii, była w pewnym sensie konieczna, aby przełamać obowiązujący stan rzeczy. Podobnie wyglądał ruch na rzecz praw obywatelskich dla czarnych Amerykanów, przez wielu (zwłaszcza na Południu USA) postrzegany jako radykalny i siłą wymuszający przemiany, które powinny zajść powoli i spontanicznie (w niektórych przypadkach dzieci Afro-Amerykanów eskortowane były do szkoły przez żołnierzy sił federalnych).

W obu tych ruchach duchowni stanowili także zdecydowaną większość wśród przywódców. Co znaczące, zwłaszcza w przypadku abolicjonistów, liderzy często spotykali się z zarzutem, że agitując na rzecz zniesienia niewolnictwa i posługując się przy tym argumentami religijnymi, „mieszają religię z polityką” i przekraczają linię separacji Kościoła od państwa. Podobne oskarżenia kierowano później także pod adresem Martina Luthera Kinga, który był pastorem baptystycznym.

Powyższe przykłady obrazują radykalny potencjał religii, jej zdolność do przeprowadzenia głębokich zmian społecznych wbrew polityce państwa. „Okresowa” bądź stała niezdolność (niektórych) wyznawców religii do kompromisów bywa przyczyną ważnych – i pożądanych z punktu widzenia zarówno demokracji, jak i rozwoju społeczeństwa obywatelskiego – zmian społecznych. Z sytuacją tą mamy jednak do czynienia wówczas, gdy religia przeciwstawia się politycznemu establishmentowi, mobilizując szerokie rzesze obywateli, na przykład w postaci ruchów masowych.

Inaczej rzecz wygląda, gdy dla osiągnięcia pożądanych celów wyznawcy religii sięgają po władzę polityczną bądź rozwiązania prawne. Nierzadko wówczas szlachetne zamiary prowadzą do katastrofalnych skutków. Przykładem takiej sytuacji, także na gruncie amerykańskim, była krucjata na rzecz trzeźwości, która doprowadziła w 1919 roku do przyjęcia XVIII poprawki konstytucyjnej, zakazującej produkcji oraz sprzedaży alkoholu. W krótkim czasie zakaz ten doprowadził do powstania zorganizowanej przestępczości, nie wpływając przy tym na poziom konsumpcji alkoholu. W efekcie w 1933 roku kolejna poprawka do konstytucji unieważniła ustalenia z roku 1919.

Tu właśnie leży zasadniczy problem. Radio Maryja nie ogranicza się do promocji określonych poglądów, polegając na sile moralnego oddziaływania, lecz w sposób bezpośredni angażuje się w bieżące rozgrywki polityczne: tworząc (pośrednio, oczywiście) partie polityczne, asystując przy powstawaniu (bądź niepowstawaniu) koalicji rządzących, promując jednych, a próbując niszczyć innych polityków. Przykładem takiego zachowania jest choćby nawoływanie przez o. Tadeusza Rydzyka do „zatopienia Platformy”, lub nazwanie tej partii przez publicystę „Naszego Dziennika”, Stanisława Krajskiego, „masońskim sprzysiężeniem wilków”[6] w trakcie kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2005 roku lub sławne (a raczej niesławne) wezwanie o. Rydzyka do golenia głów posłom głosującym za przyjęciem – w jego opinii liberalnej – ustawy antyaborcyjnej w 1997 roku „jak kobietom współżyjącym z hitlerowcami”. W ten sposób Radio rezygnuje z potencjalnie profetycznej roli, jaką religia może odgrywać w sferze publicznej, gdy bezkompromisowo głosi radykalne nawet poglądy, oddziałując jednak wyłącznie mocą argumentów na ludzkie sumienia.

Radio Maryja jako fragment społeczeństwa obywatelskiego?

Mobilizacja ekologów w obronie delikatnego środowiska doliny Rospudy, zagrożonego budową międzynarodowej drogi szybkiego ruchu wiosną 2007, czy strajk pielęgniarek z lipca tegoż roku powitano w prasie jako przejawy aktywności społeczeństwa obywatelskiego. O ile działalność obrońców przyrody w sposób jasny zmierzała ku ochronie (swoiście pojmowanego) dobra wspólnego, o tyle protest pielęgniarek był zasadniczo sposobem uzyskania poprawy sytuacji finansowej jednej tylko grupy zawodowej. Tymczasem środowisko Radia Maryja w wielu punktach – choć nie wszystkich – przynajmniej w deklaracjach kieruje się swoją definicją dobra wspólnego. Jako takie zdaje się odpowiadać przytoczonym na początku niniejszego artykułu definicjom społeczeństwa obywatelskiego.

Wystarczy krótkie zestawienie: doroczny festiwal dobroczynności – jakim jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, zainicjowana i prowadzona przez Jurka Owsiaka – celebrowany w telewizji i innych mediach, raz do roku mobilizuje około 150 tys. wolontariuszy. Od sympatyków wymaga jedynie wysupłania paru złotych (trzeba jednak przyznać, że sztab Orkiestry prowadzi szereg stałych programów przez cały rok). „Imperium ojca Rydzyka” natomiast to sieć instytucji, które funkcjonują na co dzień i w wielkiej mierze polegają na pracy wolontariuszy.

Struktura owego imperium przedstawia się następująco. Jego centrum pozostaje oczywiście Radio Maryja, z siedzibą przy ul. Żwirki i Wigury w centrum Torunia. Zespół pracowników Radia to głównie toruńscy redemptoryści, a także kilkudziesięciu współpracowników – wolontariuszy, obsługujących skomplikowaną aparaturę, pełniących funkcje spikerów, komentatorów, tworzących audycje, oraz dużo szerszy krąg osób twórczo uczestniczących – poprzez dyskusję w studiu – w realizacji audycji. Mimo iż postępuje profesjonalizacja i etatyzacja Radia, nadal jest ono w dużej mierze dziełem zaangażowanych wolontariuszy. Ciągłość funkcjonowania, a także stabilność poglądów pomaga utrzymać osoba dyrektora oraz ścisłe, niemal niezmienne od lat grono osób duchownych. W miarę rozwoju do Radia dołączały kolejne przedsięwzięcia – w 1998 roku ukazał się pierwszy numer ogólnopolskiego „Naszego Dziennika”, w 2001 roku w klasztorze redemptorystów otwarto Wyższą Szkołę Kultury Medialnej (przeniesioną niedawno do nowej, okazałej siedziby w podtoruńskim Przysieku), zaś w 2003 roku uruchomiono telewizję TRWAM. Do tej panoramy należałoby dodać jeszcze sieć fundacji oraz wydawnictw – wszystkie te siostrzane inicjatywy (nawet te, które w pewnym stopniu się usamodzielniły) mają jednak charakter wtórny wobec Radia. Ich celem jest wzmocnienie i utrwalenie radiowego przekazu poprzez dystrybucję książek, filmów etc.

Sieć instytucji nie wyczerpuje jednak listy przedsięwzięć. Wiele z nich ma charakter zdecentralizowany – na przykład istniejące przy wielu polskich parafiach „koła przyjaciół Radia Maryja” czy „podwórkowe kółka różańcowe dzieci” (dalej: PKRD). Zwłaszcza ta ostatnia inicjatywa ukazuje spontaniczny i oddolny charakter części działań Rodziny Radia Maryja. Zainspirowane przez niepełnosprawną Madzię Buczek dzieci – pod opieką rodziców – zaczęły organizować się w lokalne grupki, regularnie odmawiające różaniec. Według informacji z miesięcznika „Rodzina Radia Maryja” (wkładka „Informator PKRD”, nr 52, s. 3), w marcu 2007 roku ruch ten liczył 135 200 członków w 31 krajach. Jedynym zwornikiem ruchu jest osoba założycielki, wkładka do wspomnianego miesięcznika, zawierająca materiały katechetyczne, a także doroczna pielgrzymka na Jasną Górę. Na falach Radia codziennie umożliwia się słuchaczom ogłaszanie zbliżających się spotkań, mszy św., nabożeństw, pielgrzymek, koncertów itp. – organizowanych najczęściej przez koła terenowe. Przyjazd ekipy Radia do danej miejscowości nierzadko staje się lokalnym świętem.

Sprawdzianem zdolności Radia do mobilizacji społecznej jest liczba słuchaczy oraz nieregularne manifestacje na ulicach Warszawy[7]. Wiosną 2007 roku manifestacja zwolenników zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej zgromadziła ok. 3 tys. uczestników, co powszechnie uznano za porażkę[8]. Regularne spotkania, takie jak pielgrzymka RRM na Jasną Górę czy kolejne rocznice powstania Radia gromadzą tysiące osób. Do siedziby Radia Maryja w Toruniu przybywają też liczne pielgrzymki autokarowe z całej Polski. Od roku 1993 w drugą niedzielę lipca odbywają się coroczne pielgrzymki RRM na Jasną Górę. Zdaniem „Naszego Dziennika”, w 2007 roku przybyło pół miliona słuchaczy, według pozostałych źródeł było ich około 150 tysięcy[9].

Ciekawych obserwacji dostarcza też codzienna audycja pt. Mogę, chcę pomóc. Słuchacze dzwonią do studia, oferując odstąpienie używanych przedmiotów za darmo – mebli, wózków, ubranek dziecięcych, odzieży etc. Czasem zdarzają się bardziej oryginalne oferty: pewna właścicielka pensjonatu w polskim uzdrowisku zaproponowała przyjęcie obcej rodziny na wczasy, zaś starsza kobieta – przyjęcie bezdomnej osoby do swojego mieszkania. Trudno oczywiście zweryfikować charakter tej swoistej giełdy, w szczególności to, czy wszystkie przedmioty oferowane są rzeczywiście za darmo oraz to, jak często faktycznie dochodzi do ich przekazania. Wydaje się jednak, że fakt, iż audycja emitowana jest od lat, a gotowych do zaoferowania dóbr nigdy nie brak, świadczy o tym, iż jest ona – dla wielu słuchaczy  – miejscem przemiany kapitału społecznego, jaki niesie ze sobą słuchanie Radia Maryja, w konkretny kapitał finansowy (w postaci zaoszczędzonych pieniędzy). Jednocześnie Radio pełni tu rolę forum wymiany informacji – rolę, którą zapewne już dla większości Polaków odgrywa Internet.

Bezstronne rozpatrzenie, czy działalność Radia Maryja można (lub trzeba) uznać za przejaw żywotności społeczeństwa obywatelskiego, utrudnia jednak dodatkowo fakt, iż tezę taką wyraziło przynajmniej dwóch socjologów, którzy są głęboko zaangażowani w działalność polityczną po stronie prawicy[10]. Zdaniem pierwszego z nich, posła PiS Ludwika Dorna, RRM to autentyczny przejaw aktywności społeczeństwa obywatelskiego, tyle tylko, że „liberalizm wzbudzał w tych środowiskach taką repulsję, że nie były one w stanie uświadomić sobie, iż tworzą »społeczeństwo obywatelskie« i budują »kapitał społeczny«. Gdyby do nich ta wiedza dotarła, byliby równie zdumieni, jak pan Jourdain, kiedy dowiedział się, że mówi prozą”[11]. Z kolei ówczesny senator  PO Jarosław Gowin mówił w 2005 roku: „Chrześcijańskie społeczeństwo obywatelskie, tak jak każde społeczeństwo obywatelskie, musi się tworzyć oddolnie. I tu Rodzina Radia Maryja, tak jak samo Radio Maryja, jest wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o zdolność do samoorganizacji. Tyle że treści, jakie propagują, tak religijne, jak i społeczne, są – moim zdaniem – głęboko szkodliwe”[12].

Jak się okazuje, niektórzy przedstawiciele Radia zdali sobie jednak sprawę, iż „mówią (liberalną) prozą”. W artykule opublikowanym na łamach miesięcznika „Rodzina Radia Maryja” Piotr Jaroszyński przekonywał, że wspólnota słuchaczy „to wielomilionowa rzesza, której nikt do niczego nie zmusza i którą nikt nie manipuluje, a która tym samym jest społeczeństwem obywatelskim, bo czuje się odpowiedzialna za naród, za Polskę i za Kościół”[13]. Problem w tym, że nie jest to owo wymarzone społeczeństwo liberalnych elit, lecz społeczeństwo organiczne, bardziej rodem z XIX niż XXI wieku.

 

Podsumowanie

 

Jak wiadomo socjologom, kapitał społeczny sam w sobie nie jest ani dobroczynny, ani niszczący – jak każdy inny rodzaj kapitału, i może znaleźć różne zastosowanie. Bez wątpienia jednak uczestnictwo w sieciach społecznych, wraz z towarzyszącym mu kapitałem społecznym pozwala przezwyciężyć upośledzenie społeczne. Te grupy imigrantów, które na obczyźnie zachowują silne więzi rodzinne i etniczne, szybciej awansują w społecznej hierarchii niż grupy o bardziej indywidualistycznym nastawieniu: „Jednostki podlegające dominacji i deprywacji są zwykle zarazem biedne i zdezorganizowane, podczas gdy biedacy, mający silne rodziny, kościoły, związki zawodowe, partie polityczne i struktury etniczne, nie pozostają długo w stanie zdominowania i deprywacji”[14]. W podobny sposób struktury „rodziny” Radia Maryja są miejscem, w którym mniej uprzywilejowani członkowie społeczeństwa podtrzymują społeczne więzi i wytwarzają sieci społecznych interakcji poza bezpośrednim wpływem państwa. Ten kapitał społeczny nierzadko przekłada się na konkretne „zyski”, jak poczucie sensu i własnej wartości czy sieć kontaktów międzyludzkich.

Milion (przy ostrożnych szacunkach) regularnych słuchaczy Radia Maryja traktowany bywa jako armia niewykształconych staruszek oraz innych „odpadów transformacji” – a tacy ludzie, zdaniem niektórych, niejako z definicji nie mogą stworzyć społeczeństwa obywatelskiego. To pogląd błędny i w nim leży przyczyna niedostrzegania zarówno źródeł sukcesu Radia, jak i jego atrakcyjności dla pewnego kręgu osób. Pozostaje zatem pytanie: czy pojęcie „społeczeństwa obywatelskiego” jest na tyle zideologizowane (wiąże się bowiem z konkretnymi wyborami światopoglądowymi, politycznymi i religijnymi), że przestaje być przydatne jako pojęcie socjologiczne, czy też badacze i komentatorzy nie chcą go dostrzegać tam, gdzie według ich uprzedzeń społeczeństwa obywatelskiego być nie powinno?


[1] Skrócona wersja tekstu, który został wygłoszony na Ogólnopolskim Zjeździe Socjologicznym w Zielonej Górze (we wrześniu 2007 roku), a następnie ukazał się w książce pod red. Janusza Muchy i Bożeny Pactwy: ,,Status mniejszościowy” i ambiwalencja tożsamości w społeczeństwach wielokulturowych (Śląskie Wydawnictwa Naukowe Wyższej Szkoły Zarządzania i Nauk Społecznych w Tychach, 2008).

Artykuł ten powstał dzięki wsparciu Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej, a także stypendium Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu (obu instytucjom autor wyraża serdeczne podziękowanie).

[2] Zob. E.W. Böckenförde, Religion in a Civil Society, oraz E. Shils, Reflections on Religious Pluralism in Civil Societies; oba teksty w: E.W. Böckenförde i E. Shils (red.), Jews and Christians in a Pluralistic World, New York 1991, s. 125-146 i 147-165.

[3] Zob. R. Putnam, Bowling Alone: The Collapse and Revival of American Community, New York 2000; F. Fukuyama, Zaufanie. Kapitał społeczny a droga do dobrobytu, tłum. A i L. Śliwa, Warszawa-Wrocław 1997.

[4] Zob. S. Berman, Civil Society and the Collapse of the Weimar Republic , “World Politics” 49 (1997), s. 401-429b.

[5] Taka konkluzja wypływa na przykład z artykułu Małgorzaty Jacyno i Aliny Szulżyckiej: Kościół i strategie polityki tożsamościowej – przypadek Radia Maryja, zamieszczonego w:  M. Kempny, G. Woroniecka (red.). Religia i kultura w globalizującym się świecie, Kraków 1999, s. 285-305.

[6] Zob. S. Krajski, Platforma Obywatelska – masońskie sprzysiężenie wilków, „Nasz Dziennik” nr 211 (2316), 10-11 września 2005.

[7] Udział Radia Maryja w rynku wahał się od 6-7% w roku 1998, po nieco ponad 2% w roku 2007. Zasięg dzienny wynosi między 1,8 mln (2000 rok) a ok. 700 tys. (2007 rok) (dane wg OBOP 1994-1997 oraz SMG/KRC od 2001 roku na podstawie strony internetowej http://www.radiomaryja.pl.eu.org, data odczytu 2 sierpnia 2007, autor: Rafał Maszkowski).

[8] Zob. Manifestacje w Warszawie – relacja na żywo, 28 marca 2007,  http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,4019817.html

[9] Zob. M. Stawarska, XV Pielgrzymka Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę pod hasłem ,,Przypatrzmy się powołaniu naszemu”, „Nasz Dziennik” 158 (2871),  2007,  htpp://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20070709&id=po01.txt. Zob. także: Jasna Góra: Msza zwieńczyła XV Pielgrzymkę Rodziny Radia Maryja, 08.07.2007,  http://ekai.pl/kultura/?MID=13005.

[10] Trzeci głos w podobnym duchu to wypowiedź Wiktora Osiatyńskiego: „Popatrzmy na przykład Radia Maryja – przecież to jest fenomenalna instytucja społeczeństwa obywatelskiego! Ludzie z centrum liberalno-demokratycznego, jak to nazywam, mieli dostęp do mediów, więc Rydzyk i prawica stworzyli sobie przeciwwagę”  (http://lumpenstudenci.blog.pl/archiwum/?rok=2006&miesiac=6).

[11] L. Dorn, I wszystko fantom…, „Nowe Państwo” nr 17, 2001 r., (http://www.nowe-panstwo.pl/np_17_2001/17_felieton_dorn.htm)..

[12] J. Gowin, Kościół i Polska pokolenia JP II , „Dziennik. Europa” 24(63), 2005 r.

[13] P. Jaroszyński, Radio Maryja a społeczeństwo obywatelskie, „Rodzina Radia Maryja” nr 12, 2006 r.

[14] M. Walzer, Spór o społeczeństwo obywatelskie, w: J. Szacki (red.), Ani książę, ani kupiec…, Kraków 1997, s.  97.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata